Był rok 1979 i Związek Radziecki wysłał swoje wojska do Afganistanu. Tak
zaczęła się historia najbardziej znanej organizacji
terrorystycznej przełomu wieków, Al-Kaidy. W czasie studiów Osama przeżył
religijne odrodzenie, zaznawszy przedtem bezsensowności życia przepełnionego
uciechami. Został członkiem Bractwa Muzułmańskiego, fanatycznej organizacji
walczącej o czystość islamu w radykalnej wahabickiej odmianie. Pod wpływem swego
mistrza, Abdullaha Jusufa Azzama, udał się do Afganistanu, dokąd arabscy władcy
z Bliskiego Wschodu chętnie wysyłali młodych-gniewnych. W ten sposób pozbywali
się niewygodnego problemu, który mógł zagrozić ich władzy. Na wszelkie sposoby
ułatwiali wyjazd bojownikom dżihadu – mudżahedinom. Ci ostatni zyskali również
poparcie USA. Walcząc przeciw Związkowi Radzieckiemu, osłabiali głównego wroga
Waszyngtonu w wyścigu do dominacji nad światem.
Organizator
Niemal dwumetrowy, chudy chłopak nie miał predyspozycji do walki. Był za to
świetnym organizatorem. W pakistańskim Peszawarze,
niedaleko granicy z Afganistanem otworzył ze swoim duchowym przewodnikiem punkt
poboru dla ochotników z całego świata. Zbierał
fundusze na prowadzenie świętej wojny, przekonywał młodych ludzi do wejścia w
szeregi mudżahedinów, organizował kanały przemytu
broni i pieniędzy do Afganistanu. Osama współpracował wówczas zarówno z agentami
wywiadu Arabii Saudyjskiej i Pakistanu, jak i z
najbardziej fanatycznymi komendantami afgańskimi Gulbuddinem Hekmatiarem i
Abdulem Rasulem Sajjafem. Oprócz pracy organizatora dżihadu Osama pomagał
komendantom przy pomocy swoich firm budowlanych. Dzięki specjalistycznemu
sprzętowi, dostępnemu jedynie dla zamożnych przedsiębiorstw, zbudował sieci
tunelów i pieczar wydrążone w skałach w prowincji Paktija. Tam stworzono
szpitale dla rannych, schrony, a także magazyny z zapasami broni. Tak powstały
podziemne twierdze Tora Bora i Dżawar Cheli.
Pod koniec wojny, gdy przejął obowiązki zabitego Azzama, Ibn Laden wpadł na
pomysł, by rejestrować wszystkich ochotników, którzy
trafiali do jego punktu werbunkowego. Kazał im wypełniać kwestionariusze
osobowe, zbierał dane o wszystkich żołnierzach
muzułmańskich. Dzięki temu mógł np. wysyłać pomoc rodzinom tych, którzy zginęli.
W ten sposób zdobył namiary i dane kilkuset
radykalnych muzułmanów z całego świata, gotowych oddać życie za islam i dżihad.
Tak właśnie powstała Al-Kaida, czyli Baza.
- Tego co przeżyłem w ciągu kilku lat w Afganistanie, nie mógłbym przeżyć wciągu
stu lat gdzie indziej – mówił po latach Osama
Robertowi Fiskowi, pierwszemu zachodniemu dziennikarzowi, z którym rozmawiał.
Ibn Laden brał udział w walce przynajmniej raz. Jego
oddział stoczył bitwę z wojskami radzieckimi pod wioską Ali Chel w prowincji
Paktija. Zginęło wówczas około 500 islamskich bojowników.
I, jak pisze Wojciech Jagielski, zapewne zostaliby wybici do nogi, gdyby nie to,
że Rosjanom zabrakło amunicji. Ibn Ladenowi nie stało
się nic. W ten sposób rodziła się jego legenda.
- Nigdy nie bałem się śmierci – mówił po latach w Sudanie Fiskowi. – Przed bitwą
Bóg zsyła nam sequinę, spokój. Raz byłem tylko 30
metrów od Rosjan próbujących mnie schwytać. Znajdowaliśmy się pod ostrzałem, ale
ja czułem taki spokój w sercu, że zasnąłem.
Widziałem jak 120-milimetrowy pocisk moździerzowy spadł przede mną i nie wybuchł
– relacjonował. – Pobiliśmy Związek Radziecki.
Rosjanie uciekli… Czas spędzony w Afganistanie to dla mnie najważniejsze
doświadczenie życiowe - opowiadał. Gdy zakończyła się wojna ibn Laden był
zdegustowany tym, że zwycięscy mudżahedini zaczęli się kłócić i wzajemnie
zabijać. Opuścił Peszawar i wrócił w rodzinne strony. Ze sobą zabrał
kilkudziesięciu najwierniejszych „legionistów” oraz bezcenną kartotekę braci w
walce. Osama urósł wtedy do roli przywódcy arabskich mudżahedinów. W Arabii
posiadał wciąż dobrze prosperujący interes oraz wysoko postawioną rodzinę.
Podobno, gdy wojska Saddam Husajn najechały w 1990 r. Kuwejt, Osama zaproponował
saudyjskiej rodzinie królewskiej, zaniepokojonej poczynaniami agresywnego
sąsiada, że przy pomocy swoich ochotników wypędzi z bogatego emiratu armię
iracką. Saudyjczycy postanowili jednak postawić na USA. Na Płw. Arabskim,
rodzinnej ziemi proroka Mahometa wylądowało kilkaset tysięcy niewiernych. Dla
ibn Ladena i wszystkich islamskich radykałów była to zniewaga i grzech. Co
gorsza, popełniony przez tych, którzy mieli strzec świętych miejsc – Mekki i
Medyny. Ibn Laden czuł, że władcy zdradzili islam i wszystkich muzułmanów.
Otwarcie ich krytykował. Co więcej, po wyrzuceniu Saddama z Kuwejtu , Amerykanie
pozostawili w Arabii kilka swoich baz wojskowych. Osama postawił sobie cel:
oczyścić świętą ziemię proroka z niewiernych i zjednoczyć podzielonych
muzułmanów. Ibn Ladena wypędzono z Arabii Saudyjskiej. Wyrzekła się go rodzina,
która dalej w spokoju chciała prowadzić warte miliony dolarów interesy. Szef
Al-Kaidy znalazł schronienie w Sudanie. Tam budował drogi, miasta i
infrastrukturę oraz obozy dla swoich kompanów. Przez zwykłych Sudańczyków
traktowany był jak dobroczyńca i działacz prospołeczny. Dawał pracę, polepszał
jakość ich życia. Amerykanie twierdzili, że w Sudanie szkoli terrorystów, którzy
atakowali w 1992 roku wojska USA w Jemenie, a w 1993 przyszykowali zamach w
Nowym Jorku. Furgonetka wypełniona materiałami wybuchowymi wjechała na parking
podziemny pod wieżami World Trade Center. Zginęło sześć osób, a wielu zostało
rannych.
Złota era Al-Kaidy
Zamach w 1996 r. w Arabii Saudyjskiej, w którym zginęło 19 Amerykanów sprawił,
że Waszyngton poważnie wziął się za ibn Ladena.
Pod wpływem nacisków USA niedawny sojusznik i dobroczyńca musiał opuścić
sudańskich przyjaciół. Al-Kaida przeniosła się do
Afganistanu, gdzie władzę objęli talibowie, którym przewodził mułła Mohammed
Omar. Tak zaczęła się „złota era Al-Kaidy”. Stworzono
obozy szkoleniowe, do których zjeżdżali dżihadyści z całego świata. Odbywali
kursy, które miały im umożliwić zadawanie śmiertelnych
ciosów prosto w serce „Wielkiego Szatana”- Stanów Zjednoczonych Ameryki. 7
sierpnia 1998 roku uderzyli niemal jednocześnie na dwie ambasady amerykańskie w
Afryce, w Kenii i w Tanzanii. Zginęło ponad 200 osób. Al-Kaida miała wtedy
wszystko, czego potrzeba organizacji terrorystycznej: pieniądze oraz zaplecze w
postaci bezpiecznych terytoriów do szkolenia i odpoczynku. W owym czasie świat
arabski czuł się upokorzony z powodu słabości przywódców politycznych, którzy
nie potrafili zmusić Izraela do ustępstw na rzecz Palestyńczyków. Z każdym
udanym zamachem wzrastało poparcie dla Bazy. To ona była siłą, która odnosiła
sukcesy dla całego świata arabskiego. I tak zyskiwała rzesze nowych członków.To
któryś z nich wpadł na pomysł, by przy pomocy łodzi wypełnionej ładunkami
wybuchowymi zaatakować jeden z okrętów amerykańskich, które stacjonowały w
jemeńskim porcie Aden. Pierwsza próba, podjęta w styczniu 2000 roku nie powiodła
się. Przeładowana łódka zatonęła. Kolejna nastąpiła 12 października. Tym razem
się udało. Bomba rozerwała kadłub amerykańskiego niszczyciela USS Cole, robiąc w
burcie dziurę o średnicy kilkunastu metrów. Zginęło 17 żołnierzy USA, a wielu
odniosło rany. Najgorsze chwile dla Amerykanów miały jednak dopiero nadejść. Był
wrzesień 2001 roku. Słoneczna jesień rozciągała się od Azji, przez Europę aż po
Amerykę. 9. dnia miesiąca bojownicy Al-Kaidy, przebrani za arabskich reporterów,
zabili jednego z głównych wrogów talibów w Afganistanie – Ahmada Szaha Massuda,
Lwa Pandższiru. Massud był tadżyckim mudżahedinem, najbardziej walecznym
afgańskim komendantem, który nigdy poddał się armii radzieckiej. To on głośno
ostrzegał przed niebezpieczeństwem, jaki dla świata może stanowić koalicja
afgańskich talibów i Al-Kaidy. Nie pomylił się. Dwa dni po jego śmierci, 11
września o 8:46 samolot pasażerski uderzył w jedną z wież kompleksu World Trade
Center w Nowym Jorku. Zaraz po nim kolejny, w drugą wieżę. Nieco później
następny samolot spadł na amerykańskie ministerstwo obrony – Pentagon. Ostatnia
z porwanych maszyn, dzięki akcji podjętej przez pasażerów, nie dotarła do
Waszyngtonu, gdzie prawdopodobnie miała uderzyć w Biały Dom lub budynek
Kongresu. Rozbiła się w Shanksville w stanie Pensylwania. Operacja była
zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Porywacze odbyli wcześniej kurs
pilotowania samolotów, tak więc sami byli w stanie uderzyć w konkretny cel. Nikt
jednak nie przypuszczał, że skutki będą tak straszne, że dwie potężne wierze WTC
rozpadną się w pył, pochłaniając życie niemal 2700 ludzi.
Wojna z terrorem
Amerykanie, przy masowym poparciu świata, za zgodą Rady Bezpieczeństwa ONZ,
zażądali od władz afgańskich wydania ibn Ladena.
Gdy te odmówiły, wojska koalicji międzynarodowej zaatakowały Afganistan, by
schwytać Osamę i jego głównych towarzyszy.
Najważniejsi ludzie Al-Kaidy i reżimu talibów schronili się w podziemnych
tunelach, niegdyś wydrążonych przez firmy Osamy. A gdy i
tam pojawili się komandosi z USA, ibn Laden, mułła Omar i ich towarzysze uciekli
za granicę. Za głowę Saudyjczyka wyznaczono rekordową nagrodę. Jednak aż do tej
pory pozostaje on nieuchwytny. Nieudana operacja Amerykanów w Tora Bora tylko
przysporzyła mu sławy niepokonanego czy wręcz nieśmiertelnego. Jednak wojna z
terroryzmem, ogłoszona przez prezydenta Georga Busha przetrzebiła szeregi
Al-Kaidy. Zniszczyła jej infrastrukturę w Afganistanie, a także jedno z głównych
źródeł dochodów: produkcję i handel narkotyków. Za ibn Ladenem i jego prawą
ręką, egipskim duchownym Ajmanem az-Zawahirim ruszył światowy pościg, z którego
po dziś dzień nic nie wynikło. Pojawiały się kolejne informacje o tym, że
poszukiwani ukrywają się gdzieś w afgańskich górach, na pakistańskim pograniczu,
w Somalii, Jemenie czy Sudanie.
Szyld: Al-Kaida
Dla Osamy jedno było pewne: Bazę należało zreorganizować. Z dobrze naoliwionej,
scentralizowanej machiny wojennej Al-Kaida została
przekształcona w luźną koalicję mniejszych ugrupowań skupionych pod jednym
szyldem. Wielkie poparcie w krajach islamskich
sprawiło, że liczne mniejsze organizacje chciały uzyskać zgodę na używanie
„marki” Al-Kaida. Ibn Laden chętnie na to przystał. Jemu
również zależało, by pokazywać sukcesy Bazy. Po tym jak wojska koalicji
międzynarodowej najechały na Irak, to tam przeniósł się główny front walki
radykalnych muzułmanów z armią amerykańskich najeźdźców. Ibn Laden udzielił
patronatu i wsparcia Abu Musabie al-Zarkawiemu, który dowodził ugrupowaniem
Dżamat al-Tawhid wal-dżihad, znanym lepiej jako Al-Kaida w Iraku. Al-Zarkawi
zasłynął z resztą tym, iż wprowadził makabryczny zwyczaj obcinania głów
zakładnikom. Potem w celach „promocyjnych” umieszczał nagrania z egzekucji w
internecie. Nowa organizacja Al-Kaidy była wielkim sukcesem. Decentralizacja i
rozproszenie spowodowały rozszerzenie działań i uniemożliwiły likwidację
śmiercionośnej siatki terrorystycznej. Sprawiły jednak również wielki problem
założycielom Bazy. Wiele filii Al-Kaidy jedynie częściowo utożsamiało się z
celami ibn Ladena. Na dodatek w świecie Zachodnim drastycznie wzrosły kontrola i
ochrona bezpieczeństwa, trudniej było przygotować atak wymierzony w serce wroga,
USA. Atakowano więc głównie w Iraku, Afganistanie, Indonezji. Al-Kaida ochoczo
przyznawała się niemal do każdego zamachu. Pomagały jej w tym media, które
upraszczały sprawę i przypisywały organizacji ibn Lagena autorstwo prawie
wszystkich ataków. Coraz częściej ofiarami ataków terrorystycznych padali
muzułmanie. Choć ibn Laden marzył o tym, że we wspólnocie muzułmanów - ummie -
zjednoczą się również szyici, Al-Kaida w Iraku uczyniła sobie z nich specjalny
cel.
Sukcesy i niespełnione marzenia
Dwa spektakularne „sukcesy” Al-Kaida odniosła na Starym Kontynencie. Zamachy z
11 marca 2004 roku w Madrycie oraz z 7 lipca 2005
roku w Londynie przeraziły Europejczyków. Skłoniły również Hiszpanów do
wycofania wojsk z Iraku. W przypadku Hiszpanii zwycięstwo
było pełne. Osiągnięto cel polityczny, bowiem ataki zaplanowano tuż przed
wyborami. W trakcie wyrównanej kampanii hiszpańska lewica
obiecywała wycofanie sił z Płw. Arabskiego, podczas gdy prawicowy rząd mówił, że
trzeba zostać w Iraku. Przed zamachami przewagę
w sondażach utrzymywała prawica. Jednak po ataku terrorystycznym przerażeni
Hiszpanie zagłosowali na partię Jose Luisa Zapatero.
Ibn Laden i az-Zawahiri mogli sobie gratulować. W tych latach nie udało im się
spełnić jednego, bodaj największego marzenia – nie zdołali zaatakować na
terytorium USA.
Odrodzenie?
Wielu analityków twierdzi, że Al-Kaida jest zdziesiątkowana i niezdolna do
przeprowadzenia większego ataku w świecie Zachodnim.
Wydarzenia ostatniego roku pokazują jednak, że siła rażenia organizacji ibn
Ladena jest wciąż duża. Zaczęło się w listopadzie 2009 roku
od masakry w amerykańskiej bazie wojskowej Fort Hood w Teksasie. Amerykański
psychiatra, muzułmanin, pozostający pod wpływem
jemeńskiego radykalnego duchownego, otworzył ogień do swoich kolegów, zabijając
13 z nich. To pokazało, że zagrożenie nie musi
przylatywać do USA zza granicy, istnieje w samym środku Ameryki. Na kolejne
wydarzenie nie trzeba było długo czekać. 26 grudnia, w drugi dzień świąt Bożego
Narodzenia, tylko cudem udało się uniknąć ataku terrorystycznego. W samolocie z
Amsterdamu nieudolny zamachowiec nigeryjskiego pochodzenia omal nie zdetonował
ładunku wybuchowego, ukrytego w spodniach. Mężczyznę obezwładnili
współpasażerowie.Jeszcze przed Nowym Rokiem Al-Kaida i jej pakistańscy
sojusznicy zabili siedmiu agentów CIA, ochroniarza i jednego cywila. Zamach był
majstersztykiem. Podwójny agent, jordański szpieg współpracujący z Al-Kaidą
pojawił się na umówionym spotkaniu w bazie Chapman w prowincji Chost, we
wschodnim Afganistanie. Miał mieć informacje nt. miejsca przebywania prawej ręki
ibn Ladena, az-Zawahiriego. Informatora wprowadzono do sali. Dołączyli do niego
agenci amerykańskiego wywiadu. Wtedy wybuchła bomba. Akcja był doskonale
przygotowana. Był to jeden z największych ciosów zadanych CIA od początku
istnienia agencji. Zdaniem eksperta ds. zwalczania islamskiego terroryzmu
pracującego dla jednej z polskich instytucji bezpieczeństwa, odrodzenie Al-Kaidy
zaczęło się w 2006 r. Reaktywacja Bazy nastąpiła dzięki umocnieniu talibów w
Afganistanie i na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Tam Al-Kaida mogła odtworzyć
swoją infrastrukturę. Organizacja ibn Ladena umocniła też swój patronat nad
mniejszymi grupami z Azji Środkowej i Południowo-Wschodniej oraz otworzyła nowe
ośrodki szkoleniowe w Somalii. Zdaniem polskiego specjalisty, ludzie ibn Ladena
otrzymują od piratów „procent” od okupów za porwane statki. Nadzieją Osamy ibn
Ladena jest prężna Al-Kaida Płw. Arabskiego, mająca siedzibę w Jemenie.
Założyciel Bazy zna osobiście wielu tutejszych komendantów. To tu szykuje się
obecnie zamachy skierowane przeciw Zachodowi. Tu przygotowywał się młodzieniec,
który próbował w święta Bożego Narodzenia wysadzić się na pokładzie samolotu w
Detroit. Co więcej, tutejszy „oddział” koncentruje się na przygotowaniu ataków
na kraje zachodnie, a nie na zabijaniu muzułmanów innych wyznań czy przemycie
narkotyków i nielegalnym handlu, jak Al-Kaida Islamskiego Maghrebu.
W pokoju obok
Największą porażką ibn Ladena na przestrzeni ostatnich lat jest powolny spadek
poparcia organizacji wśród samych Arabów. Jak
pokazują sondaże prestiżowego międzynarodowego ośrodka badania opinii
publicznej, liczba zwolenników Al-Kaidy w krajach
sunnickiego islamu waha się na poziomie 10-20%. To znacznie mniej niż w roku
2001 r. o ile Wielu muzułmanów zrozumiało, że w
zamachach Al-Kaidy giną przede wszystkim właśnie wyznawcy Allaha. Osama ibn
Laden i jego prawa ręka Ajman al-Zahawiri pozostają
jednak nieuchwytni. I to z kolei jest ich największy sukces. Ich legenda rośnie.
Uchodzą za nieśmiertelnych, chronionych przez Boga. Za
dwumetrowym Osamą i jego elokwentnym egipskim współpracownikiem trwa pościg,
jakiego ludzkość jeszcze nie wiedziała.
Tymczasem oni wciąż są na wolności, a ich „dzieło życia” ma się coraz lepiej.
Jak mówi Bruce Riedel, autor jednej z najlepszych
książek poświęconych Al-Kaidzie: nie wiemy, gdzie oni są. Przypuszczamy, że
gdzieś w Pakistanie, ale tak naprawdę mogą być nawet
w pokoju obok. To jest ich największym sukcesem. .
