III Rzesza; zabrakło kilku miesięcy
Wszystko zaczęło się pod koniec 1938r. gdy Otto Hahn razem z
F.Strassmanem doprowadzili do rozszczepienia jądra atomowego. Jak tylko zaczeła
się wojna niemieckie Ministerstwo Uzbrojenia podchwyciło pomysł na zbudowanie
bomby atomowej. Trzecia Rzesza była o krok od zbudowania bomby atomowej. Tak
twierdzi niemiecki historyk w swojej książce, pod tytułem "Bomba Hitlera".
Została ona napisana w oparciu o nowo odkryte dokumenty i plany konstrukcyjne.
Autor - Rainer Karlsch - pisze w swojej książce o próbach jądrowych na Rugii i w
Turyngii. Naziści przeprowadzali je niemal do końca wojny, zabijając przy tym
kilkuset więźniów. Historyk odnalazł w okolicach Berlina służący wojennym testom
reaktor atomowy.
W archiwach odkrył też pochodzący z 1941 roku patent na bombę plutonową.
"Cudowna broń" - Wunderwaffe, miała w ostatniej chwili odwrócić bieg wojny.
Amerykański historyk Mark Walker kilkanaście lat temu uznał, że mogła to być
najwyżej tak zwana "brudna bomba" czyli niewielki ładunek jądrowy otoczony
konwencjonalnym materiałem wybuchowym. 5 maju 1944 roku SS- GruppenfĂĽhrer Hans
Kammler z dumą oprowadzał delegację z Berlina po gigantycznych, jasno
oświetlonych neonowymi lampami i pomalowanych na biało, co nadawało im
charakteru monstrualnego laboratorium, halach. Delegaci nie mogli opanować
zdziwienia, jakie wzbudził na nich widok, dawnych sztolni, wyrobisk i korytarzy
starej kopalni w rejonie Waldenburga, dzisiejszego Wałbrzycha, przystosowanych
teraz do prowadzenia w nich najtajniejszego projektu III Rzeszy.
Gdy w 1943 roku powierzono Kammlerowi pieczę nad rozbudową i przystosowaniem
rejonu Dolnego Śląska do celów podziemnej produkcji najnowocześniejszego
uzbrojenia III Rzeszy, nawet najwięksi optymiści, nie byli w stanie uwierzyć, że
projekt DORA
(podziemna fabryka pocisków V1 i V2 ) zakończy się sukcesem. Tymczasem, do
końca wojny, z taśm podziemnych montowni zjechało około 6000 pocisków. Jednak
projekt jakiego podjął się w 1944 roku był inny, nie miała to być bowiem kolejna
fabryka, gdzie przy pomocy śrub i kluczy skręcano rakiety, miał to być projekt,
który uratuje Niemcy, projekt broni, o której Adolf Hitler mówił „Nasza Cudowna
Broń” , którą mamił zrezygnowanych prowadzeniem wojny na wielu frontach dowódców
i naród, projekt bomby atomowej, którą Niemcy mieli w zasięgu ręki!
Wybór sztolni w okolicy Wałbrzycha wydawał się oczywisty, pobliska elektrownia
dostarczała dowolnej ilości energii elektrycznej, pobliskie złoża uranu dawały
możliwość jego pozyskiwania jako rudy, zbudowano połączenie kolejowe z
Wałbrzychem, pomieszczenia miały własne ogrzewanie olejowe, łączność telewizyjną
z urzędami w Berlinie, stanowisko szyfrowania komunikacji, bezpośrednie
połączenie telefoniczne i komunikacyjne z kompleksem Riese (Bad Charlottenbrunn
Walim) i innymi pobliskimi zakładami produkcyjnymi w rejonie Dolnego Śląska.
Kilka miesięcy po oddaniu tego obiektu powstał w nim najbardziej zaawansowany, w
owym okresie reaktor, mogący być użytym do wzbogacania plutonu. Zastosowano w
jego budowie koncept reaktora atomowego, gdzie paliwo atomowe składowano w
postaci prętów ( nowatorska koncepcja dająca największe szanse powodzenia ) oraz
źródło promieniowania gamma, niezwykły projekt E. Wideroe`go, elektryczny
betatron o olbrzymiej mocy. Zasad działania takiego reaktora jest prosta,
neutrony dostarczane przez tzw. komin, inicjowały reakcje rozszczepiana jąder
uranu bądź plutonu, pewne izotopy tych pierwiastków posiadają taka właściwość,
że neutrony o dowolnej energii inicjują proces rozpadu jądra. Zastosowanie
prętów paliwowych pozawalało na wykluczenie możliwości rozpędzenia łańcuchowej
energii rozszczepiania do krytycznego momentu wybuchu. Wiele pytań pozostawało
jeszcze bez odpowiedzi, jednak gdy Adolf Hitler w marcu 1945 roku osobiście
gratulował pracującym tam fizykom, nikt nie przypuszczał, że laboratorium
zostanie ewakuowane w przeciągu miesiąca. W 1945 kiedy Amerykanie "przejęli"
niemieckich fizyków jądrowych umieścili ich w budynku, w którym umieszczono
podsłuchy w każdym pomieszczeniu. Okazało się, ze jeśli chodzi o postępy z
bronią "A" to Niemcy byli jeszcze w lesie. Reakcja Heisenberga na wybuch w
Hiroshimie był szok. Nie mógł uwierzyć , ze Amerykanie byli w stanie tak szybko
skonstruować ładunek nuklearny i użyć go bojowo, zrzucając z "normalnego"
bombowca.
Projekt "Manhattan" był jedną z najkosztowniejszych "inwestycji" w czasie II
wojny. Bogata Ameryka mogła sobie pozwolić na taki "kaprys". W Niemczech były
inne priorytety: czołgi, bombowce, u-booty; Niemcy nie posiadali aż takich
środków finansowych, takiego zaplecza intelektualnego, aby "wysupłać" miliony, a
może i miliardy marek na coś, co było tylko w fazie eksperymentalnych teorii.
Poza tym wielu liczących sie naukowców zajmujących sie fizyką cząstek, była
pochodzenia żydowskiego. Większość z nich musiała wyemigrować z Niemiec jeszcze
w latach 30-tych. I jeszcze jeden ważny aspekt tzn. zachowanie tajemnicy. W
Niemczech nękanych nalotami trudno było znaleźć miejsce odcięte od świata przed
"ciekawskimi", gdzie naukowcy mogliby sie spokojnie skupić nad niuansami
rozszczepienia atomu, cały czas coś latało, jak nie Angole i Amerykanie, to
ruskie NKWD. Najbardziej jednak łeb ukręcił całemu projektowi sam Adolf Hitler,
przesuwając wyborowe jednostki do kontrofensywy w Ardenach i odsłaniając cały
front wschodni na potężne uderzenie sowietów. To pozwoliło na szybkie zajęcie
Śląska ze wszystkimi fabrykami i instalacjami wojskowymi.
Manhattan projekt
16 lipca 1945 r. wybuchła pierwsza w dziejach ludzkości bomba
jądrowa. Moment ten stanowił ukoronowanie amerykańskiego programu budowy broni
nuklearnej, zapoczątkowanego w sierpniu 1942, a określanego mianem "Manhattan
Project". Ta często używana nazwa jest jednak nieścisła - kryptonim w
rzeczywistości brzmiał "Manhattan Engineer District" (w skórcie MED).
Miejsce najczęściej kojarzone z "Manhattan Project" to Los Alamos. Wiele osób
sądzi, że właśnie tam dokonano pierwszej próby atomowej. Niesłusznie - na Los
Alamos, zalesionym płaskowyżu na północ od Santa Fe w stanie Nowy Meksyk,
Amerykanie zlokalizowali pilnie strzeżony ośrodek naukowy MED, w którym przecież
nie można było dokonać niszczącej eksplozji. W Los Alamos, pod kierownictwem
Roberta Oppenheimera, przeprowadzano obliczenia i doświadczenia niezbędne do
skonstruowania bomb. Tam również je montowano. Ale materiał rozszczepialny,
będący sercem ładunków jądrowych, powstawał już gdzie indziej - uran w zakładach
Oak Ridge, a pluton w Hanford.
Amerykanie stworzyli dwa typy bomb, które poza wykorzystaniem tej samej zasady
wyzwalania olbrzymiej energii podczas rozpadu jąder atomowych nie miały ze sobą
wiele wspólnego. W pierwszej bombie wykorzystano uran. Rdzeń drugiej z nich był
wykonany z plutonu. Nieco odmienne właściwości tych materiałów wymusiły inną
budowę bomb je zawierających.
Wybuch bomby uranowej następował w momencie połączenia dwóch mniejszych porcji
uranu w tzw. masę krytyczną. W taki sposób nie można było złączyć dwóch porcji
plutonu, który reagował o wiele szybciej niż uran. Podczas ułamków sekund przed
rozpadnięciem się bomby na kawałki, reakcja rozszczepienia zdążyłaby zajść tylko
w minimalnej części materiału. Wybuch byłby dużo mniejszy, niż zamierzano.
Znaleziono więc inne rozwiązanie - plutonowy rdzeń składał się z dwóch
stykających się, dopasowanych półkul. Jednak gęstość plutonu była na tyle
niewielka, że nie mogło dojść do samorzutnego rozszczepienia. Rdzeń ten otoczono
materiałem wybuchowym. Dopiero jego detonacja zgniatała pluton w małą, bardzo
gęstą kulkę. W niej zaczynała się jądrowa reakcja łańcuchowa.
Obydwu bombom nadano imiona. Uranową ochrzczono "Thin Man" ("Chudzielec"), a
plutonową "Fat Man" ("Grubas"). Nawiązywało to nieco do ich wyglądu
zewnętrznego, ale nazwy te zrodziły się przypadkowo. Oficerowie lotnictwa,
którzy nadzorowali przebudowę bombowców B-29 przewidzianych do ataków atomowych,
starali się stworzyć wrażenie, iż samoloty te będą przewozić VIP-ów.
"Chudzielec" miał rzekomo oznaczać Roosevelta, "Grubas" zaś Churchilla. Bombie "Thin
Man" nadano później inną nazwę i to pod nią przeszła do historii - jako "Little
Boy".
Rozwiązanie techniczne "Fat Mana" miało jeden słaby punkt: eksplozja materiału
wybuchowego otaczającego plutonowy rdzeń musiała nastąpić idealnie jednocześnie
ze wszystkich stron. Takiej precyzji nie wymagała bomba uranowa. W Los Alamos
wykonano specjalne eksperymenty laboratoryjne z masą krytyczną uranu (czemu
towarzyszyły pewne obawy - ktoś powiedział, że uczeni ciągną za ogon śpiącego
smoka). W ich rezultacie wiedziano, że "Thin Man" wybuchnie zgodnie z
przewidywaniami. Bombę plutonową trzeba było wypróbować w pełnej skali.
Na miejsce testu "Gadżetu" (tak nazwano próbną bombę) wybrano suchą równinę w
Nowym Meksyku, o ponurej nazwie Jornada del Muerto (Droga Śmierci). Od Los
Alamos dzieliło ją 340 kilometrów, od miejscowości Alamogordo około 100. Była
częścią wojskowego poligonu. Zbudowano tam prowizoryczny obóz i stanowiska
obserwacyjne. Opleciony kablami "Gadżet", który przypominał kulę o ponad
półtorametrowej średnicy, zainstalowano na szczycie 30-metrowej wieży. Wielki
eksperyment otrzymał kryptonim "Trinity".
Skąd wzięła się ta nazwa, oznaczająca w języku angielskim Trójcę Świętą?
Niewtajemniczeni długo i na próżno starali się tego dociec. Niektórzy zgadywali,
że chodziło o to, iż pierwsze bomby atomowe były trzy, inni - że sam kryptonim
niewiele znaczył i miał po prostu nie rzucać się w oczy. Wszyscy byli w błędzie.
Pochodzenie nazwy wyjaśnił po latach sam Oppenheimer. Nawiązywała do twórczości
poety Johna Donne?a, który w jednym ze swych wierszy napisał: "Zmiażdż moje
serce, w trzech osobach Boże". Bóg (a może diabeł?) zmiażdżył plutonowe serce
bomby 16 lipca 1945 o godzinie 05.29, tuż przed świtem. Charakterystyczny błysk
i olbrzymia kula ognia, zmieniająca się w obłok o kształcie grzyba, obwieściły
ludzkości początek nowej, niebezpiecznej ery. Rezultaty eksperymentu przerosły
oczekiwania. "Gadżet" eksplodował z siłą odpowiadającą wybuchowi 18,6 tys. ton
trotylu (czyli 18,6 kilotony).
Moc pierwszych bomb amerykańskich atomowych była bardzo zróżnicowana i nie
wynosiła - jak czasami się pisze - 20 kiloton. "Fat Man", o identycznej co
próbna bomba konstrukcji, wybuchł z mocą 23 kiloton, czyli znacznie większą niż
"Gadżet". Dlaczego? Z tej przyczyny, że bomby te były, mimo wszystko,
urządzeniami dość prymitywnymi. Tak jak się obawiano, ulegały rozsadzeniu, zanim
reakcja rozszczepienia doszła do końca. Większość plutonu - w obu przypadkach
inna - rozpraszała się. Z kolei bomba uranowa osiągnęła tylko (i, niestety, aż!)
12,5-13 kiloton. A właśnie tego samego 16 lipca 1945, kiedy to nad pustynią Jornada del Muerto zajaśniał niezwykły, atomowy świt, z portu San Francisco na
wyspę Tinian wypływał krążownik "Indianapolis", na którego pokładzie części
"Little Boya" rozpoczynały swoją daleką podróż do Hiroszimy...
Atomowy wywiad Stalina
Rankiem 29 sierpnia 1949 r. poligon w pobliżu Semipałatyńska w Kazachstanie
eksplodował oślepiającym błyskiem. Po chwili do zebranych w punkcie
obserwacyjnym sowieckich generałów, funkcjonariuszy partyjnych i naukowców
dotarł głuchy grzmot, a na niebie pojawił się wielki grzyb. Wieść o udanej
detonacji pierwszej sowieckiej bomby atomowej błyskawicznie przekazano na Kreml.
Stalin triumfował. W tym samym czasie amerykański wywiad gromadził ostatnie
dowody przeciw kilku osobom - naukowcom i technikom - pracującym podczas wojny w
tajnym laboratorium atomowym w Los Alamos. Dla Waszyngtonu stało się jasne, że
wskutek działalności grupy szpiegów, którzy przekazali Rosjanom technologię
produkcji bomby jądrowej, skończyła się w dziejach świata pewna era.
Era nieprawdopodobnie krótka, zważywszy, że Ameryka miała wyłączność na jedynie
trzy lata. Utrata tego monopolu, była konsekwencją infantylizmu, idealizmu i
niewiedzy w polityce międzynarodowej.
Gdyby dziś spytać przeciętnego Amerykanina, czy wie że Hitler i Stalin wspólnymi
siłami dokonali IV rozbioru Polski, co było początkiem II wojny światowej,
spojrzałby na nas jak na nienormalnych. 70 lat temu Roosevelt też o tym nie
chciał wiedzieć, a jeżeli by mu ktoś to uzmysłowił, powiedziałby że to
niemożliwe.
Procesy "czerwonych kretów" rozpoczęły się w USA w 1950 r. Kilku z nich skazano
na długoletnie więzienie, a dwie osoby - Żydów, Juliusa i Ethel Rosenbergów - na
śmierć. Dla sądu dowody świadczące o roli, jaką odgrywali w przekazaniu Moskwie
sekretów produkcji broni atomowej, były niepodważalne. "Ta zbrodnia jest
znacznie gorsza niż odebranie życia człowiekowi - powiedział prezydent Dwight
Eisenhower, odrzucając prośbę o ułaskawienie. - Rosenbergowie z rozmysłem
dopuścili się zdrady całego narodu amerykańskiego, przez co tysiące osób może
być narażonych na śmierć i utratę wolności". Rosenbergowie, atomowi pacyfiści,
pracujący nad stworzeniem bomby A, usprawiedliwiali swoją pracę na rzecz ZSRR,
miłością do pokoju. Przy równym dostępie do technologii ZSRR jak i USA nie będą
skore do wojny; takie było ich rozumowanie. Oczywiście, ci komunizujący
pacyfiści, nie wiedzieli że ZSRR to gorsza kopia III Rzeszy.
Ignorant Roosevelt zawalił sprawę
Sowiecka agentura pojawiła się w USA już w latach 30. Udało się jej wówczas
zwerbować tak cennych agentów, jak Alger Hiss (podczas wojny stał się szarą
eminencją Departamentu Stanu i miał ogromny wpływ na politykę Roosevelta) czy
Harold Dexter White (szybko awansujący urzędnik Departamentu Skarbu), dzięki
któremu Rosja miała dostęp do tajników amerykańskiej polityki finansowej, a
nawet uzyskiwała subsydia od rządu USA. Chociaż FBI już na początku lat 40.
zdobyło informacje o działalności sowieckiej siatki szpiegowskiej, Roosevelt
odrzucił przekazane mu raporty, uznając je za "przesadzone". Gdy w 1944 r.
amerykański wywiad OSS otrzymał od Finów książkę kodową używaną przez Rosjan,
prezydent nakazał... zwrócić ją ambasadzie sowieckiej. "Roosevelt kompletnie
zawalił sprawę" - napisze po latach John Edgar Hoover.
Tymczasem nie brakowało chętnych do kolaboracji z sowieckim wywiadem. Wywodzili
się oni ze środowisk radykalnej lewicy, aktywnych po wybuchu wojny domowej w
Hiszpanii. Modne stało się wówczas hasło "wspólnego frontu przeciw faszyzmowi",
które ukuł Komintern i rozpowszechniał poprzez działaczy komunistycznych na
całym świecie.
Fuchs był fizykiem niemieckim. W 1933 jako członek Komunistycznej Partii Niemiec
uciekł poprzez Francję do GB, gdzie w 1942 otrzymał brytyjskie obywatelstwo,
które odebrano mu w 1950 po udowodnieniu działalności szpiegowskiej na rzecz
Sowietów. Odsiedział 9 lat i w 1959 wyjechał do Drezna (NRD). Do 1979 brylował w
naukowym środowisku i komunistycznej partii honeckerlandu. Zmarł w 1988r.
Odnośnie jego wkładu w sowiecką bombę A - różni badacze różnie to oceniają.
Na pytanie "Czy sowieci skopiowali plany bomby A?", częściową odpowiedź może dać
fakt, że pierwsza sowiecka fabryka wzbogacania uranu była wierną kopią
amerykańskiej fabryki w Oak Ridge w stanie Tennesee. Pytanie nie powinno brzmieć
"Czy skopiowali?" lecz raczej "Na ile dokładnie skopiowali?". Trzeba zaznaczyć,
że Rosjanie mieli swych własnych zdolnych fizyków z ciekawymi pomysłami.
Istnieje np. pogląd, że Beria (szef sowieckiego programu budowy bomby A) poprzez
swój upór w dążeniu do dokładnego skopiowania amerykańskiej bomby, faktycznie
opóźnił sowiecki program, gdyż nie pozwolił fizykom zastosować własnych (nieraz
lepszych) pomysłów, co wymuszało konieczność oczekiwania na napływ danych
amerykańskich, m.in. od Fuchsa.
Prezent dla Stalina
Badania nad bombą atomową rozpoczęto również w Związku Radzieckim. Już w 1940
roku Wladimir Iwanowicz Werdanskij zawiadomił rząd o tym, iż Amerykanie pracują
nad militarnym wykorzystaniem materiałów rozszczepialnych (wiadomość taką
otrzymał od swojego syna pracującego na uniwersytecie w Yale). Rząd jednak nie
zainteresował się tym. Sam Werdanskij podjął działania, w czasie których on i
grupa ludzi współdziałająca z nim, aby pozyskać uran do badań, wykupiła
niemiecki fotograficzny preparat uranowy, który był przeznaczony do wzmacniania
negatywu. Dopiero w 1941 roku przywódcy rosyjscy otrzymali dokładniejsze
wiadomości o zainteresowaniu Amerykanów rozszczepianiem uranu. W pół roku
później powołano specjalny zespół partyjno-rządowy, który przeprowadzał
konsultacje z najlepszymi fizykami rosyjskimi. Jednak w czerwcu 1941 roku Rosję
zaatakowała III Rzesza, co doprowadziło do przerwania tworzącego się właśnie
programu jądrowego. Po pewnym czasie wznowiono jednak prace pod przewodnictwem
Igora Kurczatowa, który przedstawił przywódcy Związku Radzieckiego specjalny
raport. W marcu 1943 roku Stalin nakazał prace nad bombą jądrową. Główne zadanie
w czasie tych prac powierzono wywiadowi, który miał zdobyć jak najwięcej
informacji na temat znacznie bardziej zaawansowanego programu amerykańskiego.
Agenci przekazywali wszystkie informacje, które udało im się zdobyć. Wywieziono
nawet do Rosji próbki amerykańskiego uranu. Wiadomości były jednak niekompletne.
Doszło nawet do tego, iż wzorując się na zdobytych informacjach o amerykańskiej
metodzie implozji próbowano wywołać reakcje jądrową uderzając w obiekt z niklu.
W 1945 roku Klaus Fuchs przekazał Rosjanom dokładne plany budowy bomby atomowej,
a do programu rosyjskiego włączono wielu specjalistów z pokonanych Niemiec. Po
użyciu przez Stany Zjednoczone dwóch bomb atomowych, Stalin nakazał
przyśpieszenie badań. Wierzył on bowiem w możliwość ataku na swój kraj państw
zachodnich. Badania skoncentrowano w tajnym ośrodku, leżącym 400 kilometrów na
wschód od Moskwy zwanym Arzamas-16 (będący kopią Los Alamos). Ośrodek ten był
całkowicie utajniony, a uczeni pracujący tam otrzymali własnych ochroniarzy (aby
nie uciekli lub nie zdradzili). Prace nad skonstruowaniem bomby były dokładnie
wzorowane na zdobytych planach amerykańskich. Większość uranu czerpali Rosjanie
z krajów znajdujących się w 1945 roku w ich strefie wpływów (Niemiec wschodnich,
Czech, Bułgarii, Polski). Tylko 33% pochodziło z własnych kopalń. Pluton
otrzymywano w reaktorze w Czelabińsku-40. W kopalniach, przy budowie fabryk dla
przemysłu jądrowego pracowało setki tysięcy więźniów (głównie politycznych).
Wielu z nich zginęło z wyczerpania, chorób i na skutek wypadków. Naukowcy
pracujący w Arzamasie-16 właściwie również stali się niewolnikami. W końcu w
cztery lata po stworzeniu amerykańskiej bomby atomowej, rosyjska bomba była
gotowa. 29 sierpnia 1949 w Semipałatyńsku dokonano pierwszej próbnej eksplozji
rosyjskiej bomby jądrowej. Imperium komunistyczne dostało potężną broń i mogło
przestać obawiać się tak bardzo zachodu. 8 października 1949 roku władze
rosyjskie, na co nie miały odwagi do tej pory, powołały nowe państwo - NRD,
stabilizując przy tym podział Niemiec na następne czterdzieści lat. Zdetonowanie
pierwszej rosyjskiej bomby atomowej, mimo że przez samych Rosjan utrzymywane w
tajemnicy nie uszło uwadze szpiegowskim samolotom amerykańskim. I to właśnie 23
września amerykański prezydent Harry Truman powiadomił cały świat o
przeprowadzeniu przez Rosję pierwszego próbnego wybuchu jądrowego. Prace
nad rosyjską bombą atomową, a następnie próby jądrowe spowodowały ogromną
degradację środowiska naturalnego na terenie Rosji. Do atmosfery dostało się
wiele radioaktywnego pyłu. Pośpiech i brak przewidywania doprowadził do kilku
katastrof (np. wybuchu gazów z radiolizy w rejonie Kysztymia). Skażona została
woda (np. rzeka Tecza). Ludność cywilna otrzymała wysokie dawki promieniowania.
Towarzysz Stalin, mimo tych śmiesznych ludzkich kosztów, dopiął swego. Rosja, od
1949 roku weszła w posiadanie broni zaczepno-odwetowej, dzięki której Stany Zjednoczone,
sparaliżowane polityką wojenną Roosevelta, niewiele mogły już na świecie
zmienić. W ten sposób imperializm rosyjski jest w posiadaniu bardzo
poważnego argumentu militarnego, przede wszystkim dzięki ogromnemu wkładowi Amerykanów
i Niemców.