Po przegranej wojnie z Niemcami, na Kresach Wschodnich, okupowanych
przez Rosję znalazło się kilkanaście
milionów Polaków, których Rosjanie mięli w całości przetransportować na
Sybir. Operację mega czystki etnicznej rozpoczęli tuż po tchórzliwym ataku
na Polskę, jako że tereny które zajęli miały zostać anektowane, pomimo
stale powtarzanego kłamstwa o obronie swojej zachodniej granicy oraz
obywateli innych narodów, oczywiście tych które zostały już
włączone i podporządkowane ZSRR.
Wywózki na rozkaz Stalina rozpoczęły się w dniu inwazji na Kresy
Wschodnie. Inteligencję i generalicję internowano, a następnie, pod
pretekstem wyrównania strat w haniebnie przegranej wojnie z Polską 1920r,
rozstrzelano na Ukrainie i Białorusi lub zatopiono na barkach. Reszta,
która znalazła się na terenie ZSRR w łagrach syberyjskich
miała zginąć, pracując ku chwale Związku Radzieckiego.
W sumie, ludobójcze NKWD zdążyło wywieść prawie
dwa miliony Polaków na
Sybir, aż do momentu ataku Hitlera na ZSRR.
Wobec tragedii
narodowej, generał Władysław Sikorski zaczął rozważać
naprędce możliwość
utworzenie nowej polskiej armii w Związku Radzieckim. Już w czerwcu 1940
r. złożył on w tej sprawie pismo skierowane do rządu angielskiego,
jednak na skutek sprzeciwu rządu polskiego w Londynie cała sprawa na
pewien czas upadła, gdyż stosunki ze Stalinem były nieokreślone. Nasz
rząd nie wiedział czy ma wypowiedzieć wojnę Ruskim, czy jest w stanie
wojny z ZSRR, czy nic się nie stało. Powrócono do pomysłu po ataku
Hitlera na ZSRR, kiedy to pod naciskiem ze strony USA i Wielkiej
Brytanii 30 lipca 1941 r. podpisany został układ polsko-radziecki. Jego
uzupełnienie stanowiła umowa o utworzeniu armii polskiej na froncie
wschodnim. Rozpoczął się taniec aliantów na trupie Polski.
Dowódcą mianowano gen. Władysława Andersa. Już wkrótce jego armia
osiągnęła liczebność 75 tysięcy ludzi. W tym samym czasie znacznie
pogorszyły się stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie, a ZSRR,
co było spowodowane miedzy innymi odkryciem masowych grobów polskich
oficerów w Katyniu. Ludobójstwo to oczywiście nie zszokowało tylko
Brytyjczyków i Amerykanów, dla których Holocaust czy inne narodowe
tragedie były niczym, dopóki nie dotykały ich bezpośrednio. Skończyło
się tym, że armia gen. Andersa została ewakuowana do Iranu, gdzie
Anglicy zamierzali ja wykorzystać do obrony pól naftowych. Jednak w ZSRR
ciągle pozostawało kilkaset tysięcy Polaków. Część z nich stanowili
komuniści, którzy za zgodą rządu moskiewskiego założyli polityczną
organizację – Związek Patriotów Polskich (zdrajców i rusofilów), z
pół Rosjanką Wandą Wasilewską na czele.
W kwietniu 1943 r. ZPP wysłał list do rządu radzieckiego z prośba o
zezwolenie na utworzenie polskiej dywizji. Odpowiedź Rosjan była
oczywiście pozytywna. 8 kwietnia ogłoszono komunikat o formowaniu 1.
dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Polacy mieli do wyboru, albo
komunistyczne niby polskie wojsko, albo Sybir.
Rosjanie długo trudzili się aby znaleźć jakiegokolwiek oficera
polskiego, który byłby chętny do zdrady i kolaboracji. Wszyscy
aresztowani odmawiali ruskim małpom. A jednak znalazł się. Jednostka
zaczęła powstawać w Sielcach nad Oką, a na jej dowódcę mianowano
pułkownika, a od 11 sierpnia 1943 generała majora (odpowiednik generała
brygady) Zygmunta Berlinga. Jej struktura organizacyjna wzorowana była
na radzieckich gwardyjskich dywizjach piechoty uzupełniona o kilka
innych nieetatowych oddziałów jak na przykład pułk czołgów czy eskadra
lotnicza. Ochotników była bardzo dużo, brakowało jedynie oficerów,
dlatego ich braki uzupełnienia żołnierzami armii czerwonej. Dywizja
zakończyła swoje formowanie w lipcu 1943 roku.
Bitwa pod Lenino stoczona w dniach 12-13 października 1943 roku przez 1
Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, dowodzoną przez gen. Zygmunta
Berlinga, stanowiła jedno z najgłośniejszych wydarzeń w historii
polskiego udziału w drugiej wojnie światowej. Rozdmuchane przez
komunistyczną propagandę niby zwycięstwo podniesiono do rangi święta
państwowego. Dzień 12 października ustanowiono Dniem Wojska Polskiego. 1
września 1943 roku, pomimo nieukończonego jeszcze szkolenia, 1 Dywizja
Piechoty z rejonu Sielc została skierowana na front, jako odwodowa
jednostka Frontu Zachodniego, który od końca lipca prowadził operacje na
kierunku smoleńskim z zadaniem zdobycia tego tudzież białoruskiego
miasta (niegdyś polskiego) i wyjścia nad Dniepr. Smoleńsk zdobyto 25
września i kontynuowano natarcie w kierunku zachodnim. W tym czasie 1.
DP kontynuowała szkolenie bojowe w rejonie Wiaźmy. 23 września dowódca
Frontu Zachodniego, gen. płk Wasilij Sokołowski, polecił dywizji
wykonanie przegrupowania w kierunku zachodnim. Do 1 października dywizja
gen. Berlinga w trudnym marszu przebyła ok. 250 kilometrów, zatrzymawszy
się w odległości 15-20 kilometrów od linii frontu.
1 października dowódca 1. DP otrzymał informację o podporządkowaniu jej
dowódcy 10. armii gwardii, gen. lejt. A. Suchomlinowi. Decyzja ta
niebawem została jednakże zmieniona i dywizja kościuszkowska
podporządkowana została dowódcy 33. armii, gen. płk. Wasilijowi
Gordowowi. Dywizja polska została zatem przesunięta ze składu 10. armii
gwardii, wzmocnionej dodatkowymi siłami i działającej na głównym
kierunku natarcia, do składu 33. armii, osłabionej w wyniku konieczności
przekazania części sił i działającej na kierunku pomocniczym. Zadanie
armii gen. Gordowa polegać miało na pozorowanym natarciu i wiązaniu sił
niemieckich. W nocy z 6 na 7 października gen. Berling i ppłk
Włodzimierz Sokorski wezwani zostali na odprawę do sztabu 33. armii.
Tutaj gen. Gordow zapoznał ich z ogólnym zamiarem działań armii. Miała
ona zatem przełamać obronę niemieckiego XXXIX korpusu pancernego na 5
kilometrowym odcinku pomiędzy miejscowościami Sukino i Romanowo,
następnie wyjść nad Dniepr, uchwycić przeprawę i opanować przeciwległy
brzeg na południe od Orszy. 1. DP miała nacierać w pierwszym rzucie 33.
armii z zadaniem przełamania obrony niemieckiej na 2 kilometrowym
odcinku pomiędzy miejscowością Połzuchy a wzgórzem 215,5, opanować
rubież rzeki Pniewki po czym kontynuować natarcie na miejscowości
Łosiewek i Czuriłowę. Prawym sąsiadem polskiej dywizji miała być 42. DP,
zaś z lewej 290. DP. Pisemne potwierdzenie rozkazu do natarcia Berling
otrzymał następnego dnia w postaci wyciągu, obejmującego tylko zadanie
1. DP. Teren na którym miała niebawem walczyć 1. DP nie sprzyjał
natarciu. Był pofałdowany niewielkimi pagórkami i wzniesieniami, pocięty
licznymi, dosyć głębokimi jarami i strumieniami. Lasów prawie nie było,
jedynie większe kępy zarośli. Przed podstawą wyjściową do natarciu
dywizji rozpościerała się szeroka, ok. 600 metrowa dolina, środkiem
której płynęła niewielka rzeka Miereja o szerokości do 5 metrów i
głębokości do 2 metrów. Jednakże jej dno było muliste, brzegi wprawdzie
płaskie ale o podmokłym, bagiennym podłożu. Cała dolina rzeki Mierei
była miękkim torfowiskiem. Zachodnia strona doliny, na której znajdowały
się wojska niemieckie, górowała nad wschodnią, w niektórych miejscach
wznosząc się stromo, niekiedy nawet do 30 metrów ponad poziom rzeki.
Umiejętne rozmieszczenie środków ogniowych na tych stanowiskach
umożliwiało Niemcom zorganizowanie silnej zapory ogniowej.
Bardzo dobre
warunki do zorganizowania punktów oporu stwarzały ponadto, położone na
zachód od Mierei, miejscowości Połzuchy, Trygubowa i leżąca w odległości
3 kilometrów na zachód od Połzuch wieś Puniszcze. Obszar, na którym
miała nacierać 1.DP, nie ułatwiał jej zatem zadania. Najtrudniejszą
przeszkodą była rzeka Miereja z jej bagnistą doliną. O ile piechota była
w stanie pokonać ją bez większych trudności to dla czołgów, artylerii i
ciężkich pojazdów było to już zadaniem skomplikowanym. Czynnikiem
sprzyjającym nacierającym wojskom były warunki atmosferyczne, długie
październikowe noce i poranne mgły, ułatwiające skryte przegrupowywanie
wojsk i zaopatrywanie oddziałów. W pasie natarcia dywizji
kościuszkowskiej broniło się około dwóch batalionów 688 pułku piechoty
(337. dywizji piechoty 89. korpusu piechoty 4. armii).wzmocnionych
artylerią przeciwpancerną i działami pancernymi "Ferdynand" oraz
wspieranych przez kilka baterii artylerii i moździerzy. Ponadto biorąc
pod uwagę możliwość wykorzystania odwodów na kierunku działania 1.
dywizji siły wroga mogły wzrosnąć do około 4-5 batalionów. Zawczasu
przygotowana obrona niemiecka opierała się na dobrze rozbudowanym i
urzutowanym w głąb systemie transzei i rowów łączących. Pomiędzy
transzejami znajdowały się schrony dla żołnierzy oraz stanowiska ogniowe
dla moździerzy i dział do strzelania ogniem na wprost. Pierwsza pozycja
niemieckiej obrony znajdowała się na wzgórzach 217,9 i 215,5, druga
natomiast na wysokości wsi Puniszcze. Na przednim skraju obrony Niemcy
wybudowali drewniane schrony bojowe i ustawili zasieki z drutu
kolczastego. W głębi obrony, aż do Dniepru, nieprzyjaciel miał
rozbudowane jeszcze dwie pozycje, oddalone od siebie o około 15
kilometrów. Głębokość niemieckiej obrony na tym kierunku wynosiła zatem
około 40 kilometrów.
Ogółem w pasie natarcia 33. armii Niemcy mieli do dyspozycji około 18
tysięcy żołnierzy, na bardzo dobrze rozbudowanych i umocnionych
pozycjach obronnych. W tej sytuacji przełamanie obrony nieprzyjaciela
siłami osłabionej przecież 33. armii było zadaniem bardzo trudnym, jeśli
nie mało prawdopodobnym. Zaraz po powrocie z odprawy w sztabie 33. armii
gen. Berling poinformował dowódców oddziałów o stojącym przed 1. DP
zadaniu i nakazał im przegrupowanie jednostek w rejon wyjściowy do
natarcia, tj. Ladiszcze, Zachwidowo, Budy, Pańkowo. Sztab dywizji
ulokował się we wsi Nikołajewka. W tym czasie dołączył do dywizji 1 pułk
czołgów, który wyruszył z Sielc 22 września. 1. dywizja piechoty
przystępowała do bitwy pod Lenino w pełnym składzie etatowym, który
obejmował: trzy pułki piechoty, pułk artylerii lekkiej, dywizjon
artylerii przeciwpancernej, batalion saperów, kompanię rozpoznawczą,
kompanię łączności, kompanę chemiczną, batalion sanitarny, kobiecą
kompanię fizylierów i kompanię karną. W bitwie pod Lenino 1. DP jedyny
raz w czasie drugiej wojny światowej miała niemal stuprocentowy stan
osobowy, czyli około 12 tysięcy ludzi. Brakowało wprawdzie ok. 20 %
oficerów i 36% podoficerów. Braki te zrównoważono ponad etatowym stanem
szeregowych. Większość żołnierzy polskich nie miała za sobą żadnego
doświadczenia bojowego. Również dla dowódcy dywizji, gen. Berlinga, było
to nowe doświadczenie, bowiem nie uczestniczył on w walkach na froncie,
nie dowodził też wcześniej związkiem taktycznym. W nocy z 9 na 10
października 1. DP zluzowała radziecki 459 pułk 42. DP i zajmując
pozycje wyjściowe do ataku. 9 października gen. Berling udał się na
pierwszą linię dla przeprowadzenia rekonesansu. Niestety ogień artylerii
niemieckiej skutecznie uniemożliwił mu zapoznanie się z terenem. Mimo to
gen. Berling podjął następnego dnia decyzję o natarciu stawiając
poszczególnym oddziałom zadania bojowe. Zdecydował, iż dywizja
ugrupowana zostanie w dwa rzuty, pułki pierwszorzutowe ugrupowane
batalionami w trzech rzutach, każdy pułk piechoty otrzymać miał po
jednej kompanii czołgów. W pierwszym rzucie na prawym skrzydle nacierać
miał 2. pp. (dowódca ppłk Gwidon Czerwiński), na lewym zaś 1. pp.
(dowódca ppłk Franciszek Derks), natomiast 3. pp. (dowódca ppłk Tadeusz
Piotrowski) stanowić miał drugi rzut z zadaniem posuwania się za 2. pp.
Słuszna poniekąd decyzja Berlinga była jednak zbyt długo wypracowywana
co sprawiło, iż dowódcy pułków mieli bardzo mało czasu na przygotowanie
i organizację natarcia. Na krótko przed bitwą kilku (według źródeł
radzieckich 25) żołnierzy 1. DP przeszło na stronę niemiecką. Przekazali
oni Niemcom informację o planowanym ataku radzieckim oraz wskazali im
miejsce postoju sztabu 33. armii. Miejsce to w przeddzień bitwy zostało
zbombardowane przez lotnictwo przeciwnika. Niemcy dowiedzieli się też,
iż w ataku weźmie udział polska dywizja, w związku z czym, wieczorem 11
października, po zapadnięciu zmierzchu, niemieckie służby propagandowe
rozpoczęły nadawanie przez megafony audycji w języku polskim. Nadali
melodię Mazurka Dąbrowskiego, a także nawoływali żołnierzy polskich do
rozprawienia się z radzieckimi komisarzami politycznymi, Żydami i
komunistami oraz do przejścia na stronę wojsk niemieckich. W nocy z 10
na 11 października, zgodnie z zarządzeniem gen. Gordowa, patrole
pierwszorzutowych pułków dywizji przeprowadziły rozpoznanie walką
przedniego skraju niemieckiej obrony, wykrywając kilka gniazd ogniowych
nieprzyjaciela, jednakże równocześnie zdradzając własną obecność w tym
rejonie. 11 października gen. Gordow zarządził kolejne rozpoznanie
walką, tym razem siłami batalionu. Mimo interwencji gen. Berlinga
dowódca 33. armii swej decyzji nie zmienił i rozpoznanie walką
rozpoczęło się o świcie 12 października. Dowodzony przez mjr. Bronisława
Lachowicza 1. batalion 1. pp. nie uzyskał jednak powodzenia, ponosząc
przy tym bardzo duże straty. W zaistniałej sytuacji nie mogło już być
mowy o żadnym zaskoczeniu przeciwnika. 12 października rano widoczność w
dolinie rzeki Mierei była bardzo ograniczona, co spowodowało, iż dowódca
33. armii zdecydował się opóźnić artyleryjskie przygotowanie o godzinę.
Wobec tego atak piechoty winien być rozpoczęty o godzinie 11.00, a nie o
10.00. O decyzji tej dowódca dywizji kościuszkowskiej powiadomiony
został o godzinie 7.00. W tym czasie 1. batalion 1. pp. znajdował się
już pod ogniem niemieckim. Jak się okazało nie wszyscy dowódcy, w
szczególności jednostek artylerii wspierającej piechotą, zostali
poinformowani o wprowadzonych zmianach, co w następnych godzinach walki
poskutkowało chaosem, bałaganem i niepotrzebnymi bardzo dużymi stratami
własnymi.
O godzinie 9.20 salwa artyleryjska rozpoczęła przygotowanie natarcie.
Przygotowanie artyleryjskie wedle wcześniejszych ustaleń miało trwać 100
minut, tymczasem jednak skrócone zostało do jednej godziny. Nim
artyleria przeszła do wsparcia piechoty, a ta osiągnęła gotowość do
uderzenia, minęło 30 minut, co dało Niemcom czas na odtworzenie
naruszonego wcześniej systemu dowodzenia i na uporządkowanie własnych
szeregów. O 10.30 pierwsze rzuty 1 i 2 pułków piechoty, żegnane przez
księdza Franciszka Wilka, rozpoczęły natarcie, sforsowały Miereję i
łamiąc silny opór niemiecki śmiało ruszyły do przodu. Atak piechoty był
imponujący. Wyrównane tyraliery obu pierwszorzutowych batalionów
zdecydowanie ruszyły na nieprzyjacielskie okopy i transzeje. W pierwszej
chwili obrona niemiecka nie była w stanie zatrzymać zdecydowanego
polskiego ataku. Po opanowaniu pierwszej transzei kościuszkowcy podeszli
pod drugą, zdobywając ją w walce wręcz. Ci spośród niemieckich
żołnierzy, którzy nie zdołali uciec z pierwszej transzei, dostali się do
niewoli. Skrócenie artyleryjskiego przygotowania natarcia i
przyspieszenie ataku piechoty zupełnie zniweczyło opracowany przed bitwą
plan walki dywizji. Nie doszło do zniszczenia nieprzyjacielskich gniazd
oporu. Po ataku piechoty artyleria miała ponownie rozpocząć nawałę
ogniową, koncentrując ogień w natarciu w taki sposób, aby tworzył on
przed poruszającą się piechotą wał ogniowy, stanowiący dla niej swego
rodzaju tarczę, za którą może się przemieszczać w ataku. Ten sposób
natarcia ćwiczono w trakcie szkolenia bojowego pod Wiaźmą. Jednak
przebieg działań pod Lenino przekreślił teoretyczny schemat szkoleniowy,
okazało się bowiem, że artyleria nie zapewniła piechocie odpowiednich
warunków w prowadzeniu natarcia. Nie zniszczyła niemieckich środków
ogniowych, nie obezwładniła ich w dostatecznym stopniu, w ogóle nie
stworzyła przed piechotą wału ogniowego. Również czołgi nie były w
stanie odegrać takiej roli, jaką planowano przed bitwą. Po uchwyceniu
przez piechotę pierwszej transzei nieprzyjaciela artyleria armijna, nie
powiadomiona na czas o skróceniu artyleryjskiego przygotowania natarcia,
dalej prowadziła ogień zgodnie z wcześniejszym planem. W wyniku tego
zamieszania jedna z salw radzieckiej artylerii rakietowej spadła na
piechotę 1. pułku dokładnie w chwili, gdy ta atakowała drugą transzeję
niemiecką. W wyniku tego bałaganu piechota 1. pułku doznała znacznych
strat, zaś impet ataku został wyhamowany. Kiedy oszołomienie silnym
atakiem polskim minęło, Niemcy skoncentrowali swe siły i uaktywnili
działania obronne. Wzmógł się ogień ich artylerii i moździerzy.
Równocześnie ze słabnącym ogniem własnej artylerii odżyły punkty ogniowe
przeciwnika. Zatrzymane silnym ogniem z broni maszynowej czołowe
kompanie 1. pułku piechoty zaczęły się wycofywać. W tym samym czasie
przechodzące właśnie przez Miereję jednostki drugorzutowe dostały się
pod silny ogień zaporowy. W momencie, kiedy usiłowały się spod niego
wydostać doszło do ich zderzenia z wycofującym się pierwszym rzutem.
Nastąpiło fatalne w skutkach przemieszanie się pododdziałów, utrata
łączności z jednostkami i totalny bałagan. Zawiodło zatem współdziałanie
polskiej piechoty z artylerią, ale zawiodło również współdziałanie z
czołgami. Około godziny 11.00, kiedy pierwsze rzuty pułków opanowały
przedni skraj niemieckiej obrony, na rozkaz gen, Berlinga zaczęto
wprowadzać do walki kompanie czołgów. Jako pierwsza ruszyła do walki 2.
k cz. Udało jej się przeprawić przez Miereję, jednakże czołgi wkrótce
ugrzęzły w torfowisku bagnistej doliny rzeki. Winę za taki stan rzeczy
ponoszą saperzy, którzy nie przygotowali odpowiednio terenu dla czołgów.
Kompania nie była w tej sytuacji zdolna do wykonania swego zadania czyli
do udzielenia wsparcia walczącej w krwawym boju piechocie. O 12.10 na
przeprawy w rejonie Lenino wyruszyła 1. k cz. Nie mogła ona jednak
odnaleźć przygotowanych przez saperów przejść, tracąc na poszukiwaniach
niemal trzy godziny.
Od 15.00 do 19.00 na drugi brzeg Mierei zdołano przeprawić zaledwie
siedem czołgów. Podobne trudności miała znajdująca się w odwodzie
dowódcy dywizji 3. k cz. T-34. Do godzin wieczornych 12 października 1.
pułk czołgów zdołał przerzucić na drugi brzeg Mierei zaledwie połowę
swych czołgów. Na przeprawie przez Miereję ugrzęzła także artyleria, w
związku z czym piechota pozbawiona była przez długi czas wsparcia
ogniowego. Nie doszło również do wprowadzenia przez gen. Gordowa 5.
korpusu zmechanizowanego, co obiecał przed bitwą. Nad polem bitwy
pojawiły się niemieckie samoloty celnie atakując wprowadzone do walki
drugie rzuty piechoty, zadając jej znaczne straty. Rozpoczęły się także
silne kontrataki niemieckie. Miejscowości Połzuchy i Trygubowa
przechodziły z rąk do rąk. Rosły straty w ludziach, zaczynało coraz
bardziej brakować środków sanitarnych i amunicji, której dowóz w
pierwszym dniu walki został poważnie zdezorganizowany. Bardzo szybko
skończyła się amunicja 1. pp., dlatego też gen. Berling zmuszony był
wycofać go z pierwszego rzutu. Dowódca tego pułku, ppłk Franciszek Derks
w ogóle zniknął, odnajdując się dopiero po bitwie w sztabie 33. armii. O
godzinie 18.20 gen. Berling wydał pułkom pirwszorzutowym rozkaz
wznowienia natarcia, jednakże nie zdołały one złamać oporu przeciwnika i
uzyskać znaczniejszych zdobyczy terenowych. Mimo strat, jakie dywizja
poniosła 12 października i podczas walk nocnych, gen, Gordow nakazał
wznowienie natarcia w całym pasie 33. armii 13 października o 8.00 rano.
Gęsta mgła utrudniała prowadzenie ognia artylerii. Wobec biernej postawy
sąsiednich dywizji radzieckich praktycznie tylko kościuszkowcy
przystąpili do działań zaczepnych. Tylko żołnierzom 2. pułku piechoty
udało się wyprzeć Niemców ze wsi Połzuchy, jednak i ten teren został
wkrótce utracony. Oddziały 1. dywizji były stale nękane ogniem lotnictwa
nieprzyjacielskiego, natomiast samoloty radzieckie w ogóle się nie
pojawiły. W tej sytuacji w godzinach popołudniowych dywizja polska, po
utracie jakichkolwiek możliwości działań zaczepnych, zmuszona była
przejść do obrony. W nocy z 13 na 14 października 1. dywizja została
zluzowana przez radziecką 164. dywizję i wycofana do drugiego rzutu 33.
armii, przez pewien czas kontynuującej jeszcze natarcie, jednak bez
większego powodzenia, po czym całością sił przeszła do obrony
zajmowanego terenu. Odcinek frontu, na którym walczyła 1. DP, pozostał
"martwy" aż do czerwca 1944 roku, kiedy to na Białorusi wojska
radzieckie rozpoczęły operację pod kryptonimem "Bagration". Straty
dywizji kościuszkowskiej poniesione w dwudniowej bitwie pod Lenino były
bardzo duże. Z jej szeregów ubyło ponad 3 tysiące żołnierzy, z czego 510
poległych, 1776 rannych, ponad 650 zaginęło bez wieści, 116 dostało się
natomiast do niemieckiej niewoli. Straty własne dywizji kościuszkowskiej
wyniosły blisko 24% stanu osobowego i procentowo przewyższały straty 2
Korpusu Polskiego poniesione w walkach o Monte Cassino. W dotychczasowej
historiografii bitwa pod Lenino i udział w niej 1. Dywizji Piechoty im.
Tadeusza Kościuszki przedstawiana była dosyć jednostronnie. Nie
akcentowano w zasadzie faktu, iż żołnierze polscy nie byli jeszcze
należycie przygotowani do udziału w działaniach bojowych. Nie byli
jeszcze w pełni wyszkolonym wojskiem, przede wszystkim nie byli jednak
jeszcze przygotowani psychicznie do udziału w tak ciężkim boju, do
jakiego doszło pod Lenino. Nie sprawdziły się zapewnienia gen. Gordowa o
zmiażdżeniu obrony niemieckiej potężnym ogniem prowadzonym w ramach
przygotowania artyleryjskiego. Całkowicie bezpodstawne okazały się
oczekiwania, że przeciwnik pod wpływem nawały artyleryjskiej wycofa się
z zajmowanych pozycji obronnych. Twardy opór żołnierzy niemieckich
zaskoczył kościuszkowców. Mimo to szli naprzód, nie kładąc się,
strzelali z marszu. Silny ogień niemiecki spowodował jednakże u części
polskich piechurów panikę, która sprawiła, iż niektórzy z nich porzucili
szyk bojowy, chowając się w wąwozach przed atakującym lotnictwem
nieprzyjaciela. Piechota polska odpierała kontrataki niemieckie często w
walce wręcz. Bez odpowiedniego wsparcia czołgów i artylerii nie mogła
niestety odnieść sukcesu. Nie było również należytego współdziałania
pułków pierwszorzutowych. Do dużych strat w szeregach polskich
przyczyniła się także - niestety - zbytnia, niekiedy wręcz zupełnie
bezmyślna, brawura. Sam dowódca 1. DP, gen. Zygmunt Berling pod adresem
własnego sztabu skierował zarzut słabej organizacji jego pracy, brak
należytego współdziałania sztabów pułków. Wytykał braki w systemie
zaopatrywania i działalności służby medycznej. Z pola widzenia nie może
znikać rola i popełnione błędy przez samego Berlinga. To on przecież nie
zapewnił wsparcia piechoty czołgami, które na skutek niedbalstwa i nie
przygotowania odpowiednich podejść do Mierei grzęzły w podmokłym
terenie. Nie bez winy jest również dowódca 33. armii, gen. Gordow.
Jednym z głównych zarzutów pod jego adresem jest wymuszenie na Berlingu
przeprowadzenie niepotrzebnego rozpoznania walką oraz fatalne wykonanie
artyleryjskiego przygotowania natarcia. Decyzja o jego skróceniu w
znacznej mierze zaważyła później na przebiegu działań bojowych. Za błędy
Gordowa żołnierze polscy ponieśli krwawą ofiarę. Oceniając bitwę pod
Lenino z wojskowego punktu widzenia trzeba podkreślić, iż 1. DP,
nacierając z wielkim animuszem, związała znaczną część sił
nieprzyjaciela przed swoim frontem, zadając mu przy tym dotkliwe straty.
Przełamała pierwszą linię niemieckiej obrony, stwarzając warunki dla
wprowadzenia radzieckiego 5. korpusu zmechanizowanego. Wysiłek
kościuszkowców nie został jednak należycie wyzyskany i tym samym nie
przerodził się w sukces operacyjny. Działania ofensywne 1. DP nie
zostały powiązane z natarciem całości sił 33. armii gen. Gordowa i armii
sąsiednich. Działając samodzielnie dywizja polska nie była w stanie
przełamać obrony niemieckiej i wyjść nad Dniepr.
Sama Wanda Wasilewska, zdrajczyni która wyparła się obywatelstwa
polskiego, interweniowała u swego mocodawcy Stalina, iż straty Polaków
są zbyt szokujące i niepolityczne w obecnej sytuacji, ale jak to ze
Stalinem, niewiele wskórała.
Stalin zdał sobie sprawę, że może "sprawę polską" wygrywać na wiele
sposobów, jednym z nich miało być użycie polskiego żołnierza w roli
mięsa armatniego.
Ponadto większe znaczenie miał natomiast aspekt polityczny udziału polskiej
dywizji w bitwie pod Lenino. Pierwsza walka kościuszkowców i poniesione
przez nią poważne straty spowodowały znaczny rozgłos, umiejętnie zresztą
wykorzystany przez Stalina w trakcie rozmów, jakie prowadził on w
listopadzie 1943 roku z sojusznikami anglosaskimi w Teheranie. Udział
Polaków w bitwie pod Lenino dał Stalinowi silny argument wzmacniający
pozycję tzw. lewicy polskiej w Związku Radzieckim, konkurującej z
polskim rządem w Londynie i osłabiający rolę tego rządu w oczach
polityków brytyjskich i amerykańskich. Przywódca ZSRR mógł teraz
przedstawić Amerykanom i Brytyjczykom zdradziecki Związek Patriotów
Polskich, jako polską reprezentację polityczną, dysponującą liczącą się
siłą wojskową. A w całej tej zabawie z Polakami Stalinowi chodziło także
o udowodnienie, że nie taki Polak straszny i mimo chwały roku 1920, nie
jest tak dobry jak ruska azjatycka armia, która bez przeszkód rozjeżdża
wroga. Również nie bez znaczenia był aspekt użycia żołnierza polskiego
jako mięsa armatniego, w czym akurat Brytyjczycy i Amerykanie byli
bardzo z Rosjanami solidarni.
Bitwa pod Lenino stanowi przykład bestialskiego wykorzystania podbitego
narodu do gierek polityczno-militarnych, jest obok ludobójstwa
Katyńskiego, ludobójstwem na polu walki w imię przyjętej strategii
pacyfikacji i eliminacji narodu polskiego przez Rosjan - odwiecznych
wrogów Polski. Cała bitwa została wyreżyserowana przez Rosjan; przypadkowość, nierówne
relacje sił, ewentualne błędy
w zarządzaniu lub przyjętej strategii, dowodzą ukrytego celu w
tym starciu, co w efekcie obróciło się w porażkę żołnierza polskiego.