Podczas wojny z Gruzją rosyjscy hakerzy złamali zabezpieczenia Amerykanów, aby w ten sposób zablokować gruzińskie serwery. Na wznowienie 20 stron internetowych gruzińscy informatycy potrzebowali tygodnia. W tym czasie wojska rosyjskie posunęły się w głąb Gruzji, wykrawając nie tylko pod względem militarnym, ale także informacyjnym, gdyż Tbilisi nie mógł informować świat o bieżących wydarzeniach. Był to drugi zmasowany atak cybernetyczny z udziałem rosyjskich hakerów na przestrzeni poradzieckiej.

Cyberprzestrzeń - nowe pole walki
O tym, że między światowymi mocarstwami toczy się prawdziwa cyberwojna od chwili, gdy media elektroniczne stały się najważniejszym środkiem komunikacji i źródłem informacji, nie trzeba nikogo przekonywać. Do tradycyjnych miejsc walki – ziemi, powietrza i wody – teraz doszła cyberprzestrzeń. Najchętniej to czwarte pole bitwy wykorzystują Chińczycy i Rosjanie, a ich głównym celem od lat pozostają serwery amerykańskie. Niekiedy ataki te były skuteczne odpierane, a czasami Amerykanie nie byli w stanie zapobiec włamaniom intruzów. Tak było w lipcu 2007 roku (Chińczycy) oraz w sierpniu 2008 roku (Rosjanie). Nie były to tymczasowe zakłócenia pracy sieci, lecz poważne zagrożenie, które spowodowało tygodniową przerwę w pracy niektórych serwerów. Atak Chińczyków z 2007 roku był najpoważniejszym tego typu atakiem w historii Stanów Zjednoczonych. Chińscy wojskowi eksperci latami głowili się nad tym, jak pokonać amerykańskie zabezpieczenia, co w końcu udało się. Kilka tygodni przedtem natomiast ofiarą chińskich informatyków padły niemieckie rządowe komputery. Zdaniem niemieckiego kontrwywiadu, właśnie w taki sposób Chiny zapewniają sobie dostęp do nowych technologii. W podobny sposób zostały potraktowane przez Chińczyków systemy finansowe Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Na początku lipca tego roku ofiarami ataku cybernetycznego padły także Korea Południowa i USA. Zablokowane zostały strony koreańskiego prezydenta, parlamentu, ministerstwa obrony i kilku banków. W Ameryce zawiesiły się strony Secret Serviece, Departamentu Skarbu, Departamentu Stanu i Białego Domu. Niewykluczone, że uderzenia dokonały Chiny. Mówi się także o Korei Północnej, która w ten sposób wspiera swoją potęgę państwa atomowego. Podczas, gdy Chińczycy włamują się przede wszystkim w celu pozyskania informacji, Rosjanie kierują się innymi priorytetami. Działania kremlowskich hakerów miały na celu zatrzymać informację i ukaranie niesfornych sąsiadów. Podobnie jak w przypadku Gruzji, również Estonia została w ten sposób potraktowana. Podczas sporu o pomnik żołnierza Armii Czerwonej, który władze Tallina chciały usunąć, niespodziewanie zostały zaatakowane serwery rządowe. Co więcej, zostały zablokowane serwery banków, organizacji politycznych i agencji informacyjnych. Przywrócenie ich do pracy kosztowało Estonię ponad milion euro. Był to de facto pierwszy tak poważny atak cybernetyczny na skalę światową. Dlatego też został on potraktowany z całą powagą przez dowództwo NATO. W konsekwencji w Estonii powołano instytucje ds. ochrony cybernetycznej - Cooperative Cyber Defence Centre of Excellence – nazywaną w Tallinie K-5.

Nowy żołnierz na polu walki
Oprócz tradycyjnych wojsk coraz więcej państw powołuje do życia „oddziały cyberżołnierzy”, którzy są groźną bronią ofensywną i defensywną. Oprócz wyżej wspomnianych znamy wiele przypadków ataków cybernetycznych. Największa wymiana „ognia elektronicznego” nieustannie trwa na linii Waszyngton – Pekin – Moskwa. W ostatnich latach ogarnia ona coraz większą liczbę państw. Amerykanie włamywali się niejednokrotnie do irackich i irańskich serwerów; Rosja zaatakowała Estonię i Gruzję i wspiera Hamas w walce z Izraelem; Tel Awiw zaś niejednokrotnie atakował strony organizacji islamskich. Również Iran łamał zabezpieczenia izraelskich komputerów, w tym serwerów Mosadu. Trwa także wojna cybernetyczna między Azerbejdżanem i Armenią. Najwięcej „sukcesów” w tym zakresie mają jednak Chińczycy. Ofiarą najbardziej niebezpiecznej „armii hakerów”, którą dysponują Chiny, dotychczas padło ponad 100 państw.

Oprócz cyberataków międzyrządowych, państwa zachodnie dotyka plaga przestępstw stricte finansowych, dokonanych przez pojedyncze osoby, które za pośrednictwem sieci zdobywają poufne dane, okradają instytucje finansowe i zwykłych obywateli. Najwięcej takich ataków w latach poprzednich kierowano przeciwko instytucjom finansowym i obywatelom USA, zaś ich sprawcami najczęściej byli Rosjanie i Ukraińcy. Jeszcze w 2001 roku rosyjscy hakerzy Wasilij Gorszkow i Aleksiej Iwanow pokonali zabezpieczenia kont bankowych Amerykanów. W 2006 roku ukraiński haker Maksym Wysoczanki został skazany w USA, za włamanie się do amerykańskich instytucji bankowych. Inni, nieznani hakerzy z Ukrainy i Rosji w tymże roku za cel wybrali amerykańską giełdę papierów wartościowych. W 2007 roku w Turcji został zatrzymany ukraiński informatyk, podejrzewany o współpracę z Al-Kaidą oraz o kradzież numerów kart kredytowych setki Amerykanów – klientów sieci TJX, co przyniosło straty na 300 mln USD. W czerwcu 2009 roku ukraińscy hakerzy ukradli z amerykańskiego banku 415 tys. USD. Światowa sieć Internetu w połączeniu z wiedzą specjalistyczną hakerów w rękach terrorystów, to poważne zagrożenie dla pokoju na świecie. Przy pomocy uderzenia cybernetycznego nie tylko można sparaliżować komputery instytucji państwowych i finansowych, ale także przejąć pośrednią kontrolę nad potencjałem militarnym państwa. Chociaż dostęp do systemów odpalania głowic atomowych jest pilnie strzeżony, zawsze istnieje niebezpieczeństwo symulacji ataku jądrowego przez inne państwo i przerwania łańcucha komunikacji między osobami podejmującymi ważne decyzje. Nie jest to bynajmniej pozbawiona podstaw spekulacja, gdyż w przeszłości ofiarą cybernapastników padały serwery FBI, Pentagonu, ONZ i NATO. O powadze zagrożenia świadczy fakt, że firmy zbrojeniowe coraz częściej inwestują właśnie w systemy bezpieczeństwa cybernetycznego. USA zastanawiają się nad utworzeniem „internetowego Pentagonu” – Dowództwa ds. Cyberprzestrzeni USCYBERCOM. Dlatego też słusznie możemy powiedzieć, że żyjemy w czasach „zimnej wojny cybernetycznej” i „wyścigu zbrojeń cybernetycznych”.

Dzisiaj głównymi graczami na cybernetycznym polu walki są Rosjanie, Chińczycy, Amerykanie i Izraelczycy. Wszyscy oni mają duże i dobrze rozwinięte siły do walki w cyberprzestrzeni i wszyscy mogą pochwalić się sukcesami. Najbardziej spektakularnym była wojna cybernetyczna przeciw Estonii jaką przeprowadziła Moskwa. Znaczna część sił konwencjonalnych Rosji jest przestarzała, ale w cyberprzestrzeni Rosjanie są potęgą. W 2007 roku Rosjanie przeprowadzili cyberwojnę przeciwko Estonii. Moskwa zaprzeczała by stała za tymi wydarzeniami. Grupa indywidualistów nie była by w stanie przeprowadzić tak dobrze skoordynowanego ataku na precyzyjnie wybrane cele. Sparaliżowane zostały strony największych banków, partii politycznych i mediów. Nie działały strony rządowe, prezydenta i parlamentu. W kraju gdzie Internet ma tak duże znaczenie dla gospodarki takie uderzenie było bardzo bolesne. Atak skłonił NATO do stworzenia CERT-ów (Computer Emergency Response Team) oraz opracowania strategii obrony na wypadek ataku cybernetycznego, ale dzisiaj wciąż pozostawia ona wiele do życzenia. Poszczególne kraje wolą się koncentrować na własnym bezpieczeństwie informatycznym. Swoją siłę w cyberprzestrzeni Rosjanie pokazali również tuż przed wojną z Gruzją, kiedy to hakerzy przejęli kontrolę nad wieloma serwerami gruzińskimi np.: stroną prezydenta. Amerykanie podejrzewają, że na usługach Kremla jest organizacja cyberprzestępcza Russian Bussines Network, która dokonuje regularnych ataków na kraje zachodnie. Brała też udział w uderzeniach na Estonię i Gruzję. Dzisiaj jest ona uznawana za jedną z najgroźniejszych tego typu grup.
Najbardziej zaawansowani w walce cybernetycznej są jednak Chińczycy. Od kilku lat Chiny co roku dokonują dużych ataków cybernetycznych na systemy informatyczne państw zachodnich. Pekin za każdym razem zaprzecza, że ma z tym cokolwiek wspólnego i zapowiada ukaranie sprawców. Niewielu jednak w te zapewnienia wierzy. Jednym z największych uderzeń była seria ataków latem 2007 roku na systemy finansowe Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Francja nawet oficjalnie oskarżyła Pekin o ten atak. W lipcu tego samego roku serwery Pentagonu przeżyły prawdziwą inwazję w wyniku, której Departament Obrony musiał na kilka dni wyłączyć część swojego systemu informatycznego. Dzięki szybkiemu działaniu amerykańskich informatyków hakerzy nie zdołali uzyskać dostępu do tajnych informacji. ChRL i tym razem zaprzeczyła by miała cokolwiek wspólnego z tymi wydarzeniami. Jednak na początku grudnia 2007 roku Jonathan Evans z MI5 udowodnił w obszernym raporcie, że ataki pochodziły z serwerów należących do chińskich instytucji państwowych. Waszyngton szybko zdał sobie sprawę, że Chińczycy posiedli zdolność sparaliżowania ich bez użycia rakiet, dlatego łożą olbrzymie sumy na bezpieczeństwo informatyczne. Pentagon w kwietniu 2009 roku ogłosił, że wciągu sześciu miesięcy wydał ponad 100 milionów dolarów na walkę z cyberatakami i naprawianie szkód przez nie wyrządzonych. Koszty obrony zaś ciągle rosną gdyż napastnicy łamią kolejne zabezpieczenia i trzeba wymyślać nowe, a ataków jest coraz więcej. FBI otwarcie przyznaje, że cyberterroryści mogliby dokonać uderzenia, którego rezultaty dorównałyby tym wywołanym przez zamachy z 11 września 2001.
Wiosną tego roku Kanadyjczycy wykryli chińską siatkę hakerów, których skala działań zaskoczyła i przeraziła specjalistów od bezpieczeństwa informatycznego. Okazało się, że Chińczycy zainfekowali 1238 komputerów rządowych w 103 państwach. Działali oni od dłuższego czasu i udało im się zdobyć dostęp do systemów wielu ministerstw spraw zagranicznych głównie państw azjatyckich. Państwa te zaś nie miały pojęcia, że ich systemy są penetrowane. Hakerzy zdobyli również dostęp do serwerów wielu ambasad państw zachodnich w Azji. Po włamaniu instalowali oni złośliwe oprogramowanie, dzięki któremu mieli dostęp do informacji poufnych. Pekin zaprzeczył by stał za tymi działaniami. Jednak mało prawdopodobne by w kraju gdzie cenzuruje się Internet działała duża i tak dobrze zorganizowana grupa, która mogłaby prowadzić działania na taką skalę bez wiedzy władz. Dziwnym zbiegiem okoliczności hakerzy włamywali się do systemów, którymi z różnych względów interesował się chiński wywiad.

Niepokój badaczy zajmujących się cyberprzestrzenią są możliwości, jakie daje ona w dziedzinie broni nuklearnej. Jason Fritz w badaniach przeprowadzonych na zlecenie International Commission on Nuclear Non-proliferation and Dsisarmament ostrzega, że cyberterroryzm jest wyjątkowo niebezpieczny gdy chodzi o broń nuklearną. Przy pomocy uderzenia cybernetycznego można doprowadzić do użycia broni jądrowej nie poprzez jej bezpośrednie odpalenie gdyż jest ona kontrolowana przez oddzielne systemy, ale przez wywołanie określonego cyklu zdarzeń. Wystarczy, że hakerzy włamią się do systemu wczesnego ostrzegania, któregoś z mocarstw atomowych i sprawią by wszczął on alarm. We wszystkich tych mocarstwach użycie broni atomowej zależy od decyzji najwyższych władz w państwie. Jednak w łańcuchu decyzyjnym wyrwę mogą spowodować hakerzy, którzy zmylą niższe szczeble od których może pójść błędny sygnał ku górze. Systemy informatyczne obrony strategicznej są szczególnie chronione, ale cybernapastnicy już wielokrotnie udowodnili, że są w stanie włamać się do pilnie strzeżonych systemów np.; łamiąc zabezpieczenia systemów FBI, Pentagonu czy dowództwa NATO. Fritz zwraca również uwagę na to, że cywilne obiekty nuklearne są słabiej chronione przed cybernetyczną penetracją niż obiekty wojskowe i są łatwiejszym obiektem ataków. Już w 1994 roku napastnicy złamali zabezpieczenia ośrodka badań jądrowych w Seulu, a w 2008 roku bez problemu włamali się do systemu Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN.

Nowym rodzajem działań w cyberprzestrzeni jest swoistego rodzaju „cybernetyczna wojna domowa”. Przykładem tego jest to co działo się w internecie w czasie demonstracji opozycji w Teheranie w ciągu ostatnich tygodni. Władze irańskie zastosowały blokadę informacyjną wobec wydarzeń w kraju. W takiej sytuacji najważniejszym źródłem informacji na temat tego co tam się działo byli sami Irańczycy, którzy słali w świat wiadomości o protestach. Władze starały się te działania zwalczać blokując dostęp do niektórych stron czy usług oraz starając się ustalić adresy IP hakerów. Opozycjoniści zaś starali się te blokady omijać, atakowali strony rządowe, a otrzymywali pomoc z całego świata. W sieci pojawiły się nawet poradniki jak utrudnić wykrycie w cyberprzestrzeni np.: helpiraniantwitters. Podobne wydarzenia, ale na mniejszą skalę, miały miejsce w czasie wyborów parlamentarnych w Rosji w 2007 roku. Na stronie opozycyjnej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji widniał ciągle napis „dupa”, a komunikaty na stronie Jabłoko były nieczytelne przez koślawe litery. Opozycjoniści próbowali się bronić, ale bezskutecznie. Na początku lipca tego roku ofiarami ataku cybernetycznego padły Korea Południowa i USA. Zablokowane zostały strony koreańskiego prezydenta, parlamentu, ministerstwa obrony i kilku banków. W Ameryce zawiesiły się strony Secret Serviece, Departamentu Skarbu, Departamentu Stanu i Białego Domu. Uderzenia dokonała najprawdopodobniej Korea Północna. Jeżeli zdołała ona stworzyć jednostkę do walki w cyberprzestrzeni to stała się wyjątkowo groźnym przeciwnikiem gdyż może szkodzić Amerykanom nie obawiając się kontruderzenia. Phenian nie ma systemów informatycznych, które mogliby sparaliżować Amerykanie. Jeżeli Phenian jest w stanie dokonywać cyberuderzeń to tylko dzięki pomocy technologicznej Chin. Możliwe też, że Phenian wynajął grupę hakerów do dokonania takiego uderzenia. W takiej sytuacji udowodnienie mu tego i ukaranie staje się praktycznie niemożliwe. Podobnie jest z większością cybernapastników. Teoretycy wojny i wojskowi zastanawiają czy atak cybernetyczny można uznać za casus beli. Jedni informatycy pracują nad coraz doskonalszymi zabezpieczeniami, a inni nad ich złamaniem. Większość z nas żyje natomiast w błogiej nieświadomości zagrożenia. Tymczasem jak pokazała historia Estonii, zorganizowane uderzenie cybernetyczne może sparaliżować państwo. Ataku takiego nie sposób przewidzieć - nad światem krąży widmo „cybernetycznego Pearl Harbor”.