Zamek zamkowi nie równy


Na temat zamku krąży wiele legend i opowieści, od słynnej Bursztynowej Komnaty, przez rozgrywki szpiegowskie, aż po tajemnicze badania nazistowskich naukowców. Zamkowi przewodnicy i regionalni dziennikarze od lat podsycają atmosferę niezwykłości mniej lub bardziej prawdopodobnymi historiami związanymi z zamkiem. Zanim jednak zagłębimy się w tajemnicze dzieje Czochy podczas II wojny światowej, oraz „zabezpieczanie” zamkowych skarbów przez władze ludowe, warto spojrzeć na wcześniejsze dzieje zamku.

35 km na północny-wschód od Jeleniej Góry (Hirschberg), nieopodal miejscowości Leśna (Markliss), nad malowniczym jeziorem zaporowym, wznosi się wspaniały zamek Czocha, w którym jego ostatni przedwojenny właściciel, w zamaskowanym, pancernym pokoju, schował ogromne skarby. Przemyślny schowek na niewiele się zdał - tajemnica została zdradzona i skarby odkryto; pytanie tylko, czy wszystkie?


 
Zamek Czocha został zbudowany w pierwszej połowie XIII w. z inicjatywy czeskiego króla Wacława II jako nadgraniczna warownia. Podobnie jak wiele innych dolnośląskich zamków, na przestrzeni wieków zmieniał właścicieli i stopniowo podupadał w ruinę. Przełom w historii Czochy nastąpił w 1909 r., kiedy to, za 1,5 miliona ówczesnych marek niemieckich, zamek nabył drezdeński przemysłowiec, baron Ernst von Gütschow, który niemal natychmiast po zakupie przystąpił do prowadzonej z ogromnym rozmachem przebudowy zamku. Zatrudnił Bodo Ebhardta, wybitnego architekta, specjalistę od rekonstrukcji średniowiecznych budowli; zapłacił 4 miliony marek, żeby po kilku latach szczycić się rezydencją, którą określano mianem bardziej średniowiecznej niż samo średniowiecze. Gütschow był bez wątpienia postacią nietuzinkową - właściciel koncernu tytoniowego, rzekomo skoligacony z Rockeffelerami i przyjaźniący się z rosyjską arystokracją; rozlubowany w dziełach sztuki, które kolekcjonował, urządził na zamku bibliotekę w stylu Tudorów zawierającą w swoich zasobach około 25 tysięcy tomów, w tym liczne białe kruki, zbierał broń, obrazy i... pamiątki po carach Rosji. Podobno opuszczając Czochę pod koniec wojny, baron miał uspokajać pozostającą na zamku służbę, że chociażby zamek splądrowali Rosjanie, to i tak nie zabiorą tego, co najcenniejsze...



Niedaleko Czochy znajdowały się tajne fabryki, które miały dostarczyć Hitlerowi jego upragnioną Wunderwaffe. Zakłady zlokalizowane były w Leśnej (ówczesnej Marklissie) oraz Miłoszowie (wtedy Hauptmannsdorfie). Podobno Wernher von Braun, słynny „rakietowy baron” - twórca rakiet V-1 i V-2, bywał częstym gościem na Czosze i w tych zakładach. Niedowiarków może dziwić, czemu von Braun miałby odwiedzać często właśnie Czochę – w końcu zakładów zbrojeniowych było na terenie Rzeszy bez liku. Pozostaje jeden dobry argument – rodzina rakietowego barona. W pobliskim Wleniu znajdował się jeden z rodzinnych majątków von Braunów. Schronienie znalazł tam uciekający przed Armią Czerwoną Magnus von Braun, ojciec Wernhera – którego w rok później amerykański wywiad spektakularnie ewakuował do strefy okupacyjnej Stanów Zjednoczonych w Niemczech. Jak widać, amerykański wywiad już od pewnego czasu toczył na tych ziemiach boje z radzieckim. Do myślenia daje rzekoma wizyta amerykańskich czołgów niedaleko Świeradowa (Bad Flinsberg) w 1945 roku, skąd do Czochy, lub tajnych zakładów w Leśnej (Markllissa) było bliziutko.

Czocha i tajemnicza broń

Możliwe, że i pod samą Czochą były prowadzone tajne badania naukowe. Niemcy podejrzanie silnie ufortyfikowali sam zamek, a nie jak sugerowałaby logika, zaporę na Kwisie. W dodatku oprócz fabryk w Leśnej i Miłoszowie, w pobliskim Lubaniu znajdowały się podziemne zakłady eksperymentujące z polem magnetycznym tak skutecznie, że ponoć przejeżdżające pobliską drogą samochody nagle stawały. Pod samym zamkiem i w jego okolicy wciąż czekają na spenetrowanie pozostałe po Niemcach sztolnie, które mogą kryć jeszcze niejedną tajemnicę. W ostatnich miesiącach wojny wywiady: amerykański i radziecki gorączkowo poszukiwały tajemniczej niemieckiej maszyny, którą alianci nazwali „ryba-miecz”. Maszyna miała odczytywać radzieckie szyfry jednorazowe, uważane za niemożliwe do złamania. Rzeczywiście, Niemcy zbudowali takie urządzenie, wykorzystując błędy, które Rosjanie popełnili w 1941 i 1942 r. wielokrotnie używając tych samych szyfrów jednorazowych (co najmniej w trzydziestu tysiącach depesz). Niemiecka maszyna prawdopodobnie działała w Jeleniej Górze, w tajnym ośrodku „Pers Z”, który został stamtąd ewakuowany w lutym 1945 r.

Ryba-Miecz to kodowa nazwa nadana przez wywiad aliancki niemieckiej maszynie deszyfrującej, która potrafiła odczytywać radzieckie szyfry jednorazowe, co wydawało się nieprawdopodobne. Historia jej powstania nie jest znana. Ewakuowana do Rosenheim została tam odnaleziona przez oddział TICOM kmdr Howarda Compaigne’a 12 kwietnia 1945 roku. Przewieziono ją do brytyjskiego ośrodka w Bletchley Park, gdzie wykonano kopię, którą dostarczono do USA. Tam wykorzystano maszynę do odczytywania radzieckich depesz z ambasady w Nowym Jorku przechwyconych przez nasłuch radiowy i przechowywanych w archiwum. W 1949 roku radzieckie depesze, których treść utajniano za pomocą szyfru jednorazowego, przechwytywane przez amerykańskie stacje nasłuchowe jeszcze w czasie wojny i składane do archiwum, zaczęły ujawniać swą treść. Wynikało z niej, że wielu amerykańskich naukowców i techników pracujących nad bombą atomową przez lata zdradzało Rosjanom najbardziej strzeżone tajemnice! Jedni dla pieniędzy, inni z pobudek ideologicznych przekazywali radzieckim szpiegom tajne materiały z Los Alamos. Szpiedzy dostarczali je do placówek dyplomatycznych w Waszyngtonie i Nowym Jorku. Stamtąd wysyłano je do Moskwy w poczcie dyplomatycznej lub, gdy czas naglił, drogą radiową, po zaszyfrowaniu treści za pomocą szyfru jednorazowego. Federalne Biuro Śledcze FBI dostało w ten sposób dowody, że zdrajcami są najwięksi naukowcy: Fuchs, Hall, Sax. W kręgu podejrzeń znaleźli się ci, którzy zrobili najwięcej dla bomby atomowej: Robert Oppenheimer, Bruno Pontecorvo, Enrico Fermi. Paradoks polegał na tym, że Ameryka ujawniała zdrajców dzięki niemieckiej maszynie. Tej informacji świat nie mógł poznać! Zasługę złamania szyfru przypisano Meredithowi Gardnerowi, genialnemu kryptologowi z US Army Security Agency (ASA). O „Rybie mieczu” nie śmiał wspomnieć nikt, choć straciła swoje ostrze i stała się muzealnym zabytkiem.
W 1949 roku William Weisband, szyfrant zatrudniony w ASA, zwerbowany przez Rosjan dwa lata wcześniej, zdradził za pół miliona dolarów fakt istnienia „Ryby miecza”. Miał szczęście, że sprawa była tak tajna, gdyż nie wytoczono mu procesu o zdradę, a pod innym pretekstem skazano jedynie na rok więzienia. Dzisiaj to już bardzo zamierzchła historia, ale wciąż głęboko ukryta. W 1992 roku dyrektor National Security Agency przedłużył okres zachowania w tajemnicy wszelkich dokumentów, dotyczących TICOM i „Ryby miecza”, do 2012 roku.



W czasie swojego panowania na Czosze, Ernest Gütschow zgromadził imponującą kolekcję zamkowych skarbów wśród których była część słynnego carskiego skarbu, m. in. popiersia wszystkich władców Rosji począwszy od Ruryka. Gütschow często gościł na zamku uciekających na Zachód, rosyjskich emigrantów, którzy szukali bezpiecznego miejsca dla swoich kosztowności. Część zbiorów kupił na aukcjach, gdzie rosyjski proletariat lekką ręką pozbywał się carskich skarbów.
Kiedy okolicę na dobre wyzwoliła ogniem i mieczem Armia Czerwona, dopiero kształtująca się na tych terenach władza ludowa zaczęła się zastanawiać jak dobrać się do zamkowych skarbów. Rozpoczęło się szabrowanie okolicy – z zamku wywożono w często nieznanym kierunku meble, księgozbiory i dzieła sztuki. Najcenniejsze zbiory – część carskiego skarbu, ikony, popiersia, sporo drogiego alkoholu i wiele więcej - zgromadzone przez Gütschowa znajdowały się w tzw. pancernym pokoju, bardzo dobrze zamaskowanym w zamkowych piwnicach. Pokój był zamknięty na cztery spusty przez potężne drzwi, z prawie niemożliwym do złamania mechanizmem szyfrowym. Władze poradziły sobie z tym problemem z iście ludową subtelnością – drzwi w zamian za zapłatę srebrem rozpruł miejscowy ślusarz.

Powojenne porządki

Na początku 1946 roku, miejscowym włodarzom zaczął palić się grunt pod nogami. 1 lutego 1946 roku komendant MO w Leśnej, oraz jego zastępca wzięli ze sobą część zamkowych sreber zabezpieczonych w ratuszu i przepadli jak kamień w wodę. Kilka godzin później, burmistrz Kazimierz Lech „zabezpieczył” resztę depozytu zamkowego pozostałego w ratuszu, załadował na ciężarówkę i ruszył w stronę granicy. Jako przedstawiciel władzy, dysponował mocnymi, radzieckimi papierami, jak również służbowym rozkazem wyjazdu (naturalnie wystawionym przez samego siebie), które zdołały zmylić pograniczników. Dalsze losy ciężarówki ze skarbami są niejasne – najprawdopodobniej zdołała brawurowo przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech, lub do okupowanej przez Rosjan Austrii. Możliwe że Rosjanie zorientowali się jaki skarb wypuścili z rąk i chcieli go w elegancki sposób odzyskać...



Przez bardzo długi okres czasu, Czocha była obiektem wojskowym, przerobionym na dom wczasowy dla zmęczonych odzyskiwaniem ojczyzny oficerów Ludowego Wojska Polskiego i prominentów Polski Ludowej. Po upadku socjalizmu w Polsce, Czocha została udostępniona zwiedzającym, a w dawnym domu wczasowym urządzono hotel na 137 miejsc. Niestety, w związku z tym, zamkowe komnaty można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Co majętniejsi goście mogą nawet spędzić noc w komnatach Ernesta Gütschowa, czy Bodo Ebhardta. Przechodząc zamkowymi ścieżkami, nie można ominąć całkiem przyzwoicie wyposażonej sali tortur. Na zamku działa również bractwo rycerskie, organizujące turnieje rycerskie, pokazy walk, oraz konkurencje na zamówienie. Malownicze tereny, jak i dobry stan zamku zachęcały producentów filmowych do kręcenia zdjęć właśnie na Czosze. Tutaj właśnie powstała powojenna komedia „Gdzie jest generał?”, oraz kręcono zdjęcia do „Wiedźmina”, czy „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów”.

Jedno jest pewne, Czocha jest atrakcyjnym obiektem turystycznym, który warto zwiedzić przejeżdżając przez tą malowniczą i tajemniczą krainę.