Na polu walki, które co chwila zamieniało się w morze ognia, panował chaos.
Najbardziej krwawy pojedynek stoczono pośród traw, które stały się krwawą
pułapką dla setek żołnierzy. Straty były tak ogromne, a walki tak zacięte, że
miejsce bitwy nazwano "Doliną Śmierci".
Krótka droga do "Doliny Śmierci"
To była pierwsza wielka bitwa wojny wietnamskiej z udziałem Amerykanów.
Waszyngton zdecydował się wysłać swoje oddziały do walki, ponieważ Armia
Wietnamu Południowego była zbyt uwikłana w bieżąca politykę, by móc być
efektowną siłą na polu walki. Żołnierze zajmowali się głównie obalaniem
kolejnych prezydentów, a nie walką z komunistami z Północy. Viet Cong był w tych
walkach wspierany przez regularną armię Wietnamu Północnego, co dodatkowo
osłabiało strategiczną pozycję rządu w Sajgonie. Doprowadziło to do tego, że na
początku 1965 roku komuniści przejęli faktyczną kontrolę nad terenami wiejskimi
znajdującymi się na południu kraju. Obserwujący niepomyślny rozwój wypadków
dowódca sił amerykańskich w Wietnamie Płd. gen. William Westmoreland uzyskał
pozwolenie od prezydenta USA na wprowadzenie do bezpośredniej walki sił armii
amerykańskiej. Jej dowództwo postanowiło przećwiczyć nową taktykę, w myśl której
jej siły miały być transportowane na pole walki helikopterami, po czym miały być
wspieranie ogniem z powietrza oraz, z oddalonej o kilka kilometrów, artylerii.
Okazja do przećwiczenia nowej taktyki nadeszła w listopadzie 1965 roku. Siły
amerykańskie namierzyły partyzantów Viet Congu w rejonie góry Chu Pong
usytuowanej w dolinie rzeki Drang. Na dowódcę operacji, mającej na celu rozbicie
sił komunistów, wybrano pułkownika Hala Moore'a. Zdecydował się on na lądowanie
na lądowisku X-Ray w pobliżu góry. Amerykanie zebrali jednak niewystarczające
dane o rzeczywistych rozmiarach sił wroga i, w rezultacie, wpadli w pułapkę.
Pierwsza wielka bitwa wojny wietnamskiej stała się dla nich krwawym koszmarem.
Walki były tak zacięte, że dolinę rzeki Drang ochrzczono mianem "Doliny
Śmierci".
Pułapka w dolinie rzeki
Amerykańskie siły zaczęły lądować w rejonie góry 14 listopada o godzinie 10:48.
Według planu pułkownika Moore'a, kompanie Bravo i Alpha miały rozlokować się w
pobliżu koryta wyschniętej rzeki, a kompania Charlie u podnóża góry. Wyposażona
w moździerze kompania Delta była bojową rezerwą. Punktem dowodzenia Moore'a
stała się olbrzymia termitiera znajdująca się w pobliżu lądowiska. Lądowanie
poprzedził ostrzał artyleryjski. Zaraz po tym Moore podzielił podległe mu siły
na kilka drużyn. Jedna z nich zdołała schwytać chowającego się w pobliskiej
trawie Wietnamczyka. W trakcie przesłuchania ujawnił on, że siły
północnowietnamskie w rejonie góry liczą 1600 żołnierzy. Na miejscu tymczasem
znajdowało się zaledwie 200 amerykańskich żołnierzy, którzy zaczęli obsadzać
pozycje w rejonie częściowo wyschniętego koryta rzeki i u podnóża góry. Piekło
wojny miało się dopiero zacząć. Pół godziny później wysłany na rekonesans pluton
por Henry'ego Herricka dostał się pod ogień wroga. Zmasowany atak Wietnamczyków
odciął Amerykanów od głównych sił i przygwoździł ich do ziemi na niewielkim
wzniesieniu. Gdy Herrick został zabity, dowództwo przejął sierż. Ernie Savage.
Wezwał on przez radio artylerię do ostrzału przedpola własnych pozycji, pole
bitwy stało się tak małe, że pociski spadały tuż pod nosem Amerykanów. Pluton
pozostawał odcięty od głównych sił przez dwa dni. Na samym końcu o przeżycie
walczono już na pięści. Dramatyczne walki zakończyły się dopiero trzeciego dnia
bitwy, gdy do odciętego plutonu zdołały przebić się inne amerykańskie jednostki.
Koszmar w krzyżowym ogniu wroga
Jednocześnie pod ogień dostały się także siły gen. Moore'a. W takich warunkach
na lądowisku lądowały kolejne helikoptery dowożące amerykańskich żołnierzy.
Ogień był tak gęsty, że część z nich ginęła zaraz po wylądowaniu. Często los
taki spotykał także oficerów, co powodowało, że oddziały zostawały bez dowódców.
Amerykanie byli atakowani ze wszystkich stron. Wkrótce ich siły znalazły się w
okrążeniu. U podnóża góry napór Wietnamczyków powstrzymał pluton porucznika Boba
Tafta, który poniósł śmierć w walkach. Zacięty bój o koryto rzeki stoczyli
ludzie kapitana Nadala, którzy powstrzymali wroga przed wdarciem się w środek
amerykańskich pozycji. Następnie kapitan, wraz z radiooperatorem, wynosili ciała
zabitych Amerykanów pod ciężkim ogniem przeciwnika. W tym samym czasie
Wietnamczycy omal nie zajęli samego lądowiska. Z powodu ciężkich walk nie mogły
wylądować na nim helikoptery mające ewakuować rannych. Ich wywożeniem z piekła
wojny zajęły się więc helikoptery dowożące na miejsce bitwy kolejne oddziały i
amunicję. Po pierwszym dniu walk, Amerykanie, pod osłoną nocy, okopali się. W
ciągu najbliższych godzin przyszło im powstrzymać przeważające siły wroga, które
próbowały przełamać ich pozycje. Amerykanie zdołali obronić się i zadać wrogowi
poważne straty dzięki ostrzałowi artyleryjskiemu. Zacięte walki ponownie
rozgorzały nad ranem. Siły USA, które został wysyłane na rekonesans, dostały się
pod ostrzał i musiały powrócić na swe pozycje. Porucznik John Geoghagan, dowódca
jednego z patroli, zapłacił za to najwyższą cenę; gdy próbował wynieść z pola
walki rannego żołnierza, sam został ścięty serią z Kałasznikowa.
Morze napalmu na polu bitwy
Godzinę później do ataku z trzech kierunków naraz ruszyli Wietnamczycy.
Amerykanie zaczęli cofać się pod ich naporem. W obliczu klęski gen. Moore
nakazał radiooperatorowi nadanie kodu "Złamana Strzała", który oznaczał wezwanie
na pomoc każdego dostępnego samolotu w powietrzu. Na Wietnamczyków wkrótce
spadło morze bomb i napalmu. W toku walk doszło do tragicznej pomyłki, gdy
napalm został zrzucony na jedną z amerykańskich linii obrony. Śmierć poniosło
kilku żołnierzy, wielu zostało poważnie rannych, ale atak został odparty. Zanim
zapadł zmrok, na pole walki Amerykanie zdołali przetransportować posiłki. W nocy
doszło do kolejnych ataków. Linie obrony zostały dosłownie zalane przez setki
Wietnamczyków, które próbowały realizować taktykę zamykającą się w haśle:
"Podejść na tyle blisko, by chwycić wroga za pas". Amerykanie zdołali oświetlić
flarami pole bitwy i wziąć oddziały wroga w krzyżowy ogień. Ostrzał artyleryjski
oraz bombardowanie z powietrza dopełniły reszty. Przeorane bombami pole bitwy
stało się grobem dla kilkuset Wietnamczyków.
Śmiertelny pojedynek pośród traw
Bitwa została praktycznie zakończona, ale nie był to koniec krwawej jatki.
Amerykanie zaczęli przemieszczać się z lądowiska X-Ray do odległego o 4 km
lądowiska Albany. Gdy byli w jego pobliżu, zauważyli przemieszczające się
oddziały komunistów. Chwilę później Amerykanie, którzy weszli w wysokie trawy,
zostali okrążenie przez Wietnamczyków. To był początek koszmaru. W ciągu
pierwszych pięciu minut walki Amerykanie stracili aż 45 zabitych. Wietnamczycy
jednocześnie wyszukiwali rannych i dobijali ich bagnetami. Dantejskie sceny walk
trwały aż do wczesnego wieczora, gdy na miejsce zdołały przybyć posiłki, które
wyparły wroga na linię drzew. Amerykanie, w ciężkich walkach, zdołali
zabezpieczyć także lądowisko Albany. To właśnie z tego miejsca helikoptery, pod
ciągłym ostrzałem, wywoziły rannych żołnierzy. Wietnamczycy, po niepowodzeniu
swoich ataków, nad ranem zdecydowali się wycofać. Wtedy to Amerykanie mogli
przystąpić do liczenia zabitych żołnierzy pośród morza zwłok. Jak ustalono, w
bitwie toczonej od 14 do 18 listopada 1965 roku zginęło aż 304 Amerykanów i
ponad 1500 Wietnamczyków.
Początek "bambusowego gułagu"
Jednym z walczących był fotoreporter Joe Galloway. Pochodzącemu z Teksasu
dziennikarzowi włożono do ręki broń z uwagi na przeważające liczebnie siły
wroga, dzięki czemu mógł się on bronić i uratował swoje życie. Za bohaterską
walkę został odznaczony Brązowym Sercem; do dziś jest on jedynym cywilem, który
otrzymał tak wysokie odznaczenie od amerykańskiej armii. To właśnie na motywach
jego powieści w 2002 roku Mel Gibson nakręcił film "Byliśmy żołnierzami". Bitwa
zdefiniowała sposób prowadzenia wojny w Wietnamie na całe lata. Amerykanie
zaczęli udoskonalać taktykę wykorzystania sił powietrznych w prowadzonych
kampaniach, a także koordynować misje piechoty z ostrzałem artyleryjskim.
Wietnamczycy z kolei starali się podchodzić do Amerykanów jak najbliżej, tak by
zniwelować możliwość amerykańskiego ostrzału i bombardowań. Pomimo tego, że
amerykańskie dowództwo uznało bitwę za sukces, to danina krwi złożona przez
żołnierzy była olbrzymia, a czterodniowy bój okazał się być tylko początkiem
wietnamskiego koszmaru. Zakończył się on dopiero wraz z wycofaniem sił USA w
1973 roku. W ciągu następnych dwóch lat opuszczony przez Amerykanów Wietnam
Południowy został podbity przez komunistów z północy, którzy zamienili następnie
"zjednoczony" kraj w "bambusowy gułag".