Katyń, oprócz swojej całej zgrozy, ukrywa jeszcze jeden dosyć
tragiczny fakt, to polski rząd pozostawiając za sobą płonący kraj 17 IX 1939 i
nie reagując w żaden sposób na sowiecką agresję, pozwolił Rosjanom potraktować
nasze wojsko, jak przestępców, zaś zajęte ziemie i ludność na nich pozostającą,
jak swoją własność. Ten brak reakcji i późniejsza polityka obłaskawiania
Stalina, pod naciskami Brytyjczyków i Amerykanów doprowadziły do przedziwnej
sytuacji, Polska która padła ofiarą Niemiec i Rosji, musiała uznać Rosjan za
swoich sprzymierzeńców i oswobodzicieli, zaś Katyń za dzieło hitlerowców. W
pierwszej sprawie mogło dojść do jakiegoś kompromisu, w drugiej zaś, i aneksji
Kresów Wschodnich, już nie.
U progu 1939 r. do Polski wciąż spływały z Berlina żądania kolejnych ustępstw
wobec Niemców. Polska konsekwentnie odmawiała, przez co konflikt zbrojny z
naszym zachodnim sąsiadem stawał się coraz bardziej prawdopodobny.
Pierwotnym zamiarem Hitlera było odizolowanie Polski, a następnie pokonanie jej
bez żadnych układów z ZSRR. Toteż początkowo dyplomacja niemiecka nie reagowała
na umizgi ze strony Kremla, dążącego do wyjścia ze stanu izolacji
międzynarodowej i poprawy stosunków z Niemcami. Podjęte w maju 1939 r. dyskretne
rozmowy niemiecko-sowieckie były początkowo ze strony Berlina bardziej grą
dyplomatyczną, rozpoczętą w reakcji na aktywność dyplomacji angielskiej i
francuskiej (te państwa starały się z kolei wciągnąć Związek Radziecki do
wspólnej polityki antyhitlerowskiej), niż rozmowami w celu stworzenia stabilnego
sojuszu niemiecko-sowieckiego.Dla Moskwy ewentualne porozumienie z Niemcami nie
tylko oznaczało powiększenie wpływów – i ewentualnie zdobycze terytorialne (w
środkowej Europie i w Polsce). Niebanalne znaczenie miało również, to, że
zbliżenie Hitlera do Stalina oddalało tego pierwszego od sojuszu z Japonią. A
ponieważ w tym samyjm czasie wciąż trwały walki toczone przez Armię Czerwoną z
Japończykami w Mandżurii – było to strategicznie istotne.
Informacje o możliwym zbliżeniu między obydwoma naszymi sąsiadami docierały do
Warszawy między innymi od dyplomatów węgierskich, włoskich i japońskich. Ale w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie dawano im wiary. Różnice ideologiczne
pomiędzy oboma krajami – uważano w Pałacu Brühla – są tak zasadnicze, że
współpraca pomiędzy nimi, ściślejsza w latach 20., jest aktualnie wobec poglądów
Hitlera nie do pomyślenia. Taki pogląd prezentował też polski ambasador w
Moskwie, Wacław Grzybowski, stale dezawuujący wspomniane pogłoski o ewentualnym
zbliżeniu. Faktycznie, początkowo rozmowy, które prowadził szef sowieckiego
przedstawicielstwa handlowego w Berlinie Jewgienij Barbarin, nie zapowiadały
przełomu. Jednak w lipcu 1939 r. sytuacja uległa zmianie: Hitler stwierdził, że
w celu sparaliżowania starań angielskich należy nawiązać ściślejszą współpracę
ze Stalinem. 26 lipca 1939 r. Barbarinowi zaproponowano zawarcie
niemiecko-sowieckiego układu politycznego. Już w pierwszej poważniejszej
rozmowie na ten temat, przeprowadzanej przez ministra Joachima von Ribbentropa
(2 VIII 1939) pojawiła się sugestia porozumienia z Rosją co do losu Polski.
Następnego dnia sugestię tę niemiecki ambasador w Moskwie powtórzył radzieckiemu
ministrowi spraw zagranicznych Wiaczesławowi Mołotowowi. Od tej pory wypadki
potoczyły się szybciej, przy czym na zawarcie porozumienia nalegali teraz
Niemcy, którzy zdecydowani już byli na zaatakowanie Polski w najbliższym czasie.
20 sierpnia 1939, zniecierpliwiony przedłużającymi się rozmowami
dyplomatycznymi, Hitler wysłał do Stalina telegram, z prośbą o jak najszybsze
przyjęcie w Moskwie Ribbentropa i jednoczesną zgodą na wszystkie wysunięte przez
Rosjan warunki. Z których bodaj najistotniejszym było dołączenie do układu
specjalnego, tajnego protokołu, ustalającego „strefy interesów” obu państw w
Europie środkowej. W tej sytuacji rozmowy brytyjsko-francusko-radzieckie zostały
przez Moskwę natychmiast zerwane, co zresztą było od początku zamiarem Stalina;
zbliżeniu Berlina i Moskwy już nic nie stało na przeszkodzie.
Podpisany 23 sierpnia 1939 w Moskwie pakt – znany jako pakt Ribbentrop-Mołotow –
był formalnie niemiecko-radzieckim paktem o nieagresji. Jednak faktycznie
najważniejszy był żądany przez Stalina tajny protokół dodatkowy. W tym momencie
dla sygnatariuszy układu najistotniejszy był jego punkt drugi, stanowiący:Na
wypadek terytorialno-politycznego przekształcenia terytoriów należących do
państwa polskiego, sfery interesów Niemiec i ZSRR będą rozgraniczone w
przybliżeniu przez linię Narew-Wisła-San. Kwestia, czy w interesie obu państw,
uznane będzie za pożądane utrzymanie niepodległego państwa polskiego, zostanie
definitywnie rozstrzygnięta dopiero w ciągu dalszego rozwoju wypadków
politycznych. W każdym razie oba rządy rozwiążą tę kwestię na drodze
przyjacielskiego porozumienia. Pakt niemiecko-radziecki zaskoczył niemal całą
Europę (dyplomacja naszych sojuszników już po dwóch dniach znała treść tajnego
protokółu, o czym jednak nie poinformowano Polaków). Szczególnie zaskoczona była
Polska, gdyż kierujący naszą dyplomacją Józef Beck stale zakładał, że
porozumienie takie jest niemożliwe. Natychmiast po podpisaniu paktu sztab
generalny Armii Czerwonej rozpoczął przygotowania do agresji na Polskę.
Przygotowania zintensyfikowano po 1 września 1939, kiedy to Niemcy napadli na
Polskę. Już 3 września Niemcy rozpoczęli nacisk na nowych sojuszników, by Armia
Czerwona jak najszybciej weszła w granice Polski i zajęła swą „strefę wpływów”.
Tego samego dnia sowiecki komisarz obrony Kliment Woroszyłow nakazał
przeznaczonym do akcji oddziałom osiągnięcie gotowości bojowej. Tymczasem
przebieg wojny polsko-niemieckiej był niekorzystny dla strony polskiej. Oddziały
Wojska Polskiego w ciężkich walkach wycofywały się na wschód. Na ziemie za
Bugiem od początku walk ewakuowano zarówno administrację, jak i jednostki tyłowe
armii. Do szpitali wojennych na wschodzie ewakuowano też znaczną część rannych w
walkach żołnierzy. Polacy rozpoczynali przygotowanie obrony terytoriów
przygranicznych w Małopolsce Wschodniej. Tu, w widłach Dniestru i Stryja, miał
powstać przyczółek, na którym oddziały polskie będą mogły kontynuować walkę przy
wykorzystaniu sprzętu dostarczonego drogą przez Rumunię. Naczelny Wódz zakładał,
że uda się tam doczekać do ofensywy francuskiej, która – zgodnie z układami
sojuszniczymi – powinna ruszyć 17 września. Jednocześnie w garnizonach kresowych
z pozostających w nich żołnierzy pospiesznie improwizowano różnego rodzaju
jednostki. Tymczasem przeznaczone do ataku na Polskę jednostki Armii Czerwonej
mobilizowały się stopniowo. Braki sprzętowe i kłopoty z koncentracją niektórych
oddziałów uniemożliwiały Armii Czerwonej natychmiastowe wkroczenie do Polski,
mimo ponawianych nacisków Berlina. Kłopoty logistyczne nie były jednak jedyną
przyczyną sowieckiej opieszałości: Stalin wcale nie zamierzał wchodzić w otwarty
konflikt z mocarstwami zachodnimi i czekał na załamanie polskiej obrony.
Wkroczenie Armii Czerwonej uzależniano od zdobycia przez hitlerowców Warszawy,
co byłoby widocznym symbolem upadku Rzeczypospolitej. Do wkroczenia do Polski
przygotowywało się także NKWD. Już 8 września Ławrentij Beria podpisał rozkaz o
utworzeniu dziewięciu specjalnych „grup operacyjno-czekistowskich”, które miały
posuwać się za jednostkami armii i tworzyć na zajętych terenach struktury NKWD
oraz aresztować przedstawicieli administracji państwowej, organów
bezpieczeństwa, wojskowych oraz elit politycznych. Wobec wkroczenia przez
Niemców na tereny, które w myśl paktu Ribbentrop-Mołotow należały do sowieckiej
„strefy interesów” oraz bierności mocarstw zachodnich, władze moskiewskie wydały
15 września dyrektywy bojowe dla oddziałów, a 16 września marszałek Woroszyłow
nakazał rozpoczęcie ataku na Polskę o świcie 17 września. Przewidziane do ataku
wojska Frontu Ukraińskiego i Frontu Białoruskiego obejmowały m.in. 466 tysięcy
żołnierzy i blisko 5000 czołgów. Wkroczenie Armii Czerwonej w granice Polski
Kreml uzasadniał rozpadem państwowości polskiej i zamiarem „obrony” zamieszkałej
na Kresach ludności ukraińskiej i białoruskiej. Faktycznie jednak – co jasno
wynika z zachowanych rozkazów – od samego początku jednym z głównych celów było
odcięcie walczących oddziałów polskich od granicy polsko-rumuńskiej i
uniemożliwienie im zarówno kontynuowania walki przeciwko Niemcom, jak i
wydostania się z kraju.
Informacje o przekroczeniu granicy przez Armię Czerwoną, które rankiem 17
września dotarły do rządu polskiego i Naczelnego dowództwa, były całkowitym
zaskoczeniem. Te placówki Korpusu Ochrony Pogranicza, które nie dały się wziąć z
zaskoczenia, wycofywały się, prowadząc wymianę ognia z oddziałami sowieckimi.
Ponieważ z większości docierających meldunków wynikało, że żołnierze sowieccy do
oddziałów polskich nie strzelają, a na dodatek twierdzą, że „idą na pomoc
Polsce”, marszałek Śmigły-Rydz wydał rozkaz, aby z bolszewikami nie walczyć, o
ile nie atakuję ani nie próbują rozbrajać naszych oddziałów. Śmigły nie wierzył
oczywiście w zapewnienia sowieckie. Uważał jednak, że nie prowadząc walk,
polskie oddziały łatwiej przedostaną się do granicy rumuńskiej bądź węgierskiej,
a stąd – do Francji. Jednocześnie rząd polski – prawdopodobnie pod naciskiem
sojuszników – nie stwierdził istnienia stanu wojny pomiędzy Polską a ZSRR.
Rozkaz Naczelnego Wodza do dziś jest oceniany bardzo różnie. Niewątpliwie
zdezorientował on część dowódców. Bez walk poddały się słabe garnizony Równego,
Łucka czy Tarnopola, jednak wiele oddziałów podjęło walkę. Początkowo były to
przede wszystkim obsadzające granicę oddziały KOP (Korpus Ochrony Poganicza),
później także jednostki zapasowe i improwizowane na wschodzie kraju. Przed
natarciem sowieckimi broniło się m.in. Wilno (18-19 września 1939) i Grodno
(20-22 września). W wielu wypadkach bezpośrednio po kapitulacji polscy jeńcy
byli rozstrzeliwani. Spotykało to głównie oficerów, ale także cywilów. Do rzezi
doszło m.in. w Rohatynie, Grodnie, Nowogródku, Oszmianie, Wołkowysku, Sarnach,
Złoczowie czy Tarnopolu. Już 18 września nad Bugiem doszło do pierwszego
kontaktu oddziałów Wehrmachtu z Armią Czerwoną. W następnych dniach obie armie
współdziałały w likwidacji polskich jednostek. Dowódcy niektórych polskich
oddziałów, otoczonych przez wojska obu agresorów, decydowali się na kapitulację
przed Armią Czerwoną, która – jak się wydawało – proponowała lepsze warunki
złożenia broni (tak stało się m.in. w wypadku grupy płk Tadeusza
Zieleniewskiego). Inne oddziały, wobec zaciskającego się wokół nich pierścienia,
były rozwiązywane, a ich żołnierze małymi grupkami usiłowali się przebijać do
granicy południowej. Tak stało się m.in. z grupami gen. Andersa czy gen.
Orlika-Rückemanna. Niestety, znaczna część przedzierających się oficerów wpadała
w ręce Armii Czerwonej, z którą współpracowali miejscowi Ukraińcy i Żydzi.
Charakterystyczny był los obrońców Lwowa, który otoczony z jednej strony przez
Wehrmacht, a z drugiej przez Armię Czerwoną, został 22 września 1939 przez gen.
Langnera poddany Sowietom. Wprawdzie zagwarantowali oni obrońcom możliwość
odejścia do granicy rumuńskiej, ale bezpośrednio po kapitulacji zbierające się
do wymarszu kolumny zostały otoczone i – już jako jeńcy – pognane do sowieckiego
obozu. Uroczystym symbolem współpracy dwóch niedawnych wrogów w unicestwieniu
Polski była wspólna defilada w Brześciu Litewskim – zdobytym przez Niemców i
przekazanym (wraz z wziętą do niewoli załogą) Sowietom. 28 września 1939 r. III
Rzesza i ZSRR podpisały „traktat o granicach i przyjaźni”, który przypieczętował
dokonany rozbiór Polski i korygujący nieco linię podziału ziem polskich pomiędzy
zwycięzców.
Tymczasem tragedia jeńców katyńskich miała dopiero się zacząć...Zgodnie z
dyrektywami Woroszyłowa i Berii polscy jeńcy, którzy wpadli w ręce wojsk
sowieckich – najprawdopodobniej ponad ćwierć miliona osób, nie wliczając
członków innych służb mundurowych – byli od razu przekazywani w ręce NKWD.
Sowiecka bezpieka już 19 września utworzyła dla nich osiem obozów jenieckich w:
Ostaszkowie, Juchnowie, Kozielsku, Putywlu, Starobielsku, Juży i Orankach.
Przekazywanie jeńców policji politycznej samo w sobie było sprzeczne z prawem
międzynarodowym. Część wziętych do niewoli szeregowych, którzy mieszkali na
terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez Armię Czerwoną, została zwolniona do
domów. Inna część szeregowych – wywieziona na roboty w głąb Związku
Radzieckiego. Sporą grupę szeregowych żołnierzy KOP i wywiadu – wraz z oficerami
- skierowano do obozów jenieckich. Niezależnie od oficerów, wziętych do niewoli
podczas „wyzwolicielskiego pochodu Armii Czerwonej” – jak nazywała go
komunistyczna propaganda – organa NKWD aresztowały we wszystkich zajętych
miejscowościach przedstawicieli polskich elit społecznych i politycznych, w tym
oficerów (głównie rezerwy i stanu spoczynku), policjantów, żołnierzy Straży
Granicznej i osoby uznane za współpracowników polskiego wywiadu i kontrwywiadu.
Przy
tym działaniu częściowo wykorzystano listy proskrypcyjne, sporządzone przez
sowieckich agentów jeszcze przed wojną, a częściowo wyniki zarządzonej dość
szybko akcji rejestracji polskich oficerów. Ostatecznie, po różnych
przetasowaniach, najważniejsi z punktu widzenia władz sowieckich polscy jeńcy –
oficerowie różnych kategorii – zostali już w październiku-listopadzie 1939 r.
zgromadzeni w trzech wielkich obozach jenieckich NKWD w Kozielsku, Starobielsku
i Ostaszkowie.
W trzech głównych obozach jenieckich, podporządkowanych niedawno utworzonemu
Zarządowi ds. Jeńców Wojennych NKWD, zgromadzono ostatecznie z końcem 1939 r.
przeszło 17 000 osób, mieszczących się w sowieckiej kategorii „wrogów ludu”, a
więc oficerów, policjantów, członków straży granicznej i straży więziennej oraz
osadników wojskowych. W następnych miesiącach pewną część jeńców przekazano
Niemcom, a część wywieziono do łagrów w oddalonych rejonach ZSRR. Warunki bytowe
w obozach, zorganizowanych na terenach dawnych klasztorów, nie spełniały
oczywiście standardów, które winny spełniać obozy jenieckie. W każdym z obozów
przebywało znacznie więcej jeńców, niż było miejsca. Wyżywienie było kiepskie,
podobnie jak możliwości korzystania z urządzeń sanitarnych. Stosunkowo lepsze
warunki zapewniono osadzonym w obozach generałom i pułkownikom. Jeńcom pozwolono
na niewielką korespondencję z rodzinami, a także na stworzenie samorządów
obozowych. Od początku przetrzymywani w obozach usiłowali wyjaśnić swój status
oraz swą przyszłość. Wobec faktu, że formalnie stanu wojny pomiędzy Polską a
Związkiem Radzieckim nie było, uważali, że nie mogą być uznawani za jeńców
wojennych. W wystąpieniach do władz obozowych sprzeciwiano się tym częściom
regulaminu obozowego, które były sprzeczne z konwencją genewską, a także żądano
możliwości kontaktów z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem. Wszystkie te
wystąpienia pozostawały bez rezultatu. Wkrótce po urządzeniu obozów przybyły do
nich grupy pracowników NKWD – „specjalne ekipy do operacyjno-czekistowskiej
obsługi jeńców”. Ich członkowie przesłuchiwali niezwykle dokładnie wszystkich
osadzonych. Celem tego działania było wydobycie od przesłuchiwanych informacji
przydatnych dla Związku Radzieckiego, a także ocena przydatności samych jeńców
dla państwa sowieckiego. W ramach tych działań NKWD pozyskało także niewielką
liczbę agentów wśród uwięzionych. Jednocześnie jeńcy Kozielska, Starobielska i
Ostaszkowa – podobnie jak więźniowie innych obozów w Kraju Rad – przez cały czas
poddawani byli zróżnicowanym formom indoktrynacji. Mimo licznych starań,
działania te nie przynosiły rezultatów – niemal żadnego z jeńców nie udało się
„reedukować”. Niepowodzeniem zakończyły się również próby skonfliktowania
uwięzionych. Faktycznie los jeńców został przesądzony dość szybko,
prawdopodobnie jeszcze przed zakończeniem „czekistowskiego rozpracowania”.
Pojmani należeli do polskiej elity intelektualnej, byli „wrogami klasowymi”
państwa sowieckiego. Samo to wystarczało, aby zostali oni zlikwidowani tą samą
metodą, jaką od rewolucji władze sowieckie likwidowały wszelkich wrogów
klasowych, którzy dostali się w ich ręce. Reprezentanci „byłego państwa
polskiego”, zlikwidowanego wspólnie z Niemcami, w razie zwolnienia byli źródłem
potencjalnych kłopotów. Pewną rolę zapewne odgrywały również resentymenty –
władcy sowieccy ze Stalinem na czele nadal mieli w pamięci wojnę
polsko-bolszewicką (1919-21), która zakończyła się ich porażką. Nie bez
znaczenia były także sprawy ekonomiczne – utrzymanie jeńców było kosztowne, a
zajmowane przez nich miejsce w obozach było już potrzebne dla kolejnych Polaków,
których deportowano z zajętych terenów. W tej sytuacji 5 marca 1940 r. na
posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) [Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej
(bolszewików)] na wniosek Ławrentija Berii zdecydowano, by:
1. Sprawy 14.700 znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich
oficerów, urzędników państwowych, obszarników, policjantów, agentów wywiadu,
żandarmów, osadników i dozorców więziennych,
2. Jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich
obwodach Ukrainy i Białorusi w liczbie 11 000 członków różnych
kontrrewolucyjnych organizacji szpiegowskich i dywersyjnych, byłych obszarników,
fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników państwowych i zbiegów –
rozpatrzyć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru
kary – rozstrzelania.
Sprawy miały zostać przeprowadzone w trybie zaocznym. Formalne wyroki miała
wydać tzw. trójka, składająca się z najwyższych urzędników NKWD. Na mocy tej
decyzji od 3 kwietnia 1940 r. z poszczególnych obozów wywożono niemal codziennie
grupy jeńców, liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Wywożonym niejasno
sugerowano, że wracają do Polski. Tak zwana akcja „rozładowania obozów”
przebiegała niemal identycznie w odniesieniu do wszystkich trzech obozów i
polegała na odsyłaniu więźniów „do dyspozycji” poszczególnych zarządów
obwodowych NKWD: jeńców z Kozielska – do smoleńskiego, ze Starobielska – do
charkowskiego, a z Ostaszkowa – do kalinińskiego. Pod eskortą specjalnych
oddziałów konwojujących NKWD jeńców transportowano koleją do miejsc, w których
byli mordowani strzałami w kark.Miejscem kaźni oficerów z Kozielska był ośrodek
NKWD koło Katynia (niedaleko Smoleńska). Wymordowano tam 4410 osób. Jeńców z
obozu starobielskiego – 3739 osób – mordowano w więzieniu NKWD w Smoleńsku, a
grzebano na terenie NKWD w Piatichatkach pod Charkowem. 6314 jeńców z Ostaszkowa
zastrzelono w siedzibie NKWD w Kalininie (Twerze), po czym grzebano ich w
miejscowości Miednoje pod Kalininem. Całą akcję zakończono w połowie maja 1940
r. Pochówek w zbiorowych mogiłach odbywał się w nocy. Z trzech obozów uratowało
się ledwie 432 osoby, które przewieziono do obozu jenieckiego Pawliszczew Bor, a
stamtąd – do obozu w Griazowcu.Jeszcze przed likwidacją obozów, w połowie marca
1940 r. przerwano korespondencję jeńców z rodzinami. W miarę upływu czasu
niepokój rodzin rósł coraz bardziej – zwłaszcza, że listy wysyłane do obozów
zaczęły wracać jako niedoręczone. Czasami notowano, że adresat nie przebywa w
oznaczonym miejscu. Jedyni ocaleni – jeńcy przetrzymywani w Griazowcu – byli
zaskoczeni otrzymywanymi z kraju zapytaniami o losy ich kolegów z Kozielska,
Starobielska i Ostaszkowa, którzy od wiosny 1940 r. nie dawali żadnego znaku
życia. Nikomu z nich nie przychodziła do głowy najgorsza prawda.22 czerwca 1941
r. Niemcy zaatakowali Związek Radziecki. Już na początku lipca tego roku
rozpoczęły się rokowania w sprawie przywrócenia stosunków dyplomatycznych
pomiędzy polskim rządem w Londynie a ZSRR. Po trudnych negocjacjach (Sowieci nie
godzili się przekreślić paktu Robbentrop-Mołotow) ostatecznie 30 lipca 1941 r.
doszło w Londynie do podpisania układu polsko-sowieckiego. Artykuł 4 układu
przewidywał zgodę Moskwy na utworzenie na terytorium ZSRR Armii Polskiej.
Natomiast w dołączonym do układu protokole rząd sowiecki zobowiązywał się
amnestionować wszystkich więzionych obywateli polskich. Już w sierpniu 1941 r.
do Moskwy przybyła polska misja wojskowa. Rezultatem jej działań było podpisanie
14 sierpnia 1941 r. polsko-sowieckiej umowy wojskowej. Jeszcze zanim umowa
wojskowa została podpisana, na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR wyznaczono gen.
Władysława Andersa, wziętego do niewoli 29 września 1939 r. i przetrzymywanego
oddzielnie w Moskwie. Do miejsc formowania Armii Polskiej docierali uwolnieni
łagiernicy. 15 października 1941 było ich już przeszło 38 tysięcy. W tym jedynie
2 tysiące stanowili oficerowie. Wśród oficerów znaleźli się byli jeńcy z
Griazowca, od których dowiedziano się o wywiezieniu wiosną 1940 r. jeńców z
obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. O dalszych ich losach jednak
nikt nic nie wiedział.
Dowództwo Armii Polskiej w ZSRR rozpoczęło zbieranie nazwisk brakujących
oficerów, wśród których byli m.in. niemal wszyscy oficerowie sztabu gen. Andersa
z okresu kampanii wrześniowej. Na pytanie o ich miejsce pobytu
przywódcy ZSRR – w tym i NKWD – odpowiadali niechętnie, wymijająco i mgliście,
po czym jak najszybciej zmieniali temat. Polscy rozmówcy, wśród których był
premier gen. Władysław Sikorski, ambasador Stanisław Kot oraz gen.
Anders, dopowiadali sobie, że przebywają w praktycznie odciętych od świata
rejonach Dalekiej Północy i ich powrót jest kwestią czasu. Takie rozumowanie
zdawało się mieć podstawę w trwającym ciągle procesie zwalniania
więźniów-Polaków: do października 1941 r. uwolniono przeszło 345 tysięcy osób, w
tym większość deportowanych z Kresów w latach 1939-41. Jednak już w tym czasie
sowieccy rozmówcy twierdzili, iż „wszyscy oficerowie polscy
zostali już zwolnieni”. Podczas rozmowy z gen. Sikorskim (1 grudnia 1941)
indagowany w sprawie zaginionych oficerów Stalin sugerował nawet, że zaginieni
„uciekli do Mandżurii”. Mijały jednak miesiące, a żaden z zaginionych się
nie pojawił. Polskie starania i noty dyplomatyczne pozostawały ciągle bez
rezultatu. Sytuacja nie zmieniła się aż do 13 kwietnia 1943 r., kiedy to radio
Berlin ogłosiło: Ze Smoleńska donoszą, że miejscowa ludność wskazała władzom
niemieckim miejsce tajnych egzekucji masowych, wykonywanych przez bolszewików, i
gdzie GPU wymordowało 10 000 polskich oficerów. Władze niemieckie udały się do
miejscowości Kosogory [...], gdzie dokonały strasznego odkrycia. Znalazły dół
[...], w którym znajdowały się ułożone w 12 warstwach trupy oficerów polskich w
liczbie 3 000. [...] Oficerowie znajdowali się początkowo w Kozielsku pod Orłem,
skąd w lutym i marcu 1940 r. sprowadzeni zostali w bydlęcych wagonach do
Smoleńska, a stamtąd zawiezieni do Kosogor, gdzie bolszewicy ich wszystkich
wymordowali....