Historia i mity
Riese (niem. olbrzym) – kryptonim największego projektu górniczo-budowlanego
hitlerowskich Niemiec, rozpoczętego i niedokończonego w Górach Sowich, oraz na
zamku Książ i pod nim, w latach 1943-1945. To tutaj III Rzesza miała
odbudować swoją potęgę, tak szybko roztrwonioną na wschodzie. To tutaj miał
powstać przemysł rakietowy i jądrowy. Zapomniano o jednym - o strategii na
froncie wschodnim, a ta nie pozwoliła nawet na obronę Wiednia czy Berlina.
Wyobraźmy sobie Valdenburg czyli Wałbrzych w dniach wojny, w
pobliżu którego powstawał kompleks zabudowań militarnych. Wiele z tych
instalacji służyło jeszcze przed trzema laty za baraki dla rzeszy więźniów
politycznych pracujących tutaj pod batami SS-manów przy budowie kompleksu
cudowne broni, Wunderwaffe, ostatniej nadzieji Hitlera. Góry cegieł, piasku,
niezliczona ilość najrozmaitszych maszyn, dźwigów i wagonów kolejki wąskotorowej
świadczą najlepiej o ogromie zamierzonej budowli. Cel był oczywisty. Miało tu
powstać wielkie podziemne miasto. Prace nad jego budową rozpoczęły się w 1944
roku. Jeden ze świadków i projektodawca tego niezwykłego miasta inż. Dolmuss
mieszka obecnie w Głuszycy. Od niego dowiadujemy się rewelacyjnych szczegółów
dotyczących góry, w której kryje się podziemne miasto, wyposażone we wszystkie
najnowsze urządzenia techniczne. Do miasta można się odstać z czterech stron: od
Głuszycy, Modrzewek, Chałup i Walimia. Od strony Modrzewka - jak wyjaśnia inż.
Dolmuss - miało być wejście do Kwatery Głównej Hitlera; od Chałup do Goebelsa i
jego sztabu, z
Walimia zaś do sztabu Wehrmachtu. Samo rozrzucenie wejść daje pojęcie o ogromie
podziemnego miasta. Nie jest ono dotychczas w dostateczny sposób
zbadane.Przygodnych poszukiwaczy skarbów odstraszają groźne bunkry z gniazdami
karabinów maszynowych i pogłoski o rzekomym zaminowaniu przejść. Niedaleko
Wałbrzycha, w kierunku na Kłodzko leży mała turystyczna miejscowość zwana
Głuszycą. O miejscowość tę wojna otarła się tylko, pozostawiając w
nieuszkodzonym stanie jej barokowe budynki i mały, w tym samym stylu zbudowany
kościółek. A jednak tej właśnie cichej mieścinie przywódcy hitlerowscy
wyznaczyli w ubiegłej wojnie role niepoślednią.
Jedna z gór w pobliżu miasta stanowiąca część łańcuch Gór Sowich służyć miała za
siedzibę sztabu wodzów nazizmu. Pod koniec 1943 roku gdy Armia Czerwona stała
przed Prusami Wschodnimim postanowiono Główną Kwaterę Fuhrera przenieść na Dolny
Śląsk w okolice Głuszycy. Z końcem mroźnego grudnia 1943 r. spędzono tu liczne
rzesze białych niewolników, których tak obficie dostarczały okupowane kraje i
rozpoczęto budowę super kompleksu militarnego. Trzydzieści tysięcy Żydów
węgierskich pracowało nad budową dróg, które umożliwiałyby dojazd do wzgórza, w
którym miał się mieścić mózg Trzeciej Rzeszy. Pracowali tu także Polacy,
Rosjanie, minerzy włoscy i Ukraińcy. Ogółem nad gigantyczną budową, która miała
tu powstać pracowało ponad 50 tysięcy ludzi. Nikt nie wiedział oczywiście do
czego służyć będą olbrzymie bunkry i niezmierzone tunele przerzynające wzdłuż i
wszerz potężne zbocza gór. Stu inżynierów kierujących pracami, również nie
orientowało się co się właściwie buduje. Każdy z nich był tylko sprężyną w
wielkiej maszynie i miał ściśle określony zakres działania, poza
których wychodzenie było niebezpieczne. I tak jedni pracowali przy budowie
nowego dworca, inni nad planami dróg, jeszcze inni nad stacją pomp, której
zbiornik pomieścić może około 40 tysięcy metrów sześciennych wody.
Nad całością prac czuwał Berlin. Wiele tajemnic dotyczących podziemnego miasta
znał zaprzysiężony nadzorca budowlany inż. Mayer przebywający stale w
Jedlinie-Zdroju, ówczesnym Charlottenburnie. W 1943 roku powierzono
Gruppenführerowi SS Kammlerowi pieczę nad rozbudową i przystosowaniem rejonu
Dolnego Śląska do celów podziemnej produkcji rakietowego uzbrojenia III Rzeszy.
Najwięksi optymiści, nie byli w stanie uwierzyć, że projekt Dora ( produkcja
pocisków V1 i V2 ) zakończy się sukcesem. Zaś najwięksi pesymiści nie byli w
stanie pojąć dlaczego tylko niespełna połowę potencjału rakietowego II Rzeszy
użyto do działań odwetowych, w nikłym procencie do działań zaczepnych i tylko na
froncie zachodnim. Tymczasem, do końca wojny, z taśm podziemnych montowni
zjechało około 6000 pocisków. Jednak projekt jakiego podjął się w 1944 roku był
inny, nie miała to być bowiem kolejna fabryka, miał to być projekt, który
uratuje Niemcy, projekt broni, projekt bomby atomowej, którą Niemcy mieli w
zasięgu ręki. Wybór sztolni w okolicy Walenburga wydawał się oczywisty, pobliska
elektrownia dostarczała dowolnej ilości energii elektrycznej, pobliskie złoża
uranu dawały możliwość jego pozyskiwania jako rudy, zbudowano połączenie
kolejowe z Wałbrzychem. Pomieszczenia miały własne ogrzewanie olejowe, łączność
telewizyjną z urzędami w Berlinie, stanowisko szyfrowania komunikacji,
bezpośrednie połączenie telefoniczne i komunikacyjne z kompleksem Riese (Bad
Charlottenbrunn Walim) i innymi pobliskimi zakładami produkcyjnymi w rejonie
Dolnego Śląska. Kilka miesięcy po oddaniu tego obiektu powstał w nim najbardziej
zaawansowany, w owym okresie reaktor, mogący być użytym do wzbogacania plutonu.
Zastosowano w jego budowie koncept reaktora atomowego, gdzie paliwo atomowe
składowano w postaci prętów ( nowatorska koncepcja dająca największe szanse
powodzenia ) oraz źródło promieniowania gamma, opisywany projekt E. Wideroe`go,
elektryczny betatron o olbrzymiej mocy. Wiele pytań pozostawało jeszcze bez
odpowiedzi, jednak gdy Adolf Hitler w marcu 1945 roku osobiście gratulował
pracującym tam fizykom, nikt nie przypuszczał, że laboratorium zostanie
ewakuowane w przeciągu miesiąca. Ewakuaca była konsekwencją niezdecydowania
Furera, co do ważności strategii obrony, wschód czy zachód, Amerykanie czy
Rosjanie. Odpowiedź nie była oczywista, bo jednym i drugim wypadku oznaczała
koniec Rzeszy.
Zaciekawieni usłyszanymi szczegółami postanowiliśmy pod kierunkiem inż. Dolmussa,
jednego z współtwórców podziemnego miasta, a zarazem speca od od nowoczesnej
broni V-1 i V-2, zwiedzić nawierzchnię i podziemia niedokończonego miasta, które
tak ważną rolę miało spełnić w minionej wojnie, choć na próżno szukałoby się go
na mapie. Od historycznej restauracji „Pod Jeleniem”, siedziby Fryderyka
Wielkiego zbudowanej w pierwszej połowie XVIII wieku, jedziemy polną drogą w
kierunku na Nową Rudę. Już kilometr dalej widzi się po obydwu stronach drogi
ślady, rozpoczętej budowy. Sieć szyn kolejowych z gotowymi nastawnicami świadczy
o tym, że mieścić się tu musiał dworzec podziemnego miasta. Prace nad
wykończeniem dworca przerwał koniec wojny, ale nie zdołał wyratować
18-tysięcznej rzeszy jeńców i więźniów politycznych, którzy znaleźli tutaj
wspólny, wielki grób. Po lewej stronie drogi wznosi się strome zbocze porosłe
mieszanym lasem. W zboczu tym kryje się wejście do podziemnej siedziby Hitlera.
Doskonała droga pnie się w górę prowadząc wprost do lasu. Przed trzema laty
drogi tej
jeszcze nie było. Po pięciu minutach jazdy minąwszy przecinające się stałe szyny
wąskotorowej kolejki i szeregi prymitywnie zbitych baraków dla jeńców,
zatrzymujemy się przed olbrzymim placem. Zbocze górskie schodzi ku niemu prawie
prostopadle. Olbrzymie głazy zawieszone nad placem wyglądają tak, jakby miały
się za chwile stoczyć z hukiem w dół. Rozległy plac zasłany jest stosem
najrozmaitszych kamieni. Świadczą one dobitnie o bogactwie tej ziemi. U stóp
prostopadłego zbocza, na którym szumią iglaste drzewa znajduje się wysokie na
trzy metry i szerokie na dwa wejście do Głównej Kwatery Hitlera. Wraz z
przewodnikiem, inż. Dolmusem ,jednym z wykonawców poleceń sztabu III Rzeszy i
budowniczym dworca głuszyckiego dotarł do wejścia prowadzącego do głównej
kwatery Hitlera. Już przy wejściu widzi się wbite w skałę żelazne kliny. Jak nas
objaśnia inż. Dolmus, miał tu być założony ładunek dynamitu, który pogrzebałby
niewątpliwie tajemnicę nigdzie nie kończących się chodników i ponurych sal
podziemnego miasta. Potężne pale dębowe podpierające stropy wzbudzają zaufanie.
System podmurowania chodników podobny jest do systemu stosowanego w kopalniach,
z tą tylko różnicą, że później miano chodniki obetonować, podobnie jak to
uczyniono z mieszczącą się również w podziemnym mieście siedzibą Goeringa. W
miarę posuwania się w głąb chodnika ciemność się powiększa i mały prostokąt
światła za nami jest coraz mniej widoczny. Chodnik ten od którego rozchodzą się
dopiero boczne korytarze, kryjące sale i pokoje sztabu Hitlera, ciągnie się
przez 3 km. Chodnik gwałtownie obniża się na dół i skręca nagle w prawo. Do
głównego chodnika przylega mały tunel. Inż. Dolmus wprowadza nas do niego i po
przejściu mniej więcej dwustu metrów wchodzimy do dużej sali. Miała to być sala
posiedzeń. Przy zainstalowanym świetle, eleganckim umeblowaniu, sala ciepło
ogrzana centralnym ogrzewaniem. Teraz panuje w niej cisza, chłód i ciemność.
Od sali posiedzeń wybiegają 3 korytarze. Bez przewodnika można się w nich
zgubić. Inż. Dolmus zachęca nas do wycieczki w korytarz w którym znaleziono
przed 14-tu dniami sześć wspaniałych motorów Diesla. Rozległe korytarze
podziemnego miasta, ziejące ciszą i chłodem, kryją zapewne w swoim wnętrzu nie
jedną tajemnicę. Ostatnie miesiące istnienia Trzeciej Rzeszy cechował chaos.
Postanowiono miedzy innymi ukryć w labiryncie korytarzy podziemnego miasta
mnóstwo maszyn, aby je w odpowiednim momencie wysadzić w powietrze. W ostatniej
prawie chwili rozkaz wycofano i postanowiono maszyny uratować. Trzy dworce
Głuszycy przeładowywały dziennie 70 wagonów maszyn najrozmaitszego typu. Nie
zdołano jednak wszystkiego wywieźć i wiele maszyn pozostało na miejscu. Wiele z
nich służy już Polsce, jak owe sześć motorów Diesla, które dopiero w tych dniach
odnaleziono.
Zagłębiliśmy się na dobre w labirynt chodników. Tymczasem, jak się okazuje,
system wentylacyjny uległ w nich zniszczeniu i brak powietrza nie tylko utrudnia
nam oddychanie, lecz gasi również płomyk naszej karbidówki i otacza nas nagle
nieprzejrzana ciemność. Na jednym z korytarzy zatrzymujemy się przy żelaznych
drzwiach. Bronią one dostępu do bocznego korytarza, który miał prowadzić do
prywatnych pokojów Hitlera. Usiłujemy podważyć żelazne drzwi - Nawet nie drgną.
Dolmus mówi, że to syzyfowa praca - ale jeśli sądzimy, że znajdują się tam
skarby to gotów jest nas zaprowadzić z innego końca korytarza. Prawdę
powiedziawszy, mamy tego wszystkiego dość, rezygnujemy więc z dalszego
zwiedzania korytarza. Na zewnątrz cienkie druty z nawleczonymi na nie sztucznymi
liśćmi doskonale maskują złożony na ziemi żelbeton. Na terenach, które zwiedzamy
a które ciągną się na przestrzeni 30 prawie km - jest tego 200 ton. Żelazo,
które widzimy jest tylko częścią materiałów potrzebnych do budowy podziemnego
miasta: budowy zwanej Akcją Adolfa.
Na zboczach wzgórza opodal wierzchołka spotykamy jeszcze - poza odkrytym już
wejściem do kwatery Hitlera - dwa podobne. Ostatecznie okazuje się, że do
apartamentów wodza Trzeciej Rzeszy prowadziły dwa wejścia podziemne oraz trzy z
nawierzchni góry, skąd do wnętrza trzeba było zjeżdżać specjalnymi windami. W
dwa i pół roku po zaniechaniu robót trudno je rozpoznać. Wejścia z wierzchołka
góry przykryte są deskami. Postanawiamy jednak zwiedzić jeszcze siedzibę
Marszałka rzeszy - Goeringa. Prowadzą do niej serpentyny okalające zbocza gór.
Siedzibę Hitlera od "rezydencji Goeringa" dzieli przestrzeń pięciu kilometrów.
Droga wiedzie w las, w którym spotyka się raz po raz zniszczone baraki.
Niestandardowe bynajmniej jak w obozach koncentracyjnych. Każdy z nich ma
swoisty styl. Od razu można poznać np. baraki, w których mieszkali minerzy
włoscy. One mają kształt łodzi. W pewnej chwili wylania się przed nami z gęstwy
leśnej zbity z desek czarny budynek, na którego tle odcina się wyraźnie
zielono-biały krzyż. Szpital. Za chwilę jesteśmy już w jednej z największych
siedzib podziemnego miasta, byłej posiadłości Goeringa. Prowadzą do niej cztery
wejścia wykute w skałach u podstawy góry i sześć na powierzchni. Z siedzibą
Hitlera łączy ją podziemny korytarz. W barakach na wzgórzu leżały jeszcze w
ubiegłym roku gotowe rury do centralnego ogrzewania - zabrano je do Jeleniej
Góry. Siedziba szefa propagandy Goebbelsa, najmniejsza ze wszystkich wykończono
została już w 70%. Mieści się ona pomiędzy Walimiem a Górkami. Żeby dojechać do
niej trzeba ze względu na górzystość terenu stracić co najmniej 20 minut czasu.
W międzyczasie inż. Dolmussowi rozwiązuje się język i zaczyna na temat byłych
mieszkańców Głuszycy opowiadać arcyciekawe historie. Krążyły wśród nich podobne
wersje na temat budowanego w Sowich Górach podziemnego miasteczka atomowego.
Głuszyca dzieli się na trzy części połączone ze sobą szosą idącą z Wałbrzycha w
kierunku Kłodzka. Jest więc Głuszyca Górna, Środkowa i Dolna. Po obydwu stronach
szosy rozłożyły się olbrzymie zakłady przemysłu bawełnianego, zatrudniające w
czasie wojny większość mieszkańców trzech Głuszyc. Życie tych ludzi upływało
pomiędzy pracą w fabryce, domem, miejscowym klubem strzelców leśnych i „Mein
Kampfem”. Wraz z początkowymi sukcesami Niemców rosła buta - „pokornych
strzelców” z Głuszycy, ale z początkiem 1943 roku na ówczesnych obywateli
Głuszycy padł grom z jasnego nieba. Olbrzymie zakłady przemysłu bawełnianego -
podstawa ich egzystencji, zostały oddane firmie Kruppa. 50 000 wrzecion musiało
stanąć. Ludność trzech Głuszyc straciła zatrudnienie, a zmontowanie fabryki
broni nie szło tak łatwo. Niemcy głuszyccy patrzyli na setki najrozmaitszego
typu maszyn, ściąganych tu z terenów całej Rzeszy, a głównie z okolic
Mauthausen. Dolmuss na widok elektrycznych przewodów znajduje temat do swych
ciekawych zwierzeń. Mała ta siedziba wyposażona była w 2500 000 metrów przewodów
elektrycznych o grubości od 60mm do 120mm. Cześć z nich zabrano do wałbrzyskiej
elektrowni. Olbrzymie transformatory również zainstalowano na tych terenach.
Dolmuss wyjaśnia, że do Głuszycy sprowadzono wyłącznie najnowocześniejsze
instalacje elektryczne i on, chociaż jest z zawodu inżynierem, takich instalacji
jeszcze w swym życiu nie widział. Wjeżdżamy w wąskie uliczki Walimia. Za nami
pozostało pasmo gór Sowich z ich nierozwiązaną jeszcze zagadką. Zapytujemy inż.
Dolmussa do jakich celów przygotowywano 100 inżynierów i 50 000 robotników?
Tłumaczy nam: W czasie wojny atomowej ta ilość inżynierów i robotników byłaby
jedynie drobnostką.
Prawdą także jest że w okolicach Wałbrzycha, Głuszycy, Jugowa, Walimia, Kolc,
Ludwikowic i wielu innych miejscowościach znajdowały się obozy koncentracyjne,
jenieckie i organizacji Todt. Ci ludzie właśnie drążyli skały gór Sowich. Wielu
z nich zostało zamordowanych. Tylko masowe mogiły na cmentarzach kryją ich
tajemnicę. Po barakach obozowych pozostały już dziś zarośnięte trawą fundamenty,
piwnice, zdekompletowane urządzenia wodno-kanalizacyjne i bunkry SS-manów.
Jeszcze dziś wędrując po okolicznych lasach, zapuszczając w leśnie chaszcze
spotkać można niedokończone jakieś budowle. Jedne z nich podobne są do bunkrów
inne do komór. Leżą bezładnie rozrzucone zbutwiałe belki, pręty żelazne do budów
żelazo-betonowych, rury kanalizacyjne, tysiące dachówek, drenów i setki tysiące
ton skamieniałego cementu w workach.
Budowanie podziemnych fabryk i magazynów było konieczne. Naloty alianckiego
lotnictwa dość skrupulatnie niszczyły wszystkie obiekty służące dla zaspokojenia
potrzeb frontu. Niszczono stoczenie łodzi podwodnych, wytwórnie torped, bomb i
samolotów. Niemiecki przemysł zbrojeniowy dotychczas zgrupowany przeważnie w
Nadrenii i Westfalii został ewakuowany w głąb Niemiec. W dawnych tkalniach i
przędzalniach zamiast krosen znalazły się precyzyjne obrabiarki i urządzenia
wytwarzające części i urządzenia do samolotów, łodzi podwodnych, do „cudownych
broni”. Kto wie czy nowoczesna „kuźnia Vulkana”, której budowę stale
przyśpieszał Hitler, gdy była kompletnie wyposażona nie zmieniłaby przebiegu
wojny, a w każdym razie gdyby Niemcy wcześniej opanowali produkcję broni
rakietowej na pewno utrudniłaby zakończenie wojny. Co tu miano zbudować, jakie
maszyny miały stać w tych „kuźniach Vulkana” nie wiadomo. Faktem jest, że Niemcy
bez celu tak wysokich i wielkich pieczar nie tworzyli. Dalej, druga rzucająca
się w oczy rzecz to brak zwałów kamienia, który wydobywano z podziemi. A
przecież musiało go być miliony metrów sześciennych. Czyżby kamień ten Niemcy
wywozili w inne miejsca? A może, poza przydatnością skały jako materiału
budowlanego? A może wydobywano tu surowiec do „Wunderwaffe” rudy uranowe?
Ciekawy fakt opowiadają ludzie, którzy w czasie wojny mieszkali w Wałbrzychu.
Otóż różne tunele wiercone w okolicach Wałbrzycha prowadzą również do miasta, a
ich wyloty znajdują się pod parkiem Sobieskiego. Jeden z tych wylotów miał być
rzekomo w tym miejscy, gdzie dziś znajduje się śmietnisko „Zieleni Miejskich”
przy ulicy Lotników. Kolejarze pracujący na Dworcu Głównym wspominają, że do
tunelu kolejowego wiodącego do Kamieńska wjeżdżały całe pociągi towarowe, nie
dojeżdżały jednak nigdy do stacji w Kamieńsku ale za to te same wracały puste do
Wałbrzycha. Czyżby i tam było jakieś rozgałęzienie tunelów? Te i wiele innych
zagadek podziemi czeka na rozwiązanie. Czy to kiedyś nastąpi?
Artykuł opiera się na faktach opisanych w Słowie Polskim z dn 27.10.1947 roku
Co zwiedzać:
Krzyż
Na zamku Książ prace adaptacyjne doprowadziły do zniszczenia niektórych sal, w
szczególności ucierpiały dekoracyjne elementy plafonowe oraz podłogowe.
Najpoważniejsze prace jednak odbyły się poza bryłą architektoniczną samego
zamku. Doprowadzono kolejkę wąskotorową, której rozładunkiem obłożono więźniów
Arbeitslager Fürstenstein, założonego u podnóża zamku. Na terenie przyzamkowym
utworzono szereg dużych komór i budowli, których przeznaczenie pozostaje
dyskusyjne. W zamierzeniu konstruktorów zamek miał być osiągalny wyłącznie drogą
podziemną, tunelami samochodowymi i pociągowymi. Pod ziemią stworzono
przynajmniej dwa poziomy kuluarów i komór, połączonych z piwnicami zamku.
Pierwszy poziom znajduje się 15 m pod ziemią (długość ok. 80 m, 180 m², 400 m³),
drugi 53 m pod dziedzińcem zawiera cztery sztolnie oraz sieć krzyżujących się ze
sobą szerokich korytarzy (5 m wysokości i 5,5 m szerokości), a także cztery
wybetonowane komory. Dziś znajduje się w nich aparatura pomiarowa stacji
sejsmograficznej PAN.
Rzeczka
Trzy wejścia wykute w skale prowadzą do równoległych sztolni oddalonych od
siebie o około 45 m. Między nimi są ustawione duże hale. Długość tuneli
kompleksu Rzeczka wynosi 500 m (2500 m²; 14 000 m³). Nad ziemią zbudowano główną
centralę telefoniczną, której węzeł był większy niż Wrocławski czy Legnicki.
Jugowice Górne – Jawornik
Podziemny kompleks wykuty w masywie Chłopskiej Góry złożony jest z siedmiu
sztolni w trzech osobnych zespołach. Czwarta sztolnia kończy się dziś
gruzowiskiem pozawałowym. Długość rozpoznanych podziemi: 460 m (1 400 m²; 4000
m³). Na ziemi istnieje kilkanaście murowanych baraków.
Włodarz
Włodarz, sztolniaTen olbrzymi kompleks został wybudowany w masywie góry Włodarz,
prowadzą do niego trzy wejścia od strony północno-wschodniej i jedno od strony
północnej. Całość kompleksu to duża ilość korytarzy przecinających się pod kątem
prostym i tworzących siatkę. Dodatkowo istnieje w nim, jedna z największych,
nieukończona hala. Jest prawdopodobne, że w nieosiągalnej dziś głębi obiektu
zamordowano wiosną 1945 r. kilka tysięcy więźniów pracujących przy budowie.
Około 1/3 część obiektu jest zalana wodą. Długość korytarzy: 3200 m (10 700 m²;
42 000 m³). Nad ziemią rozpoczęto prace nad potężnymi fundamentami.
Osówka
Podziemia zawierają m.in. trzy sztolnie, z których najdłuższa ma ok. 450 metrów.
Jedna z nich posiada tamy z cegły, które utrzymują wodę w tunelu. Całkowita
długość tuneli: 1700 m (6700 m²; 30 000 m³). Dwa obiekty są szczególnie
interesujące: tzw. kasyno i tzw. siłownia. Są to duże naziemne obiekty o
powierzchniach 680 m² i 900 m².
Soboń
Wejścia do podziemnych konstrukcji prowadzą z trzech stron góry, trzema
sztolniami. Niewielki kompleks zawiera tunele o długości 700 m (1900 m²; 4000 m³).
Kilka budynków naziemnych i jeden bunkier.
Sokolec – Gontowa
Podziemny kompleks wykuty w masywie góry Gontowa, zasadniczo dwa prostopadłe
zespoły podziemi, w dużej mierze zawalonych lub wysadzonych. Długość podziemi:
850 m (2400 m²; 7100 m³).
Wielka Sowa
Wiadomo, że na stokach tej góry pracowały komanda (Eule). Byli więźniowie,
którzy pracowali przy rozładunku i segregacji materiałów budowlanych zeznali, że
kierowano tam duże ilości tychże materiałów. Nie udało się dotychczas odnaleźć
śladów wejść podziemnych w rejonie Wielkiej i Małej Sowy.
Moszna
Kompleks niepewny, nie odnaleziony, choć prowadzono duże prace na tym terenie i
istnieją widoczne studzienki wentylacyjne. W przypadku jego istnienia miałby
centralne względem innych położenie, stąd tezy o jego nadzwyczajnym
przeznaczeniu.