Historia i mity

Riese (niem. olbrzym) – kryptonim największego projektu górniczo-budowlanego hitlerowskich Niemiec, rozpoczętego i niedokończonego w Górach Sowich, oraz na zamku Książ i pod nim, w latach 1943-1945. To tutaj III Rzesza miała odbudować swoją potęgę, tak szybko roztrwonioną na wschodzie. To tutaj miał powstać przemysł rakietowy i jądrowy. Zapomniano o jednym - o strategii na froncie wschodnim, a ta nie pozwoliła nawet na obronę Wiednia czy Berlina.



Wyobraźmy sobie Valdenburg czyli Wałbrzych w dniach wojny, w pobliżu którego powstawał kompleks zabudowań militarnych. Wiele z tych instalacji służyło jeszcze przed trzema laty za baraki dla rzeszy więźniów politycznych pracujących tutaj pod batami SS-manów przy budowie kompleksu cudowne broni, Wunderwaffe, ostatniej nadzieji Hitlera. Góry cegieł, piasku, niezliczona ilość najrozmaitszych maszyn, dźwigów i wagonów kolejki wąskotorowej świadczą najlepiej o ogromie zamierzonej budowli. Cel był oczywisty. Miało tu powstać wielkie podziemne miasto. Prace nad jego budową rozpoczęły się w 1944 roku. Jeden ze świadków i projektodawca tego niezwykłego miasta inż. Dolmuss mieszka obecnie w Głuszycy. Od niego dowiadujemy się rewelacyjnych szczegółów dotyczących góry, w której kryje się podziemne miasto, wyposażone we wszystkie najnowsze urządzenia techniczne. Do miasta można się odstać z czterech stron: od Głuszycy, Modrzewek, Chałup i Walimia. Od strony Modrzewka - jak wyjaśnia inż. Dolmuss - miało być wejście do Kwatery Głównej Hitlera; od Chałup do Goebelsa i jego sztabu, z
Walimia zaś do sztabu Wehrmachtu. Samo rozrzucenie wejść daje pojęcie o ogromie podziemnego miasta. Nie jest ono dotychczas w dostateczny sposób zbadane.Przygodnych poszukiwaczy skarbów odstraszają groźne bunkry z gniazdami karabinów maszynowych i pogłoski o rzekomym zaminowaniu przejść. Niedaleko Wałbrzycha, w kierunku na Kłodzko leży mała turystyczna miejscowość zwana Głuszycą. O miejscowość tę wojna otarła się tylko, pozostawiając w nieuszkodzonym stanie jej barokowe budynki i mały, w tym samym stylu zbudowany kościółek. A jednak tej właśnie cichej mieścinie przywódcy hitlerowscy wyznaczyli w ubiegłej wojnie role niepoślednią.

Jedna z gór w pobliżu miasta stanowiąca część łańcuch Gór Sowich służyć miała za siedzibę sztabu wodzów nazizmu. Pod koniec 1943 roku gdy Armia Czerwona stała przed Prusami Wschodnimim postanowiono Główną Kwaterę Fuhrera przenieść na Dolny Śląsk w okolice Głuszycy. Z końcem mroźnego grudnia 1943 r. spędzono tu liczne rzesze białych niewolników, których tak obficie dostarczały okupowane kraje i rozpoczęto budowę super kompleksu militarnego. Trzydzieści tysięcy Żydów węgierskich pracowało nad budową dróg, które umożliwiałyby dojazd do wzgórza, w którym miał się mieścić mózg Trzeciej Rzeszy. Pracowali tu także Polacy, Rosjanie, minerzy włoscy i Ukraińcy. Ogółem nad gigantyczną budową, która miała tu powstać pracowało ponad 50 tysięcy ludzi. Nikt nie wiedział oczywiście do czego służyć będą olbrzymie bunkry i niezmierzone tunele przerzynające wzdłuż i wszerz potężne zbocza gór. Stu inżynierów kierujących pracami, również nie orientowało się co się właściwie buduje. Każdy z nich był tylko sprężyną w wielkiej maszynie i miał ściśle określony zakres działania, poza
których wychodzenie było niebezpieczne. I tak jedni pracowali przy budowie nowego dworca, inni nad planami dróg, jeszcze inni nad stacją pomp, której zbiornik pomieścić może około 40 tysięcy metrów sześciennych wody.
Nad całością prac czuwał Berlin. Wiele tajemnic dotyczących podziemnego miasta znał zaprzysiężony nadzorca budowlany inż. Mayer przebywający stale w Jedlinie-Zdroju, ówczesnym Charlottenburnie. W 1943 roku powierzono Gruppenführerowi SS Kammlerowi pieczę nad rozbudową i przystosowaniem rejonu Dolnego Śląska do celów podziemnej produkcji rakietowego uzbrojenia III Rzeszy. Najwięksi optymiści, nie byli w stanie uwierzyć, że projekt Dora ( produkcja pocisków V1 i V2 ) zakończy się sukcesem. Zaś najwięksi pesymiści nie byli w stanie pojąć dlaczego tylko niespełna połowę potencjału rakietowego II Rzeszy użyto do działań odwetowych, w nikłym procencie do działań zaczepnych i tylko na froncie zachodnim. Tymczasem, do końca wojny, z taśm podziemnych montowni zjechało około 6000 pocisków. Jednak projekt jakiego podjął się w 1944 roku był inny, nie miała to być bowiem kolejna fabryka, miał to być projekt, który uratuje Niemcy, projekt broni, projekt bomby atomowej, którą Niemcy mieli w zasięgu ręki. Wybór sztolni w okolicy Walenburga wydawał się oczywisty, pobliska elektrownia dostarczała dowolnej ilości energii elektrycznej, pobliskie złoża uranu dawały możliwość jego pozyskiwania jako rudy, zbudowano połączenie kolejowe z Wałbrzychem. Pomieszczenia miały własne ogrzewanie olejowe, łączność telewizyjną z urzędami w Berlinie, stanowisko szyfrowania komunikacji, bezpośrednie połączenie telefoniczne i komunikacyjne z kompleksem Riese (Bad Charlottenbrunn Walim) i innymi pobliskimi zakładami produkcyjnymi w rejonie Dolnego Śląska. Kilka miesięcy po oddaniu tego obiektu powstał w nim najbardziej zaawansowany, w owym okresie reaktor, mogący być użytym do wzbogacania plutonu. Zastosowano w jego budowie koncept reaktora atomowego, gdzie paliwo atomowe składowano w postaci prętów ( nowatorska koncepcja dająca największe szanse powodzenia ) oraz źródło promieniowania gamma, opisywany projekt E. Wideroe`go, elektryczny betatron o olbrzymiej mocy. Wiele pytań pozostawało jeszcze bez odpowiedzi, jednak gdy Adolf Hitler w marcu 1945 roku osobiście gratulował pracującym tam fizykom, nikt nie przypuszczał, że laboratorium zostanie ewakuowane w przeciągu miesiąca. Ewakuaca była konsekwencją niezdecydowania Furera, co do ważności strategii obrony, wschód czy zachód, Amerykanie czy Rosjanie. Odpowiedź nie była oczywista, bo jednym i drugim wypadku oznaczała koniec Rzeszy.



Zaciekawieni usłyszanymi szczegółami postanowiliśmy pod kierunkiem inż. Dolmussa, jednego z współtwórców podziemnego miasta, a zarazem speca od od nowoczesnej broni V-1 i V-2, zwiedzić nawierzchnię i podziemia niedokończonego miasta, które tak ważną rolę miało spełnić w minionej wojnie, choć na próżno szukałoby się go na mapie. Od historycznej restauracji „Pod Jeleniem”, siedziby Fryderyka Wielkiego zbudowanej w pierwszej połowie XVIII wieku, jedziemy polną drogą w kierunku na Nową Rudę. Już kilometr dalej widzi się po obydwu stronach drogi ślady, rozpoczętej budowy. Sieć szyn kolejowych z gotowymi nastawnicami świadczy o tym, że mieścić się tu musiał dworzec podziemnego miasta. Prace nad wykończeniem dworca przerwał koniec wojny, ale nie zdołał wyratować 18-tysięcznej rzeszy jeńców i więźniów politycznych, którzy znaleźli tutaj wspólny, wielki grób. Po lewej stronie drogi wznosi się strome zbocze porosłe mieszanym lasem. W zboczu tym kryje się wejście do podziemnej siedziby Hitlera. Doskonała droga pnie się w górę prowadząc wprost do lasu. Przed trzema laty drogi tej
jeszcze nie było. Po pięciu minutach jazdy minąwszy przecinające się stałe szyny wąskotorowej kolejki i szeregi prymitywnie zbitych baraków dla jeńców, zatrzymujemy się przed olbrzymim placem. Zbocze górskie schodzi ku niemu prawie prostopadle. Olbrzymie głazy zawieszone nad placem wyglądają tak, jakby miały się za chwile stoczyć z hukiem w dół. Rozległy plac zasłany jest stosem najrozmaitszych kamieni. Świadczą one dobitnie o bogactwie tej ziemi. U stóp prostopadłego zbocza, na którym szumią iglaste drzewa znajduje się wysokie na trzy metry i szerokie na dwa wejście do Głównej Kwatery Hitlera. Wraz z przewodnikiem, inż. Dolmusem ,jednym z wykonawców poleceń sztabu III Rzeszy i budowniczym dworca głuszyckiego dotarł do wejścia prowadzącego do głównej kwatery Hitlera. Już przy wejściu widzi się wbite w skałę żelazne kliny. Jak nas objaśnia inż. Dolmus, miał tu być założony ładunek dynamitu, który pogrzebałby niewątpliwie tajemnicę nigdzie nie kończących się chodników i ponurych sal podziemnego miasta. Potężne pale dębowe podpierające stropy wzbudzają zaufanie. System podmurowania chodników podobny jest do systemu stosowanego w kopalniach, z tą tylko różnicą, że później miano chodniki obetonować, podobnie jak to uczyniono z mieszczącą się również w podziemnym mieście siedzibą Goeringa. W miarę posuwania się w głąb chodnika ciemność się powiększa i mały prostokąt światła za nami jest coraz mniej widoczny. Chodnik ten od którego rozchodzą się dopiero boczne korytarze, kryjące sale i pokoje sztabu Hitlera, ciągnie się przez 3 km. Chodnik gwałtownie obniża się na dół i skręca nagle w prawo. Do głównego chodnika przylega mały tunel. Inż. Dolmus wprowadza nas do niego i po przejściu mniej więcej dwustu metrów wchodzimy do dużej sali. Miała to być sala posiedzeń. Przy zainstalowanym świetle, eleganckim umeblowaniu, sala ciepło ogrzana centralnym ogrzewaniem. Teraz panuje w niej cisza, chłód i ciemność.
Od sali posiedzeń wybiegają 3 korytarze. Bez przewodnika można się w nich zgubić. Inż. Dolmus zachęca nas do wycieczki w korytarz w którym znaleziono przed 14-tu dniami sześć wspaniałych motorów Diesla. Rozległe korytarze podziemnego miasta, ziejące ciszą i chłodem, kryją zapewne w swoim wnętrzu nie jedną tajemnicę. Ostatnie miesiące istnienia Trzeciej Rzeszy cechował chaos. Postanowiono miedzy innymi ukryć w labiryncie korytarzy podziemnego miasta mnóstwo maszyn, aby je w odpowiednim momencie wysadzić w powietrze. W ostatniej prawie chwili rozkaz wycofano i postanowiono maszyny uratować. Trzy dworce Głuszycy przeładowywały dziennie 70 wagonów maszyn najrozmaitszego typu. Nie zdołano jednak wszystkiego wywieźć i wiele maszyn pozostało na miejscu. Wiele z nich służy już Polsce, jak owe sześć motorów Diesla, które dopiero w tych dniach odnaleziono.

Zagłębiliśmy się na dobre w labirynt chodników. Tymczasem, jak się okazuje, system wentylacyjny uległ w nich zniszczeniu i brak powietrza nie tylko utrudnia nam oddychanie, lecz gasi również płomyk naszej karbidówki i otacza nas nagle nieprzejrzana ciemność. Na jednym z korytarzy zatrzymujemy się przy żelaznych drzwiach. Bronią one dostępu do bocznego korytarza, który miał prowadzić do prywatnych pokojów Hitlera. Usiłujemy podważyć żelazne drzwi - Nawet nie drgną. Dolmus mówi, że to syzyfowa praca - ale jeśli sądzimy, że znajdują się tam skarby to gotów jest nas zaprowadzić z innego końca korytarza. Prawdę powiedziawszy, mamy tego wszystkiego dość, rezygnujemy więc z dalszego zwiedzania korytarza. Na zewnątrz cienkie druty z nawleczonymi na nie sztucznymi liśćmi doskonale maskują złożony na ziemi żelbeton. Na terenach, które zwiedzamy a które ciągną się na przestrzeni 30 prawie km - jest tego 200 ton. Żelazo, które widzimy jest tylko częścią materiałów potrzebnych do budowy podziemnego miasta: budowy zwanej Akcją Adolfa.

Na zboczach wzgórza opodal wierzchołka spotykamy jeszcze - poza odkrytym już wejściem do kwatery Hitlera - dwa podobne. Ostatecznie okazuje się, że do apartamentów wodza Trzeciej Rzeszy prowadziły dwa wejścia podziemne oraz trzy z nawierzchni góry, skąd do wnętrza trzeba było zjeżdżać specjalnymi windami. W dwa i pół roku po zaniechaniu robót trudno je rozpoznać. Wejścia z wierzchołka góry przykryte są deskami. Postanawiamy jednak zwiedzić jeszcze siedzibę Marszałka rzeszy - Goeringa. Prowadzą do niej serpentyny okalające zbocza gór. Siedzibę Hitlera od "rezydencji Goeringa" dzieli przestrzeń pięciu kilometrów. Droga wiedzie w las, w którym spotyka się raz po raz zniszczone baraki. Niestandardowe bynajmniej jak w obozach koncentracyjnych. Każdy z nich ma swoisty styl. Od razu można poznać np. baraki, w których mieszkali minerzy włoscy. One mają kształt łodzi. W pewnej chwili wylania się przed nami z gęstwy leśnej zbity z desek czarny budynek, na którego tle odcina się wyraźnie zielono-biały krzyż. Szpital. Za chwilę jesteśmy już w jednej z największych siedzib podziemnego miasta, byłej posiadłości Goeringa. Prowadzą do niej cztery wejścia wykute w skałach u podstawy góry i sześć na powierzchni. Z siedzibą Hitlera łączy ją podziemny korytarz. W barakach na wzgórzu leżały jeszcze w ubiegłym roku gotowe rury do centralnego ogrzewania - zabrano je do Jeleniej Góry. Siedziba szefa propagandy Goebbelsa, najmniejsza ze wszystkich wykończono została już w 70%. Mieści się ona pomiędzy Walimiem a Górkami. Żeby dojechać do niej trzeba ze względu na górzystość terenu stracić co najmniej 20 minut czasu. W międzyczasie inż. Dolmussowi rozwiązuje się język i zaczyna na temat byłych mieszkańców Głuszycy opowiadać arcyciekawe historie. Krążyły wśród nich podobne wersje na temat budowanego w Sowich Górach podziemnego miasteczka atomowego. Głuszyca dzieli się na trzy części połączone ze sobą szosą idącą z Wałbrzycha w kierunku Kłodzka. Jest więc Głuszyca Górna, Środkowa i Dolna. Po obydwu stronach szosy rozłożyły się olbrzymie zakłady przemysłu bawełnianego, zatrudniające w czasie wojny większość mieszkańców trzech Głuszyc. Życie tych ludzi upływało pomiędzy pracą w fabryce, domem, miejscowym klubem strzelców leśnych i „Mein Kampfem”. Wraz z początkowymi sukcesami Niemców rosła buta - „pokornych strzelców” z Głuszycy, ale z początkiem 1943 roku na ówczesnych obywateli Głuszycy padł grom z jasnego nieba. Olbrzymie zakłady przemysłu bawełnianego - podstawa ich egzystencji, zostały oddane firmie Kruppa. 50 000 wrzecion musiało stanąć. Ludność trzech Głuszyc straciła zatrudnienie, a zmontowanie fabryki broni nie szło tak łatwo. Niemcy głuszyccy patrzyli na setki najrozmaitszego typu maszyn, ściąganych tu z terenów całej Rzeszy, a głównie z okolic Mauthausen. Dolmuss na widok elektrycznych przewodów znajduje temat do swych ciekawych zwierzeń. Mała ta siedziba wyposażona była w 2500 000 metrów przewodów elektrycznych o grubości od 60mm do 120mm. Cześć z nich zabrano do wałbrzyskiej elektrowni. Olbrzymie transformatory również zainstalowano na tych terenach. Dolmuss wyjaśnia, że do Głuszycy sprowadzono wyłącznie najnowocześniejsze instalacje elektryczne i on, chociaż jest z zawodu inżynierem, takich instalacji jeszcze w swym życiu nie widział. Wjeżdżamy w wąskie uliczki Walimia. Za nami pozostało pasmo gór Sowich z ich nierozwiązaną jeszcze zagadką. Zapytujemy inż. Dolmussa do jakich celów przygotowywano 100 inżynierów i 50 000 robotników? Tłumaczy nam: W czasie wojny atomowej ta ilość inżynierów i robotników byłaby jedynie drobnostką.

Prawdą także jest że w okolicach Wałbrzycha, Głuszycy, Jugowa, Walimia, Kolc, Ludwikowic i wielu innych miejscowościach znajdowały się obozy koncentracyjne, jenieckie i organizacji Todt. Ci ludzie właśnie drążyli skały gór Sowich. Wielu z nich zostało zamordowanych. Tylko masowe mogiły na cmentarzach kryją ich tajemnicę. Po barakach obozowych pozostały już dziś zarośnięte trawą fundamenty, piwnice, zdekompletowane urządzenia wodno-kanalizacyjne i bunkry SS-manów. Jeszcze dziś wędrując po okolicznych lasach, zapuszczając w leśnie chaszcze spotkać można niedokończone jakieś budowle. Jedne z nich podobne są do bunkrów inne do komór. Leżą bezładnie rozrzucone zbutwiałe belki, pręty żelazne do budów żelazo-betonowych, rury kanalizacyjne, tysiące dachówek, drenów i setki tysiące ton skamieniałego cementu w workach.
Budowanie podziemnych fabryk i magazynów było konieczne. Naloty alianckiego lotnictwa dość skrupulatnie niszczyły wszystkie obiekty służące dla zaspokojenia potrzeb frontu. Niszczono stoczenie łodzi podwodnych, wytwórnie torped, bomb i samolotów. Niemiecki przemysł zbrojeniowy dotychczas zgrupowany przeważnie w Nadrenii i Westfalii został ewakuowany w głąb Niemiec. W dawnych tkalniach i przędzalniach zamiast krosen znalazły się precyzyjne obrabiarki i urządzenia wytwarzające części i urządzenia do samolotów, łodzi podwodnych, do „cudownych broni”. Kto wie czy nowoczesna „kuźnia Vulkana”, której budowę stale przyśpieszał Hitler, gdy była kompletnie wyposażona nie zmieniłaby przebiegu wojny, a w każdym razie gdyby Niemcy wcześniej opanowali produkcję broni rakietowej na pewno utrudniłaby zakończenie wojny. Co tu miano zbudować, jakie maszyny miały stać w tych „kuźniach Vulkana” nie wiadomo. Faktem jest, że Niemcy bez celu tak wysokich i wielkich pieczar nie tworzyli. Dalej, druga rzucająca się w oczy rzecz to brak zwałów kamienia, który wydobywano z podziemi. A przecież musiało go być miliony metrów sześciennych. Czyżby kamień ten Niemcy wywozili w inne miejsca? A może, poza przydatnością skały jako materiału budowlanego? A może wydobywano tu surowiec do „Wunderwaffe” rudy uranowe? Ciekawy fakt opowiadają ludzie, którzy w czasie wojny mieszkali w Wałbrzychu. Otóż różne tunele wiercone w okolicach Wałbrzycha prowadzą również do miasta, a ich wyloty znajdują się pod parkiem Sobieskiego. Jeden z tych wylotów miał być rzekomo w tym miejscy, gdzie dziś znajduje się śmietnisko „Zieleni Miejskich” przy ulicy Lotników. Kolejarze pracujący na Dworcu Głównym wspominają, że do tunelu kolejowego wiodącego do Kamieńska wjeżdżały całe pociągi towarowe, nie dojeżdżały jednak nigdy do stacji w Kamieńsku ale za to te same wracały puste do Wałbrzycha. Czyżby i tam było jakieś rozgałęzienie tunelów? Te i wiele innych zagadek podziemi czeka na rozwiązanie. Czy to kiedyś nastąpi?

Artykuł opiera się na faktach opisanych w Słowie Polskim z dn 27.10.1947 roku



Co zwiedzać:

Krzyż

Na zamku Książ prace adaptacyjne doprowadziły do zniszczenia niektórych sal, w szczególności ucierpiały dekoracyjne elementy plafonowe oraz podłogowe. Najpoważniejsze prace jednak odbyły się poza bryłą architektoniczną samego zamku. Doprowadzono kolejkę wąskotorową, której rozładunkiem obłożono więźniów Arbeitslager Fürstenstein, założonego u podnóża zamku. Na terenie przyzamkowym utworzono szereg dużych komór i budowli, których przeznaczenie pozostaje dyskusyjne. W zamierzeniu konstruktorów zamek miał być osiągalny wyłącznie drogą podziemną, tunelami samochodowymi i pociągowymi. Pod ziemią stworzono przynajmniej dwa poziomy kuluarów i komór, połączonych z piwnicami zamku. Pierwszy poziom znajduje się 15 m pod ziemią (długość ok. 80 m, 180 m², 400 m³), drugi 53 m pod dziedzińcem zawiera cztery sztolnie oraz sieć krzyżujących się ze sobą szerokich korytarzy (5 m wysokości i 5,5 m szerokości), a także cztery wybetonowane komory. Dziś znajduje się w nich aparatura pomiarowa stacji sejsmograficznej PAN.

Rzeczka
Trzy wejścia wykute w skale prowadzą do równoległych sztolni oddalonych od siebie o około 45 m. Między nimi są ustawione duże hale. Długość tuneli kompleksu Rzeczka wynosi 500 m (2500 m²; 14 000 m³). Nad ziemią zbudowano główną centralę telefoniczną, której węzeł był większy niż Wrocławski czy Legnicki.

Jugowice Górne – Jawornik
Podziemny kompleks wykuty w masywie Chłopskiej Góry złożony jest z siedmiu sztolni w trzech osobnych zespołach. Czwarta sztolnia kończy się dziś gruzowiskiem pozawałowym. Długość rozpoznanych podziemi: 460 m (1 400 m²; 4000 m³). Na ziemi istnieje kilkanaście murowanych baraków.

Włodarz
Włodarz, sztolniaTen olbrzymi kompleks został wybudowany w masywie góry Włodarz, prowadzą do niego trzy wejścia od strony północno-wschodniej i jedno od strony północnej. Całość kompleksu to duża ilość korytarzy przecinających się pod kątem prostym i tworzących siatkę. Dodatkowo istnieje w nim, jedna z największych, nieukończona hala. Jest prawdopodobne, że w nieosiągalnej dziś głębi obiektu zamordowano wiosną 1945 r. kilka tysięcy więźniów pracujących przy budowie. Około 1/3 część obiektu jest zalana wodą. Długość korytarzy: 3200 m (10 700 m²; 42 000 m³). Nad ziemią rozpoczęto prace nad potężnymi fundamentami.

Osówka
Podziemia zawierają m.in. trzy sztolnie, z których najdłuższa ma ok. 450 metrów. Jedna z nich posiada tamy z cegły, które utrzymują wodę w tunelu. Całkowita długość tuneli: 1700 m (6700 m²; 30 000 m³). Dwa obiekty są szczególnie interesujące: tzw. kasyno i tzw. siłownia. Są to duże naziemne obiekty o powierzchniach 680 m² i 900 m².

Soboń
Wejścia do podziemnych konstrukcji prowadzą z trzech stron góry, trzema sztolniami. Niewielki kompleks zawiera tunele o długości 700 m (1900 m²; 4000 m³). Kilka budynków naziemnych i jeden bunkier.

Sokolec – Gontowa
Podziemny kompleks wykuty w masywie góry Gontowa, zasadniczo dwa prostopadłe zespoły podziemi, w dużej mierze zawalonych lub wysadzonych. Długość podziemi: 850 m (2400 m²; 7100 m³).


Wielka Sowa
Wiadomo, że na stokach tej góry pracowały komanda (Eule). Byli więźniowie, którzy pracowali przy rozładunku i segregacji materiałów budowlanych zeznali, że kierowano tam duże ilości tychże materiałów. Nie udało się dotychczas odnaleźć śladów wejść podziemnych w rejonie Wielkiej i Małej Sowy.

Moszna
Kompleks niepewny, nie odnaleziony, choć prowadzono duże prace na tym terenie i istnieją widoczne studzienki wentylacyjne. W przypadku jego istnienia miałby centralne względem innych położenie, stąd tezy o jego nadzwyczajnym przeznaczeniu.