To jedno z najgorszych miejsc na świecie. Wszyscy wariują,
próbując przeżyć. "Wielki Biały Wąż" pochłonął już życie tysięcy ludzi. Kolejni
są wysyłani na pewne samobójstwo. Tutaj żołnierze nie giną od kul. Zabija ich
coś zupełnie innego. Niewyobrażalne szaleństwo cały czas wymyka się spod
kontroli. Choć ludzkie i ekonomiczne koszty tego trwającego od prawie trzech
dekad konfliktu, zwanego także "wojną na dachu świata", są ogromne, to jednak
żadna ze stron, ani Indie ani Pakistan, nie zamierza odpuścić przeciwnikowi pola
w walce o ten odległy i nieprzyjazny region. Chodzi o lodowiec Siachen, zwany
także "Wielkim Białym Wężem", na którym znajduje się najwyżej położone pole
bitwy.- Nie potrafię opisać rozpaczy, jaką czuję. Żołnierz w tych koszmarnych
warunkach atmosferycznych widzi różne dziwne rzeczy, takie jak dżinn
przelatujący przez lodowiec czy złudzenie wojsk poruszających się wzdłuż
grzbietu górskiego. Ludzie tu wariują. To jest straszne miejsce. To jest tylko
walka o przetrwanie - mówił gazecie "Time" jeden z wojskowych, który brał udział
w walce. Lodowiec Siachen (Siachen w lokalnym dialekcie ironicznie oznacza
"miejsce, gdzie rosną dzikie róże") został odkryty w 1907 roku i jest drugim pod
względem długości na świecie lodowcem znajdującym się poza regionami polarnymi.
Liczy około 72 kilometrów długości i niecałe 5 kilometrów szerokości. Granica
wiecznego śniegu na lodowcu, który znajduje się w paśmie Karakorum na granicy
Pakistanu i Indii w Kaszmirze, znajduje się na wysokości około 5700 metrów nad
poziomem morza. Konflikt o lodowiec Siachen sięga swoimi korzeniami do
nierozwiązanego sporu granicznego o Kaszmir toczonego pomiędzy Islamabadem i
Delhi. Spór ten rozpoczął się w sierpniu 1947 roku, kiedy to w wyniku podziału
subkontynentu indyjskiego, oba kraje uzyskały niepodległość. Zawładnięcie
Kaszmirem stało się dla polityków obu państw kwestią priorytetową. Nie trzeba
było długo czekać na krwawe starcia.
Problem Siachen powstał w wyniku interpretacji nieprecyzyjnego zapisu w
traktacie z Simla (porozumienie podpisane 2 lipca 1972 roku, zawarte pomiędzy
rządami w Delhi i Islamabadzie przewidywało m.in. rozwiązywanie sporów drogą
pokojową, zaniechanie wrogiej propagandy i wznowienie łączności między obydwoma
krajami) dotyczącego obszaru znajdującego się poza punktem NJ 9842, który
przebiegał na skutym przez lody północnym Kaszmirze. W niejasnym sformułowaniu,
które stało się w następnych latach zmorą dla dwóch narodów, znalazło się
stwierdzenie, że porozumienie o zawieszeniu broni będzie rozciągać się od linii
NJ9842 "i dalej na północ do lodowców". To, zdaniem Pakistańczyków, sytuuje
Siachen mocno wewnątrz ich terytorium. Jak można się łatwo domyśleć całkowicie
inną interpretację zapisów przyjęli Hindusi. Delhi podkreśla, że ponieważ
Siachen jest źródłem dla rzeki Nubra, która następnie wpływa do Indii, lodowiec
powinien należeć do nich. W połowie lat 70. rząd Pakistanu rozpoczął wydawanie
zezwoleń dla zagranicznych wspinaczy, którzy chcieli zbadać, wciąż rozpalające
umysły podróżników szukających przygód i nowych wyzwań, Karakorum. W 1977 roku
hinduski pułkownik o nazwisku Narinder Kumar przekonał swoich przełożonych, by
umożliwili mu stanięcie na czele 70-osobowego zespołu alpinistów i tragarzy w
wielkiej wyprawie na lodowiec. W 1981 roku nastąpił powrót zespołu, który
przeszedł cały Siachen i wspinał się na kilka, zdawało by się wcześniej,
niedostępnych szczytów. W wywiadzie dla magazynu "Outside" udzielonego w 2003
roku, Kumar opisał lodowiec jako Wielki Biały Wąż... po którym się idzie, idzie
i idzie. - Nigdy nie widziałem czegoś tak białego i tak szerokiego - zaznaczył.
Po odkryciu przez pakistański wywiad, że Hindusi interesują się tym zapomnianym
przez Boga obszarem w kwaterze głównej w Islamabadzie zapadła decyzja, by
uprzedzić swojego sąsiada i zająć lodowiec. Ten plan jednak się nie powiódł. 13
kwietnia 1984 roku w operacji o kryptonimie Meghdoot piechota i siły powietrzne
Indii dokonały inwazji na lodowiec. Dwa plutony zajęły kluczowe przełęcze
Bilafond La i Sia La oraz osiągnęły taktyczną przewagę nad wrogiem. Trzeci Gyong
La - pozostał pod kontrolą Pakistanu. Aby powstrzymać indyjską agresję, a także
zapobiec wykorzystaniu przełączy do dokonaniu inwazji na kolejne terytoria
Pakistanu, Islamabad zareagował bardzo szybko dyslokacją wojsk. Indyjska
okupacja Siachen zagrażała także Karakorum Highway (stara nazwa "Jedwabnego
Szlaku"), który jest jedną z głównych dróg łączącej Pakistan z Chinami. Szacuje
się, iż w operacji Meghdoot Indie zagarnęły obszar o powierzchni 2600 km2. Po
latach liczba ofiar po obu stronach dalej pozostaje nieznana.
Niewątpliwe, na tak spektakularny sukces armii hinduskiej biorącej udział w
operacji, spory wpływ miała wyprawa szkoleniowa na Antarktydę w roku 1982, gdzie
żołnierze mieli możliwość działania w skrajnych warunkach atmosferycznych.
Siachen to okropne miejsce do prowadzenia działań militarnych. Oba kraje
solidarnie odmawiają ujawnienia informacji o liczbie ofiar, tym niemniej liczy
się, iż w walce o ten skrawek świat życie oddało około dwóch tysięcy żołnierzy.
Co więcej, zdecydowana większość nie zginęła od kul z broni wroga, a na skutek
niskich temperatur i chorób. Przeprowadzenie ataku na szczyt wzgórza, który jest
w posiadaniu wroga, to często misja samobójcza. - Jeśli żołnierz dotknie gołą
skórą stal na dłużej niż 15 sekund istnieje ryzyko poważnych odmrożeń - mówi
Rifaat Hussain, który wykłada nauki polityczne na Islamabad's National Defence
College. - To całkowicie szaleństwo, by prowadzić wojnę na tej wysokości -
dodaje. Walka na tym terenie wymaga od żołnierzy niesłychanej determinacji, siły
woli, umiejętności radzenia sobie w skrajnych sytuacjach oraz nieprzeciętnej
kondycji fizycznej. Obszar lodowca Siachen charakteryzuje się bardzo wrogim
klimatem, gdzie góry są wysokie i rozległe, a temperatury spadają w zimie do -50
stopni Celsjusza. Zimny i porywisty wiatr, częste i ostre śnieżyce z łatwością,
w ciągu kilku chwil, mogą zniszczyć namioty czy schroniska. Walka na tym
obszarze za pomocą tradycyjnych rozwiązań i taktyk, przy użyciu standardowej
broni i sprzętu wojennego jest niemożliwa. Walka zyskuje tu zupełnie nowy
wymiar, spotęgowany działaniami na dużych wysokościach i wszechogarniającym
uczuciem osamotnienia. Ze względu na strome nachylenie terenu, poruszanie po
zaśnieżonych drogach, które i tak bardzo często są nieprzejezdne, jest nie tylko
żmudne i niebezpieczne, ale bardzo czasochłonne. Przemierzenie około 25 km na
wysokości 4200 m wymaga do sześciu dni marszu. Sto metrów można pokonać w 15-20
minut, w trakcie których należy mieć co najmniej dwa kilkuminutowe odpoczynki.
Ponieważ obszary te są najczęściej niedostępne, mapy są bardzo niedokładne, co
oczywiście oznacza większą zależność wojska od patroli rozpoznawczych. To jednak
nie zawsze jest możliwe. Gdy niebo jest zachmurzone, a chmury są bardzo nisko,
widoczność staje się mocno ograniczona, a podobieństwo terenu sprawia, że
umiejętność zlokalizowania oddziałów wroga, a następnie podanie ich pozycji do
centrali jest niezwykle trudne. Walki o zdobycie tych bezimiennych szczytów
często przypominają surrealistyczne akty bohaterstwa i poświęcenia. Jedna z
takich akcji miała miejsce w kwietniu 1989 roku. Wojska pakistańskie zdecydowały
się wyprzeć przeciwników z przełęczy, która znajdowała się pomiędzy dwoma
szczytami zwanymi Chumik Pass. Na początku pluton Pakistańczyków próbował wspiąć
się na 600-metrowy klif, by zająć stanowisko Hindusów. Niestety plan się nie
powiódł. Szalejąca lawina śnieżna wybiła im ten plan z głowy. Niezrażony
porażką, porucznik Naveed Khan Qureshi, nie posiadający żadnego doświadczenia w
górskich potyczkach, zgłosił się do szalonej misji. Plan był taki, by Qureshi
zwisał na linie z małego helikoptera, a następnie miał zostać zrzucony na
wierzchołek jednego ze szczytów, ponad stanowiskami okupowanymi przez Indie.
Choć plan wydawał się absurdalny przystąpiono do jego realizacji. W pewnym
momencie, podczas realizacji misji, helikopter został uderzony przez silny
powiew wiatru i zaczął gwałtownie nurkować. Qureshi zwisając pod nim, kołysał
się tam i z powrotem. - Byłem pewny, że ogon łopaty wirnika go złapie - mówi
pilot, Raheel Hafeez Sehgal. Decyzja Sehgala mogła być tylko jedna - wyciągnął
tasak i odciął linę. Qureshi spadł prosto w górski komin. Cudem przeżył, ale
utknął tam nad dwa dni. Zamieć opóźniła akcję niesienia pomocy. Ale misja
musiała być zrealizowana do końca. Kłopot polegał na tym, iż nowe stanowisko
Pakistańczyków znajdowało się 150 metrów poniżej placówki Hindusów. To jednak
nie zniechęciło żołnierzy i postanowili kontynuować misję. Za pomocą lin,
sześciu śmiałków wspięło się na klif i ostatecznie zajęli bunkier Hindusów.
Miesiąc później, oba kraje, uznając, że szaleństwo wymknęlo się poza kontrolę,
zgodziły się na demilitaryzację tego sektora.
Ostatnie potyczki zakończone śmiercią żołnierzy miały miejsce w roku 2003. 23
listopada pomiędzy zwaśnionymi stronami doszło do zawieszenia ognia. Po tym
wydarzeniu region lodowca stał się atrakcyjnym miejscem do pojawiania się
polityków. Jako pierwsza pojawiła się premier Pakistanu Benazir Bhutto. 12
czerwca 2005 roku Manmohan Singh został pierwszym premierem Indii, który
wizytował okolicę lodowca. Wówczas powiedział, że chce przemienić pole bitwy w
"górę pokoju". Kilka dni później dowódca armii indyjskiej generał Joginder
Jaswant Singh powiedział, że indyjska armia opracowała mapę drogową, w myśl
której lodowiec i otaczające je wzgórza miałyby się przeobrazić w strefę
zdemilitaryzowaną. Tym niemniej lata wzajemnej nieufności pokrzyżowała te plany.
Żadna ze stron nie chciała jako pierwsza rozpocząć wycofywanie swoich wojsk z
obawy, że ich wrogowie natychmiast zajmą ich pozycje. Vijay Oberoi, były
zastępca szefa armii, który obecnie jest wpływowym analitykiem wojskowym w New
Delhi, ma wątpliwości co do prawdziwych intencji Pakistanu. - Zawsze cierpimy,
kiedy im zaufamy - mówi. Sami Hindusi swoją obecność na lodowcu traktują, jako
przejaw własnej mocarstwowości. Pakistańczycy są równie podejrzliwi w stosunku
do Indii. - Nie chcemy tu być - mówi kapitan Nazir, ale Hindusi wkroczyli tu
jako pierwsi i zbyt dużo krwi zostało przelane, by teraz odpuścić. W 2007 roku
władze wojskowe w Delhi postanowiły otworzyć dla ruchu turystycznego położony
najwyżej na świecie teatr wojenny. Grupy trekkingowe miały bez problemów
uzyskiwać zezwolenia na ponad 70-kilometrową wędrówkę. Indyjska armia zapewnia
nawet tragarzy, przewodników, opiekę medyczną, a także sprzęt. Inicjatywa
indyjskich wojskowych spotkała się z krytyką władz w Islamabadzie. Pakistan
uprzedził swojego sąsiada, że decyzja o otwarciu lodowca dla ruchu turystycznego
będzie miała niekorzystny wpływ na przebieg rozmów pokojowych. Hindusi jednak
zignorowali protesty Pakistanu i z nieznaczym opóźnieniem rozpoczęły się
wycieczki. Na reakcję Islamabadu nie trzeba było jednak długo czekać. W kolejnym
roku na terenach przez siebie kontrolowanych... także otworzyli ruch dla
turystów. Dziś jednak panuje lodowy impas. Analitycy twierdzą, że Indie i
Pakistan dysponują 150 placówkami wzdłuż lodowca Siachen. Pułkownik armii
indyjskiej, Pundir, twierdzi, że Pakistańczycy wciąż nie są w stanie kontrolować
jakiejkolwiek część lodowca. Z wyrazem pogardy, dodaje: "Nie mogą nawet pokazać
swoich twarzy w pobliżu naszych baz". Pakistański pułkownik Saeed Iqbal
przyznaje, że to hindusi kontrolują najwyższe punkty lodowca. Ale twierdzi, że
ten sukces ma swoją cenę. - To ich kosztuje dużo więcej niż nas - mówi. - Możemy
dostarczyć naszych ludzi i zaopatrzenie na linię frontu korzystając z dróg,
podczas gdy Hindusi muszą robić wszystko przy użyciu śmigłowców i skuterów
śnieżnych - zaznacza. A koszty wojny są ogromne. Według ostrożnych szacunków
ekspertów zajmujących się obronnością, aby utrzymać trzy bataliony na lodowych
pustkowiach w Siachen, Islamabad wydaje dziennie około 15 milionów rupii
pakistańskich (około 600 tysięcy złotych). Z drugiej strony, rozmieszczenie
siedmiu batalionów indyjskich to dzienny koszt rzędu 50 mln rupii indyjskich
(ponad 3 miliony złotych).