Korea Północna to bękart poczęty pod koniec II wojny
światowej ze związku ZSRR i Stanów Zjednoczonych, z którym cały czas są problemy. Korea Północna stała się obozem wojskowo-koncentracyjnym utrzymywanym
przez Chińską Republikę Ludową, w obawie przed domniemywaną agresją USA na
terytorium Chin. Z jednej strony głupota amerykańskich przywódców, z drugiej zaś
chorobliwa obawa chińskich komunistów doprowadziły do powstania państwa
antyludzkiego, jedynego współczesnego, komunistycznego obozu koncentracyjnego oraz
okręgu wojskowego, z którego wyciekają technologie rakietowe i
atomowe do państw wspierających islamski terroryzm jak Iran czy Syria.
Nie dziwi już, że Korea Północna przeprowadziła kolejną próbę jądrową. Świat
natomiast jest w takiej sytuacji bezsilny. Phenian nie przejmuje się szumem
wokół niego i licznymi protestami i znów grozi wojną. Po próbie atomowej Korea
Północna przeprowadziła kilka testów rakiet krótkiego zasięgu i wznowiła
produkcję plutonu w Jongbion. W odpowiedzi na to Korea Południowa zapowiedziała,
że przystąpi do zainicjowanej jeszcze przez Georga W. Busha Inicjatywy przeciwko
Proliferacji Broni Masowego Rażenia (PSI). PSI powstała w 2003 roku po tym jak
Japończycy odkryli, że na północnokoreańskich statkach są przemycane technologie
do produkcji broni masowego rażenia. Pozwala ona zatrzymać do inspekcji każdy
statek podejrzany o przemyt takiej broni lub technologii. Phenian
zareagował ostro. Uznał to za deklarację wojny, choć już w poprzednich latach
wiele innych wydarzeń uznawał za taki krok. Pierwszy raz jednak Północ
stwierdziła, że nie czuje się związana rozejmem z Panmundżon. Ogłosiła również,
że nie jest w stanie „zapewnić bezpieczeństwa statkom u swoich zachodnich
wybrzeży”. Phenian zagroził też odwetem militarnym jeżeli jakikolwiek z jego
okrętów zostanie zatrzymany. Te deklaracje brzmią groźnie choć wojny za sobą nie
pociągną. To kolejny szantaż mający wymusić pomoc gospodarczą.
Broń atomowa w rękach tak nieobliczalnego reżimu jak północnokoreański jest
szczególnie niebezpieczna. Sam jej zapewne nie użyje, ale wiele państw zapłaci
grube miliony za dostęp do technologii nuklearnych, a Kim Dzong Il bez wahania
im je sprzeda jeśli tylko zapłacą odpowiednią cenę. Oprócz rakiet technologie
jądrowe są dla komunistycznego reżimu jedynym towarem eksportowym dającym duże
zyski i pomagającym mu przetrwać. Między innymi Pakistan dzięki pomocy Phenianu
stworzył własną bombę atomową. W kolejce zaś stoją inni, choćby Syria.
Koreańczycy zdołali utrzymać w tajemnicy swoją próbę, aż do samego końca. Nikt
nie spodziewał się, że Phenian szykuje taką eksplozję. Zawiodły służby
wywiadowcze, zwłaszcza CIA. Rządy w Tokio i Seulu były przerażone gdy
dowiedziały się o wstrząsach sejsmicznych wywołanych przez wybuch jądrowy.
Japonia i Korea Południowa obawiają się najbardziej Korei Północnej gdyż ta
niejednokrotnie im groziła. Taro Aso, premier rządu japońskiego, natychmiast
zażądał zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ. Przez stolice wielu państw przeszła
fala zaskoczenia, strachu i potępienia. RB ONZ również potępiła działania
totalitarnego reżimu, ale nic ponad to. Prawdopodobnie pójdą za tym sankcje
jeżeli nie sprzeciwią się im Chiny. Konkretne działania z pewnością podejmą
Stany Zjednoczone i ich wschodnioazjatyccy sojusznicy gdyż dla nich zagrożenie
ze strony koreańskich komunistów jest realne.
Na Koree Północną nałożono już wiele kar międzynarodowych jak i przez
poszczególne kraje. Ta jednak niewiele sobie z nich robi. Pomoc międzynarodowa
dalej płynie i jest w większości przeznaczana na utrzymanie armii i partyjnej
nomenklatury, a społeczeństwo cierpi głód i nędzę. Gdyby odcięto ten strumień
zaopatrzenia, wprowadzono międzynarodową blokadę tego kraju to zapewne zmusiłoby
komunistów do ustępstw. Kim mógłby się w takiej sytuacji obawiać buntu w partii
oraz armii i pójść na ustępstwa. Na wojnę by się nie zdecydował gdyż to
oznaczało by zagładę dla jego reżimu. Tutaj pojawiają się jednak trzy problemy.
Pierwszy, w takiej blokadzie musiałyby wziąć udział Chiny, a na to się nie
zanosi. Phenian i Pekin są sojusznikami. Kim dostaje ogromną pomoc gospodarczą
od swojego północnego przyjaciela, która trzyma go przy życiu. Drugi to kwestia
humanitarna. Odcinając pomoc dla Korei Północnej skażemy jej mieszkańców na
jeszcze większe cierpienia niż te, które doświadczają już teraz. Jak działać gdy
zakładnikami własnego rządu są miliony Koreańczyków? W końcu trzeci, nikt nie
zdecyduje się na tak radykalne środki. Społeczność międzynarodowa nie jest w
stanie powstrzymać rzezi chrześcijan w Sudanie, więc jak miałaby zmusić KRLD do
ustępstw? Dodatkowo świat po prostu boi się Kima i tego co może zrobić ze swoimi
zapasami broni masowego rażenia. Kupców na nią nie brakuje. Sytuacja na
Półwyspie pokazuje, że zawiodły optymistyczne wizje Baracka Obamy co do nowego
otwarcia w stosunkach międzynarodowych. Deklaracje o gotowości do rozmów
przyjęto w Teheranie i Phenianie z kurtuazyjną życzliwością, a potem oba kraje
kontynuowały swoje programy jądrowe. Iran potrzebuje jeszcze kilku lat by
osiągnąć odpowiedni poziom technologiczny do pozyskania broni atomowej, ale
jeśli uzyskał by „know how” od Korei Północnej, wtedy będzie mógł ten czas
skrócić. Waszyngton staje więc przed ogromnym wyzwaniem, jak zatrzymać nuklearny
wyścig zbrojeń? Jeżeli broń jądrową uzyska Iran, wtedy nie będzie to już
możliwe.
W koreańskim pokerze Phenian trzyma teraz silne karty. Może znowu wymusić
kolejne miliardy dolarów. Świat nie zdecyduje się nigdy na twarde działania
wobec Phenianu i pewnie znowu zapłaci komunistom za rok czy dwa, względnego jak
na warunki na Półwyspie spokoju. Zmuszeni jesteśmy więc czekać i liczyć na to,
że następca Kim Dzong Ila rozpocznie w kraju reformy, które pozwolą zmienić ten
wielki gułag w normalne państwo. "Konfrontacyjna polityka" prowadzona przez rząd
Seulu może doprowadzić do "nieuniknionego konfliktu wojskowego i wojny"– głosił
komentarz opublikowany na łamach rządowej gazety KRLD "Rodong Sinmun". Choć o
nieprzyjazną politykę oskarżona została Korea Południowa, nikt nie ma
wątpliwości, że to zachowanie władz w Phenianie prowadzi do wzrostu wzajemnych
napięć. W ostatni piątek zagrozili oni zerwaniem traktatu o nieagresji i innych
porozumień politycznych i wojskowych z południowym sąsiadem. Oznaczałoby to de
facto uznanie spornej granicy na Morzu Żółtym za nieważną. Kim Dzong Il znalazł
również przysłowiowego ,,kozła ofiarnego” winnego pogorszeniu się wzajemnych
relacji. Jest nim południowokoreański prezydent Lee Myung-bak oskarżany o ciągłe
lekceważenie „akcji podejmowanych przeciw Phenianowi” i prowadzenie
„propagandowej kampanii wymierzonej w Koreę Północną”. Zdaniem samego
zainteresowany oświadczenie KRLD to ,,nic wyjątkowego”. Prezydent Lee
stwierdził, że jego rząd po prostu poczeka, aż sąsiedzi wykażą gotowość do
prowadzenia rozmów w dobrej wierze. Co ciekawe, jeszcze dwa tygodnie temu mogło
się wydawać, że stosunki między dwoma sąsiadami ułożą się w miarę dobrze. Kim
Dzong Il przekonywał wówczas o woli doprowadzenia do denuklearyzacji Półwyspu
Koreańskiego, zastrzegał również, że nie chce by doszło do wzrostu napięcia na
Półwyspie Koreańskim. W odpowiedzi rzecznik południowokoreańskiego Ministerstwa
ds. Zjednoczenia Kim Ho-nyoun oświadczył, że „jeśli te wzmianki prasowe są
prawdą, to odbiera je pozytywnie”. Właśnie ,,jeśli są prawdą”...nie jest
przecież tajemnica, że to co Phenian mówi i co robi to na ogół dwie różne
rzeczy. Mało kto już nadąża za ciągłymi ,,sensacjami” Kima i jego
współpracowników a negocjacje w sprawie denuklearyzacji półwyspu już dawno
zmieniły się w wielką farsę. Czasami już trudno stwierdzić czy zmienna polityka
Phenianu to seria wybryków kompletnego szaleńca czy przemyślana strategia.
Obserwatorzy życia politycznego w tym państwie mogą z pewnością śmiało
stwierdzić, że jeżeli nawet przez jakiś czas wydaje się, że sytuacja w KRLD się
uspokoiła, to jest to jedynie cisza przed burzą. Ostatnio o Korei Północnej
wspominano głównie przy okazji spekulacji o stanie zdrowia jej przywódcy i mogło
się wydawać, że ten schorowany człowiek w końcu choć trochę odpuścił. Nic
bardziej mylnego. Musiał o sobie przypomnieć. Oprócz zaostrzenia napięć w
relacjach z południowym sąsiadem o KRLD zrobiło się głośno po opublikowaniu
informacji o przygotowaniach tego państwa do wystrzelenia międzykontynentalnego
pocisku balistycznego, zdolnego przenieść głowicę nuklearną. Agencja Yonhap,
powołując się na źródła południowokoreańskiego i amerykańskiego wywiadu,
powiadomiła również o zlokalizowaniu pociągu przewożącego ładunek w kształcie
cylindra, który zidentyfikowano jako rakietę typu Taepodong-2 (znane także jako
Paektusan-2). Z raportów opracowanych przez japońskich ekspertów wynika, że
przygotowania Koreańczyków do wystrzelenia rakiety mogą się prawdopodobnie
zakończyć za miesiąc lub dwa. Zdaniem chcącego zachować anonimowość pracownika
południowokoreańskiego resortu obrony obawy te są jak najbardziej uzasadnione.
Wielu ekspertów uważa, że głównym celem ostatnich poczynań północnokoreańskich
władz jest zwrócenie na siebie uwagi światowej opinii publicznej, zwłaszcza zaś
niedawno zaprzysiężonego - Baracka Obamy. Po wyborze kandydata Demokratów
Phenian wyraził nadzieję, że stosunki KRLD ze Stanami Zjednoczonymi „po
ostatnich ośmiu latach wojennej polityki Georga Busha” ulegną w końcu poprawie.
W Waszyngtonie w oficjalnych wypowiedziach takie zapewnienia uznano za dobrze
rokujące na przyszłość. W rzeczywistości nikt przytomny nie wierzy w
jakiekolwiek przejawy dobrej woli ze strony północnokoreańskiego reżimu. Kim
Dzong Il co jakiś czas po prostu musi o sobie przypomnieć, a nam pozostaje mieć
nadzieję, że i tym razem skończy się na groźbach w stosunku do południowego
sąsiada. Z drugiej strony, nie można sobie pozwolić na lekceważenie Korei
Północnej, bo ten komunistyczny obóz wojskowy jest nieobliczalny, dzięki swoim
wykolejonym przywódcom. Korea Półocna oświadczyła, że jeżeli świat będzie ją
izolował nie zawaha się użyć nawet bomby atomowej. “Użyjemy plutonu do celów
militarnych i zaczniemy wzbogacać uran” - grozi Phenian. To reakcja na rezolucję
Rady Bezpieczeństwa ONZ zaostrzającą sankcje wobec komunistycznego reżimu.
Korea Północna, mająca za plecami poparcie Chin, dąży do szantażowania Stanów
Zjednoczonych możliwością ataku na miasta Alaski i Hawajów lub baz wojskowych,
rozsianych na Pacyfiku. Ustawienie się w sytuacji silnego partnera może
spowodować próbę rezygnacji USA w angażowanie się w sprawy azjatyckie, o czym
bez wątpienia marzą Chiny.