Wojna zastępcza o
"wyzwolenie" Kosowa, polegała przede wszystkim na wyborze
propagandowego zwycięstwa Stanów Zjednoczonych i Unii Europeskiej wobec
Islamu. W perspektywie wojny w Iraku i Afganistanie oraz popieraniu Izraela, wojna o
malutki skrawek ziemi dla potomków Turków Osmańskich, to niewielki koszt, biorąc
pod uwagę, że gra dotyczyła nie własnej, lecz serbskiej ziemi.
Wojna o Kosowa nieprawdopodobnie przypomina wojnę rosyjsko-gruzińską. Z tymże
tzw. bojownicy z Wyzwoleńczej Armii Kosowa walczą o Wielka Albanię która ma
obejmować oprócz Kosowa również Macedonię. Byli ramieniem zbrojnym tzw.
podziemnego państwa albańskiego popieranego przez 35% albańskich mieszkańców
Kosowa. Przeciwników tych władz represjonowano. Wszyscy Albańczycy, również nie
popierający WAK, obciążani byli podatkiem na jej rzecz. Poszczególnymi regionami
Kosowa rządzili lokalni watażkowie z WAK. Ta organizacja, obecnie jako Korpus
Ochrony Kosowa, współpracuje z KFOR Zrezygnowano z całkowitego rozbrojenia WAK a
jedynie przeprowadzono jej "demilitaryzację". Jest to eufemizm na określenie
sytuacji w której WAK oddała tylko część broni - resztę ukryła. Siły
międzynarodowe są wobec
niej bezradne. Było jednak dosyć sił i pieniędzy żeby niszczyć, brakuje na
odbudowę, ład, porządek i bezpieczeństwo. Jednocześnie Serbowie w Kosowie, na
mocy porozumienia, są pozbawieni ochrony ze strony własnych sił porządkowych.
Powoduje to ze WAK-owcy mogą bezkarnie napadać na Serbów, Romów, niszczyć
klasztory prawosławne. Terrorystom i nacjonalistom albańskim nie wystarcza już
Kosowo. Tzw. Wyzwoleńcze Wojska Preseva, Bujanowca i Medvedje działajaca na
terenie Serbii dążą do wywołania nowej krwawej wojny.
W 1999 roku wojska jugosłowiańskie przystąpiły do działań zbrojnych w celu
rozbicia WAK w trakcie których dopuszczano się wysiedlania ludności albańskiej z
miejscowości które były zapleczem logistycznym tego ugrupowania. Władze
jugosławiańskie, po odrzuceniu dyktatu z Rambouillet, ostrzegły NATO że o ile
nastąpi bombardowanie Serbii i wojsk serbskich w Kosowie to rozpocznie się
masowe wysiedlania Albańczyków z Kosowa. Nie było to żadną tajemnicą dla władz
cywilnych i wojskowych państw członków NATO. Plan z Rambouillet był tak
sformułowany, ze żadna ze stron, Serbowie czy też Albańczycy, nie akceptowała
go. Nie tylko prezydent Miloszevic, ale żadne uczciwe kierownictwo serbskie nie
mogło zgodzić się na okupację swojego kraju. Również delegacja albańska,
kierowana przez przywódcę WAK Hashima Thaciego nie była zainteresowana pokojem
który dawał im autonomię, ponieważ znając stosunek NATO do Serbów dostrzegli
szansę na niepodleglość. NATO odsunęło od kierowania delegacją albańską
umiarkowanego przywódcę Ibrahima Rugovę. Delegacja albańska podpisała
porozumienie po otrzymaniu sygnału od Madelaine Albright, że po 3 latach Kosowu
zostanie przyznana niepodległość. Wyzwoleńcza Armia Kosowa/WAK/ która teraz
pilnuje porządku w Kosowie, z ramienia państw NATO była i jest finansowana przez
fundamentalistyczne państwa arabskie a także z narkodolarów. Według "Washington
Times" : FBI i Interpol uważają że Albańczycy z Kosowa kontrolują drugą co do
wielkości siatkę przerzutową narkotyków z Bliskiego Wschodu i Azji do Europy
Zachodniej i USA. WAK-owcy szkoleni są, jak podaje "Washington Times" w obozach
w Afganistanie i Bośni - kierowanych przez Osama bin Ladena czołowego terrorystę
islamskiego. Obozy WAK znajdują się również, w Albanii.
Gdy w 1999 roku zachodnie samoloty uderzyły na Serbię: kraje NATO postanowiły
zbrojnie wystąpić w obronie Albańczyków z Kosowa, przeciw dyktaturze Slobodana
Miloszewicia. „Zdaję sobie sprawę, że taki reżim można było usunąć tylko
drastycznymi metodami” – mówi serbski dziennikarz z Nowego Sadu, który był w
opozycji wobec Miloszewicia. – „Ale NATO popełniło za dużo błędów, zbyt wielu
cywilów zginęło”. Jest piąta po południu. Plac Republiki w centrum Belgradu.
Może 30 osób, zebranych wokół wielkiego plakatu „Stop NATO faszyzmu”, z
napięciem słucha płynącego przez głośnik przemówienia. Młody chłopak przez dobre
20 minut przemawia ogniście. W ostrych słowach krytykuje NATO, Unię Europejską i
w ogóle „Zachód”, wzywa też do uwolnienia Radovana Karadżicia, „bezprawnie
zatrzymanego i porwanego bohatera narodowego i obrońcę serbskości” (Karadżić,
lider bośniackich Serbów podczas wojny w latach 1992-95, od niedawna zamieszkuje
więzienną celę w Hadze). Chłopaka otacza grupka młodzieży: w górze trzymają
prawosławne ikony, serbskie flagi i „znaki drogowe” –
ostrzeżenia przed NATO i Unią. Od zasłuchanej starszej pani dowiaduję się, że to
protest „Stowarzyszenia 1389” (to data bitwy na Kosowym Polu, w której Turcy
rozbili armię serbską i podbili kraj. – Jestem Milica – przedstawia się pani i
prosi: – Napisz o nas, żeby Polacy wiedzieli, co Zachód tutaj od 10 lat
wyprawia!
Milica jest działaczką „Stowarzyszenia 1389”. Od dnia zatrzymania Karadżicia
(który ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem, wykonując zawód profesora medycyny
naturalnej) codziennie – już prawie trzysta dni – organizują o piątej po
południu na Placu Republiki protest przeciw Trybunałowi Haskiemu, Unii, NATO i
wszystkim tym, którzy „chcą zlikwidować serbski naród”. – 24 marca przyjdzie nas
kilkanaście tysięcy! – zapewnia Milica. – Będzie wielki protest przeciw NATO, z
całej Serbii ludzie przyjadą!
24 marca to w Serbii data szczególna. Tego dnia wieczorem, 10 lat temu, NATO
rozpoczęło operację nazwaną „Miłosierny Anioł”. NATO-owskie samoloty,
amerykańskie, brytyjskie, niemieckie, francuskie, rozpoczęły naloty na cele w
Kosowie oraz w Serbii po tym, jak fiaskiem zakończyła się konferencja pokojowa w
Rambouillet pod Paryżem, gdzie władze Serbii odmówiły podpisania porozumienia
pokojowego z Albańczykami z Kosowa. Prezydent Slobodan Miloszević argumentował,
że podpisując porozumienie musiałby zgodzić się de facto na okupację kraju przez
wojska NATO, co dla Serbów było nie do przyjęcia.
Zachodni politycy i wojskowi liczyli na szybkie złamanie Serbii, ale
bombardowania trwały aż 78 dni. W ich trakcie Sojusz korzystał z bomb kasetowych
i bomb z rdzeniem ze zubożonego uranu. Serbia została zniszczona: celowano w
obiekty wojskowe, budynki rządowe,
infrastrukturę, mosty na Dunaju. Ale bomby trafiały także w szpitale, szkoły i
budynki publiczne. Aby uniknąć własnych strat, naloty prowadzono z bezpiecznej
wysokości 5 tys. metrów, co owocowało szeregiem „pomyłek”. Zbombardowano m.in.
ambasadę chińską, telewizję państwową, pociąg osobowy na moście w małej
miejscowości Grdalica, szpital w Aleksincu, targ w Niszu i wiele innych miejsc,
gdzie byli cywile. W wyniku nalotów NATO zginęło ponad 500 cywili. W tym
trzyletnia Milica Rakić z Batajnicy koło Belgradu, zabita odłamkiem w łazience,
na nocniku. Rade Radivojsza, trzydziestokilkuletni kamerzysta z Belgradu,
pamięta wiosnę 1999 r. Pracował dla telewizji Politika, która, jako medium
prorządowe, mogła wysyłać dziennikarzy po kraju. Przez 78 dni byłem w terenie,
kręciłem naloty. Miałem przepustkę wojskową, mogłem pojechać wszędzie –
wspomina. – Pamiętam bombardowanie ulicy Kneza Milosza, gdzie były budynki
rządowe. Stałem na wiadukcie, skąd mieliśmy najlepszy widok. Zaczął się nalot,
nie bałem się, choć staliśmy blisko, liczyły się dobre ujęcia. Przyjechała
policja, zaczęli nas przepędzać, bali się, że wiadukt będzie bombardowany.
Pokazałem przepustkę i zostaliśmy, takie ujęcia, to była okazja nie do
stracenia. Podczas bombardowań Belgradu Rade mieszkał w mieszkaniu przyjaciela
Greka, który, jak cały korpus dyplomatyczny, został ewakuowany.
Nie było prądu, bary nie działały, po kilku dniach nalotów zabrakło wszystkiego,
nawet alkoholu i papierosów – wspomina. Wieczorami piliśmy jakieś młode piwo,
przy świecach. Najgorsza była cisza. Belgrad to miasto zawsze głośne, auta, szum
ludzi. Ta cisza między nalotami była nie do zniesienia.
Codziennie przed godziną policyjną na belgradzkich mostach na Dunaju i Sawie
zbierały się tłumy, nawet rodziny z dziećmi. Wszyscy nosili koszulki ze
znaczkiem celu, popularne „targety”, kampanię organizowali ludzie Miloszevicia.
Belgradczycy mieli być „żywą tarczą” broniącą mostów, wspomina Rade. Na mostach
ludzi ogarniała dziwna euforia, szaleństwo, skakali, śpiewali, tańczyli w koło,
nawet małe dzieci! Zastanawiałem, jak oni nie boją się o te dzieci, ja własnemu
nigdy nie pozwoliłbym tam być. Przecież NATO zbombardowało targ w Niszu, ponad
40 osób tam zginęło i nasze mosty też mogli zbombardować. Kto powinien
odpowiadać? W Serbii panuje dziś opinia, że NATO powinno odpowiadać za śmierć
cywilów. Była główna prokurator Trybunału Haskiego, Carla del Ponte, wspomina w
wydanych niedawno pamiętnikach, że takie postępowanie próbowano wszcząć wkrótce
po wojnie. Ale wobec braku współpracy i Sojuszu, i strony serbskiej nigdy nie
zostało oficjalnie rozpoczęte. Serbowie szczególnie zarzucają NATO stosowanie
bomb z rdzeniem ze zubożonego uranu. Odkąd parę lat temu pojawiła się
informacja o wzroście zachorowań 30-letnich kobiet na raka szyjki macicy, media
serbskie codziennie donoszą o nowych przypadkach zachorowań, tłumacząc je
właśnie skutkiem działania zubożonego uranu. To metal produkowany z odpadów ze
wzbogacenia rudy uranowej, trujący.
Promieniowanie zubożonego uranu, niewykrywalne zwykłym licznikiem Geigera, jest
szkodliwe dla organizmu. Filip Schwarm, analityk i dziennikarz serbskiego
tygodnika „Vreme” uważa, że to nie tylko bomby ze zubożonym uranem, ale głównie
zbombardowanie wielu fabryk chemicznych czy magazynów paliw mogło mieć wpływ na
zwiększenie radioaktywności w niektórych regionach. Oficjalnych danych nie ma,
mówi Schwarm. Ale w trakcie nalotów środowisko naturalne w Serbii zostało z
pewnością znacznie skażone, co może mieć wpływ na wzrost zachorowań na raka. W
ostatnich tygodniach Schwarm przygotowywał trzyodcinkowy film o nalotach, który
Telewizja Serbia RTS miała emitować 24 marca. On sam był wtedy w Belgradzie.
Pamiętam uczucie niemocy, wspomina – Nasza tygodnik był wtedy nazywany pismem
antypaństwowym, sprzeciwialiśmy się Miloszeviciowi, a i przez Miloszevicia, i
przez Clintona i NATO zostaliśmy potraktowani w ten sam sposób. Bomby spadały
nam na głowę. NATO zastosowało prawie tę samą taktykę co Miloszević: przemoc,
która zaowocowała tysiącami uchodźców i zabitych. – NATO popełniło zbrodnie
wojenną, bo zrzucenia bomby kasetowej na centrum Niszu nie można nazwać
„skutkiem ubocznym” – dodaje Schwarm. Dziennikarz jest przekonany, że niektórych
ofiar można było uniknąć. Wiadomo dziś np., że Miloszević wiedział o zamierzonym
nalocie na telewizję RTS i celowo nie ostrzegł pracowników. Efekt: 16 zabitych.
Pracownicy telewizji, którzy przeżyli wspominają, że politycy z otoczenia
prezydenta na kilka godzin przed bombardowaniem przychodzili do budynku TV i pod
różnymi pretekstami zabierali swoje dzieci, które tam pracowały albo znajomych.
Niestety, w 1999 r. NATO stało się po prostu kolejną stroną w konflikcie
bałkańskim – uważa Schwarm.
Drastyczne metody tak, ale... Dziś Serbia jest członkiem NATO-wskiego programu
„Partnerstwo dla Pokoju”. Jednak o ile integracja z Unią Europejską jest jednym
z celów rządu serbskiego, to o ewentualnym wejściu do NATO się nie mówi.
Większość społeczeństwa, nawet ta proeuropejska, sprzeciwia się członkostwu w
Sojuszu. Jednak Serbia nie ma alternatywy. Skoro inne kraje byłej Jugosławii
swoją przyszłość widzą w NATO, Serbia nie może sobie pozwolić na taką izolację w
regionie, mówi Dragan Gmizić, korespondent „Głosu Ameryki”.
Podczas nalotów Gmizić mieszkał w Nowym Sadzie, stolicy Wojwodiny. To było
błędne koło wspomina. – Od 1998 r. pracowałem w „Radiu 021”, to była lokalna
wersja popularnej antyrządowej stacji radiowej „B92” ze stolicy. 25 marca
wieczorem, 24 godziny po rozpoczęciu nalotów, policjanci przyszli do redakcji i
zamknęli radio, nazywając nas „szkodnikami”, którzy „zaprosili samoloty NATO do
Serbii”. Z jednej strony walczyliśmy przeciw Miloszeviciowi, a z drugiej
bombardowali nas ci, od których oczekiwaliśmy wsparcia w tej walce. I nawet nie
mogliśmy protestować przeciw nalotom, bo wyszlibyśmy na zwolenników Miloszevicia
– dodaje smutno Dragan. W Nowym Sadzie bomby zniszczyły trzy mosty na Dunaju.
Gmizić: – To było dziwne uczucie, ciemny wiosenny Dunaj ogołocony z dobrze
znanych mostów... I gorzki smak w ustach, rozczarowanie, które próbowaliśmy
usunąć alkoholem. Zdaję sobie sprawę, że taki reżim można było usunąć tylko za
pomocą drastycznych metod, ale NATO popełniło za dużo błędów, zbyt wielu
zwykłych ludzi zginęło. W Serbii dominuje przekonanie, że po obaleniu
Miloszevicia – w wyniku oddolnej rewolucji w październiku 2000 r. – nie
wykorzystano szansy, i że za mało się w kraju zmieniło. Często Serbia
porównywana jest do Chorwacji. Tam autorytarne rządy prezydenta Franjo Tudźmana
zakończyły mniej więcej w podobnym momencie, co koniec rządów Miloszewicia: wraz
ze śmiercią Tudźmana w grudniu 1999 r. Tymczasem wkrótce, bo już w kwietniu,
Chorwacja
stanie się członkiem NATO, a w 2009 r. ma szansę na ukończenie negocjacji
członkowskich z Unią Europejską.
– Serbia za mało zrobiła – zgadza się także Dragan Gmizić z „Głosu Ameryki”. –
Ale nie zgadzam się z opinią, że nic się w tym państwie nie zmieniło przez 10
lat, od nalotów. Zmieniło się wiele, przede wszystkim wzrosło bezpieczeństwo
obywateli i stabilność państwa. Już nie rządzą nami bandy kryminalistów, jak w
latach 90.! Dobrobyt też wzrasta, mimo światowego kryzysu, a przecież za
Miloszevicia inflacja szalała, nikt nie marzył nawet o kredytach, żyliśmy z dnia
na dzień. Nie, nie jestem zwolennikiem NATO, bo nie jestem zwolennikiem żadnych
organizacji wojskowej. Ale jeśli członkostwo w NATO oznaczałoby normalizację
sytuacji w Serbii, zdecydowanie je poprę. Wtedy, 10 lat temu, operację NATO
zakończyło podpisanie 9 czerwca 1999 r. porozumienia, na podstawie którego
wojska serbskie wycofały się z Kosowa; ich miejsce zajęły wkrótce siły
międzynarodowe KFOR, które są tam do dziś. Porozumienie zostało poparte
rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ, która oddała Kosowo pod administrację Narodów
Zjednoczonych, pozostawiając je w obrębie Serbii. Potem historia potoczyła się
inaczej – i 17 lutego tego roku Kosowo hucznie obchodziło pierwszą rocznicę
niepodległości. Uznanej przez większość państw Unii i
Stany Zjednoczone.
Racje historyczne w międzynarodowych sporach mają ograniczone znaczenie. Bardzo
ostro pokazuje to problem niepodległości Kosowa. Czy Albańczycy, którzy stanowią
90 proc. mieszkańców Kosowa, mają prawo do niepodległości? Odmawiając im tego,
nie mamy za sobą ani racji moralnych, ani pragmatycznych. Słyszymy często, że
oderwanie Kosowa od Serbii (Serbów żyje tam 5 proc.) to jak oderwanie od Polski
Wielkopolski, gdzie rodziła się nasza narodowa tożsamość. Fundamentalna różnica
polega jednak na tym, że w Wielkopolsce mieszkają Polacy, a w Kosowie
Albańczycy. Próba porządkowania świata według racji historycznych to otwarcie
puszki Pandory, która wybuchnie krwią. Polacy przecież nie mają żadnych
historycznych praw do swoich obecnych ziem zachodnich. Piastowskie afiliacje są
wątpliwe i rodzą pytanie: jak daleko wstecz mamy sięgać i który moment
historyczny mamy uznać za właściwy punkt odniesienia?
"Ten nieskrywany czyn secesji przedstawia bezpośrednie pogwałcenie Rezolucji nr
1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ i Aktu Końcówego Konferencji Bezpieczeństwa i
Współpracy w Europie z Helsinek (...) Dlatego też, ogromna większość krajów
członkowskich ONZ, między innymi te kraje, które składają się ze społeczności
wieloetnicznych, odrzuciło możliwość uznania niepodległości Kosowa. Sposób, w
jaki przystąpiono do rozwiązania problemu Kosowa był błędny i to powinna być dla
nas nauczka. Próba narzucenia rozwiązania jednego z trudnych problemów
międzynarodowych spowodowała jeszcze większą ilość pracy. Wspólnota
międzynarodowa nie potrzebuje czegoś takiego, szczególnie w tej chwili, gdyż
świat boryka się z ogromnymi zmianami. Samostanowienie i secesja nie mogą być
narzucone siłą jednemu demokratycznemu państwu. Od samego początku odrzucaliśmy
możliwość używania siły i stoimy twardo przy decyzji, aby nie podejmować żadnych
jednostronnych działań wobec naszej południowej prowincji, w tym na nałożenie na
nią sankcji ekonomicznych" powiedział Prezydent Serbii Boris Tadić.
Wojna o Kosowo jest jaskrawym przykładem cynizmu i stosowania podwójnych
standardów w polityce. Wojna o tę niesamowicie małą enklawę otworzyła europejską
puszkę Pandory, zwaną nacjonalizmem i walką choćby o metr kwadratowy ziemi przez
grupę lub mniejszość narodową, jeżeli uzna to za stosowne. Jeszcze raz
nieporadność i nieznajomość zawiłości historyczno-politycznych nie przeszkodziła
Stanom Zjednoczonym w rozpoczęciu wojny w Europie, do której przyłączyła się
większość państw Unii Europejskiej, będących jednocześnie członkami NATO. Ta
wojna zastępcza została wygrana, lecz przegrała cała Europa, gdyż każdy podział
lub walka kogokolwiek o tzw. niepodległość nie będzie mogła zostać zanegowana.
Dlatego też Moskwa, największy i tradycyjny sojusznik Serbów, nie uznaje uznaje
niepodległości Kosowa, ale korzystając z sytuacji metodą faktów dokonanych,
przyłącza prowincje Gruzji, ogłaszając ich niepodległość.
Kosowo jest niebezpieczne z powodu Islamu i jego rozprzestrzeniania się w
Europie, wspieranie tego typu efemeryd jest działaniem schizofrenicznym lub co
najmniej samobójczym, chyba że robią to Stany Zjednoczone, które z Kosowem
raczej nie graniczą.
Ogłoszony przez World Defence Studies -amerykańską grupę analityczną, specjalny
raport ukazał niewspółmiernie małe w stosunku do kosztów kampanii powietrznej
NATO straty armii jugosłowiańskiej.
Jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy podaje się masowe użycie przez
Jugosłowian makiet sprzętu. Jest to rzecz godna uwagi, gdyż w Polsce opracowano
przez wrocławski WITI (ale nie tylko) rewelacyjne systemy makiet sprzętu, na
które, łatwo się domyślić, nie ma budżetu (a na rauty i przyjęcia dla spasionych
oficerków kasa jest, dziwne). Za inne przyczyny beznadziejnej efektywności
lotnictwa NATO wskazano na niekorzystne z punktu widzenia operacji powietrznych
ukształtowanie terenu oraz niższa od zakładanej skuteczność wykorzystania
środków bojowych. Zaznaczono też, że od czasów zakończenia zimnej wojny spada
poziom wyszkolenia pilotów. Poddane analizie dostępne materiały w postaci m.in.
uzyskanych podczas miesięcznej akcji poszukiwania przez specjalne ekipy
szperaczy armii amerykańskiej śladów zniszczeń i szczątków zniszczonego sprzętu,
doprowadziły Pentagon do nieoficjalnego pozytywnego zweryfikowania zniszczenia
następujących celów:
1 czołg T-72/M84,
5 czołgów T-55,
3 samobieżne haubice 2SI Goździk kal.122mm,
4 systemy artyleryjskie D-30,
20 ciężarówek i samochodów terenowych,
10 lekkich pojazdow opancerzonych.
Armia Jugosłowiańska, która operowała w Kosowie miała stracić rzekomo około 150
żołnierzy zabitych i 300 rannych. Na lotnisku Slatina koło Prisztiny (zajętego
niejako z marszu przez rosyjskich komandosów) nie znaleziono żadnego wraku
statku powietrznego, ani śladów po zniszczonych samolotach, a zniszczone
schronohangary były w środku puste. Znaleziono całą kolekcję makiet samolotów od
An-26 przez Galeby i MiGi-21 po MiGi-29 i śmigłowce. Na dwa dni przed
wkroczeniem sił KFOR do Kosowa z rejonu lotniska Slatina odleciało ok. 20
śmigłowców i co najmniej 12 samolotów MiG-21 i 6 samolotów Galeb. Żołnierze KFOR
przeczesali wzgórza, na których rzekomo NATO zdziesiątkowało kilka batalionów
piechoty jugosłowiańskiej. Nie znaleziono żadnych ciał, ani śladów po rannych
żołnierzach, ale znaleziono całą masę zniszczonych i całych gumowych manekinów
żołnierzy.