Wojna między Izraelem a "czymś" w Libanie stanowi nowy wymiar zmagań militarnych, których kluczem jest  terytorium zdestabilizowanego państwa lub braku państwa, gdzie na jego terytorium działają grupy quasi cywilne lub cywile, których celem jest inne państwo i jego obywatele cywilni i wojskowi. Wojna schodzi pod strzechy, gdzie każdy ma broń i jest  jednocześnie cywilem i żołnierzem. Ten nowy wymiar cywila-żołnierza jest szeroko stosowany na bliskim wschodzie, jedynym remedium na niego, wydaje się być całkowite usunięcie danej społeczności z terenu konfliktu, popularnie zwanym "czyszczenie etniczne".     

Latem 2005 roku w Libanie miała miejsce tak zwana „cedrowa rewolucja”. Pod presją międzynarodową Damaszek formalnie wyrzekł się kontroli nad tym krajem, a regularne oddziały syryjskie opuściły Liban. Możliwość nader skutecznego wpływania na jego losy nadal jednakże pozostała w rękach Syryjczyków, gdyż ich odwrót nie oznaczał odzyskania przez rząd w Bejrucie suwerenności nad całym swym terytorium Libanu. Zamysł rozbrojenia rozmaitych formacji paramilitarnych nigdy nie został bowiem zrealizowany. Rozległe obszary kraju, zwłaszcza newralgiczne, graniczące z Izraelem południe, znajdowały się (i znajdują nadal) pod kontrolą żołnierzy Boga z popieranej przez Teheran i Damaszek organizacji Hezbollah.  Światowa opinia publiczna, zachłystująca się bezkrwawym zakończeniem okupacji Libanu przez Syryjczyków, tego faktu jakby nie chciała dostrzec. Nie uczyniono nic, by rezolucję nr 1559 wzywającą nie tylko do wycofania z terytorium Libanu wszystkich obcych wojsk (oprócz błękitnych hełmów z sił ONZ), ale również do rozbrojenia organizacji paramilitarnych wprowadzić w życie także w odniesieniu do bojówek szyickich. Kiedy Liban pozornie stabilizował się, epicentrum konfliktu bliskowschodniego stała się strefa Gazy, którą armia izraelska opuściła w sierpniu 2005, w ramach tak zwanego jednostronnego wycofania się. 25 czerwca Izraelczycy ponownie jednak wkroczyli na ten obszar, po uprowadzeniu przez Palestyńczyków kaprala Gilada Shalita. Tel Awiw oskarżył o ten akt przemocy Hamas, czyli siłę sprawującą od stycznia 2006 (od wyborów parlamentarnych) władzę w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Izraelskie służby bezpieczeństwa aresztowały licznych działaczy Hamasu i polityków palestyńskich podejrzanych o udział w porwaniu lub jego zlecenie. Był to pierwszy, zlekceważony i błędnie zinterpretowany, syndrom nadchodzącego regionalnego kryzysu. W tym czasie na pograniczu libańsko-izraelskim panował spokój, sytuacja ta uśpiła być może czujność Izraelczyków.

12 lipca 2006 roku o 9.05 czasu lokalnego operujący z terytorium północnego Libanu Hezbollah przeprowadził zmasowany ostrzał (wykorzystując niekierowane pociski rakietowe odpalane z mobilnych wyrzutni i moździerze) izraelskich osiedli Even Manehem i Mattat. Atakującym udało się osiągnąć całkowite zaskoczenie, co już samo w sobie było niemałym osiągnięciem, biorąc pod uwagę fakt, iż południe Libanu jest ustawicznie monitorowane przez Izraelskie Siły Obronne (IDF). Można z tego wysnuć wniosek, że cała operacja była planowana i przygotowywana od wielu miesięcy, a z rozpoczęciem akcji czekano na dogodną konfigurację sytuacji politycznej w regionie. Ostrzał był mało skuteczny; w jego wyniku rany odniosło jedynie pięć osób, ale stało się o nim głośno w świecie. Ogień rakietowy dostarczył osłony grupie uderzeniowej Hezbollahu, która skrycie przedostała się na terytorium Izraela i zorganizowała zasadzkę na patrol przemieszczający się wzdłuż granicy z Libanem. Wpadły w nią dwa opancerzone samochody terenowe humvee. Pojazdy zostały rozbite ogniem z granatników przeciwpancernych. Trzech żołnierzy zginęło na miejscu, dwóch rozbrojono i pojmano. Atakujący osiągnęli swój cel. Grupa uderzeniowa natychmiast wycofała się na terytorium Libanu, uprowadzając jeńców. Według dostępnych informacji, tam zmuszono Izraelczyków do założenia cywilnych ubrań, a następnie wywieziono w nieznanym kierunku. Siły izraelskie natychmiast rozpoczęły akcję, by odbić obu porwanych żołnierzy. Realizujący to zadanie pododdział napotkał jednak na silny opór Hezbollahu prowadzony w oparciu o zawczasu przygotowane pozycje i został zmuszony do odwrotu, tracąc pięciu zabitych. Precyzyjnie zaplanowana i przeprowadzona akcja zakończyła się więc pełnym sukcesem, stawiając Izrael w sytuacji bez wyjścia. Jedyną odpowiedzią mógł być militarny odwet, czyli wojna. Nie wydaje się, by rzeczywistym celem opisanej operacji było – jak twierdzi sekretarz generalny Hezbollahu Sayyid Hassan Nasrallah – jedynie pojmanie zakładników, w celu ich wymiany za Samira Kuntara (skazanego w Izraelu za zabójstwo dwudziestoośmioletniej kobiety i jej czteroletniej córki oraz dwóch policjantów w 1979), a także innych Libańczyków więzionych w Izraelu. Celem tym nie było również zmuszenie Tel Awiwu do rozpoczęcia bezpośrednich rozmów z Hezbollahem, a więc de facto uznania tej organizacji za partnera politycznego i podmiotu w toczącej się grze. Eskalacja konfliktu na południu Libanu służyła czemuś zupełnie innemu.
Jeszcze tego samego dnia izraelski gabinet podjął decyzję o przeprowadzeniu zakrojonych na bardzo szeroką skalę działań odwetowych. Jak stwierdził generał Dan Halutz (od 1 czerwca 2005 szef sztabu IDF): jeśli [uprowadzeni – KK] żołnierze nie wrócą, przesuniemy zegar o 20 lat wstecz. Podkreślić należy, że oficjalne władze Libanu traktowane są przez strony rozgrywki w sposób czysto przedmiotowy. Ich znikomy wpływ na wydarzenia potwierdził premier Fuad Sinior, a odpowiadając na izraelskie oskarżenia obarczające Bejrut za uprowadzenie żołnierzy i atak rakietowy. Stwierdził on, że jego rząd nie wiedział, ani nie był w żaden sposób zaangażowany w akcje Hezbollahu, mimo że przeprowadzono je z libańskiego terytorium. Już 13 lipca izraelskie lotnictwo zaatakowało cele położone w Libanie, w tym lotnisko międzynarodowe w Bejrucie oraz wprowadziło morską i powietrzną blokadę tego kraju. Rozpoczęła się trwająca ponad miesiąc asymetryczna wojna, w której jedna z najnowocześniejszych armii współczesnego świata zmagała się, nie osiągnąwszy znaczących sukcesów, z organizacją paramilitarną, będącą w istocie zbrojnym skrzydłem ruchu islamskiego. Izraelczycy od początku prowadzonych działań twierdzili, że ich celem jest zniszczenie struktur wojskowych Hezbollahu oraz zapasów uzbrojenia znajdujących się w jego dyspozycji. Mimo posiadania bezdyskusyjnej przewagi militarnej, zarówno w płaszczyźnie ilościowej, jak i jakościowej, zadanie to okazało się niezwykle trudne do realizacji. Przyczyny tego stanu rzeczy są co najmniej dwie. Hezbollah, jak to już wcześniej sygnalizowano, poprzedził rozpoczęcie działań zbrojnych dokładnie zaplanowanymi i doskonale przeprowadzonymi przygotowaniami. Składy i magazyny uzbrojenia zostały rozproszone w terenie i dokładnie zamaskowane, zorganizowano też system transportu uzbrojenia (zwłaszcza środków o dużym zasięgu) na stanowiska ogniowe w oparciu o pojazdy cywilne. Z wyprzedzeniem przygotowano stanowiska. Dzięki temu możliwe było wystrzelenie tylko do 18 lipca około… 700 pocisków. Działania te – jak można sądzić – nie zostały wykryte przez izraelskie służby rozpoznawcze, o czym może świadczyć fakt totalnego niszczenia wszelkich pojazdów i infrastruktury drogowej na południu Libanu. Izraelczycy nie byli w stanie dokonać precyzyjnej selekcji celów, bo – ku zaskoczeniu obserwatorów i ekspertów – ich po prostu nie znali… Dowozowi pocisków rakietowych na pozycje starali się więc przeciwdziałać, uniemożliwiając jakikolwiek transport. Efekt tych starć był jednak mizerny, na północny Izrael spadło około 4 000 pocisków, których gromadzenia i magazynowania nie wykryto, i to na obszarze monitorowanym z dużym natężeniem przy użyciu najbardziej wyszukanych technologii. Jeżeli taka ocena sytuacji znajdzie potwierdzenie w przyszłości, a wszystko na to wskazuje, może to oznaczać, że byliśmy świadkami największej porażki izraelskiego rozpoznania i wywiadu od czasu wojny Jom Kippur w 1973. Kolejne dni konfliktu przeniosły następne ataki lotnicze na domniemane pozycje i składy zaopatrzenia Hezbollahu w Libanie oraz odwetowy ostrzał południowego Izraela. Rakietowa artyleria Hezbollahu osiągnęła niespotykany wcześniej zasięg, rażąc obiekty m.in. w Hajfie, a nawet w Nazarecie i Afuli (około 50 km od stanowisk ogniowych). Celność ostrzału była praktycznie żadna, ale efekt psychologiczny porażający. 21 lipca Izrael rozpoczął przeprowadzanie częściowej mobilizacji, co mogło świadczyć o planowanym (lub rozważanym) przeniesieniu działań wojennych w głąb terytorium Libanu. Mogłoby to oznaczać powtórkę sytuacji z 1982 r. (operacja Pokój dla Galilei), kiedy to wojska izraelskie osiągnęły Bejrut i zmusiły do ewakuacji siły Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Tyle tylko, że próżnię powstałą po Palestyńczykach wypełnił wówczas Hezbollah, cieszący się zresztą w pierwszej fazie swego istnienia dyskretnym poparciem Izraela, który w szyickim ruchu religijnym upatrywał przeciwwagi dla laickich organizacji sunnitów. Pierwsze próby zniszczenia wyrzutni w Libanie podjęte 17 lipca przez izraelskie wojska lądowe nie przyniosły rezultatu, gdyż atakujące pododdziały natrafiły na twardy opór i poniosły straty. Jest to jeden z niewielu przypadków, w których regularne oddziały izraelskie nie zdołały w otwartej konfrontacji przełamać oporu Hezbollahu. Stało się tak, choć na terytorium południowego Libanu wkroczyło ponad 30 000 żołnierzy IDF. Analizując przebieg działań przez pryzmat informacji o ilości ofiar po stronie izraelskiej, można wywnioskować, że do najcięższych walk doszło w sierpniu, tuż przed zawieszeniem broni, tak jakby Izrael – świadom narastania presji międzynarodowej – chciał osiągnąć jak najwięcej w warunkach kurczącego się czasu. Tymczasem 9 sierpnia zginęło 15 izraelskich żołnierzy, 24 w dniu 12 sierpnia, a 9 następnego dnia.

Od początku działań Hezbollah zyskał nad Izraelczykami przewagę w sferze medialnej. Sądzić można, że stanowiska ogniowe rakiet nie przez przypadek rozmieszczano w rejonach gęsto zaludnionych, gdzie uderzenia odwetowe, prowadzone nawet przy użyciu najbardziej precyzyjnych z dostępnych środków rażenia, muszą spowodować ofiary wśród ludności cywilnej. Obrazy zburzonych domów mieszkalnych, zabitych kobiet i dzieci mają zaś istotny wpływ na ocenę toczących się wydarzeń przez opinię światową, która skłonna jest kierować się raczej emocjami niż chłodną analizą. Już kilkanaście godzin po pierwszych bombardowaniach celów w Libanie Izrael został potępiony, prócz krajów arabskich, co w tym przypadku można uznać za działania rutynowe, także przez organizacje obrońców praw człowieka. Hezbollah liczył na taki właśnie przekaz, adresowany nie tylko do muzułmanów, ale również, a może przede wszystkim do Europejczyków, skłonnych utożsamiać się ze szlachetnym bojownikiem, uzbrojonym w lekką broń i skutecznie walczącym z najnowocześniejszą armią regionu. Bez wątpienia metodyczne niszczenie infrastruktury cywilnej Libanu miało jeszcze jeden, pośredni, cel. Było nim skłonienie pozostałych społeczności zamieszkujących ten kraj do wycofania poparcia dla Hezbollahu. Izraelczycy liczyli na to, że Libańczycy, z których znaczna część zaczęła już być beneficjantami kruchej stabilizacji, odsuną się od radykalnych żołnierzy Boga, ściągających na nich izraelski odwet. „Wojna letnia” wybuchła w starannie wybranym czasie i toczyła się zgodnie ze szczegółowo opracowanym scenariuszem. Największe korzyści – w wymiarze politycznym – czerpali przy tym „gracze zewnętrzni”. Nie ulega wątpliwości, że konfrontację militarną na linii Hezbollah-Izrael należało łączyć z kryzysem wokół irańskiego programu atomowego. Teheran okazał się absolutnie niepodatny na jakiekolwiek argumenty, zarówno wspierane propozycjami szerokiej współpracy gospodarczej (miękka polityka negocjacyjna Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec), jak i mniej lub bardziej zawoalowaną groźbą użycia siły (Amerykanie). Wszystko wskazuje na to, że establishment Republiki Islamskiej podjął świadomie decyzję o kontynuowaniu programu budowy broni jądrowej, niezależnie od reakcji pozostałych uczestników stosunków międzynarodowych. Słusznie przy tym oceniono, że ze skoordynowaną akcją szerokiej koalicji międzynarodowej nie należy raczej się liczyć, a realne zagrożenia wojskowe dla prowadzonych prac mogą stworzyć jedynie Izrael i Stany Zjednoczone. Należy więc związać ich siły na innych frontach. W przypadku Amerykanów nie było to trudne. W ramach globalnej wojny z terroryzmem pojawiają się coraz to nowe fronty, a nawet supermocarstwo nie dysponuje nieograniczonymi możliwościami. W dużej mierze za sprawą Iranu i Syrii wciąż nie można wystudzić irackiego kotła. Jeszcze jedna sytuacja kryzysowa angażująca uwagę amerykańskich planistów politycznych i wojskowych była więc z punktu widzenia Teheranu jak najbardziej pożądana, gdyż dodatkowo zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia zdecydowanych działań, z użyciem siły włącznie, wobec Republiki Islamskiej. Fakt, że cel ten osiągnięto, angażując militarnie Izrael, ważny jest zaś z uwagi na wewnątrzmuzułmański wymiar sprawy. Nawet wrogie radykalizmowi państwa mają ograniczone pole manewru, gdy stawką jest sprawa palestyńska i nękanie Izraela. Dość powiedzieć, że podjęta przez Arabię Saudyjską na szczycie ministrów spraw zagranicznych państw arabskich (trzecia dekada lipca 2006) próba potępienia Hezbollahu za posługiwanie się terrorem została natychmiast storpedowana przez Syrię i Sudan. Niemniej była to istotna inicjatywa wskazująca, że zachowawcze i prozachodnie arabskie kraje sunnickie (Arabia Saudyjska, Kuwejt, ZEA, Oman, Egipt, a nawet Tunezja i Maroko) najwyraźniej obawiają się nadmiernego wzrostu znaczenia szyickiego Hezbollahu, sterowanego na dodatek przez Persów z Teheranu i alawickich heretyków z Damaszku. Bardzo istotny jest wymiar pośredniej konfrontacji irańsko-izraelskiej. Rząd w Tel Awiwie, jak również zdecydowana większość obywateli Izraela, zdaje sobie sprawę, że rozbudowa irańskiego potencjału nuklearnego postawi, a właściwie już stawia, ich kraj przed dramatycznymi wyborami. Głowice nuklearne w rękach szyickich radykałów oznaczałyby stałe zagrożenia dla Izraela, a niewspółmierność obszaru terytorium i liczby ludności stawia w potencjalnej konfrontacji państwo żydowskie na przegranej pozycji, nawet jeśli Izrael zdołałby przeprowadzić uderzenia odwetowe. Nieprzejednana wrogość Iranu do Izraela przejawiająca się w płaszczyźnie medialnej żydożerczymi wypowiedziami prezydenta Ahmedinedżada, zaś w warstwie czynów dostarczaniem broni (ocenia się, że rozpoczynając konfrontację Hezbollah dysponował około 7000 pocisków rakietowych rozmaitej klasy, w tym 100-200 o zasięgu przekraczającym 75 km oraz, co najmniej, trzema kierowanymi pociskami przeciwokrętowymi) i najprawdopodobniej instruktorów libańskim szyitom może mieć niezwykle poważne konsekwencje. Izraelczycy zdają sobie bowiem sprawę, że konfrontacja wiąże i zużywa ich siły konwencjonalne, w zasadzie nie dając szansy na uzyskanie sukcesów możliwych do zdyskontowania politycznie w formie trwałego pokoju. Tel Awiw rozumie też zapewne, że największym beneficjantem całej sytuacji jest Iran. Drugim wielkim beneficjentem konfliktu w Libanie jest Syria. Przejąwszy władzę po ojcu, Hafezie, obecny prezydent Baszar Asad był zmuszony pogodzić się z bolesnym upokorzeniem, jakim była ewakuacja jego wojsk z Libanu i zakończenie faktycznej okupacji tego kraju. Pamiętać przy tym trzeba, że prócz konsekwencji politycznych i wojskowych ma to kolosalne negatywne następstwa dla syryjskiej gospodarki. Kontrola nad Libanem przynosiła Syrii około 2-2,5 mld USD rocznie. Składały się na to rozmaite opłaty, koncesje, udogodnienia i dochody pracujących tam Syryjczyków (ich liczbę oceniano na pół miliona). Słaba, anachroniczna i etatystycznie zarządzana niewydolna gospodarka syryjska zapewne nie zdołała skompensować utraty libańskiego skarbca.

Nie mogąc wypracować sposobu trwałego rozwiązania kryzysu, opinia światowa zdecydowała się na działania doraźne. Po żmudnych negocjacjach Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję 1701 wzywającą obie strony do przerwania ognia. Dokument zakładał natychmiastowe wycofanie wojsk izraelskich z południa Libanu i wprowadzenia na to miejsce 15-tysięcznego kontyngentu armii libańskiej, zobowiązanego do ścisłego współdziałania z siłami ONZ, które osiągnąć mają analogiczną liczebność. Odwołano się również do ugody z Taify (stanowiącej swoistą konstytucję Libanu) i jej postanowień zakładających rozbrojenie wszystkich ugrupowań i organizacji paramilitarnych. Zarówno Hezbollah, jak i Izrael zaakceptowały treść rezolucji i od 6.00 dnia 14 sierpnia walki w zasadzie ustały. Wcześniej dokument przyjęty został przez rząd Libanu. I jak dotąd jest to największy sukces. Izrael nie zniósł lotniczej i morskiej blokady Libanu, a Hezbollah nie przekazał ani jednej sztuki broni libańskim żołnierzom, choć od 17 sierpnia oddziały tej organizacji wycofały się z kilkunastu pozycji na południu kraju, przekazując je Libańczykom. Przyjęta przez społeczność międzynarodową linia postępowania w zasadzie nie rozwiązuje żadnego z istotnych problemów, nie przybliża usunięcia przyczyn konfliktu, a co najwyżej zamraża zaistniały stan. Trudno zakładać, że licząca formalnie 75 000 żołnierzy armia libańska, z trudem odtwarzana jako formacja wspólna dla całego państwa, a nie będąca zlepkiem sił zbrojnych poszczególnych klanów, zdoła zapewnić, przewidzianym w rezolucji kontyngentem, rzeczywistą suwerenność Bejrutu nad południem kraju. Nie należy też przeceniać roli, jaką mogą odegrać siły ONZ, mimo tego, że mówi się stale o ich wzmocnieniu. Scenariusz zakładający, że Libańczycy wspólnie z błękitnymi hełmami zbrojne wypierają zaprawionych w walce bojowników Hezbollahu (organizacja ma około 1 000 aktywnych bojowników, 3 000 rezerwistów pierwszej linii i około 10 000 rezerwistów drugiej linii) ze stanowisk i obszarów, których nie zechcą oni opuścić dobrowolnie (na przykład dolina Bekaa) oraz odbierają im broń, jest wyjątkowo mało prawdopodobny. Rozumieją to Izraelczycy. Mimo, że gabinet izraelski przyjął rezolucję ONZ, minister do spraw kontaktów z parlamentem Jaakow Edery stwierdził, nie pozostawiając cienia wątpliwości: kiedy [do południowego Libanu – KK] wejdą libańskie i wielonarodowe siły, Izrael się wycofa, ale nie wcześniej. Wydaje się więc, że Hezbollah zachowa nadal swój specjalny status w Libanie, bo w kraju tym nie ma po prostu siły zdolnej zmienić ten stan rzeczy. Kiedy sytuacja będzie tego wymagać, szyiccy żołnierze Boga zapewne zaatakują ponownie. Rezolucja ONZ stanowiła de facto poważny sukces organizacji kierowanej przez szejka Nasrallaha, gdyż stanowiła jej faktyczne uznanie za suwerenny podmiot stosunków międzynarodowych przez Radę Bezpieczeństwa. W ten sposób społeczność światowa przyczyniła się do wzrostu prestiżu ruchu szyickich radykałów. Jedyną zaletą ścieżki zaproponowanej przez ONZ jest to, że doprowadziła ona do przerwania działań zbrojnych, w których największe straty ponosiła libańska ludność cywilna. Nie zmienia to jednak faktu, że nie może być ona uznana za stabilny fundament odbudowy Libanu i gwarancja trwałego pokoju w tej części Bliskiego Wschodu. W wymiarze propagandowym, niesłychanie ważnym dla percepcji Hezbollahu przez arabskie masy, organizacja ta ewidentnie odniosła wielkie zwycięstwo. Przez ponad 30 dni walczyła – jak równy z równym – z armią izraelską, która od 1948 gromiła siły zbrojne swych arabskich sąsiadów i przetrwała każdy konflikt. Nie jest przy tym ważne jaka była cena owego przetrwania, istotny jest sam fakt. Charakterystycznym bowiem dla tego kręgu kulturowego jest to, że przywódców i liderów w większym stopniu niż z rezultatów podejmowanych przez nich działań ocenia się przez pryzmat ich starań, intencji i usiłowań. Egipski prezydent Naser w 1967 może być klasycznym tego przykładem. Niezależnie więc od tego, że Hezbollah poniósł dość dotkliwe straty wojskowe, z politycznego punktu widzenia wyszedł z konfrontacji wzmocniony. Izrael wręcz przeciwnie. Sygnalizowana już wcześniej przewaga medialna drugiej strony konfrontacji znalazła wyraz w potęgowaniu się niechęci do akcji militarnej podejmowanej przez ten kraj i do państwa Izrael jako takiego. W Europie Zachodniej Izrael postrzegany jest jako główny czynnik destabilizujący region. IDF coraz powszechniej stawia się zarzuty popełniania zbrodni wojennych. Mimo że żaden z rządów nie zajął jednoznacznie antyizraelskiego stanowiska, Tel Awiw musi uwzględniać funkcjonowanie takich opinii i siłę polityczną artykułujących go grup nacisku, zwłaszcza że pełne i w zasadzie bezwarunkowe poparcie otrzymał jedynie od Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. To właśnie obawy przed dalszym pogarszaniem się wizerunku Izraela na arenie międzynarodowej w dużej mierze przyczyniły się do zaakceptowania przez ten kraj rezolucji ONZ. Wszak czasy, gdy każdego krytyka Izraela można było uciszyć, zarzucając mu antysemityzm, chyba już minęły.



Informacje o przebiegu działań militarnych na południu Libanu są wyrywkowe i niepełne. Pewne jest również to, że obie strony celowo manipulowały informacjami. W związku z powyższym wyrobienie sobie w miarę pełnego poglądu na wojskowy wymiar konfrontacji jest trudne. Mimo tego można podjąć ryzyko sformułowania kilku ocen. Był to typowy konflikt asymetryczny, którego strony różniła nie tylko niewspółmierność potencjału wojskowego i odmienność struktur organizacyjnych, ale przede wszystkim nieprzystawalność oglądu rzeczywistości, a co za tym idzie logiki podejmowanych działań oraz celów, jakie zamierzano osiągnąć. Klasycznym tego przykładem było sygnalizowane już rozmieszczane stanowisk ogniowych wyrzutni rakietowych ostrzeliwujących Izrael w pobliżu, lub nawet w obrębie obszarów zamieszkanych przez ludność cywilną. Hezbollah nie jest regularną armią i logika państwowych sił zbrojnych, które muszą dbać o ograniczanie strat wśród ludności cywilnej, jest jego przywódcom obca. Izrael usiłował odpowiedzieć przewagą technologiczną, zapewniającą możliwość wykonywania uderzeń punktowych i minimalizację strat. Nie do końca się to udało – w świat poszedł przekaz, że lotnictwo izraelskie z premedytacją bombarduje obiekty cywilne. W oczy rzuca się starannie zaplanowany i precyzyjnie przeprowadzony proces przygotowań Hezbollahu do konfrontacji. Organizacja ta przez kilka początkowych dni bezpośredniej konfrontacji zbrojnej nie dała sobie wydrzeć inicjatywy, co w przypadku starcia się z regularną (i to dobrą) armią uznać trzeba za sukces. W oparciu o dostępne informacje postawić można tezę, że bojownicy byli również stosunkowo skuteczni w walce z izraelskimi oddziałami lądowymi na południu Libanu. Potwierdzają to wysokie straty IDF. Według danych oficjalnych do 13 sierpnia zginęło 118 żołnierzy izraelskich. Śmierć poniosły również, głównie na skutek ostrzału rakietowego, 42 osoby cywilne. Rannych było około 1 000 osób. W tym kontekście przypomnieć trzeba, że w trakcie kampanii synajskiej, zakończonej całkowitym rozbiciem egipskiego zgrupowania zachodniego, życie straciło 190 żołnierzy izraelskich, a podczas wojny sześciodniowej w 1967 (będącej największym wojskowym triumfem Izraela) 776. Wiarygodnych danych o stratach Hezbollahu brak. Armia izraelska podała informacje o zabiciu 700 bojowników (zginęło też 400-500 osób cywilnych, głównie w zbombardowanych budynkach). IDF stracił też kilkadziesiąt (40-50) pojazdów opancerzonych, w tym kilka czołgów Merkava oraz 4 śmigłowce. Co charakterystyczne, przynajmniej w dwóch przypadkach w czołgach Merkava, a więc wozach uznawanych za jedne z najlepszych na świecie pod względem obrony biernej ukierunkowanej na przetrwanie załóg, zginęli wszyscy czołgiści. W pierwszym przypadku nastąpiło to po eksplozji potężnego fugasa, w drugim po trafieniu przeciwpancernym pociskiem rakietowym. Szyiccy partyzanci udowodnili więc, że przyswoili sobie lekcję z Iraku. Rakiety islamistów zniszczyły w Izraelu około 300 budynków. Straty po stronie libańskiej są jednak niewspółmiernie większe. Wyniosły one około 7 000 domów mieszkalnych i mieszkań, 900 warsztatów, sklepów, fabryczek, wiejskich zabudowań gospodarskich, dużą elektrownię, główne pasy startowe stołecznego lotniska, 29 stacji generatorów oraz punktów uzdatniania wody, 23 składy paliw i stacje benzynowe, 145 mostów i przepustów, 600 km dróg. Co interesujące, w raporcie ogłoszonym w połowie września Amnesty International oskarżyła obie strony konfrontacji o popełnienie zbrodni wojennych. Szyickim bojownikom zarzucono celowy ostrzał obiektów cywilnych, Izraelczykom niszczenie infrastruktury pozbawionej bezpośredniego znaczenia militarnego. Biorąc pod uwagę ryzyko wysokich strat w ludziach związanych z działaniami lądowymi, izraelscy dowódcy powierzyli wykonywanie głównych zadań lotnictwu. To właśnie ono niszczyło składy i magazyny przeciwnika, to ono odpowiadało za niszczenie wykrytych wyrzutni rakiet niekierowanych oraz za zwalczanie sieci logistycznej Hezbollahu oraz wsparcie własnych wojsk lądowych. Poważną rolę odgrywała też artyleria polowa. Za każdym razem, kiedy pododdziały pancerne i zmechanizowane ruszały naprzód, poprzedzał je walec ogniowy. Bojownicy Hezbollahu odpowiedzieli na to organizowaniem zasadzek, które uaktywniały się dopiero po przejściu pierwszej linii atakujących. Ich podstawą były starannie przygotowane i świetnie zamaskowane schrony, zapewniające grupom uderzeniowym przetrwanie ognia artylerii i rozpoczęcie akcji na tyłach posuwającego się naprzód ugrupowania izraelskiego. Do takiej wojny armia izraelska okazała się nie w pełni przygotowana. W pierwszych ocenach, formułowanych głównie przez emerytowanych oficerów, zarzuca się między innymi kierownictwu sił zbrojnych nadmierną amerykanizację, rozumianą jako absolutyzację roli lotnictwa oraz nadmierną fascynację technologią. Towarzyszyć temu miało obniżenie poziomu indywidualnego wyszkolenia żołnierzy i dowódców niższych szczebli, zwłaszcza w zakresie działań przeciwko nieregularnemu przeciwnikowi oraz wykształcenie się wśród personelu wojskowego złudnego poczucia bezpieczeństwa wynikającego z posiadania różnych gadżetów technicznych. Pojawił się też pogląd, że powierzenie rozpoznania taktycznego środkom technicznym przy znaczącym zmniejszeniu roli pododdziałów rozpoznawczych zwiększyło co prawda ilość pozyskiwanych informacji, ale bynajmniej nie wpłynęło korzystnie na ich jakość. Na potwierdzenie tej tezy przytaczany jest epizod, w trakcie którego Izraelczycy zostali zaatakowani przez grupę bojowników ukrywających się wcześniej w zamaskowanym schronie, niewykrytym przez bsl. Przebieg działań armii izraelskiej surowo oceniają nie tylko publicyści i emerytowani wojskowi. Z faktu odwołania po 14 dniach kampanii dowódcy operacji i przejęcia jego obowiązków przez zastępcę szefa Sztabu Generalnego generała Moshe Kaplińskiego wynikało, że również kierownictwo sił zbrojnych nie było usatysfakcjonowane osiągniętymi rezultatami.

14 lipca operująca na wodach libańskich w rejonie Bejrutu izraelska korweta rakietowa „Hanit” (typ Elath lub Sa’ar 5) została trafiona wystrzelonym z brzegu pociskiem rakietowym. Okręt manewrował wówczas około 10 mil morskich od brzegu. Pocisk uderzył w reling w części rufowej, gdzie znajduje się lądowisko dla śmigłowca. Eksplozja głowicy bojowej spowodowała rozległe uszkodzenia i pożar znajdujących się tam zbiorników paliwa lotniczego. Według doniesień prasowych, opartych o relacje obserwatorów znajdujących się na brzegu, płomieni nie udało się stłumić w ciągu kilku godzin akcji ratowniczej. Okręt utracił ponadto możliwość ruchu i odholowany został z zagrożonej strefy przez inne izraelskie jednostki. Ostatecznie trafił do Aszdod. Na pokładzie „Hanit” zginęło czterech ludzi. Okręt poraził pozyskany przez Hezbollah w Iranie przeciwokrętowy chiński pocisk rakietowy typu C-802. Według części publikacji w Libanie znaleźli się również instruktorzy ze składu irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i to właśnie oni odpalili rakietę. Pociski (w kierunku izraelskiego okrętu wystrzelono je trzy) znajdowały się na zamaskowanych stanowiskach ogniowych, a do skierowania ich na cel posłużono się najprawdopodobniej środkami optycznymi, uruchamiając stacje radiolokacyjne naprowadzania rakiet natychmiast po starcie. Jeden pocisk trafił korwetę, drugi naprowadził się na przechodzący w pobliżu statek handlowy bandery Kambodży, który zatonął, a 20 marynarzy uratowała inna jednostka, trzeci wpadł do wody po zejściu z wyrzutni. Pojawiły się też doniesienia, że wstępne dane do strzelania obsługa wyrzutni otrzymała ze stacji radiolokacyjnej marynarki libańskiej. Miałoby to tłumaczyć fakt późniejszego zniszczenia kilku libańskich radarów przez Izraelczyków. Z opublikowanego po kilku miesiącach raportu dowództwa izraelskiej marynarki wojennej wynika, że w tym konkretnym przypadku przyczyną uszkodzenia okrętu był błąd człowieka. Okrętowy system przeciwlotniczy Barak był w optymalnym stanie technicznym do śledzenia, identyfikacji i przechwycenia atakującego pocisku rakietowego, ale w okresie poprzedzającym trafienie był on wyłączony. Podobnie inne systemy samoobrony okrętu, czyli artyleryjski zestaw obrony bezpośredniej Vulcan-Phalanx i wyrzutnia celów pozornych Deseaver były w pełni sprawne, ale pozostawały w trybie gotowości do działań, a nie natychmiastowego reagowania na zagrożenie. W raporcie z 3 stycznia 2007 roku kontradmirał Nir Maor, przewodniczący specjalnej komisji, stwierdził, że błędy popełniono począwszy od najwyższych szczebli dowodzenia. Nie wzięto mianowicie pod uwagę zagrożenia rakietowego, co spowodowało, że okręty zostały rozmieszczone w rejonach patrolowania wyznaczonych w niewielkiej odległości od lądu. Stwierdzono przypadki rażącego lekceważenia ostrzeżeń formułowanych przez wywiad, a informujących o możliwości przekazania przez Iran broni przeciwskrętowej bojownikom Hezbollahu. Na okręcie, w chwili ataku, większość załogi była zgromadzona w mesie na uroczystej kolacji szabasowej. Pełniący wachtę w Bojowym Centrum Informacyjnym niedoświadczony oficer niewłaściwie ocenił znaczenie niesprawności jednego urządzenia walki elektronicznej i jego wpływ na działanie całego systemu. Następstwem błędnej oceny było przełączenie pasywnego systemu obrony w tryb wyczekiwania, kiedy wciąż mógł pozostawać w trybie najwyższej gotowości.