Operacja Market Garden jest mocno zmitologizowana, z dosyć prostej przyczyny, którą w
skrócie można nazwać "co by było, gdyby".
W Polsce od dziesięcioleci żyliśmy w
przeświadczeniu, że gdyby operacja się udała, to
automatycznie Alianci Zachodni zdążyliby nie
tylko zająć Niemcy, ale jeszcze wyzwolić choćby skrawek Polski,
dzięki któremu nie byłoby komunizmu, a Polska pozostała niepodległa w strefie
zachodniej kultury.
Mit ten jest ogromnie fałszywy, gdyż cała operacja Market Garden była
zwykłą mistyfikacją.
Mistyfikacją obliczoną na związanie jak największej liczby wojsk III Rzeszy.
A już na pewno jej celem nie było zajęcie Niemiec przed Bożym
Narodzeniem.
Amerykanie zbyt poważali
Stalina, aby wykręcić jakiś numer przed zakończeniem wojny, zaś Brytyjczycy z Montym byli tak zadufani w sobie,
i w swój kunszt wojenny, że porażka w ogóle nie wchodziła w
rachubę. Churchill był przeświadczony o pokonanych już Niemcach, miał nadzieję
ocalić Niemcy dla Zachodu.
Gdy
już doszło do kompromitującej klęski, nasi wspaniali brytyjscy sprzymierzeńcy, obwiniali
nas, Polaków i generała Sosabowskiego, pomimo, iż zrobiono szkolne błędy już na
etapie planowania. Czy to możliwe, aby uważać za pewne, zajęcie rejonów wroga, bez myślenia o planie B w razie
niepowodzenia? W operacji Market Garden wszystko było oczywiste, ale na papierze, zrzuty odbywały się na terenach, zajętych przez Brytyjczyków, ale
też tylko na
papierze. I były tak pewne, że nie można było ich odwołać.
Operacja zawierała w sobie zbyt dużo elementów, nawzajem od siebie zależnych.
Nieosiągnięcie choćby jednego, oznaczało totalną porażkę. Co też się stało. ale
nie było to dziełem przypadku.

Operacja Market Garden, jak wcześniej zamknięcie kotła pod Falaise skończyły się
sukcesem, czyli niepowodzeniem, dzięki któremu wojska Aliantów Zachodnich,
powoli i miarowo, przemieszczały się naprzód, wiążąc siły wroga, co w kooperacji
ze Stalinem gwarantowało z góry ustalony podział Europy, jak też brak perspektyw
na separatystyczny pokój między Niemcami, a którąkolwiek stroną konfliktu.
17 września 1944 roku o godz. 9.45 około 4 tysiące samolotów
i szybowców uniosło się w powietrze nad Anglią. Tak rozpoczęła się operacja
"Market Garden". Aby zrozumieć przyczyny rozpoczęcia tej operacji, musimy cofnąć
się w czasie do 6 czerwca 1944 roku. Tego dnia wylądowali we Francji Alianci
po zaciętych walkach na plażach Normandii. Mimo
olbrzymiego zwycięstwa w czasie pierwszych miesięcy po lądowaniu sytuacja
Aliantów Zachodnich nie była najlepsza. Linie zaopatrzeniowe wydłużyły się na blisko 200 km.
Konieczne było zdobycie portu w północno-zachodniej Europie. W sztabie
sprzymierzonych Montgomery "walczył" z Bradleyem i Pattonem o transporty. Każdy
z tych dowódców dowodził armią i każdy chciał, aby jego armia wykonała potężne
uderzenie, które powali Niemcy na kolana. Rozjemcą w tym starciu był Dwight
Eisenhower. Gdy Montgomery przedstawił plan operacji "Market-Garden" dowódca
wojsk sprzymierzonych po wahaniach zgodził się zaryzykować. Na czym polegał ten
błyskotliwy i pewny plan?
Alianci mieli za pomocą wojsk powietrzno-desantowych zdobyć przeprawy na rzekach
Mozie, Waal i dolnym Renie. Po tym "dywanie" miały przejechać brytyjskie wojska
pancerne, które po "objechaniu" Linii Zygfryda zdobyłyby Zagłębie Ruhry, a
następnie sam Berlin. Za północnym kierunkiem ataku przemawiała słabość w tym
rejonie wojsk niemieckich w Holandii, tak przynajmniej donosił wywiad.
Do
operacji użyto trzy i pół dywizji powietrzno-desantowych. Amerykańska 101 DP-D
miała opanować taktyczne punkty na szosie między Eindhoven a Grave, także
amerykańska 82 DP-D miała opanować most w Nijmegen i Grave, zaś brytyjska 1DP-D
i polska Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Sosabowskiego powinny zdobyć
most w Arnhem na Renie. Ponieważ alianci nie mieli wystarczającej ilości
sprzętu, aby przewieźć wszystkich żołnierzy, postanowiono zrzucać ich falami w
ciągu kolejnych dni. Rolę tarana, który miałby przebić obronę niemiecką, przyjął
na siebie XXX Korpus Brytyjski.
Wśród dowódców, którzy przygotowywali tę operację, panował duży optymizm.
Wyjątek stanowił gen. Stanisław Sosabowski. Uważał on, że Niemcy nie dadzą się
tak łatwo "zdeptać" pozbawionym ciężkiego sprzętu dywizjom
powietrzno-desantowym. Ten były wykładowca Wyższej Szkoły Wojennej w Polsce,
twierdził, że "zadanie to nie ma szans powodzenia". Niemcy po prostu nie mogli
pozostawić tak ważnego celu strategicznego jak Arnhem bez silnej obrony. I
rzeczywiście. W rejon Arnhem, na co nie zwrócili uwagi wszyscy przygotowujący
tę operację, przerzucony został II Korpus Pancerny SS. Dowodzony przez gen.
Wilhelma Bittricha korpus składał się z 9. i 10. Dywizji SS.
Były to jednostki mocno przerzedzone, ale posiadające jeszcze 9,5 tys.
żołnierzy, sporo czołgów, dział samobieżnych, wozów opancerzonych i silną
artylerię. 17 września poderwały się samoloty i szybowce. Operacja rozpoczęła
się. Lądująca najdalej na południe 101 DP-D Maxwella Taylora szybko opanowała
Veghel i znajdujący się tam most, miasteczko St. Oedenrode, a później uszkodzony
most nad kanałem Wilhelma w Son. Lądująca dalej na północ 82 DP-D gen.Jamesa
Gavina opanowała szybko przeprawę w Grave i strategiczne wzgórze Graebeek.
Most w Nijmegen nie został zdobyty. Tymczasem najdalej na północ lądowała
brytyjska 1. Brygada Spadochronowa i 1. Brygada Szybowcowa z 1. DP-D gen.Roberta
Urquharta. Brytyjczycy wylądowali 2-3 godziny drogi od swojego celu, na jedynym
w okolicy nadającym się do tego celu terenie. Trzy brytyjskie bataliony ruszyły
w kierunku mostu. Tylko idącemu wzdłuż Renu 2. batalionowi płk. Frosta udało się
uchwycić północną jego część. 1. i 2. batalion wkroczyły do Arnhem, ale zostały
zatrzymane i wybite przez niemieckie oddziały pancerne.
Do Frosta na moście dotarła tylko garstka żołnierzy. O godz. 14.35 XXX Korpus
ruszył do przodu. Nie zajechał jednak daleko, bo został zatrzymany przez
niemieckie oddziały. Po przełamaniu obrony Anglicy pod koniec dnia (17 września)
dotarli do Valenswaard, choć powinni już być w Eindhoven. W czasie nocnych walk
101 DP-D zdobyła Eindhoven, zaś 2. batalion odparł kilka uderzeń Niemców.
Nad ranem czołgi XXX Korpusu przełamały obronę przeciwnika i o godz. 19 dotarły
do mostu w Son (który naprawiali saperzy). Wcześniej, o godz. 9.30, z południa
przez most w Arnhem wyszło uderzenie na batalion Frosta. Jednak "Czerwone
Diabły" (przydomek 1 DP-D) odparły Niemców, niszcząc 12 wozów pancernych. Nieco
później alianci zrzucili kolejną falę spadochroniarzy ze 101 i 82 DP-D.
Większość z lądujących żołnierzy weszła od razu do walki. W Arnhem 2. batalion
pułku Soth Staffords i 11. batalion spadochronowy podjęły próbę dotarcia do
mostu. Zaś pozostałe jednostki starały się utrzymać strefę lądowania. W tym
czasie Niemcy ogniem artylerii zaczęli niszczyć pozycje 2. batalionu w Arnhem.
Noc minęła na zaciętych walkach toczonych od Son do Arnhem. Nad ranem II KP SS
zdziesiątkował oba atakujące w Arnhem bataliony.
O godz. 6.45 (19 września) XXX Korpus ruszył naprzód i w południe osiągnął
Nijmegen. W tym czasie Niemcy zaproponowali kapitulację 2. batalionowi w Arnhem,
ale "Czerwone Diabły" odrzuciły tę propozycję. Niedługo później ląduje trzecia
fala spadochroniarzy i zaopatrzenia.

Niestety, strefy zrzutu koło Arnhem opanowali Niemcy i Anglicy otrzymali tylko
21 ton zaopatrzenia z 390, zaś szybowce z Polakami lądowały w centrum walk
ponosząc olbrzymie straty. Na południu 101 DP-D toczyła zacięte walki w rejonie
Best i Son. Jednocześnie 82 DP-D i XXX Korpus wdarły się do Nijmegen, ale nie
zdołały opanować mostu. 2. batalion w Arnhem był atakowany bez przerwy i trzymał
się z trudem. Reszta 1 DP-D była spychana w rejon Oesterbeek. Nad ranem Niemcy
nadal bombardowali resztki 2.batalionu oraz kontynuowali uderzenie na 101 DP-D i
prawe skrzydło 82 DP-D. Po południu 20 września 3. batalion 82 DP-D przeprawił
się przez rzekę Waal i zdobył most w Nijmegen. W tym czasie opór 2. batalionu
został zlikwidowany, załamało się także uderzenie z Nijmegen na Arnhem XXX
Korpusu (rankiem 21 września).
W Oesterbeek 1 DP-D odpierała ataki czterokrotnie silniejszego przeciwnika. Po
godz. 17 w rejonie Driel wylądowała reszta polskiej Samodzielnej Brygady
Spadochronowej, która wcześniej nie mogła ze względu na pogodę (mogła)
wystartować z Anglii. Polacy natychmiast włączyli się do walki na południe od
Renu. Rankiem 22 września ruszyło uderzenie XXX Korpusu, a 1 DP-D i Polacy
odpierali wściekłe ataki Niemców.
Po południu elementy XXX Korpusu po zaciętych bojach dotarły do polskiej
brygady. W nocy Polacy próbowali przepłynąć rzekę, ale zostali odparci i do 1
DP-D dotarło tylko 50 żołnierzy. 23 września wylądowała ostatnia fala
spadochroniarzy. Po południu Polacy znowu spróbowali przeprawy. Udało się to
kolejnym 200 żołnierzom. Wszędzie Niemcy kontratakowali, ale zostali odparci. 24
i 25 września to falowe uderzenia Niemców od Son po Arnhem. W tym czasie 1 DP-D
utrzymywała się z największym trudem. W nocy z 25 na 26 września resztki 1 DP-D
wycofały się za Ren. Bitwa była skończona.
W wyniku całej operacji straty 1 DP-D wyniosły 7578 żołnierzy (z 10.000)
1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej - 411
101 DP-D - 2118
82 DP-D - 1432
XXX Korpusu - 1480
Zginęło także około 700 członków załóg samolotowych.
Straty Niemców szacuje się na 13.000 żołnierzy
Dlaczego Alianci ponieśli
tak duże straty i dlaczego sama operacja nie powiodła się? Oto powody:
Pożałowania godny wywiad wojskowy, czy aby na pewno, czy było to
działanie celowe?! Czy dowództwo sił sprzymierzonych
naprawdę liczyło, ze żołnierze będą walczyć tylko z starcami i dziećmi lub z
żołnierzami o niskiej wartości bojowej bez sprzętu ciężkiego? Nie można nazwać tego nawet naiwnością,
tylko zbrodnią, która kosztowała życie 8000 brytyjskich spadochroniarzy.
Jak nie można było zobaczyć 2 dywizji pancernych SS.
Wiadomo przecież, ze Alianci zrobili setki zdjęć dotyczących ich przyszłego pola
walki.
Jeżeli chodzi o przygotowanie i moment operacji; Oficerowie dowiedzieli sie dopiero 10 września ... w tym dniu Montgomery przedstawił
swój plan Eisenhowerowi. Alianci mieli tydzień na przygotowanie 35 tys.
żołnierzy do niezwykle złożonej operacji. Do D-day przygotowywano sie 6 miesięcy.
30 korpus do Arhnem miał dotrzeć w 2 maksymalnie w 3 dni. 20 tys. miało jechać
jedna wąską drogą, która całkowicie obstawiona została przez Niemców.
Czy mieli
trzymać sie harmonogramu, skoro ciągle byli nastawieni na ostrzał Wehrmachtu.
Łączność radiowa, to była jakaś kpina, żeby źle zmontowane radia
posyłać razem z żołnierzami do walki, zero łączności kompanii z batalionami,
batalionów z dywizjami itd. Dowódcy nie mogli przez to wiedzieć jak pozostali
wywiązują sie z wytyczonych im zadań. Nie mieli pojęcia co sie dzieje poza ich
terenem działania. Niemcy zdążyli zająć strefy przewidziane na zrzuty zaopatrzenia,
przez co amunicja, bron trafiła do nich. Ponadto w zrzutach i tak była niedostateczna ilość
brytyjskich odpowiedników amerykańskich bazook czyli piatów.
Desant polskiej brygady bardzo sie opóźnił z powodu mgły panującej w Anglii,
przez co jego rola i działanie można nazwać przewidzianym falstartem.
Nie można było chyba zakładać, że jesień na tej szerokości charakteryzuje się
stałą pogodą.
Czy można te wszystkie działania zapisać do wspólnego mianownika? Tak. Były to
działania celowe, mające z wielkiej operacji Market Garden zrobić propagandowy
show i operację pozorowaną. Amerykanie zdawali sobie lepiej sprawę z zagrożeń
operacji, ich wywiad się nie mylił. Łatwiej było potem obwiniać Brytyjczyków,
niż wyjaśniać Rosjanom, że przez przypadek Alianci Zachodni zbyt szybko znaleźli
się w Berlinie. Tego honor i poczucie lojalności Roosevelta wobec Stalina by nie
zniosło. Za całą operacją stało też odium Powstania Warszawskiego, które w
momencie rozpoczęcia Market Garden dogorywało, dzięki obojętności Amerykanów i
Brytyjczyków. Dlatego też ta pozorowana operacja, stała się świetną wymówką
Aliantów, co do niemożności niesienia wojskowej pomocy krwawiącej Warszawie.
Dowództwo hitlerowskie, przewidując niepomyślny rozwój sytuacji na froncie
zachodnim, dość wcześnie pomyślało o obronie okręgów przemysłowych Ruhry i
Saary. Tę rolę miała przede wszystkim spełnić Linia Zygfryda, którą zaczęto
wzmacniać w pierwszych dniach września. Dążono również do utrzymania Antwerpii i
ujścia Skaldy. Wysiłki dowództwa hitlerowskiego nie były daremne. Wojskom
sprzymierzonym nie udało się dojść do Renu, utknęły na linii Zygfryda i rubieży
przebiegającej wzdłuż południowej granicy Holandii.
W tej sytuacji zaplanowano uchwycenie przyczółków na Renie na północ od Zagłębia
Ruhry - operacja "Market-Garden". W rejonie Arnhem znajdował się 2 korpus
pancerny SS i jedna grupa pancerna. Obecność tych wojsk zaciążyła na przebiegu
operacji.
3 września wojska 21 Grupy Armii opanowały Brukselę i wkroczyły nazajutrz do
Antwerpii. 12 września w rejonie Dijon nastąpiło połączenie prawego skrzydła 21
Grupy Armii z lewym skrzydłem 6 Grupy Armii.
Wojska 21 Grupy Armii, które pod koniec pościgu wyszły na linię Kanału
Skalda-Moza i znalazły się w odległości nie większej niż 120 km od Renu. Jednak
na swojej drodze miały jeszcze do pokonania pięć innych wielkich przeszkód
wodnych, w tym rzeki Mozę, Waal i Dolny Ren (Lek).
Nad północnym ramieniem Renu (Lek) leży miasto holenderskie Arnhem - obiekt
działania brytyjskiej dywizji powietrznodesantowej i brygady polskiej. I właśnie
w kierunku tego miasta nacierała 2 armia brytyjskie. Tymczasem 12 września opór
niemiecki okrzepł. W rezultacie pościg armii sprzymierzonych na kierunku
północnym został zatrzymany na Kanale Alberta i na Kanale Skalda-Moza oraz na
linii umocnień niemieckich tzw. Westwall, zwanych też Linią Zygfryda,
przebiegających wzdłuż zachodniej granicy Trzeciej Rzeszy.
Dowództwo alianckie nie przewidywało takiego rozwoju wydarzeń, zwłaszcza
konieczności przełamywania niemieckiej obrony stałej z marszu. w rezultacie nie
posiadało uzgodnionego planu działania. W miarę zatem wygasania operacji
armijnych i spadku tempa natarcia, w naczelnym dowództwie zadawano sobie
pytanie: co dalej? Marszałek Bernard Montgomery sugeruje post factum, żw tylko
on miał gotowe rozwiązanie. Istota planu Mongomery'ego miała polegać na
skoncentrowanym uderzeniu wojsk alianckich - rozwiniętych w dwie grupy armii 12
i 21 - z linii Sekwany na północ od Paryża w kierunku Zagłębia Ruhry i dalej w
kierunku Berlina. Jednak naczelny dowódca, generał Eisenhower, obstawał przy
strategii "szerokiego frontu". która po dziś dzień jest przedmiotem krytyki
części historyków brytyjskich.
Z kolei generałowie amerykańscy sceptycznie zapatrywali się na pomysły stratega
brytyjskiego. Do szczególnie ostrych kontrowersji doszło na tle planowanej
operacji powietrznodesantowej pod Arnhem. Była ona pomysłem marszałka
Montgomery'ego. toteż generał Omar N.Bradley nie szczędził słów krytyki:
"Gdyby nabożny abstynent Montgomery wtoczył się pijany jak bela do naczelnego
dowództwa ekspedycyjnych wojsk sojuszniczych, nie byłbym bardziej zdumiony niż
proponowanym przez niego awanturnictwem. W przeciwieństwie bowiem do tradycyjnej
taktyki Montgomery'ego natarcie w rejonie Arnhem miało być skierowane 60 milowym
korytarzem utworzonym przez wojska powietrznodesantowe"
Czym wszakże wytłumaczyć zgodę naczelnego dowódcy, generała Eisenhowera, na ów
plan? Być może uważał on, że po pierwsze - opanowanie przyczółka po drugiej
stronie Renu doprowadzi do oskrzydlenia od północy umocnień niemieckich, które
nie wpuściły wojsk sojuszniczych w głąb Niemiec, a po drugie - operacja ta
będzie stanowiła fragment ogólnych działań mających na celu opanowanie rubieży
zapewniającej ubezpieczenie północnego skrzydła frontu. Decyzja
była nie wojskowa, lecz polityczna. Wiadomo było dla Amerykanów, że plan jest
nierealny już na poziomie planowania, zaś odium porażki spadnie na Brytyjczyków.
Polacy włączyli się do walki 18 i 19 września, gdy na północnym brzegu Renu
wylądował pierwszy rzut szybowcowy 1 SBSpad. Główne siły brygady wskutek złych
warunków atmosferycznych oczekiwały na zrzut do 21 września. Polscy
spadochroniarze skakali pod Driel, na południowym brzegu Renu z zadaniem
przeprawienia się przez rzekę i przyjścia z pomocą Brytyjczykom w Arnhem.
Niestety, wobec
pogarszającej się pogody aż 61 ze 114 samolotów zawróciło do baz i pod Driel
wylądowała tylko część polskich oddziałów (1067 oficerów i żołnierzy). Polacy
także musieli odpierać niemieckie ataki pod Driel. Próbę forsowania Renu podjęto
w nocy z 22 na 23 września. Z braku środków przeprawowych udało się przerzucić
na drugi brzeg tylko 60 żołnierzy. Gen. Sosabowski otrzymał 12 łodzi. Na nich
nocą przeprawiło się ok. 150 żołnierzy z 3 batalionu oraz część kwatery głównej.
3 batalion po dołączeniu do Brytyjczyków objął odcinek obrony na wschód od
Hartenstein. Przerzut pozostałych sił brygady uniemożliwił silny ogień
niemiecki.
Po ugrzęźnięciu operacji "Market-Garden" na winowajcę wybrano głównie gen. Sosabowskiego. Marszałek
Montgomery oraz generałowie Horrocks i Browning zrzucili na niego odpowiedzialność
za klęskę pod Arnhem. Twierdzili, że dowodził nieudolnie i nie chciał przyjść z
pomocą obrońcom Oosterbeck. Była to zemsta za krytyczne uwagi, jakich nie
szczędził im polski dowódca. Sosabowski odpierał te zarzuty, ale nie miał
poparcia nawet wśród swoich. Prezydent Raczkiewicz i gen. Kopański ugięli się
pod naciskami brytyjskimi i 9 grudnia 1944 roku generał został pozbawiony
dowództwa 1 SBSpad. Kilkanaście dni później objął fasadowe stanowisko Inspektora
Jednostek Etapowych i Terytorialnych. Generał nigdy za swojego życia nie został
odznaczony medalem za ofiarność i poświęcenie, ani też nigdy nie został
zaproszony na uroczystości największej brytyjsko-amerykańskiej wojskowej klapy.
Operacja oznaczała de facto ustalenie frontu na granicy zachodniej Niemiec i
dała impuls do kontrataku w rejonie Ardenów, co jeszcze bardziej osłabiło
pozycję Aliantów Zachodnich wobec Stalina.