Idea Wunderwaffe powstała z powodu
fiaska
polityki podbojów nazistowskich Niemiec. Załamujący się front zmusił
III Rzeszę do
poszukiwania środków technicznych, na tyle przewyższających inne uzbrojenie i
liczebność wojsk, aby odwrócić widmo totalnej klęski. W wielu przypadkach cel udało się
zrealizować, jednak nie na tyle, aby zmienić losy choćby jednej bitwy. Broń
wymyślona w tamtym czasie, gdyby została użyta jednocześnie z
przemyślaną taktyką i w odpowiedniej liczbie, mogłaby przesądzić
o losach
wojny. Była to broń lub pomysły na broń na tyle rewolucyjne, iż zostały przejęte
przez aliantów, zaś po wojnie, w procesie modyfikacji i doskonalenia, służą
jako najgroźniejszy arsenał wymyślony przez człowieka. Oto przegląd cudownej
broni, dającej pojęcie o wielokierunkowości badań wojskowych i zaawansowaniu
technologicznym III Rzeszy;
Nowym „pogromcą” wrogów Rzeszy miał być PzKpfw VII o kodowej nazwie Löwe (Lew).
Teoretyczne prace rozpoczęto już w listopadzie 1941 roku, po zapoznaniu się z
radzieckimi czołgami ciężkimi. Zadanie opracowania nowego wozu powierzono firmie
Krupp. Pierwsze projekty z początku 1942 roku zakładały produkowanie dwóch
różnych podtypów, „lekki” (masa 76.000 kg) i „ciężki” (90.000 kg). Pierwszy
posiadał przedział bojowy z tyłu kadłuba (podobnie jak Ferdinand/Elefant), na
którym osadzono ruchomą wieżę. Drugi zachował bardziej tradycyjny rozkład
wnętrza. Obie maszyny miały być uzbrojone w armaty kalibru 105 mm. Po
interwencji Hitlera zdecydowano się na kontynuowanie prac tylko nad „cięższą”
wersją, przezbrojoną w działo 150 mm i ze zwiększonym do 140 mm pancerzem
czołowym. Löwe miał bardzo gładkie linie, a według obliczeń teoretycznych miałby
całkiem przyzwoite parametry. Nie wykonano jednak ani jednej części
przeznaczonej dla Lwa, jako że cały projekt zarzucono po pojawieniu się projektu
jeszcze potężniejszej maszyny. Koncepcję PzKpfw VIII przedstawiono po raz
pierwszy 8 czerwca 1942 roku na konferencji na temat uzbrojenia wojsk
pancernych.
Głównym uzbrojeniem miało być działo 128 lub 150 milimetrowe, dające możliwość
skutecznego zwalczania każdego nieprzyjacielskiego wozu bojowego. Zrealizowanie
projektu powierzono profesorowi Porsche. Po raz pierwszy idea uzyskała
pełnowymiarową materialną powłokę w kwietniu 1943 roku, w postaci drewnianej
makiety. Kilkakrotnie demontowano ją w celu przewozu i przedstawienia jej
Hitlerowi i innym prominentom. Na ruchomy model trzeba było poczekać aż do 24
grudnia 1943 roku, kiedy to prototyp nowego wozu (Typ 205/1) wyjechał z fabryki
na swój pierwszy przejazd. Nie był to pełnosprawny pojazd bojowy, jako że
zamiast wieży (która nie była jeszcze gotowa) zamontowano jej odpowiednik
wagowy. Był jednak niezbędny do przeprowadzenia testów układu jezdnego i
napędowego. Co ciekawe, wymalowano na nim sierp i młot oraz czerwoną gwiazdę.
Prawdopodobnie miało to służyć zamaskowaniu pojazdu pod przykrywką testowanego
zdobycznego radzieckiego czołgu.
Maus (Mysz), pomimo wagi około 180.000 kilogramów, sprawowała się w terenie dość
przyzwoicie. Szybko jednak pojawił się pierwszy problem: brak odpowiedniego
ciągnika do tak ciężkiego czołgu. W razie rozpoczęcia seryjnej produkcji i
skierowania PzKpfw VIII na front, byłoby to większym problemem niż w wypadku
„Tygrysów”, które musiały być holowane przez co najmniej dwa ciężkie ciągniki
SdKfz 9 (jeśli utknął – 6). Póki co, nikt się tym nie przejmował. Innym
problemem związanym z masą było to, że w całej Europie niewiele było mostów
zdolnych do udźwignięcia tego kolosa. O ile pierwszą kwestię można było
zignorować lub rozwiązać poprzez stosowanie dużej ilości ciągników, to w żaden
sposób nie było możliwe zbudowanie pojazdu towarzyszącego z mostem o
odpowiedniej nośności, ani stawianie mostu polowego na trasie natarcia.
Rozwiązaniem było wyposażenie PzKpfw VIII w system rur doprowadzających
powietrze do silnika, pozwalający na pokonywanie przeszkód wodnych do głębokości
8 metrów. Co ciekawe, prócz zainstalowania trzech pomp odwadniających
skonstruowano specjalny mechanizm pozwalający na dociśnięcie wieży do kadłuba,
zwiększając w ten sposób szczelność. W niektórych wypadkach można było zdać się
na transport kolejowy, jednak i tam występują pewne ograniczenia. Czołgi PzKpfw
VI Tiger musiano pozbawiać gąsienic „terenowych” przed załadowaniem ich na
wagony. Podróż odbywały z innymi, węższymi gąsienicami, pozwalającymi na
zmieszczenie się w wymiarach narzuconych przez Deutsche Reisebahn dla wagonów
towarowych. W przeciwnym wypadku istniało ryzyko zderzenia z innym transportem
bądź uszkodzenia elementów sieci kolejowej. Maus, mimo że cięższy od PzKpfw VI,
był niewiele wyższy i szerszy od niego, tak że mieścił się na platformie
kolejowej bez zdejmowania gąsienic. Trzeba jednak pamiętać o tym, że do
transportowania prototypów (i przyszłych maszyn seryjnych) zaprojektowano
specjalną 14-osiową platformę, zdolną do uniesienia takiego ciężaru. Momentem
przełomowym w historii tego pojazdu był 3 października 1944 roku, kiedy to
zmontowano pierwszy w pełni uzbrojony wóz. Był nim drugi prototyp (205/2),
dostarczony 10 marca 1944 roku. Uzbrojenie zamontowano w wieży tkwiącej już od 6
czerwca na swoim miejscu. Nie była to jedyna część zamontowana już po
dostarczeniu kadłuba, jako że na miejsce testów przybył bez
elektryczno-spalinowego zespołu napędowego (205/1 pełnił rolę holownika), który
otrzymał dopiero w październiku. Dopiero teraz można było ocenić całość
konstrukcji. Podstawowym uzbrojeniem była armata kalibru 128 mm. Dzięki wysokiej
prędkości początkowej zapewniała przebicie pancerza czołowego każdego z
alianckich czołgów. Jej wadą był jednak długi czas przeładowania, więc w tym
samym jarzmie osadzono działo 75 mm. Dzięki niemu Maus mógł bronić się podczas
ładowania głównego działa, a także niszczyć cele niewarte marnowania tak cennej
amunicji. Do zwalczania piechoty przeznaczono karabin maszynowy MG 34. Zapas
amunicji wynosił odpowiednio 68, 200 i 1000 naboi. Planowano również montaż
przeciwlotniczego działka 15 lub 20 mm. Na etapie prac wstępnych zakładano
dozbrojenie wozu w miotacz płomieni, z czego ostatecznie zrezygnowano.
„Mysz” napędzana była połączeniem silnika spalinowego, generatora i dwóch
silników elektrycznych. Był on, wraz z resztą mechanizmów i sześcioosobową
załogą, osłonięty przez pochylony w wielu miejscach pancerz mający od 50 do 200
mm grubości. Rozpędzała się do 20 km/h, przy zasięgu zaledwie 62 km w terenie
lub do 190 km na drodze asfaltowej. Był to więc bardziej ruchomy bunkier niż
czołg z prawdziwego zdarzenia. W tym czasie III Rzesza toczyła jednak przeważnie
same walki odwrotowe, więc Maus, zawczasu umieszczony na dogodnej pozycji,
mógłby wyrządzić spore zniszczenia w szeregach nacierających wojsk. Na szczęście
dla setek czołgistów walczących po „dobrej” stronie nigdy nie zrealizowano
zamówienia opiewającego na 150 (152?) wozów. Wbrew twierdzeniom o niemieckiej
gigantomanii to sam Hitler zakończył program rozwoju tego typu pojazdów pod
koniec 1944 roku, argumentując, że przemysłu Rzeszy nie stać na takie
ekstrawagancje.
Alianckie zespoły techniczne penetrujące fabryki i poligony natrafiły na jeszcze
jedną pozostałość po niemieckim programie budowy ciężkich czołgów. Nowa
konstrukcja stanowiła jedno z ogniw całkowicie nowej serii wozów bojowych,
Entwicklungsserie, obejmującej między innymi niszczyciele czołgów, wozy
zwiadowcze i ciężkie czołgi. Niemcy po kilku latach wojny doszli do wniosku, że
konieczne jest wprowadzenie standaryzacji dla jak największej liczby części, by
na przykład jeden rodzaj kół używany był w kilku modelach. Zakładano również
wprowadzenie wielu innych modyfikacji – stabilizatory głównego uzbrojenia i nowe
celowniki. Z całej gamy planowanych konstrukcji prace najdalej posunęły się w
wypadku E-100, najcięższym z „rodziny”. Miał to być następca PzKpfw VI Tiger II
(a żeby uprościć proces produkcyjny, korzystał z wielu jego części). W
dziedzinie uzbrojenia nie wprowadzał sam w sobie niczego nowego, jako że
planowano zastosowanie w nim takiej samej wieży jak w PzKpfw VIII. Nowe było
natomiast podwozie, będące w zasadzie zmodernizowaną i przedłużoną wanną
Królewskiego Tygrysa. Co ciekawe, planowano zastosowanie paneli, stanowiących
osłonę boku wozu oraz górnych części gąsienic, zdejmowanych na czas transportu.
Było to więc rozwiązanie idące w drugą stronę niż w wypadku „Myszy”. Początek
prac przypadł na czerwiec 1943 roku, kiedy to podjęto decyzję o produkcji czołgu
ciężkiego serii E równolegle do wozów Maus. Zanim jednak E-100 zmaterializował
się pod postacią funkcjonującego prototypu, nadeszła wymieniona już decyzja o
zaprzestaniu rozwijania czołgów ciężkich. Podobny los spotkał innego pancernego
giganta, Geschützwagen Tiger. W przeciwieństwie do innych wymienionych tu maszyn
był to nie czołg, a działo samobieżne.
Począwszy od lutego 1940 roku Wehrmacht wprowadził na uzbrojenie działa SIG 33
kalibru 150 mm zamontowane na podwoziu PzKpfw I Ausf. B. Modyfikacja nie była
zbyt trudna. Na kadłubie pozbawionego wieży czołgu postawiono po prostu działo
bez kół, osłaniając je dużą tarczą pancerną. Całość miała okropnie wysoką
sylwetkę, praktycznie zerowy zapas amunicji przewożony w pojeździe i wysoko
położony środek ciężkości. Był to jednak skuteczny sposób za zapewnienie
ruchomego wsparcia nacierającym jednostkom, skracający przy okazji czas
przystąpienia baterii do akcji od momentu przybycia na pozycję, jako że nie było
potrzeby odprzodkowywania dział. O ile takie improwizowane konstrukcje mogły
wystarczać na początku wojny, kampania rosyjska wykazała potrzebę posiadania
bardziej autonomicznych dział samobieżnych, zdolnych do prowadzenia walki w
oderwaniu na krótki czas od pojazdu zaopatrzeniowego i zapewniających lepszą
ochronę artylerzystom. Tak narodziły się pojazdy zwane Wespe i Hummel, uzbrojone
odpowiednio w działa 105 i 150 mm. Front domagał się jednak cięższego wsparcia.
W czerwcu 1942 roku podjęto decyzję o stworzeniu podwozia dla ciężkich dział,
dotychczas rozkładanych na czas transportu. Po pewnym czasie doczekano się
właściwego nosiciela w postaci wozu Tiger II. Postanowiono je wydłużyć (Tiger II
10,3 m długości, nowe podwozie – 11 m), umieszczając uzbrojenie z tyłu podwozia
i osłaniając załogę od przodu i boków. Do prowadzenia ognia opuszczano z tyłu
pojazdu specjalną podporę. Całość zaprojektowano tak, by mogła przyjąć różne
rodzaje uzbrojenia, od działa 170 mm K72 L/50, poprzez 210 mm Mrs 18/1 L/31 do
305 mm GrW L/16. Planowano też montaż moździerza 420 mm. W celu samoobrony
dodano dwa karabiny maszynowe, MG 34 w kulistym jarzmie w przedniej płycie
kadłuba i MG 42 przewożony w przedziale bojowym. Przed końcem wojny zdążono
stworzyć zaledwie jedno podwozie, przystosowane do montażu działa 170 mm. W tym
wariancie załoga liczyłaby osiem osób, a zapas podręcznej amunicji wynosił pięć
sztuk. Przed końcem wojny nie zdążono wykończyć wspomnianego podwozia. Jako
pusta skorupa trafiło w ręce aliantów.
Niemieccy projektanci skupiali się nie tylko na projektowaniu nowych czołgów,
ale też na udoskonalaniu starych. Tak powstały Schürzen, zdalnie sterowane
stanowiska kaemów, doczepiane opancerzenie itd. Najciekawszym pomysłem były
jednak celowniki noktowizyjne dla wozów bojowych. Porą, która zapewniała
najlepsze warunki do działania wozów bojowych był od „zawsze” dzień. W nocy wozy
bojowe, posiadające i tak ograniczone pole widzenia, błądziły praktycznie po
omacku. Owszem, wyposażano je, jak każdy pojazd, w reflektory, jednak zapalenie
ich podczas nocnego boju równałoby się samobójstwu. W nocy czołgi wycofywano do
tyłu, lub też ubezpieczano je na stanowiskach bojowych piechotą. W skrajnych
wypadkach, kiedy pozycję musiano utrzymać za wszelką cenę, załogi uzbrojone w
granaty i pistolety maszynowe same ubezpieczały swoje pojazdy. Rozwiązaniem
miały się stać urządzenia służące do prowadzenia obserwacji nocnej. Problem
skonstruowania odpowiednich urządzeń pojawił się w roku 1936, kiedy to podjęto
prace nad zbudowaniem noktowizorów o odpowiedniej wytrzymałości i dość małych
rozmiarach, by montować je na pojazdach. Prace prowadziła firma AEG. Po raz
pierwszy udany prototyp przetestowano w 1939 na dziale przeciwpancernym Pak
35/36. Na jesieni 1942 roku skonstruowano bardziej zaawansowany celownik
noktowizyjny, ZG 1221. Ogólnie rzecz biorąc, składał się z „ciemnego” reflektora
podczerwieni i przetwornika w kształcie lunety, przekształcającego odbite
promienie w widzialny obraz. Instalowano go na armatach 75 mm PaK 40 L/46 (choć
brak informacji o jego bojowym zastosowaniu, najprawdopodobniej całość nie
wyszła poza etap doświadczalny). Nie można go było nazwać praktycznym, biorąc
pod uwagę to, że cały zestaw wystawał nad tarczę ochronną. Jako że działo
trafiło na uzbrojenie wozów Marder II, narodził się pierwszy pojazd pancerny
zdolny do walki w nocy. Słowo „walka” nie jest tu co prawda najwłaściwszym
określeniem, gdyż zestaw umożliwiał obserwację tylko na kilkaset metrów,
ponieważ zarówbno reflektor, jak i odbiornik wystawał ponad nadbudówkę. Poza tym
samemu systemowi brakowało wiele do doskonałości, a pojazd z noktowizorem nie
opuścił terenu poligonu. Całość uznano jednak za technologię na tyle obiecującą,
że podjęto dalsze prace rozwojowe. Co ciekawe, w historię niemieckich celowników
noktowizyjnych zaangażował się sam Guderian. Był on świadkiem testów nowych
celowników na poligonie Fallingbostel. Wypadły one na tyle dobrze, że
zadecydował o montażu ich na najnowszym dziecku Panzerwaffe, Panterze. Pierwszy
wariant zakładał montaż urządzenia obserwacyjnego FG 1250 na wieżyczce dowódcy.
Składał się z reflektora o średnicy 30 cm i lunety obserwacyjnej. Wariant ten
nazwano Sperber – Krogulec. Bardzo często zestaw wzbogacano o jeden niezbędny w
warunkach polowych element – granat ręczny przywiązany do statywu, służący do
wysadzenia celownika w razie opuszczenia pojazdu. FG 1250 był urządzeniem pod
wieloma względami korzystnym, ale i niosącym ze sobą nowe problemy, większe niż
ubytek trzech nabojów, których miejsce zajmował akumulator. Kiedy zestaw nie był
potrzebny, przewożono go w specjalnej skrzyni na pancerzu tylnym. Zmodyfikowano
również układ wydechowy, montując specjalne tłumiki płomieni. Podobnie jak w
samolotach latających w nocy, ogień wydobywający się z rur wydechowych mógł
łatwo zdradzić pozycję pojazdu. Dowódca musiał być cały czas wychylony z wieży,
ponadto celownikiem nocnym nie dysponował ani celowniczy, odpowiedzialny za
naprowadzenie armaty na cel, ani kierowca, którego zadaniem było prowadzenie
maszyny przez przeszkody. Naprowadzanie armaty głównej na cel przebiegało w dość
ciekawy sposób. Mocowanie lunety wyposażono w stosowne podziałki, dzięki którym
za pomocą kilku obliczeń można było ustawić odpowiedni kąt podniesienia oraz
ustawienia armaty w poziomie. Była to więc dość toporna metoda celowania. Inną
wadą był dość ograniczony zasięg działania tego urządzenia. Jej 75 mm działo
zdolne było do niszczenia celów na znacznych odległościach (najdalsze
zarejestrowane trafienie: 3000 metrów). Tymczasem FG 1250 (z użyciem lampy
zabudowanej na czołgu) umożliwiał obserwację zaledwie do 400 metrów. Była to
jednak różnica pomiędzy błądzeniem po omacku a zdolnością niszczenia celów w
mroku. Po pewnym czasie wypracowano sposób organizowania natarcia w nocy.
Podstawą zespołu był SdKfz 251/2 Uhu (Sowa), transporter opancerzony wyposażony
w reflektor podczerwony o średnicy 60 cm, składany do jego wnętrza na czas
transportu. Dzięki niemu Pantery (jego promieniowanie wystarczało do oznaczenia
celów dla wielu wozów) mogły korzystać tylko z lunet. Zasięg reflektora
dochodził do 1500 metrów. Nie przekładało się to jednak (ze względu na
techniczne ograniczenia FG 1250) na tak duży wzrost zasięgu nocnego urządzenia
obserwacyjnego, który zwiększył się do 700 metrów. Bezpośrednią ochroną
zajmowała się piechota przewożona w transporterach SdKfz 251/21 Falke (Sokół), w
których lunety instalowano zarówno na stanowisku strzelca, jak i kierowcy. Sama
piechota też dysponowała własnymi zestawami.
Urządzenia noktowizyjne, wprowadzone w porę, byłyby darem niebios dla
niemieckich czołgistów. Wojska aliantów były całkowicie nieprzygotowane do
stawienia czoła nowemu zagrożeniu (jednak trzeba pamiętać, że wszystkie armie
biorące udział w II wojnie uwzględniały w regulaminach walkę w nocy). Na
przeszkodzie stanęły jednak jak zwykle czas i moce produkcyjne. Według obliczeń
od końca 1944 roku do końca wojny na obu frontach pojawiło się nie więcej niż 50
Panther różnych wersji (w większości Ausf. G) przystosowanych do przenoszenia FG
1250. Przemysł „za pięć dwunasta” wyprodukował łączenie tysiąc sztuk tych
celowników, ale w tym czasie nie było już na czym ich montować, jako że nie
istniał już system zaopatrzeniowy.
Własne zestawy otrzymała także piechota. Nazwano je ZG 1229. Były mniejsze i
lżejsze niż FG 1250, ale dysponowały również mniejszym zasięgiem. Tak jak w
poprzednim wypadku, zestaw składał się z reflektora podczerwonego i lunety.
Lampę mocowano nad lunetą, zamontowaną (tak jak celownik optyczny) na broni.
Jedyną konstrukcją, co do której istnieje pewność, że instalowano na niej to
urządzenie, to StG 44. Twierdzenia o stosowaniu karabinów maszynowych z
celownikami noktowizyjnymi (poza MG 42 z transporterów Falke) nie znalazły jak
do tej pory potwierdzenia.
Żołnierz wyposażony w karabin z FG 1229 zwanym „Wampir”, cały układ zasilający
musiał przenosić na sobie. Na stelażu plecaka szturmowego mocowano dwie baterie.
Górna, w drewnianej obudowie, służyła do zasilania lampy, natomiast dolna
(umieszczona w zmodyfikowanej puszcze na maskę przeciwgazową) zapewniała prąd
niezbędny do funkcjonowania lunety. Całość baterii ważyła 13 kilogramów, a
luneta z reflektorem dokładała do wyposażenia żołnierza około 2,3 kilograma.
Broń wymagała również drobnej modyfikacji (prócz szyny montażowej) w postaci
tulejkowatego tłumika płomieni, mającego za zadanie uchronienie strzelca przed
oślepieniem przy prowadzeniu ognia. StG 44 żadną miarą nie dawał się nazwać
bronią dla strzelca wyborowego. Z zamontowanym ZF-4 pełnił funkcję zbliżoną do
dzisiejszych karabinków M4 z różnymi celownikami optycznymi, a nie karabinu
snajperskiego. Z celownikiem nocnym był już zupełnie nieprzydatny w tej roli,
jako że jego maksymalny zasięg działania wynosił około 70 metrów. Do końca wojny
powstało przypuszczalnie 300 sztuk tych urządzeń.
Niemcy, prócz znaczącej przewagi sprzętowej nieprzyjaciół, byli także w
mniejszości jeśli chodzi o liczbę piechoty. Powoływano coraz to młodsze
roczniki, ale straty bezustannie rosły. Jednym ze środków zaradczych miało być
rozwinięcie całkiem nowej gałęzi broni – karabinów o krzywych lufach. Dzięki nim
niemieccy żołnierze mogli by walczyć bez wystawiania się na ostrzał. Pierwszym i
podstawowym problemem w tego typu konstrukcjach jest sam pocisk. Część jego
budowy jest stworzona tylko i wyłącznie po to, by łatwo wbił się w gwinty lufy,
nadające mu ruch wirowy. Bez nich karabin stałby się tylko szybkostrzelną
strzelbą gładkolufową. Zmuszenie do skrętu pędzącego z dużą szybkością długiego
kawałka metalu jest w praktyce niemożliwe, przez co prace praktyczne stały przez
długi czas miejscu. Sytuacja uległa zmianie pod koniec 1943 roku, za sprawą
wprowadzenia w StG 44 i amunicji 7.92x33. Jej pocisk był krótszy od zwykłej
amunicji mauserowskiej 7.92x57, co natchnęło niemieckich projektantów do próby
stworzenia działającej broni o zagiętej lufie. W teorii Krummlauf, bo tak
nazywano nową konstrukcję, ofiarował wiele nowych możliwości. Rzeczywistość
odstawała jednak od założeń. Pociski, choć krótsze od mauserowskich, nie
wytrzymywały naprężeń powstających przy pokonywaniu zakrętu. Z wylotu
wydostawały się kawałki płaszcza, ołowiu i pogięte rdzenie. Sama nasadka również
nie wytrzymywała zbyt długo tego rodzaju traktowania, całość uznano jednak za
wartą dalszego rozwoju.
To dzięki dążeniu do posiadania coraz skuteczniejszych, wyspecjalizowanych
środków walki powstały działa kolejowe kalibru 800 mm (Dora i Gustaw) czy
samobieżne moździerze Karl, strzelające amunicją 600 lub (zależnie od założonej
lufy) 540 mm. Pomimo rozmiarów okazały się bardzo skuteczne na polu walki, ale
były zbyt mało mobilne. Nieco inaczej potoczyły się losy kilku dość
„nieortodoksyjnych” projektów. Koronne miejsce wśród nich zajmuje V-3,
superdziało mające zniszczyć Londyn. Nie posiadało żadnego łoża, kół,
oporopowrotnika i wielu innych elementów, spotykanych w konwencjonalnej
artylerii. Mówiąc wprost, była to rura z zamkiem, położona na długiej betonowej
pochyłej podstawie. Po obu bokach dołączano specjalne komory z materiałem
wybuchowym (planowo 20, później ich liczbę znacząco zmniejszono). W teorii, po
zainicjowaniu detonacji głównego ładunku miotającego i minięciu przez pocisk
pierwszej pary komór, miano zdetonować znajdujące się tam ładunki, co miało
zwiększyć jego prędkość. W miarę przesuwania się pocisku wewnątrz kanału lufy,
odpalano kolejne komory. Całość, zbudowana ze skręcanych odcinków, miała tworzyć
działo zdolne do ostrzeliwania pociskami dużego kalibru daleko położonych celów
– w tym wypadku planowano ostrzał Londynu ze stanowisk w północnej Francji.
Osiągnęli lepsze wyniki w dziedzinie prędkości i zasięgu, choć znacznie mniejsze
od założonych, ale nadal dużo do życzenia pozostawiała celność. Poza tym co
pewien czas działo eksplodowało, niszcząc jeden lub dwa segmenty. Do końca wojny
nie udało się osiągnąć wystarczających rezultatów, by przyjąć konstrukcję na
uzbrojenie. Zbudowano co prawda na przylądku Gris Nez betonowe schrony mające
mieścić działa, które szybko przyciągnęły uwagę alianckich samolotów
rozpoznawczych, a co za tym idzie – ciężkich bombowców, które zniszczyły
obiekty, jednak było to działanie na wyrost. Dwa prototypy, jeden z 20 komorami
umieszczonymi pod kątem prostym, drugi z 10 odchylonymi w tył o 45 stopni,
przejęli alianci.
Dość osobliwe miejsce w historii niemieckich badań zajmują działa akustyczne i
wiatrowe. Oba były dzieckiem pana Zippermayera. Pierwsze zakładało wytworzenie
poprzez eksplozje metanu serii fal dźwiękowych, mających się na siebie nałożyć w
odpowiednio wyliczonym miejscu. Efektem takiego spotkania miał być morderczy
dźwięk wysokiej częstotliwości, zabijający wszystkich w pobliżu. Podczas testów
na zwierzętach ustalono, że konstrukcja taka jest rzeczywiście skuteczna z
bliskich odległości. Ludzie oddaleni o 300 metrów odczuwali silny ból głowy.
Druga konstrukcja, zwana Windkanone, również opierała się na serii detonacji –
cel miały niszczyć fale uderzeniowe kierowane przez specjalnie wyprofilowane
dysze. Na poligonie łamano dziesięciocentymetrowe deski z odległości 200 metrów.
Oba działa, choć wysoce skomplikowane i trudne w transporcie, udowodniły
doświadczalnie słuszność stojących za ich stworzeniem teorii. Żadne nie weszło
jednak na uzbrojenie armii niemieckiej. Przyczyną był zamierzony cel stworzenia
obu konstrukcji, a mianowicie użycie ich jako broni przeciwlotniczej. Chociaż
oddziaływały na bliskie cele, nie miały szans wywrzeć najmniejszego wpływu na
samolot lecący na wysokości kilku tysięcy metrów. Po stwierdzeniu tego faktu oba
prototypy porzucono.
27 sierpnia 1939 w powietrze wzbił się He 178V-1, pierwszy niemiecki samolot o
napędzie turboodrzutowym. Sam silnik nadal wymagał wielu udoskonaleń, jednak
była to bardzo obiecująca technologia. Co ciekawe, RLM aż do marca 1940 roku nie
było zainteresowane wspieraniem rozwoju maszyn z nowymi silnikami. Niemcy w
obliczy rychłego zwycięstwa podchodzili dość niechętnie do rozwijania nowych
technologii, mimo to Heinkel na własną rękę kontynuował prace. 2 kwietnia 1941
roku pojawił się na niebie He-280V-1, pierwszy prototyp myśliwca odrzutowego.
Tym samym Niemcy stanęły przed szansą wprowadzenia do służby liniowej myśliwca
przechwytującego o prędkości 800 km/h, uzbrojonego w trzy (w planach sześć)
działka 20 mm (prototyp V-6) na przełomie 1942/43 roku. Podczas testów prototyp
zdołał pokonać w walce powietrznej Fw 190A, najnowocześniejszy wówczas myśliwiec
Luftwaffe. Przymierzano się już do rozpoczęcia seryjnej produkcji He 280B-1 w
tempie około 300 sztuk miesięcznie, jednak w tym momencie na scenę wkroczył
odwieczny rywal Ernsta Heinkla, Willy Messerschmitt ze swoim Me 262. Była to
konstrukcja na tyle obiecująca, że cały projekt produkcji He 280 odłożono ad
acta i skoncentrowano się na Me 262. Konstrukcja Heinkla zdążyła się jednak
zapisać w historii lotnictwa innym ważnym wydarzeniem. 13 stycznia 1942 roku
pilot He 280V-1 zmuszony był do opuszczenia maszyny z powodu oblodzenia i utraty
sterowności. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że użył w tym
celu fotela wyrzucanego. Było to pierwsze w historii katapultowanie się z
pokładu samolotu.
Decyzją niemieckich prominentów pierwszym myśliwcem odrzutowym niemieckich sił
zbrojnych miał zostać Me 262 Schwalbe (Jaskółka). Co ciekawe, w przeciwieństwie
do odrzuconej maszyny Heinkla, Me 262V-1 przez pewien czas, począwszy od
pierwszego lotu 30 marca 1942 roku, latał z silnikiem tłokowym zamontowanym w
nosie maszyny, uzupełniającym dwa silniki turboodrzutowe pod skrzydłami.
Pierwszym „czysto” odrzutowym prototypem był V-3 (V-2 również miał pomocniczy
silnik tłokowy), oblatany 18 lipca 1942 roku. Po okresie „dziecięcym”, podczas
którego zmagano się z usterkami silników i poprawianiem płatowca, przyjęto
pierwsze założenia produkcyjne. Pierwsze maszyny serii przedprodukcyjnej miały
trafić do lotnictwa w styczniu 1944 roku, a w połowie maja osiągnięto by
docelowy pułap produkcji, czyli 100 sztuk miesięcznie. Te optymistyczne
założenia pokrzyżowały jednak problemy z silnikami, które nadal wykazywały
oznaki niedopracowania, a ponadto coraz bardziej odczuwano brak tak zwanych
„metali strategicznych”, jak wolfram, niezbędnych w produkcji. Wpływ na
opóźnienia miał też Hitler, który nalegał na wprowadzenie Me 262 do służby
wyłącznie w roli szybkiego bombowca szturmowego. Karierę bojową Me 262 zaczął w
kwietniu 1944 roku, kiedy to do akcji wkroczyło Erpropungskommando 262. Akcje
bojowe rozpoczęto jednak dopiero w lipcu. Rychło też wyszły na jaw niedomagania
nowych maszyn, związane z pożarami silnika i łamaniem podwozia. W wypadku
złamania przedniej goleni myśliwiec rył nosem w podłoże, uszkadzając dziób i
silniki. Co ważniejsze, ówczesne silniki turboodrzutowe nie posiadały dopalaczy,
przez co myśliwce potrzebowały dłuższego pasa niż tłokowi kuzyni. Z tego samego
powodu podczas lądowania Me 262 nie był zdolny do szybkiego przyspieszenia i
ucieczki przed atakującym wrogiem, przez co odrzutowce musiały być ochraniane w
rejonie baz przez konwencjonalne myśliwce. Mimo problemów niemieccy piloci
robili co tylko mogli, by zadać aliantom jak najwięcej strat. Najlepszym
wynikiem było zestrzelenie trzynastu brytyjskich bombowców przez osiem Me 262,
używających czterech działek pokładowych MK 108 kalibru 30 mm i niekierowanych
rakiet powietrze-powietrze R4M podczas jednego ataku. Były to jednak tylko
odosobnione wyczyny, wystarczające do zbudowania legendy, ale niemogące
zatrzymać strumienia bombowców kierujących się dzień i noc nad Niemcy. Me 262
nie były zresztą niezniszczalne, co nieraz udowadniali strzelcy bombowców i
piloci myśliwców. W sprzyjających warunkach alianckie myśliwce mogły dogonić Me
262 przechodząc w ostry lot nurkowy, częściej jednak dopadano je w pobliżu
lotnisk. Koniec końców, Luftwaffe przyjęła na uzbrojenie 1433 maszyny. W skali
frontów było to żałośnie mało, jednak nawet ta liczba sztucznie zawyża udział
tych myśliwców w walkach. Większość maszyn nigdy nie wzbiła się w powietrze. 497
samolotów zostało zniszczonych przed dostarczeniem ich do jednostek, gdzie
dotarło 936 sztuk Me 262. Tu często stały z braku paliwa bądź przeszkolonych
pilotów. Część została celowo uszkodzona w fabrykach przez pracujących tam
robotników przymusowych, co dodatkowo obniżało liczbę gotowych do służby
samolotów. W walce wzięło udział najprawdopodobniej jedynie 300 Me 262. Udało
się im strącić około 735 maszyn na obu frontach przy stracie około 100
odrzutowców.
Me 262 nie były jedynymi myśliwcami o napędzie turboodrzutowym przyjętymi do
uzbrojenia przez III Rzeszę. Na niebie przed końcem wojny pojawił się mniejszy
He 162. Przyczyny jego powstania tkwią w opóźnieniu we wprowadzeniu większego
brata. Z tego powodu, jak wspomniano, Luftwaffe dysponowała mniejszą ilością
odrzutowych myśliwców niż było to niezbędne. Rozwiązaniem problemu miało się
stać wprowadzenie „ludowego” myśliwca – Volksjäger. Podstawą takiego założenia
było panujące w systemie narodowosocjalistycznym przekonanie o szczególnych
właściwościach duchowych młodzieży wychowanej przez Partię. Ten pogląd prowadził
do tworzenia rozmaitych jednostek złożonych z członków Hitlerjugend, z których
największą była 12. Dywizja Pancerna SS. W teorii, młodzi ludzie przesiąknięci
ideami narodowego socjalizmu mieli być lepszymi żołnierzami od Niemców
pozbawionych tej „duchowej” podbudowy. Słuszność takiego założenia jest dość
dyskusyjna, jednak dla nazistów ta młodzież była swoistą żywą Wunderwaffe, i
oczekiwano że będzie dokonywać cudów. Teraz postanowiono wysłać członków
Hitlerjugend w przestworza za sterami odrzutowych myśliwców – He 162 Spatz
(Wróbel). Nowa konstrukcja miała być całkowicie przystosowana do wymogów masowej
produkcji, mało części z materiałów strategicznych, dużo drewna, jako że od
października 1945 roku planowano produkcję 100 Me 262 i 530 He 162, przy
całkowitym wstrzymaniu wytwarzania Bf 109 i Fw 190. 29 września firma Heinkel
podpisała kontrakt na dostawę nowych myśliwców. Były to łatwe w produkcji,
niewielkie maszyny z pojedynczym silnikiem umieszczonym na grzbiecie. Była to
dość niefortunna lokalizacja, zagrażająca życiu pilota podczas katapultowania
się i utrudniająca sterowanie, jednak zrobiono to w celu uratowania cennej
jednostki napędowej przed zniszczeniem w razie lądowania awaryjnego. Część
poszycia wykonano ze sklejki. Uzbrojenie składało się z dwóch działek MG 151
kalibru 20 mm, nie przewidywano żadnych podwieszeń. Za sterami mieli zasiąść
członkowie Hitler Jugend po krótkim szkoleniu szybowcowym. Utworzono nawet
specjalną szkołę w Trebbinie, posiadającą w parku maszyn między innymi specjalną
treningową odmianę He 162 pozbawioną napędu. Początkowo zakładano bezpośrednie
przejście młodych pilotów z szybowców do odrzutowców. Na szczęście dla tych
niedoszłych asów przestworzy, zarządzono loty kontrolne na treningowych
jednopłatach Ar 96. Testy udowodniły dobitnie bezsensowność całej idei szybkiego
szkolenia, więc proces edukacji uzupełniono o loty na innych typach maszyn, w
tym na dwumiejscowych Bf 109G-12 lub planowanych dwumiejscowych He 162. Kolejny
cios idei „ludowego myśliwca” zadała sama maszyna. Była dość trudna w pilotażu,
a na dodatek stery przy gwałtownych manewrach dostawały się w obręb gazów
wylotowych z umieszczonego na grzbiecie silnika, przez co przestawały spełniać
przez chwilę swe zadania. Zazwyczaj wystarczało to do rozbicia maszyny. Czasami
do głosu dochodziły wady konstrukcyjne, objawiające się odpadaniem na przykład
lotek podczas lotu. Na szczęście He 162 wyposażono w fotel wyrzucany. Łącznie
powstało od 140 do 150 samolotów tego typu. Jedyną jednostką wyposażoną w He 162
stała się JG-1, złożona z doświadczonych pilotów, latających wcześniej na Fw
190. Proces przezbrajania rozpoczęto 8 lutego. 20 kwietnia osiągnęła gotowość
bojową. Wątpliwym sukcesem odniesionym tego dnia było pierwsze katapultowanie
się w warunkach bojowych w wykonaniu Rudolfa Schmitta, w którego maszynie zepsuł
się silnik.
Jedną z dwóch konstrukcji samolotów rakietowych, które doczekały się
wprowadzenia do służby, był słynny Me 163 Komet (Kometa). Była to niewielka
maszyna wykonana w dużej części z drewna. W teorii, tego typu maszyny miały być
używane do obrony szczególnie ważnych miejsc i instalacji. Z racji niewielkiego
zasięgu, startowały, gdy nieprzyjaciel był już w pobliżu celu. Start odbywał się
w konwencjonalny sposób, z użyciem silnika rakietowego na paliwo ciekłe,
stanowiącego jedyny napęd maszyny. Po oderwaniu się od ziemi polot odrzucał
dwukołowy wózek, korzystając przy lądowaniu z płozy. Jeśli uczynił to na zbyt
małej wysokości, wózek mógł odbić się od ziemi i uderzyć w maszynę. Następnie
pilot podnosił nos samolotu i ostro wznosił się do góry. W założeniu pilot po
osiągnięciu przewagi wysokości nad formacją miał wyłączać silnik, przeprowadzić
atak w szybkim locie ślizgowym, a następnie reaktywować silnik, by ponownie
nabrać wysokości i przystąpić do kolejnego ataku. Po wyczerpaniu amunicji pilot
miał oddalić się od nieprzyjaciela lotem ślizgowym i powrócić do bazy. Praktyka,
jak to zazwyczaj bywa, szybko odsłoniła słabe strony nowego samolotu. Obydwa
składniki paliwa (T-Stoff i C-Stoff) połączone, gwałtownie zapalały się, przez
co przy tankowaniu wymagana była absolutna ostrożność. Dalsze problemy sprawiała
sama taktyka użycia. Atakując w najlepszy sposób, czyli od czoła, pilot miał
zaledwie ułamki sekund na otworzenie ognia z dwóch działek 30 mm MK 108.
Truizmem byłoby tu podkreślanie wrażliwości kadłuba Me 163 na ostrzał. Po
zakończeniu ataku pilot musiał jak najszybciej oddalić się od nieprzyjaciela,
korzystając z resztek posiadanego paliwa. Kiedy silnik zamierał, alianckie
myśliwce nie miały większych kłopotów z przechwyceniem intruza. Bardzo szybko
amerykańscy piloci nauczyli się nie gonić Me 163 podczas ataku na bombowce, a
raczej podążać za nimi aż do momentu, kiedy Komecie skończyło się paliwo. Wtedy
eskorta mogła przystąpić do wykonania aktu zemsty. Jedyną bronią pilota szybowca
była jego zwrotność. Pomocą była tu też niewielka odległość do bazy, będącej
równocześnie silnym skupiskiem broni przeciwlotniczej, stwarzającej ochronną
kurtynę wokół powracających samolotów. Jednak pilot nie mógł jeszcze odetchnąć,
jako że czekało go trudne lądowanie.Me 163 był pod tym względem bardzo
wymagający i nie tolerował błędów. Koniec misji następował dopiero w momencie
całkowitego zatrzymania maszyny. Pierwszą i jedyną jednostką wyposażoną w nowe
samoloty była Jagdgeschwader 400, powstała w maju 1944 roku. Pierwsze działania
bojowe rozpoczęto w lipcu. Bardzo szybko wyszły na jaw wszystkie niedomagania, z
utrudnieniami w celowaniu na pierwszym miejscu. Starano się temu zaradzić
montując na Kometach urządzenie o kodowej nazwie SG 500. W nasadach skrzydeł
umiejscowiono dziesięć pionowo skierowanych wyrzutni (po pięć po każdej
stronie). W tubach znajdowały się pociski 50 mm wraz z materiałem miotającym.
Dzięki takiemu umiejscowieniu broni pilot nie musiał już celować w samolot, lecz
tylko przelecieć pod nim. Odpalenie następowało automatycznie dzięki
zainstalowaniu fotokomórki, reagującej na cień wytwarzany przez kadłub bombowca.
Co ciekawe, była to broń bezodrzutowa, jako że w momencie strzału cała komora
wylatywała z mocowania w dół. Tym samym jej masa równoważyła masę pocisku, a
siły oddziałujące na płatowiec zostały zredukowane do minimum. 10 kwietnia 1945
udało się zestrzelić tą metodą jeden czterosilnikowy bombowiec nie ustalonego
typu (prawdopodobnie Halifax). Nie była to broń doskonała, jako że do wystrzału
wystarczał jakikolwiek cień padający na fotokomórkę, nawet ten wywołany przez
samą maszynę. Do końca wojny wyprodukowano około 300 maszyn. Jego następca, Me
263, nie wyszedł poza etap prototypu. W walkach z całej JG 400 wzięła udział
tylko I/JG 400. Piloci Kometów mogli zapisać na swoje konto zaledwie około
dwunastu maszyn wroga, przy stratach bojowych pięciu Me 163.
Drugim myśliwcem rakietowym, mającym bronić miast i fabryk Rzeszy przed
bombardowaniami, był Ba 349 Natter (Żmija). Co ciekawe, firma Bachem powstała w
1944 tylko i wyłącznie w celu zaprojektowania samolotu myśliwskiego o napędzie
rakietowym, a Ba 349 był jej jedynym produktem. Starając się maksymalnie
uprościć konstrukcję, cały kadłub wykonano z drewna. Dość nowatorsko
potraktowano także kwestę startów i lądowań. Aby uniknąć problemów związanych z
atakowaniem samolotów na lotniskach, nowa maszyna startowała pionowo ze
specjalnej dwudziestometrowej wyrzutni stacjonarnej. Planowano stworzenie
mobilnej wyrzutni z zapasem dwóch samolotów, jednak pozostała w sferze marzeń.
Etap lądowania nie istniał. Podobnie jak Me 163, Ba 349 miały zostać
rozmieszczone wokół najważniejszych fabryk. Standardowy schemat użycia zakładał
odpalanie jak największej ilości maszyn mających szanse na atak. Pięć minut po
ogłoszeniu alarmu wszystkie Ba 349 przewidziane do wysłania w bój miały być
gotowe do lotu. Samolot wyposażono w silnik rakietowy na paliwo ciekłe,
identyczny z montowanym w Me 163. Jak większość tego typu konstrukcji z okresu,
miał kłopoty z szybkim osiągnięciem maksymalnego ciągu, dlatego z tyłu kadłuba
przyczepiano cztery dopalacze rakietowe na paliwo stałe. Pracowały aż do momentu
osiągnięcia pełnej mocy przez silnik główny, potem je odrzucano. Dodatkową
zaletą takiego rozwiązania było to, że nawet w razie awarii silnika na paliwo
ciekłe, ich połączona moc wystarczała na wyniesienie Ba 349 na odpowiednią do
skoku ze spadochronem wysokość. W fazie pionowego wznoszenia samolot kierowany
był drogą radiową z ziemi. Dopiero na wysokości 10.000 metrów, po około minucie
od odpalenia, pilot przejmował kontrolę nad maszyną, kierując ją w stronę wroga.
Na nosie Żmii zamontowano prymitywny celownik pod postacią kółka na małym
pręciku. Kiedy cel, czterosilnikowy bombowiec, mieścił się idealnie w kółku,
dotykając końcówkami skrzydeł jego krawędzi, Ba 349 był w odpowiedniej
odległości, około 600 metrów, do ataku. Jego bronią była bateria rakiet
umieszczonych w nosie maszyny. Zależnie od wersji, były to 24 rakiety Hs 217
kalibru 73 mm lub 33 rakiety 55 mm R4M. Startując, rozbijały osłonę dziobu,
zapewniającą do tej pory lepszy opływ powietrza. Rakiety były niekierowane, więc
trafienie było w zasadzie kwestią szczęścia. Po ich wystrzeleniu bezbronny
samolot musiał przelecieć przez wrogą formację, jako ze był niezdolny do nagłych
manewrów. Sterowanie odbywało się nie za pomocą lotek, których nie miał, lecz
dzięki odchylaniu strumienia gazów wylotowych silnika. Na szczęście kabinę
zabezpieczono płytami pancernymi przed ostrzałem pociskami 12,7 mm, stosowanymi
zarówno na B-17 jak i P-51. Jeśli wszystko przebiegło bez zakłóceń, pilot musiał
dokonać czegoś, co leży w sprzeczności z zasadami wpajanymi podczas szkolenia, a
nawet zdrowym rozsądkiem – rozmontować swój samolot. Kiedy maszyna znajdowała
się na około 4000 metrów, rozłączał wszelkie połączenia w kabinie i aktywował
spadochron zamontowany z tyłu kadłuba. Jednocześnie ładunki wybuchowe odrzucały
dziób razem z pustą wyrzutnią i osłoną kabiny. Szarpnięcie wywołane przez
otwarcie głównego spadochronu wyrzucało pilota z siedzenia, który opadał na
ziemię na własnym spadochronie. Po kilku minutach od startu pilot był już na
ziemi, tak samo jak tylna część samolotu z silnikiem, który po krótkim remoncie
ponownie wykorzystywano do złożenia kolejnego Ba 349. Odpowiednią motywację
zapewniał Himmler, wykazujący znaczne zainteresowanie Ba 349, jako przyszłą
Wunderwaffe dla SS. Zamówiono 50 sztuk dla Luftwaffe i 150 dla SS. Przed końcem
wojny przygotowano około 36 samolotów. 10 z nich zdążono przygotować już do
akcji, jednak amerykańskie czołgi były szybsze i Niemcy zmuszeni byli spalić
większość Ba 349.
Samoloty odrzutowe otrzymało też lotnictwo bombowe pod postacią Ar 234 Blitz
(Błyskawica). Była to maszyna wyposażona w dwa silniki turboodrzutowe Jumo 004,
takie same jak w Me 262. Pierwsza maszyna (Ar 234V-7) wykonująca lot bojowy 2
sierpnia 1944 roku nie posiadała jeszcze podwozia. Start odbywał się z pomocą
trójkołowego wózka, odrzucanego po starcie. Jak to miało miejsce praktycznie
przy wszystkich niemieckich odrzutowcach, start wspomagano silnikami
rakietowymi. W tym wypadku były to dwa silniki firmy Walther, zawieszane pod
skrzydłami. Po wypaleniu odrzucano je na spadochronach. Ar-234 lądował na trzech
płozach, jednej głównej pod kadłubem i dwóch pomocniczych, ulokowanych pod
gondolami silników. V-7 był samolotem rozpoznawczym, przenoszącym aparaty
fotograficzne zamiast bomb. Bronią prawdziwie ofensywną był Ar 234B-2, który po
raz pierwszy wszedł do akcji 24 grudnia 1944 roku. Maszyna ta mogła przenosić do
1500 kilogramów bomb. Aby ułatwić starty i lądowania, samoloty wyposażono w
konwencjonalne podwozie, choć stosowanie pomocniczych silników rakietowych nadal
było niezbędne. Przez długi czas ich piloci (Ar 234 były maszynami
jednoosobowymi) byli całkowicie bezpieczni, jednak alianccy myśliwcy szybko, tak
samo jak w wypadku Me 262, nauczyli się polować na odrzutowce podchodzące do
lądowania lub też atakować je z zaskoczenia z lotu nurkowego. Łącznie powstało
około 210 maszyn różnych wersji, z których jednak do jednostek liniowych dotarła
zaledwie połowa. Pod względem konstrukcyjnym była to łatwa w prowadzeniu i
bardzo zwrotna maszyna, zdolna do wymanewrowania Me 262. W walce Ar 234
sprawdziły się bardziej w roli samolotów rozpoznawczych, zdolnych do szybkiego
przedarcia się przez linie wroga, wykonania fotografii i powrotu do bazy. Jak na
bombowce miały zbyt mały udźwig bomb, mogły być więc skuteczne tylko w atakach
na cele punktowe. Jego największy atut, szybkość, nie wystarczał do zapewnienia
sobie bezpieczeństwa.
Mimo że narodziny silnika turboodrzutowego zwiastowały koniec ery myśliwców o
napędzie tłokowym, na niebie Rzeszy pojawiła się Wunderwaffe mająca za napęd
właśnie takie silniki. Był to Do 335 Pfeil (Strzała), ciężki myśliwiec
dwusilnikowy o dość nietypowym rozmieszczeniu napędu – jeden silnik umieszczono
z przodu, a drugi z tyłu. W ten sposób maszyna była zarówno „ciągnięta”, jak i
„pchana”. Potencjalnie takie rozwiązanie ma wiele zalet. Maszyna, dysponując
mocą dwóch silników, stawia opór aerodynamiczny jak samolot jednosilnikowy. W
razie problemów pilot zawsze ma do dyspozycji drugi silnik, co zwiększało
bezpieczeństwo samolotu. Ten dodatkowy „bonus” był też jednak największą
bolączką Do 335. Przedni silnik swobodnie korzystał z dobrodziejstw
przepływającego chłodnego powietrza zapewniającego mu dobre chłodzenie. Tylny
Daimler-Benz, schowany w kadłubie, był pod tym względem bardzo „poszkodowany”.
Prowadziło to do przegrzewania się tej jednostki napędowej, a nawet pożarów. Co
więcej, wirujące z zabójczą prędkością śmigło mogło znacząco utrudnić ewakuację
z maszyny. W tym celu założono specjalne ładunki wybuchowe, mające za zadanie
odpalenie górnego steru pionowego oraz śmigieł. Pilot opuszczał maszynę z pomocą
fotela wyrzucanego. Pomimo trudności, jakie niósł ze sobą nietypowy układ,
rozwijano wersje myśliwskie i niszczycielskie. Program początkowo miał być
„planem B” dla raczkujących myśliwców odrzutowych, jednak po ich sukcesie tempo
prac zmalało (pierwszy lot Do 335 – 26 października 1943 roku). Nadal jednak, aż
do 1945 roku liczono na stworzenie z Do 335 skutecznego niszczyciela. Łącznie
powstało 35 maszyn jednomiejscowych wraz z 14 prototypami i kilka dwuosobowych
maszyn szkolnych. Samoloty przekazane wojsku zgrupowano w Erprobungskommando
335. Maszyny wykonywały loty w obecności wroga, alianccy piloci meldowali o
spotykaniu samolotów podobnych do Do 335, przezwanych przez załogi „Mrówkojad”,
jednak nie doszło pomiędzy nimi do walk, a możliwości bojowe tej nietypowej
maszyny nigdy nie zostały sprawdzone. Przed końcem wojny usiłowano doprowadzić
do końca rozwój trzech kolejnych konstrukcji o napędzie odrzutowym, bombowca Ju
287 (prototyp poskładano z części He 177, Ju 388, Ju 352 i zdobycznego B-24)
myśliwca przechwytującego Messerschmitt P.1101 i latającego skrzydła Ho-229. W
pierwszym i trzecim wypadku zdołano oblatać prototypy i zaplanować dalsze
modyfikacje, w drugim maszynę ukończono w 80%. O ile z punktu widzenia techniki
lotniczej miały pewien wpływ na rozwój lotnictwa, to III Rzesza nie miała z nich
żadnych korzyści.
W czasie gdy eksperymentalna amerykańska maszyna Sikorsky'ego była w stanie
zaledwie na kilka chwil wzbić się w powietrze, niemiecki Fw61 wraz z Hanna
Reitsch na pokładzie odbył swój pierwszy pokazowy lot i to w hali sportowej
Deutchlandhalle w 1938 roku! Konstrukcje te trafiły do służby dopiero w 1945
roku. Brak funduszy spowodował, że niemieckie lotnictwo nie otrzymało ich już w
1940 roku, choć taka szansa rzeczywiście istniała. Po typowych problemach z
pierwszymi konstrukcjami, we wrześniu 1939 roku zbudowano pierwszy prototyp
Fa223("Drache"). W porównaniu do poprzedniej konstrukcji Fw61 miał znaczące
zmiany: całkowicie zabudowano kabinę i komorę ładunkową. Cała konstrukcja była o
wiele lepiej zaprojektowana i wyglądała na wskroś nowocześnie. Po pomyślnie
przeprowadzonych testach zaplanowano zbudować parę wersji, począwszy od
śmigłowca przeznaczonego do walki z okrętami podwodnymi do wersji czysto
transportowej, zaopatrującej wojsko w terenach górskich. Jednak na skutek błędów
pilotów, a przede wszystkim alianckich nalotów większość prototypów została
zniszczona. Stopniowo Alianci zniszczyli także większość zakładów produkcyjnych.
W końcu jedną z maszyn udało się zbudować na lotnisku Tempelhof, mimo, że wówczas
najbardziej chyba atakowanym celem w Niemczech! W lutym 1945 roku na specjalny
rozkaz Fuhrera załoga Drache trasą Berlin - Szczecin - Gdańsk doleciała do
obleganego Gdańska wprost nad głowami nacierających Sowietów. Stamtąd po
zdobyciu paliwa polecieli do Rugii, w sumie w ciągu 16 godzin i 25 minut
pokonali rekordowy w tym czasie dystans 1500 kilometrów. Świadczy to wybitnie
jak wytrzymałą konstrukcją był Fa 223. Niemcy także posiadali eksperymentalne
śmigłowce - dźwigi, których typowym zadaniem było przetransportowanie działa
artyleryjskiego zawieszonego w siatce pod kadłubem. Próby takie odbywały się w
ośrodku w Mittenwald. I znów alianci pokrzyżowali plany. Nalot na Laupenheim,
gdzie je produkowano, spowodował przeznaczenie środków na inne cele. Podczas
wojny Niemcy zdecydowanie wyprzedzili innych w tej dziedzinie, ale nie miało to
zupełnie żadnego przełożenia na obraz wojny.
Programy rakietowe III Rzeszy można podzielić na defensywne i ofensywne. Nowa
technologia, była często używana, pomimo swojego etapu broni prototypowej.
Potencjalnie masowe użycie rakiet przeciwlotniczych niosło ze sobą znaczne
korzyści, gdyż w tego typu broni nie występowały problemy z pilotem, ani z
zagadnieniem powrotu części urządzenia na ziemię. Ilość potrzebnej na wyrzutni
infrastruktury była stosunkowo niewielka, a prawdopodobieństwo trafienia w cel
duże. III Rzesza prowadziła kilka programów kierowanych pocisków rakietowych,
były to: Enzian (Goryczka, sterowany drogą radiową, w pobliżu celu miał przejść
na samonaprowadzanie na źródło ciepła), Wasserfall (Wodospad), Schmetterling (bMotyl)
oraz Rheintochter (córa Renu), kierowane drogą radiową. Na udział w walkach
zdążyła za to dwie inne konstrukcje, kierowane bomby lotnicze Hs 293 i Fritz-X.
Obie stanowiły dość udane rozwiązanie problemu zwalczania żeglugi przez bombowce
horyzontalne. Bojowa historia Hs 293 rozpoczęła się 25 sierpnia 1943 roku, kiedy
to Do 217 z KG-40 zaatakował dwa brytyjskie eskortowce w Zatoce Biskajskiej,
uszkadzając je. Dwa dni później na dno poszła korweta HMS Egret, będąc tym samym
pierwszym okrętem zatopionym przez bombę kierowaną. Jądrem nowej konstrukcji
była zwykła SC-500, z dołączonymi skrzydłami, usterzeniem, układem kierowania i
pomocniczym systemem rakietowym. Szybko okazało się, że Hs 293 ma za małą moc
niszczącą, by stanowić rzeczywiste zagrożenie dla większych okrętów wojennych,
dlatego jego domeną stało się atakowanie mniejszych okrętów i transportowców.
Zasada działania była dość prosta. Bombę podwieszano pod bombowcem, tak samo jak
każdy inny rodzaj ładunku zewnętrznego. Po zrzuceniu uruchamiano silnik
rakietowy, pozwalający całości na dość szybkie osiągnięcie celu. Zasięg
określano na 11 kilometrów. Podczas lotu operator kontrolował pocisk za pomocą
niewielkiego drążka. Po upływie dwunastu sekund silnik gasł, więc pożądane było,
by w tym czasie Hs 293 dodarł do celu. Na konto tych pocisków można zapisać
zatopienie 16 (łącznie 400.000 ton) i uszkodzenie 9 jednostek pływających. Bomby
prześladowały usterki techniczne i nadmierna fantazja konstruktorów. Prowadzono
prace nad bombami naprowadzanymi za pomocy kamery telewizyjnej umieszczonej w
jej nosie, próbowano też zastąpić bombę torpedą. W tym wariancie Hs-293 uderzał
by w wodę przed celem, silnik wraz ze skrzydłami i usterzeniem oddzielałby się
pod wpływem upadku od torpedy, a ta samodzielnie miała zmierzać w kierunku celu.
Utworzono wersje od A do I, jednak tylko A i B wzięły udział w walkach (użycie
pojedynczego Hs 293 – telewizyjnego – jest dyskusyjne). A był „tradycyjnym”
wariantem kierowanym radiowo, B wyposażono w dwunastokilometrowy przewód. Była
to konieczna reakcja na stosowanie przez Aliantów systemów zakłócających,
będących skutkiem przechwycenia na lotniskach we Włoszech pewnej ilości Hs 293A
i Fritz-X. Po lądowaniu w Normandii używano ich do atakowania mostów, jednak bez
większych sukcesów. Fritz-X był niejako „większym bratem” Hs 293. Jego sercem
była ciężka bomba przeciwpancerna PC-1400 z głowicą o masie 320 kilogramów.
Zrezygnowano z dopalaczy rakietowych, zadowalając się smugaczem pomagającym
operatorowi nakierować bombę na cel. Do korpusu zamocowano cztery skrzydełka, a
standardowy statecznik zastąpiono skrzynkowatym ruchomym stabilizatorem.
Kierowano nią drogą radiową. Debiut bojowy Fritz-X przeszedł pod Salerno,
poważnie uszkadzając lekki krążownik USS Savannah. Przed końcem wojny zanotowano
zatopienie dwóch i uszkodzenie pięciu okrętów wroga. Były to jednak same
krążowniki lub pancerniki. Najsłynniejszą ofiarą jest niewątpliwie włoski
pancernik Roma, uciekający na południe po kapitulacji Włoch. Tak samo jak swój
mniejszy odpowiednik, Fritz-X używany był również do przeprowadzania ataków na
mosty, przy czym użyciu tej broni przypisuje się zniszczenie co najmniej jednego
mostu w północnej Francji. Historia niemieckich pocisków kierowanych obejmuje
jeszcze jedną konstrukcję, rakietowy pocisk powietrze-powietrze X-4. W teorii
byłby to niezwykle skuteczny pocisk, wyposażony w zapalnik akustyczny i
uderzeniowy. Jeśli byłaby taka potrzeba, sam pilot mógł również wywołać
detonację. O śmiercionośności X-4 stanowiła jego 20-kilogramowa głowica. Już na
etapie prób pojawiła się pewna „niedogodność”. X-4 ciągnął za sobą dwa cienkie
kable, służące do sterowania maszyną. Prócz groźby zaplątania się śmigła (lub
wciągnięcia kabla do wlotu silnika turboodrzutowego), pilot testowego Fw 190
miał kłopoty z podzielnością uwagi pomiędzy prowadzenie samolotu a kierowanie
pociskiem. Trudno sobie wyobrazić, jakie konsekwencje mogłoby to mieć podczas
walki. Niemcy postanowili więc podwiesić omawiane pociski pod Ju 88, a
naprowadzaniem ich na cel mógłby zajmować się bombardier.
Projekt rakiety pionowego startu A4 (niem. Aggregat 4), znanej później pod
wojskowym oznaczeniem V-2, opracowano już w połowie lat trzydziestych. Był to
projekt konstrukcji nowej broni prowadzony pod nadzorem dowództwa Wojsk Lądowych
Wehrmachtu, na który przeznaczono ogromne środki finansowe. Prace prowadzone
były w doświadczalnym ośrodku rakietowym w pobliżu wioski Kumersdorf w lasach na
południe od Berlina. Kierownikiem projektu z ramienia Wehrmachtu został gen.
Walter Dornberger, dyrektorem technicznym kierującym pracami badawczymi był
Wernher von Braun. Głównym przeznaczeniem pocisków V-2 był ostrzał miast
Wielkiej Brytanii. W tym celu na francuskim wybrzeżu kanału La Manche Niemcy
przygotowali schrony-wyrzutnie do wystrzeliwania rakiet. Zniszczenie znacznej
części wyrzutni przez alianckie lotnictwo zmusiło Niemców do przygotowania
wystrzeliwania rakiet V-2 z ruchomych wyrzutni, których 45 miało być
rozmieszczonych na wybrzeżu francuskim od Calais do Cherbourga. Inwazja wojsk
alianckich w czerwcu 1944 r. w Normandii uniemożliwiła realizację i tego planu.
Ostatecznie rakiety V-2 wystrzeliwano z terenu Holandii z okolic Hagi. Pierwsza
rakieta V-2 odpalona została 8 września 1944 o godz. 8.30 na Paryż. Do 27 marca
1945 r. z Holandii odpalono około 5500 rakiet, z których 2894 trafiły Londyn,
około 1600 Antwerpię, Brukselę i prawdopodobnie jedna - Paryż. Celem były także
inne miasta, m.in. Liege w Belgii, Lille we Francji, Maastricht w Holandii. Od
12 października Hitler wydał rozkaz atakowania rakietami tylko Londynu i
Antwerpii (jedynego w 1944 dużego portu aliantów zaopatrującego front zachodni).
Do zakończenia działań bojowych przez jednostki rakietowe ogółem odpalono 5500
rakiet V-2. Około 70% z nich trafiło w cele. Ostatnią rakietę odpalono 27 marca
1945. Nie wiadomo dlaczego nie użyto całego potencjału V2, czyli 20 tysięcy
rakiet. Użycie zaś odnosiło się do atakowania celów cywilnych i wojskowych, bez
uwzględnienia możliwości skoordynowanego ataku na front lub zgrupowanie wroga.
Okręty podwodne typu XXI uważane są za najlepsze okręty podwodne II wojny
światowej, ale weszły do służby o wiele za późno, by odegrać znaczącą rolę.
Zbudowano i wprowadzono do służby 118 okrętów tego typu (według innych źródeł
119, pewna liczba okrętów była też prawie gotowa w momencie kapitulacji
Niemiec). Pierwsze okręty tego typu weszły do służby już w lecie 1944, ale tylko
kilka było gotowych do wyjścia w morze na patrole bojowe przed zakończeniem
wojny. Głównym źródłem opóźnień był długi proces szkolenia załóg, który zabierał
ponad 6 miesięcy, dwa razy dłużej niż na mniej technicznie zaawansowanych
okrętach starszych typów. Co więcej, okręty miały wiele usterek i błędów
konstrukcyjnych, z powodu użycia niedopracowanego projektu i zastosowania nowej
metody budowy z sekcji kadłuba wykonanych w fabrykach, które nie miały
doświadczenia w produkcji okrętów podwodnych. Usuwanie tych usterek zajmowało
wiele miesięcy. Tylko jeden okręt, U-2511, wypłynął na patrol bojowy przed
zakończeniem wojny. Okręt ten wyszedł z portu Bergen w Norwegii 30 kwietnia
1945, ale już 4 maja 1945 roku otrzymał rozkaz wstrzymania działań bojowych i
powrotu do portu. Okręt powrócił do Bergen 5 maja 1945.
Najdoskonalszym z miniaturowych okrętów podwodnych był Seehund (Foka). Od dziobu
do rufy mierzyły niecałe 12 metrów. Ich jedynym uzbrojeniem były dwie torpedy
podwieszone na zewnątrz kadłuba. Całość zaprojektowano jako jednostkę krótkiego
zasięgu, pożyteczną do walk w rejonie baz i kanale. bPrzewidziano, ze misja ma
trwać nie dłużej niż 48 godzin, co jednak niekiedy przekraczano. Co ciekawe,
Foki dość dobrze znosiły detonacje bomb głębinowych. Jednostka była na tyle
mała, że kadłub nie stawiał praktycznie oporu fali uderzeniowej. Bombardowany
Seehund latał na wszystkie strony, zapewniając załodze niepowtarzalne przeżycia.
Podobne funkcje miały spełniać okręty typu Molch (Salamandra), Biber (Bóbr) i
Hecht (Pika). Pierwsze dwa były jednoosobowymi pojazdami uzbrojonymi w dwie
torpedy. Pika oryginalnie miała służyć do podkładania min magnetycznych pod
zakotwiczone okręty, jednak potrzeby wojenne wymusiły przystosowanie tych maszyn
do przenoszenia torped. Konwersja była nieudana, a przerobione Piki służyły do
celów szkoleniowych. Z tej trójki najbardziej barwną historie miały Bobry,
służące do wielu udanych i nieudanych operacji specjalnych. W roli narzuconej im
przez los, okrętów rzuconych przeciwko flocie inwazyjnej, wszystkie „zwierzęta”
zawiodły. Nie była to jednak klęska samych konstrukcji ani ich maszyn.
Zaprojektowano je do innych celów, nie do atakowania zwartych konwojów
eskortowanych przez liczne okręty wojenne i samoloty. Krótko rzecz biorąc,
niezależnie od typu, jednostki miniaturowych okrętów podwodnych zostały
zmasakrowane za cenę bardzo skromnych sukcesów. Niektórzy marynarze udusili się
w kabinach swych maszyn, zatruci wyziewami ze źle pracujących jednostek
napędowych. Co ciekawe, na podstawie Bobra próbowano zbudować być może
najciekawszą konstrukcję morską tej wojny – gąsienicowy okręt podwodny.
Oznaczono go kryptonimem Seeteufel (Diabeł morski). Jego uzbrojenie składało
się, jak w poprzednich wypadkach, z dwóch podwieszonych torped. Gąsienice miały
pomagać w poruszaniu się na płytkich wodach. Co ciekawe, pojazd poruszał się
całkiem sprawnie, także na lądzie. Jedyny prototyp spotkał dość smutny koniec –
został wysadzony pod koniec wojny. Prócz miniaturowych okrętów podwodnych,
Kriegsmarine wprowadziła do akcji załogowe torpedy. Nie były to akcje stricte
samobójcze, ale marynarze mieli bardzo małe szanse przeżycia. Do tej klasy
pojazdów podwodnych należały Neger (Murzyn), Marder (Kuna) i Hai (Rekin).
Wszystkie składały się z dwóch podstawowych części – „pojazdu”, będącego w
zasadzie torpedą z kabiną zamiast głowicy, i torpedy właściwej, podwieszonej pod
nią. Powstało około 200 sztuk Murzynów i 500 Kun. Rekin zakończył rozwój na
etapie prototypu, który okazał się zbyt „narowisty”. Piloci obserwowali
otoczenie poprzez niewielkie przezroczyste kopuły, pełniące również rolę włazów.
Był to też ulubiony cel alianckich artylerzystów, polujących na te niewielkie
okręty. Podobnie jak ich większych braci, użyto ich do zwalczania jednostek
floty inwazyjnej, z podobnym skutkiem.
Jednym z niebezpieczeństw czyhających na okręt podwodny było wykrycie przez
niszczyciel podczas przebywania na głębokości peryskopowej. U-Boot był wtedy
praktycznie bezbronny, płytko zanurzony i płynący z niewielką prędkością.
Rozwiązaniem problemu miał być Wasseresel. Był to fałszywy kiosk, wypełniony
ponad toną materiału wybuchowego, holowany za okrętem. W teorii, dowódca
niszczyciela widząc kiosk wynurzonego okrętu podwodnego (czyli przynętę)
powinien zapałać gwałtowną chęcią staranowania go, mierząc prosto w rzeczony
kiosk. W momencie uderzenia następowało duże „bum”, posyłające niedoszłego
pogromcę U-Botów na dno. W rzeczywistości mało który dowódca chciał ciągnąć za
sobą taki balast. Pułapek wyprodukowano bardzo niewiele, a te rzeczywiście
wyprowadzone w morze tajemniczo urywało się podczas patroli. Cały pomysł w
krótkim czasie zarzucono.
Mimo oczywistych ograniczeń i niedogodności podjęto jeszcze jedną próbę
urozmaicenia arsenału okrętu podwodnego z wykorzystaniem holowania. W 1942 roku
przeprowadzono na Bałtyku próby odpalania konwencjonalnych pocisków rakietowych
w celu sprawdzenia przydatności okrętu podwodnego jako platformy do tego typu
działań. 31 maja na pokładzie U-511 zamocowano sześć wyrzutni rakiet Wurfkörper
42 kalibru 300 mm. Po zanurzeniu okrętu na głębokość 12 metrów i dokonano
udanego odpalenia. W trakcie prowadzenia ognia U-Boot pozostawał w zanurzeniu.
Sama idea sprawdziła się, jednak użyte rakiety były bezużyteczne dla tego typu
„nosiciela” i cały projekt odłożono na półkę jako ciekawostkę. Do idei powrócono
w 1945 roku, kiedy to niemiecki program rakietowy był u szczytu swego rozwoju.
Nie chodziło jednak o odpalanie rakiet z pokładu okrętu, a o budowę holowanych
kontenerów z rakietami V-2. W ten sposób próbowano osiągnąć jeden z
najważniejszych celów Hitlera – zaatakować terytorium USA. Okręt podwodny miał
holować za sobą wodoszczelny kontener zawierający rakietę, będący równocześnie
jej platformą startową. Po dotarciu na miejsce odpalenia nurek przepływał z
okrętu do kontenera i obracał go pionowo tak, że wylot wystawał nad powierzchnię
wody. Gazy wylotowe silnika kierowano specjalnymi kanałami do otworów wokół
wylotu kontenera. Po odpaleniu i powrocie obsługi wyrzutni na pokład okrętu,
kontener porzucano.
Wunderwaffe nie spełniła swojego zadania, gdyż wszystkie wynalazki zostały zbyt
późno wprowadzone, lub ich użycie było na wyrost. Nie istniał
skonkretyzowany i przemyślany program badawczy, wszystko zależało od nastroju furera. Wynalazki i kierunki nowych broni, stanowiły po wojnie wspaniałą bazę
dla rozwoju i testowania nowych technologii wojskowych, dzięki którym
najwięcej zyskały Stany Zjednoczone i Związek Radziecki.