Regulamin, Żołnierzu!


Żołnierze szkolą się, aby wykonywać zadania. Nie ćwiczą odmowy wykonania rozkazu. I choć wiedzą, że takie prawo im przysługuje, z powodu braku praktyki w jego egzekwowaniu w prawdziwych działaniach mogą bać się zakwestionować postawione im zadanie. Nie wiemy dokładnie, co zdarzyło się w afgańskiej wiosce Nangar Khel.



Czy żołnierze źle wykonali poprawny rozkaz, czy może ów rozkaz był błędny, a oni nie potrafili lub nie mogli tego rozpoznać? Niewykluczone, że w chwili wydawania w bazie polecenia demonstracji siły było ono uzasadnione, lecz straciło rację bytu po kilku godzinach, gdy żołnierze zajmowali pozycje ogniowe koło osady. A może zawiódł sprzęt? Prokuratura uważa, że tragiczny incydent był pogwałceniem prawa konfliktów zbrojnych. Obrońcy podejrzanych będą starali się wykazać, iż nie nastąpiło świadome i celowe złamanie zasad użycia siły, rules of engagement (ROE). Takie są zasady gry na sali rozpraw. Werdykt wyda sąd. Czeka nas precedensowy proces i precedens w orzecznictwie wojskowym. Jako taki stanie się drogowskazem, czego żołnierzowi na froncie i na misji nie wolno. Drogowskazem niesłychanie potrzebnym w czasie, gdy jesteśmy mocno zaangażowani w interwencje militarne w zapalnych punktach świata i gdy dążymy do uzawodowienia sił zbrojnych.



W siłach zbrojnych duży nacisk położony jest na jak największą skuteczność. To nie służy asertywności kadry zawodowej. Zaciągając się do służby, zgadzamy się z tym, że rozkaz jest fundamentem armii, i słyszymy o zasadzie „myślących bagnetów”. Praktyka czyni jednak z rozkazu świętość, a nawet tabu. Podczas ćwiczeń wydawane są mniej lub bardziej trafne rozkazy, po czym żołnierze ruszają do boju. Nacierają, bronią się, zrywają kontakt z przeciwnikiem, odtwarzają gotowość do walki. Do kierownictwa płyną meldunki o wykonaniu zadań – najczęściej o powodzeniu, rzadziej o porażkach, których przesłanki, a jakże, są zwykle obiektywne. Kultura mundurowej korporacji sprawia, iż każdy chce być i czuć się zwycięzcą. Niestety, w ferworze starań o sukcesy i następujące po nich awanse – wyznacznik powodzenia w profesjonalizującej się armii – skazujemy się na schematyczność treningu. Nie słyszałem, by do scenariusza jakiegokolwiek narodowego ćwiczenia celowo wprowadzono zadania podchwytliwe („fałszywe”), których wykonanie przez trenujących powinno być oprotestowane. Rozkaz, którego wykonania żołnierze powinni odmówić z racji sprzeczności z prawem, za którego niewykonanie, nawet aplikacyjne, zostaliby pochwaleni. Spytałem o to jednego z dowódców najwyższej rangi. Nie przypominał sobie takiego zdarzenia w ostatniej dekadzie. Pamięć go nie zawiodła. Po prostu treningów z takimi epizodami, nawet drobnymi, nie było. A skoro nie praktykujemy, skąd mamy wiedzieć, że żołnierze umieją odmawiać ostrzelania terenów, gdzie ponoć kryje się banda terrorystów, lub wykonania pokazu siły koło szkoły czy na wiecu politycznym? Czy w ten sposób nie mitologizujemy instytucji rozkazu, zgadzając się przy okazji, że kolejni młodzi, niedoświadczeni żołnierze trafią na ławę oskarżonych, bo – jak przystało na zawodowców z elitarnej jednostki – „nie znali zadań nie do wykonania”.

Teoria a wojna

Owszem, oficerowie na kursach i studiach stykają się z problematyką prawa konfliktów zbrojnych, w biblioteczkach mogą mieć „Podręcznik prawa wojennego dla sił zbrojnych” Frederica de Mulinena (wydany w 1994 r. staraniem MON). Przed wyjazdem na misję całemu personelowi kontyngentu wbija się do głowy zasady użycia siły obowiązujące polskich żołnierzy na danym teatrze działań. Wszystko to jednak do czasu pierwszego bojowego patrolu w Iraku czy Afganistanie pozostaje suchą teorią. Z kolei tam, na miejscu, na naukę może być za późno. Rozsądny planista musi liczyć się z tym, że zaniechania sprowadzą tragedię i że ryzyko jej wystąpienia będzie się zwiększało wprost proporcjonalnie do rosnącej liczby polskich uczestników interwencji w zapalnych punktach globu. Wpadki zaś na dłuższą metę nie da się ukryć. Wykorzysta ją przeciwnik albo dotrze ona do dziennikarzy. Udoskonalamy technikę, by umożliwiała coraz precyzyjniejsze zadawanie ciosów przeciwnikowi, ograniczając szkody uboczne. Inwestujemy w rozpoznanie, walkę psychologiczną, bronie non-lethal. Zarazem zapomnieliśmy, że technika jest tylko narzędziem w ręku człowieka, którego też trzeba przystosowywać do zmieniających się wymagań operacyjnych.
Żołnierz reprezentujący armię z Zachodu jest dziś moralnie i prawnie zobowiązany na polu walki być nie mniej precyzyjnym niż broń z celownikiem laserowym, którą dzierży w rękach. Ma używać mniej siły, ale szybciej i skuteczniej. Siły niszczącej, ale także niezabijającej. Jak stwierdza „Wstępne studium długoterminowych potrzeb obronnych Europy”, przygotowane przed rokiem w Europejskiej Agencji Obrony systemy obronne muszą nadążać z adaptacją do ewoluującej roli siły w stosunkach międzynarodowych oraz rygoryzmu ROE i permanentnej obecności mediów w strefie aktywności militarnej. Innymi słowy, nasi żołnierze nie mogą już toczyć wojen totalnych, na wyniszczenie przeciwnika, nawet jeśli walczy on nieuznawanymi przez nas metodami i środkami, ignoruje wszelkie możliwe konwencje, posuwa się do ataków terrorystycznych, a nawet planuje użycie broni masowego rażenia. „W prowadzeniu wojen (działań militarnych) coraz większa waga przywiązywana będzie do proporcjonalności i uzasadnienia użycia siły, przy upowszechniającej się tendencji do czynienia odpowiedzialnymi za aktywność wojsk konkretnych osób – nie tylko szefów państw i naczelnych dowódców, ale poszczególnych dowódców, do najniższego szczebla włącznie. Jeszcze więcej uwagi będzie przywiązywane do (unikania) strat ubocznych”. Jesteśmy skazani na asymetryczność i musimy nauczyć się z tym funkcjonować. Już teraz, gdyż „sukces wojskowy osiągnięty złymi metodami może zamienić się w polityczną klęskę”.

Trudno obecnie wymagać od naszych żołnierzy krytycznego oceniania rozkazów pod kątem prawnym. Jeśli sytuacja się nie zmieni, niemoralne będzie pociąganie ich do odpowiedzialności za wykonanie rozkazu, który nie powinien być wydany. Jeden z poprzednich ministrów obrony na spotkaniu z weteranami powiedział, że żołnierze na polu walki nie powinni rozwiązywać zagadek prawniczych. Stwierdzenie to przyjmuję za dobrą monetę tylko przy założeniu, iż żołnierze doskonale wiedzą, co jest dopuszczalne, a co zabronione. Ośmielam się jednak mieć w tym względzie wątpliwości, bo co innego wiedza teoretyczna, a co innego praktyka w stresie i pod ogniem. Tym bardziej że faktyczny wydźwięk wypowiedzi ministra był inny. Wynikało z niej, że żołnierz nie powinien w ogóle przejmować się na misji „jakimś tam prawem”. Skoro tak mówi polityk, to co mają myśleć szeregowi i podoficerowie? Wiemy, że nie ma osób, które wydawałyby 100 proc. trafnych i poprawnych decyzji, nawet jeśli wypracowuje je im wieloosobowy sztab doświadczonych podkomendnych. W systemie dowodzenia zawsze jest niebezpieczeństwo, iż pojawi się błąd, przeoczenie, albo fałszywe dane. Musimy nauczyć się z tym radzić w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Może nie jest utopią propozycja tworzenia scenariuszy ćwiczeń uwzględniających podchwytliwe epizody, zahaczające o konwencje haskie i genewskie? Może nie jest fanaberią intelektualisty pomysł uczenia w koszarach niewykonywania rozkazów? Bardziej od negatywnych skutków dla dyscypliny wojskowej (żołnierz świadomy zagrożeń to lepszy żołnierz) obawiałbym się kolejnych skandali. Może tym razem Polacy mądrzejsi będą przed szkodą i ustrzegą się wydawania oraz wykonywania rozkazów z kategorii „o jeden ostrzał za dużo”.


Prawo nie zawsze po stronie żołnierza

Fundamentem zasady „myślących bagnetów” jest art. 318 kk, zgodnie z którym nie popełnia przestępstwa żołnierz dopuszczający się czynu zabronionego będącego wykonaniem rozkazu, chyba że, wykonując go, umyślnie popełnił przestępstwo. Innymi słowy, jedynym rozkazem, który nie musi być w wojsku kategorycznie wykonany, jest zobowiązanie do popełnienia przestępstwa, jeżeli żołnierz miałby świadomość umyślnego jego popełniania. O świadomości takiej mówimy wtedy, gdy żołnierz zdaje sobie sprawę, że dany czyn stanowi przestępstwo i mimo to dąży do jego popełnienia lub co najmniej godzi się na to, że zostanie popełnione przestępstwo. W wypadku zwolnienia żołnierza z odpowiedzialności karnej zostaje do niej pociągnięty przełożony wydający rozkaz. Problemem może być udowodnienie działania na rozkaz, zwłaszcza w sytuacji, gdy wydany został ustnie. Tu pomocny jest pkt 25 Regulaminu Ogólnego SZRP, stanowiący, że w uzasadnionych wypadkach podwładny może wystąpić o rozkaz na piśmie, zwłaszcza gdy dotyczy on zadania wykonywanego w specyficznych warunkach lub w sposób odmienny od zasad ogólnie przyjętych. Rozkazodawca ma obowiązek uwzględnić wniosek, a podwładny rozkaz wykonać, z wyjątkiem sytuacji, gdy skutkiem rozkazu, w sposób oczywisty, może być przestępstwo. Odmowa wydania rozkazu na piśmie nie zwalnia z obowiązku wykonawstwa. Przełożony, który odmawia wtedy wydania rozkazu pisemnego, popełnia przewinienie dyscyplinarne i powinien ponieść tego konsekwencje zgodnie z ustawą o dyscyplinie wojskowej. W przypadku takiej odmowy żołnierz może postarać się jedynie o zapewnienie innych środków mogących stanowić dowody dla ewentualnego późniejszego postępowania karnego (np. świadków – innych żołnierzy), ale nadal zobowiązany jest rozkaz wykonać. Zasada „myślących bagnetów” jest przeciwieństwem zasady „ślepych bagnetów”, czy ślepego posłuszeństwa, która zwalnia wykonawcę rozkazu od jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. U nas ta ostatnia nie obowiązuje.




Źródło: Polska Zbrojna nr. 50 / 2007.