Po dwóch pierwszych latach Wielkiej Wojny żadna ze stron konfliktu nie uzyskała decydującej przewagi. Na zachodzie trwały zacięte walki pod Verdun, gdzie wykrwawione wojska francuskie mogły zostać rozbite przez Niemców. Brytyjczycy ponieśli duże straty w bitwie nad Sommą. Dlatego Alianci naciskali na Rosjan, aby Ci przeprowadzili ofensywę na froncie wschodnim, która odciążyłaby Francuzów. Skutkiem ofensywy Brusiłowa 1916 był atak rumuński (Rumunia przystąpiła do wojny po stronie Ententy w 1916) na węgierski Siedmiogród 27 sierpnia 1916. Kontratak wojsk monarchii naddunajskiej zakończył się zajęciem Bukaresztu i klęską Rumunii w maju 1918.Plan ofensywy opracował gen. Brusiłow. Zakładał on zmasowany atak dużych sił rosyjskich na Galicję, w celu zmuszenia Austro-Węgier do wycofania się z wojny. Pierwszymi rosyjskimi celami miały być Lwów i Kowel. Wojska rosyjskie miały uderzyć na odcinku liczącym 500 km.Car Mikołaj II zaakceptował plan Brusiłowa, ale dowódcy sąsiednich frontów byli przeciwni nowej ofensywie. Mimo to, przygotowania do realizacji planu ruszyły pełną parą.Brusiłow pod swoją komendą miał 4 armie, łącznie 40 dywizji piechoty i 15 dywizji kawalerii. Austro-Węgry posiadały na tym odcinku 39 dywizji piechoty i 10 kawalerii okopanych na potrójnej linii obrony. Dodatkowo Niemcy mogli wesprzeć Austriaków swoimi oddziałami. 4 czerwca 1916 roku po przygotowaniu artyleryjskim Rosjanie ruszyli do ataku. Trzy armie rosyjskie przełamały front i natychmiast rozwinęły dalsze natarcie. 8 czerwca Rosjanie z marszu wkroczyli do Łucka. Wojska Austro-Węgierskie rozpoczęły odwrót na całej linii, zostawiając 200 tysięcy jeńców.

Jednak rosyjscy sztabowcy byli niezdecydowani co do dalszej ofensywy. Dało to cenny czas Państwom Centralnym do ściągnięcia dodatkowych sił w ten rejon. Z frontu włoskiego pod wpływem gen. Ericha von Falkenhayna austriacki feldmarszałek Conrad von Hotzendorf przerzucił dodatkowe jednostki, hamując jednocześnie ofensywę we Włoszech.
24 lipca Aleksander von Linsingen zaatakował Rosjan na Wołyniu, na południe od Kowla. Brusiłow kontynuował jednak ofensywę i 20 września osiągnął łuk Karpat. Jednak zgromadzenie w jednym miejscu tylu jednostek rosyjskich i pozbawienie ich zaopatrzenia w trudnym terenie górskim spowodowało zatrzymanie ofensywy. Na domiar złego Państwa Centralne zaatakowały Rumunię, przyciągniętą przez Ententę przejściowymi sukcesami rosyjskimi, zagrażając tym samym lewej flance Rosjan. Można by powiedzieć, że prawdziwymi zwycięzcami tej bitwy byli Francuzi. Niemcy odstąpili od Verdun, przerzucając część sił na wschód. Austro-Węgry straciły 1,5 mln(!) ludzi, Rosjanie zaś 500 tysięcy. Rosjanie zastosowali nową taktykę atakowanie małymi oddziałami szturmowymi osłoniętych pozycji wroga. Taktykę tę wykorzystali z jeszcze lepszym skutkiem Niemcy we Francji w 1918 roku. Później stała się inspiracją do powstania Blitzkriegu.



Dowodzący operacją gen. Brusiłow zanotował w pamiętnikach: "na początku wiosny 1916 roku każda dywizja piechoty liczyła 18 - 20 tys. ludzi zupełnie wyszkolonych, co czyniło 15 - 18 tys. bagnetów w dobrym stanie, z amunicją w dostatecznej ilości. Rozbite działa zostały wymienione na nowe i nie mogliśmy skarżyć się na nic, jak tylko na brak artylerii ciężkiej, mimo że i pod tym względem sytuacja się poprawiła. Co do nastroju wojsk w mojej armii (...) to był on (...) doskonały". Dowództwo austriackie nie spodziewało się, że armia rosyjska jest jeszcze zdolna do działań zaczepnych na taką skalę, i ogołociło front wschodni, przesuwając wiele dywizji na front włoski. Drugiego dnia ofensywy Rosjanie przełamali obronę pod Łuckiem i szybko posuwali się naprzód na szerokim froncie od Polesia po Bukowinę. W tej sytuacji ściągnięto w rejon Gruziatyna i Hołuzli II Brygadę Legionów, która z marszu poszła na pierwszą linię. W ciężkich walkach legioniści ponieśli duże straty. Przyczyniło się do tego odsłonięcie skrzydeł polskich oddziałów przez ustępujące pod naporem przeciwnika jednostki austriackie i węgierskie. Najkrwawsze boje toczono w rejonie Kostiuchnówki. Od 6 czerwca 1916 roku na pozycje obsadzone przez legionistów z I Brygady nacierały duże siły rosyjskie, które chciały wyrąbać sobie drogę na Kowel. Był to jeden z najważniejszych punktów rosyjskiej ofensywy. Kolejne ataki sołdatów załamywały się w ogniu legionistów. W nocy z 8 na 9 czerwca kompanie 5. pułku, którymi dowodził mjr Tadeusz Wyrwa-Furgalski, dokonały śmiałego wypadu poza linię frontu. Ta brawurowa akcja spowodowała, że kompletnie zaskoczeni Rosjanie cofnęli się na pozycje wyjściowe, ponosząc ciężkie straty w ludziach i sprzęcie. Rosjanie uzupełniali stany swoich jednostek, aby uderzyć z jeszcze większą siłą i determinacją. Na pierwszej linii obrony, która miała zatrzymać atak, znalazły się oddziały I i III Brygady Legionów, rozmieszczone między Optową a potokiem w Garbach. Najbardziej wysunięta była pozycja, zwana Redutą Piłsudskiego, oddalona zaledwie o kilkadziesiąt metrów od rosyjskiej reduty nazwanej Orlim Gniazdem. Żołnierze obu stron słyszeli swoje rozmowy. Sąsiadami legionistów na prawym skrzydle była węgierska 128. Brygada Honwedów, która obsadzała m.in. Redutę Madziarów i Polską Górę. Lewe skrzydło obsadzili Węgrzy z 11. Dywizji Kawalerii. Za główną linią obrony rozciągała się druga linia okopów, tzw. pozycja poprzeczna. Jej elementami były słabo umocnione stanowiska w Polskim Lasku i Lasku Saperskim. Trzecia linia obronna osłaniała wsie Nowe Kukle, Nowy Jastków, Legionowo (siedziba Komendy Legionów) i Nową Rarańczę. Ogółem na Wołyniu znajdowało się około 16 tys. legionistów, ale stan bojowy pułków zgromadzonych w rejonie Kostiuchnówki nie przekraczał 6,5 tys. bagnetów i 800 szabel. Legioniści dysponowali 49 ckm, 15 miotaczami bomb (moździerzami) oraz 26 działami polowymi. Przeciwko nim dowództwo rosyjskie rzuciło większość sił XLVI Korpusu: 23 tys. piechurów, 3 tys. kawalerii i 120 dział. Polskie pozycje miała przełamać 100. Dywizja Piechoty. Ciekawe, że jej żołnierze byli uzbrojeni w zdobyczne austriackie karabiny - mannlichery. Miała ich wspierać 77. Dywizja Piechoty. Rosyjskie natarcie nie zaskoczyło legionistów. O tym, że rozpocznie się w najbliższym czasie, świadczyła aktywność rosyjskich samolotów, które prowadziły rozpoznanie polskich umocnień oraz częsty ostrzał artylerii. Najczęściej Polaków niepokoiły ciężkie moździerze zdobyte przez Rosjan na Austriakach, które obsługiwali wzięci do niewoli Czesi. Również jeńcy pojmani podczas wypadów za wrogie linie zeznawali na temat koncentracji kolejnych jednostek piechoty i przybywających na front nowych baterii artylerii. .

Krwawe starcie Powoli wstawał letni upalny dzień 4 lipca. Istny żar lało słońce z nieba już około 6 rano" - zapamiętał legionista Marian Dąbrowski. II Brygada na Wołyniu. Stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego.
O tej godzinie na polskie i węgierskie pozycje spadła artyleryjska nawała. Aby uchronić się przed huraganowym ogniem rosyjskich dział, którym kierowali obserwatorzy z balonów, legioniści ukryli się w schronach i ziemiankach. W okopach na pierwszej linii pozostały jedynie obsługi karabinów maszynowych, które miały odeprzeć atak rosyjskiej piechoty. Rozpoczęło się istne piekło. Eksplozje pocisków, tumany kurzu, pyłu i piachu, wyrzucana w górę siłą wybuchu ziemia, utrudniały obserwację przedpola i ruchów oddziałów przeciwnika. Niebawem część baterii rosyjskich przeniosła ogień w głąb polskich pozycji. Celem ich ostrzału był Polski Lasek. Huraganowy ogień był celny. Pociski rozbiły ziemiankę dowódcy 6. kompanii por. Włodzimierza Koniecznego. Ucierpiało również stanowisko dowódcy 5. pułku, ppłk. Leona Berbeckiego i punkt sanitarny. Było wielu zabitych i rannych. Łączność telefoniczna między dowództwem a pierwszą linią została przerwana. Marian Dąbrowski wspominał: "Kilka granatów spadło na cmentarz, gdzie nastąpiła ohydna ekshumacja dawno pochowanych zwłok. Straszny zaduch otwartych grobów zdusił wyziewy prochów i gazów". Celem artylerzystów rosyjskich stała się również Polska Góra. Kronikarz 5. pułku napisał: "Ogień był tak potężny, że chwilami, gdy dymy pokładały się niżej, gdy rozwlekały się dołem, Polska Góra znikała zupełnie. W ciężkiej kurzawie błyskały jeno raz w raz języki ognia, a dym wlókł się ociężale, szary i siny. Powietrze stało się ciężkie, smrodliwe, dym wżera się w piersi, gryzący, ostry, drażniący, oczy przestają widzieć, uszy słyszeć (...) Nie widać okopów, nie widać drutów, nie widać ludzi, nie widać nic".

Nie niepokojona dotychczas przez Rosjan III Brygada ok. godz. 9 również stała się celem intensywnego ostrzału dział artylerii. Na szczęście dla ukrytych w lesie legionistów nie był on zbyt celny. Spodziewany był atak sił rosyjskich, liczących 10 tys. żołnierzy. Na ich drodze stanęło zaledwie 852 legionistów z 4. Pułku Piechoty i 295 z 3. batalionu 6. pułku. Rosjanom sprzyjał też fakt, że do polskich stanowisk, mieli ledwie 300 kroków.

Wieczorem artyleria rosyjska znowu nasiliła ostrzał stanowisk I Brygady. Pod jego osłoną Rosjanie przystąpili ok. godz. 18 do frontalnego ataku na pozycje 7. i 5. pułku Legionów. Józef Piłsudski w sprawozdaniu z walk napisał: "Gęste masy przeciwnika, które wyłoniły się od dworu Kostiuchnówki i lasu na północ od dworu podpuszczono blisko pod druty (...)". Wówczas huknęła salwą polska linia, odezwały się karabiny maszynowe, siejąc śmierć w szeregach wroga. "Moskale rzucili się w popłochu do ucieczki" -raportował bryg. Piłsudski. Atak rosyjski się załamał. Wycofujący się sołdaci dostali się jeszcze pod ogień karabinu maszynowego z batalionu kpt. Mariana Kukiela. Kolejne próby ataku także zostały krwawo odparte.

Po obsadzeniu stanowisk trwali na nich, mimo ciężkiego ostrzału artyleryjskiego. Później, walcząc zawzięcie o każdą piędź ziemi, bronili się przed trwającymi aż do zmroku atakami rosyjskiej piechoty. Swych pozycji nie utrzymali natomiast Węgrzy z 3. Pułku Honwedów. Tego dnia pod naporem Rosjan legioniści musieli się cofnąć na trzecią linię obrony. Jedynie żołnierze III Brygady pozostali na dotychczasowych stanowiskach. Niestety, linia ta była znacznie gorzej ufortyfikowana. Żołnierze byli przemęczeni walką, a poniesionych strat w ludziach nie dało się szybko uzupełnić. Marian Dąbrowski napisał: "Żar słoneczny, istny żywy ogień z nieba, nawałnica artyleryjska, potęgowana echami lasu, widok grupujących się bezkarnie do nowego ataku mas wroga, brak pożywienia, a przede wszystkim wody, wszystko to w sposób deprymujący działało na żołnierzy. Zluzowanie stało się w oczy bijącą koniecznością, o czym komenda 5. pułku meldowała komendzie I Brygady". Inny uczestnik walk wspominał: "Już nie rozstrój nerwowy, ale szał ogarniał jednostki. Stan moralny wymagał zmiany obsady (...) bez względu na straty". Sytuacja na froncie w rejonie Optowej, Kostiuchnówki i Wołczecka zaczęła przybierać bardzo niekorzystny obrót dla broniących się legionistów. Józef Piłsudski liczył się z przełamaniem frontu i zameldował o tym telefonicznie komendantowi Legionów, gen. Stanisławowi Puchalskiemu. W efekcie tej rozmowy na najbardziej zagrożony odcinek zajmowany przez I Brygadę, dowództwo przysłało posiłki - dywizjon huzarów i 74. Pułk Piechoty Bawarskiej. Przybycie nowych sił nie miało jednak większego wpływu na przebieg bitwy. Przewaga atakujących Rosjan była miażdżąca.
Szóstego lipca, w efekcie kolejnych natarć rosyjskiej piechoty wspieranej silnym ogniem artylerii, pozycje bronione przez Austriaków, Węgrów i Niemców zaczęły pękać pod naporem przeciwnika. Widząc, że obrońcy się wycofują, Rosjanie nasilili ataki. Do szturmu ruszyły masy piechoty, szarżowały też szwadrony 16. Dywizji Kawalerii. Atak rosyjskiej jazdy załamał się pod gradem kul z polskich karabinów maszynowych. Po bitwie kpt. Marian Kukiel napisał: "Ujrzałem obraz potężny, niezapomniany, godny pędzla Wojciecha Kossaka. Cwałowały jeden za drugim rosyjskie szwadrony w rozwiniętym szyku, lśniące szablami i lancami wśród gęsto pękających szrapneli artylerii naszej, której dowódca mjr Brzoza (Ottokar Brzoza-Brzezina - T. M.) sam ogniem kierował z punktu, położonego w naszej linii ogniowej. Szalała nasza tyralierka, rozognieni, wściekli strzelali nasi żołnierze zapamiętale, hamowani przez dowódców. Pod wsią Wołczeck - kłębowisko ludzi i koni. Na całym przedpolu pędzące konie bez jeźdźców, biegnący jeźdźcy bez koni. Nie przejdą! Łamią się! Odchodzą! Pędzą znowu! (...) Ale to, co widziałem, była to straszna klęska jazdy, źle użytej, chociaż bohaterskiej".  Wreszcie przed godz. 15 Komenda Legionów nakazała walczącym oddziałom odwrót z zajmowanych stanowisk. Wycofujące się pułki miały odejść w kierunku Stochodu. III Brygada opuszczała okopy, odpierając atakującego wroga. Jako ostatnie odeszły oddziały I Brygady.