Jest 4 listopada 1979 roku, ambasada amerykańska w Teheranie zostaje opanowana przez Irańczyków. Wszyscy pracownicy zostają zakładnikami i są przetrzymywani gdzieś na terenie placówki. Rozpoczyna się rok 1980, w którym odbędą się wybory prezydenckie. Prezydent USA, Jimmy Carter, wie, że postrzegany jest jako prezydent słaby, niezdolny do skutecznego i stanowczego działania, do czego walnie przyczynia się sytuacja w Teheranie. Jeżeli ma zamiar starać się o następną kadencję, musi szybko zmienić nastawienie opinii publicznej. 11 kwietnia Carter podejmuje decyzje o odbiciu zakładników. Dowódcą komandosów, którzy mają wykonać to zadanie, zostaje płk. Charles Beckwith (dowodził w Wietnamie jednostką wchodzącą w skład „Project Delta”, której zadaniem było rozpoznawanie sił wroga, prowadzenie akcji sabotażowych i dywersyjnych. Beckwith, ranny w czasie pierwszej operacji w dolinie An Lao, dał się później poznać jako doskonały i nadzwyczaj odważny dowódca, dzięki czemu zyskał przydomek „Chargin Charlie” –Szarżujący Charlie).



O zmroku 24 kwietnia 1980 roku, lotniskowiec USS Nimitz, patrolujący w eskorcie dwóch okrętów wody Zatoki Omańskiej, zbliżył się na odległość około 80 kilometrów do wybrzeża Iranu. O godzinie 19:17 z lotniskowca wystartowało 8 śmigłowców RH-53D Sea Stallion, pomalowanych na kolor piaskowy. Lot odbywał się w ciemnościach, więc jeden z pilotów każdego śmigłowca miał założone gogle noktowizyjne.W tym czasie trzy samoloty transportowe C-130, z komandosami na pokładzie , wzbiły się w powietrze z bazy na należącej do Omanu wyspie Masirach. W pierwszym transportowcu lecieli dowódcy operacji, pułkownik James H. Kyle i pułkownik Charles Beckwith, towarzyszyło im 32 żołnierzy „Delty” i 12 żołnierzy z oddziału mającego za zadanie blokowanie dróg w rejonie lądowisk. W dwóch pozostałych samolotach leciało 48 żołnierzy z oddziału „Red Element”, 39 z „White Element”, 12 kierowców, dwaj tłumacze i przewodnicy oraz 13 komandosów z „Zielonych Beretów”. Z wyspy wystartowały również trzy samoloty EC-130E Herkules, z których każdy przewoził zbiornik o pojemności 3 tysięcy galonów paliwa. Śmigłowce i samoloty zmierzały do tego samego miejsca: pustyni Posht-i-Badam, do punktu nazwanego „Desert One” odległego o około 400 kilometrów od Teheranu. Spotkanie wyznaczono na godzinę 24:00, w pobliżu zniszczonego kilka miesięcy wcześniej w trzęsieniu ziemi miasteczka Tabas. Stamtąd komandosi mieli przelecieć helikopterami do punktu „Desert Two”, opuszczonej kopalni soli w Garmsar, leżącej kilkadziesiąt kilometrów od stolicy Iranu. Do Teheranu mieli wjechać ciężarówkami, dostarczonymi przez Meadowsa, agenta, który zlokalizował budynki, w których przetrzymywano zakładników i który weryfikował plany akcji z rzeczywistością. Plan zakładał przeczekanie nocy w kopalni, wjechanie do Teheranu i ukrycie się w magazynie. Dowódca akcji wraz z Meadowsem miał udać się w pobliże ambasady, by po raz ostatni sprawdzić miejsce akcji. Komandosi amerykańscy mieli podjechać pod mur otaczający placówkę ukryci pod deskami leżącymi na pakach. Byli ubrani w wojskowe spodnie i buty i czarne kurtki, na których rękawach znajdowały się amerykańskie flagi, zaklejone taśmą. Miano je odsłonić dopiero po wejściu na teren ambasady. Żołnierze byli uzbrojeni w niemieckie pistolety maszynowe MP5, granatniki M79 i karabiny maszynowe M60. Na wypadek użycia gazów przez strażników, mieli także maski przeciwgazowe. W razie napotkania przeważających sił wroga, mogli wezwać wsparcie lotnicze w postaci dwóch samolotów wsparcia C-130. Odwrót miał się odbyć na pokładach śmigłowców, które wylądowałyby na pobliskim stadionie sportowym, opanowanym przez inną grupę komandosów.
Minęła godzina 21:30, gdy w kabinie śmigłowca nr 6 zapaliła się kontrolka sygnalizująca awarię wirnika. Śmigłowiec wylądował przymusowo na pustyni - dalszy lot groził katastrofą. Śmigłowiec nr 8 wylądował koło niesprawnej szóstki 6 i zabrał na pokład załogę. Uszkodzonego helikoptera nie wysadzono w powietrze z obawy przed zdemaskowaniem misji. O 22:30 śmigłowce wpadły w burzę piaskową. Po kilku minutach w śmigłowcu nr 5 nastąpiła awaria przyrządów pokładowych. Dowódca postanowił zawrócić na lotniskowiec. Po wycofaniu się kolejnego śmigłowca, komandosi nie mieli już żadnej rezerwy. Każda następna awaria któregoś śmigłowca mogła oznaczać przerwanie misji.. W tym czasie samolot pułkownika Kyle’a oraz Beckwitha znalazł się w pobliżu lądowiska „Desert One”. Wielki transportowiec C-130E wylądował na pustyni. Jego silniki jeszcze pracowały, gdy z tyłu kadłuba otworzyły się szerokie drzwi ładunkowe, przez które wyjechał jeep. Jadący nim żołnierze zainstalowali przenośny punkt kontroli lotów. Drugi jeep wiozący żołnierzy ochrony skierował się w stronę drogi. I w tym samym momencie dostrzeżono światła na drodze prowadzącej do Taggs. Jeep, za którym podążali komandosi na motocyklach, zmienił kierunek i wyjechał na środek kamienistej drogi. Po chwili okazało się, że nadjeżdża autobus. Pułkownik Beckwith dał rozkaz zatrzymania pojazdu. Gdy pociski karabinów maszynowych trafiły w chłodnice autobusu, kierowca się zatrzymał. W środku były kobiety i dzieci. Beckwith kazał ich odprowadzić na bok i trzymać pod strażą. Droga prowadząca do wymarłego miasta okazała się nadzwyczaj ruchliwym traktem, czego Amerykanie zupełnie nie przewidzieli . Kilkanaście minut po zatrzymaniu autobusu, ledwo komandosi z ochrony lądowiska wrócili na swoje miejsca na poboczach, z ciemności wynurzyła się wielka cysterna, za którą podążała półciężarówka. Samochody z dużą prędkością ominęły pierwszy posterunek komandosów i wszystko wskazywało na to, że za chwilę znikną w ciemnościach. Jednak któryś z żołnierzy nie stracił głowy i wyciągnął granatnik przeciwpancerny M72a2. Przyklęknął na jedno kolano i zanim cysterna dotarła do zakrętu, wystrzelił w jej stronę. Pocisk trafił w podwozie. Drugi pojazd uciekł. O godzinie 23:00 zaczęły lądować samoloty transportowe EC-130E. Cztery z nich, zgodnie z planem, zatrzymały się po obu stronach drogi. Piąty, na pokładzie którego znajdowali się komandosi z grupy oznaczonej jako „Red Element”, po wyładowaniu części ekwipunku wystartował do Manzireyh, gdzie komandosi mieli zabezpieczyć opuszczone lotnisko dla śmigłowców, wracających z zakładnikami po akcji w Teheranie.

Pierwsza części operacji „Szpon Orła” została wykonana zgodnie z planem. Pozostawało oczekiwać przybycia śmigłowców. Mijały minuty. Zbliżała się godzina 24:00. W końcu śmigłowce się pojawiły. Spóźnienie wynosiło ponad półtorej godziny, co mogło mieć duży wpływ na dalszy przebieg misji. Oznaczało to bowiem, że śmigłowce przybędą na lądowisko „Desert Two” nie w nocy, lecz nad ranem. Okazało się ze śmigłowiec nr 2 ma problemy z hydrauliką i dalszy lot może być niebezpieczny. W pięciu śmigłowcach mogło się pomieścić 185 osób. Z Teheranu mieli zabrać 90 komandosów i 53 uwolnionych zakładników, a więc 143 osoby. Awaria kolejnej maszyny oznaczałaby, że w Teheranie trzeba by zostawić komandosów lub zakładników. O godzinie 1:57 w nocy została podjęta decyzja o przerwaniu misji. Dziesięć minut po drugiej komandosi przenoszą ekwipunek ze śmigłowców do samolotów. Czas nagli, zbliżał się ranek a samoloty i śmigłowce nie były zamaskowane. W każdej chwili mogły być wykryte przez irańskie lotnictwo. Wszyscy działali w dużym pośpiechu. Śmigłowce napełniały zbiorniki paliwa przed liczącym blisko 900 kilometrów lotem w kierunku lotniskowca Nimitz.

O godzinie 2:50 wystartował śmigłowiec nr 3. Po drodze musiał przelecieć nad samolotem transportowym, do którego wsiadali komandosi. Chmura pyłu uniesiona przez łopaty startującej maszyny skutecznie oślepiła pilota. Maszyna wzbiła się na kilka metrów, pod nią było skrzydło transportowca C-130. Pilot pochylił maszynę i wtedy łopaty zahaczyły o kadłub samolotu. Trafiły dokładnie w przegrodę między kabiną pilotów a przedziałem pasażerskim. Śmigłowiec runął na ziemię, paliwo w jego zbiornikach eksplodowało. Ogień objął cały samolot. W samolocie zginęło 5 lotników. Pociski eksplodujące w płomieniach uszkodziły stojący najbliżej śmigłowiec nr1. Komandosi pozostawili na pustyni cały sprzęt, szyfry, mapy, plan operacji, część broni i pięć śmigłowców. Wsiedli do transportowców i odlecieli. Amerykanie stracili 8 ludzi, 4 było ciężko rannych, 6 śmigłowców i jeden samolot EC-130E. Była to jedna z najgorzej przeprowadzonych akcji sił specjalnych. Po przeprowadzonym śledztwie okazało się, że nawet w przypadku uniknięcia awarii sprzętu, powodzenie planu było mało prawdopodobne. Piloci śmigłowców byli fatalnie wyszkoleni, maszyny wybrane do akcji były nieprzygotowane i znane z częstych awarii, a znaczna część samego planu opierała się na pobożnych życzeniach Amerykanów.