I stało się, jatka pod Dieppe stanowi symboliczny kamień milowy w
bezmyślnym pokonaniu Niemiec Hitlerowskich bez uwzględnienia, drugiego,
poważniejszego wroga - ZSRR, dla którego ratowania Alianci Zachodni rzucili
desant, z góry skazany na klęskę.
Polityka wymaga czasem podjęcia trudnych, zgoła pozbawionych głębszego sensu
działań, aby móc zrealizować cel nadrzędny. Tak właśnie stało się w przypadku
desantu oddziałów kanadyjsko- brytyjsko-amerykańskich w rejonie portowego miasta
Dieppe 19 sierpnia 1942 roku. "To jest lekcja dla ludzi, którzy podnosili taką
wrzawę, aby jak najszybciej dokonać inwazji na Francję." powiedział Generał Alan
Brooke. Znane kąpielisko na północy okupowanej Francji stało się scenerią
politycznej rozgrywki premiera Winstona Churchilla z amerykańskim prezydentem.
Czy decyzję o lądowaniu na francuskim
wybrzeżu można uznać za sensowną z militarnego punktu widzenia,
czy tylko politycznego?
Wojna wkraczała w decydującą fazę... Hitlerowskie Niemcy bezsprzecznie panowały
w Europie i nie zamierzały na tym poprzestać. Potężny walec Wehrmachtu
przetaczał się przez olbrzymie przestrzenie Związku Radzieckiego i pomimo
kontruderzenia Rosjan spod Moskwy, nadal pozostawał potężną siłą. Po
przegrupowaniu i ustabilizowaniu sytuacji na północy, z początkiem lipca Hitler
rozkazał swym armiom marsz na południe, ku Kubaniowi i roponośnym polom Kaukazu,
regionu o strategicznym znaczeniu dla gospodarki ZSRR. Z kolei w Afryce
Północnej siły Afrika Korps gotowały się do rozstrzygającego starcia pod El
Alamein. Również na wodach oceanów, Atlantyckiego i Spokojnego, trwała zażarta
walka o panowanie na wodzie.
Głównym orędownikiem jak najszybszego utworzenia drugiego frontu w Europie był
rzecz jasna Józef Stalin. Nie ma co się dziwić - armie niemieckie parły na
południe kraju, a Armia Czerwona, choć heroicznie broniła „matuszki Rosji” i
zadawała spore straty najeźdźcom, nie była jeszcze zdolna do przejęcia
inicjatywy strategicznej. Tysiące zakładów, pospiesznie ewakuowanych za Ural
wznawiało produkcję, lecz pomimo ogromnego wysiłku setek tysięcy robotników
potrzebowało jeszcze czasu by móc dostatecznie wyekwipować walczące oddziały.
Radziecki dyktator liczył, że lądowanie wojsk anglosaskich zmusi Hitlera do
dyslokacji części jednostek (zwłaszcza pancernych) ze wschodu na zachód, co
uniemożliwi prowadzenie działań ofensywnych przez Niemców i pozwoli odetchnąć
wyczerpanym siłom sowieckim. Apel przywódcy ZSRR został przychylnie odebrany
zwłaszcza przez Amerykanów. Strona brytyjska odpowiedziała już mniej
entuzjastycznie. Rząd brytyjski również uważał, że należy utworzyć drugi front
dla odciążenia Armii Czerwonej, lecz w odleglejszym terminie i w miejscu
odległym od tego z koncepcji dwóch wielkich sojuszników. Według Churchilla armie
alianckie powinny wylądować na południu Europy - we Włoszech lub w Grecji. Plan
był prosty - alianci przejdą przez Bałkany i dotrą do Bałtyku i tym samym odetną
Sowietom drogę na zachód i zabezpieczą panowanie brytyjskie w basenie Morza
Śródziemnego, będące niezbędne do utrzymania jedności Imperium. Niestety (dla
nas Polaków również), ta opcja nie mogła wchodzić w rachubę. ZSRR widział w
krajach Europy Środowo-Wschodniej swoją przyszła strefę wpływów. Z kolei
prezydent Roosevelt widział w Imperium Brytyjskim archaiczny zabytek
kolonializmu, dla którego nie było już miejsca w powojennej historii świata.
Również po drugiej stronie barykady uznano, iż groźba desantu jest realna.
Dodatkowo obawa przed desantem była świadomie i umiejętnie podsycana przez
brytyjskie tajne służby, co zmusiło Hitlera do wydania w marcu 1942r. dyrektywy
nr 40 – o budowie Wału Atlantyckiego, od granicy z Hiszpanią do krańców
okupowanej Norwegii. Ów projekt angażował znaczne zasoby państwa, które mogły
być wykorzystane w innych projektach bezpośrednio istotnych dla wysiłku
wojennego III Rzeszy.
10 kwietnia 1942 w budynku Ministerstwa Wojny w Londynie spotkali się: szef
Sztabu Imperialnego gen. Alan Brooke, szef sztabu amerykańskich wojsk lądowych
gen. George Marshall i doradca prezydenta USA, Harry Hopkins. Na tym spotkaniu
generał Marshall przedstawił stronie brytyjskiej plan inwazji aliantów na
kontynent. Pierwszy etap operacji miał nosić kryptonim „Sledge hammer”. Amerykańscy
stratedzy przewidywali desant dnia 15 września 1942r. sześciu dywizji (5
amerykańskich - 3 piechoty i 2 pancerne) na okrętach Royal Navy i zdobycie
przyczółków na francuskim wybrzeżu. Osłonę powietrzną miało zapewnić 5800
samolotów, w tym 2550 RAF-u. Żołnierze mieli utworzyć silnie bronione przyczółki
i czekać na 12 dywizji drugiego rzutu, dosłanych z Anglii. Drugi etap wyzwalania
Europy nazwano „Roundup”. Przewidywał on, że w chwili, gdy siły aliantów na
kontynencie osiągną milion żołnierzy (100 tysięcy tygodniowo), wojska uderzą w
głąb Francji, a następnie skierują się na Berlin. Plan Amerykanów był dla
Brytyjczyków nie do przyjęcia. Generał Brooke, jak zresztą cała generalicja
brytyjska, nie widział żadnych szans na powodzenie tej akcji. Nasuwały się
dziesiątki pytań i niejasności. Brytyjczycy zdawali sobie sprawę z braku
logistycznych możliwości przeprowadzenia tej akcji. Amerykański plan „Bolero”
zakładający przerzut wielkiej masy żołnierzy i sprzętu do Wielkiej Brytanii był,
z punktu wojskowego, mało rozważny.
Alianci nie posiadali wystarczającej ilości okrętów eskortowych, aby móc
skutecznie chronić własne konwoje. Niemieckie „Wilcze stada” grasowały bezkarnie
po całym Atlantyku i długo jeszcze zagrażały flotom aliantów. Również w swoim
obozie generał Brooke nie widział możliwości podjęcia udanej akcji inwazyjnej.
Brakowało okrętów desantowych, pojazdów amfibijnych, oddziałów piechoty morskiej
(Royal Marines liczyły tylko 15 tys. żołnierzy - dla porównania, w czasie I
wojny światowej 55 tys.). Poza tym wszyscy (zwłaszcza Brytyjczycy) pamiętali
operację opanowania brzegu Gallipoli, podjętą w 1915r. przez ówczesnego
Pierwszego Lorda Admiralicji Sir Winstona Churchilla. Operacja zakończyła się
kompletną klapą - 30 tys. żołnierzy zginęło, 4 tys. odniosło rany, a 8 tys.
dostało się do niewoli lub zaginęło. Przyszły premier musiał podać się do
dymisji. Brytyjczycy znali również stan US Army. Generał John Dill, brytyjski
przedstawiciel wojskowy w Waszyngtonie raportował:
"Ten kraj jest najlepiej przygotowany do pokoju, jak tylko możesz sobie
wyobrazić. (...) Obecnie ten kraj nie ma – powtarzam: nie ma - najmniejszego
pojęcia, co oznacza wojna. Prawdopodobnie w przyszłości dokonają rzeczy
wielkich, ale (...) obecnie cała organizacja pochodzi z czasów George’a
Washingtona" Hmm... nie była to najlepsza opinia na temat US Army... Gen. Brooke
zapisał w swoim pamiętniku: "W świetle obecnej sytuacji plan inwazji na wrzesień
1942 r. jest po prostu fantazyjny".
Szef Sztabu Imperialnego uważał, że inwazję powinny poprzedzić działania tajnych
służb, naloty na stanowiska obrony wroga oraz opanowanie wybrzeży Morza
Śródziemnego w celu rozproszenia sił Osi. Amerykanie byli innego zdania.
Uważali, że siła dywizji sprzymierzonych złamie opór Niemców i wyzwoli okupowaną
Europę. Były to zupełnie dwa inne sposoby podejścia do operacji. Churchill
jednakże doskonale zdawał sobie sprawę, iż nie może odmówić propozycji potężnego
sojusznika. Wielka Brytania cały czas pozostawała silnie uzależniona od dostaw
ze Stanów Zjednoczonych, które miały szalenie istotne znaczenie dla brytyjskiej
gospodarki i obronności. Kredyty i transporty materiałów w ramach Lend - lease’u
ratowały wyspiarzy w najtrudniejszym dla nich okresie.
Armia brytyjska w coraz większym stopniu używała sprzętu produkowanego za
granicą. Odpowiedź „Nie” nie wchodziła w rachubę. Prezydent Roosevelt mógłby się
przychylić do planu zaangażowania wojsk amerykańskich tylko na Dalekim
Wschodzie. Churchill, za wszelka cenę nie chciał dopuścić do „amerykańskiej
strategii”, postanowił jednak zawalczyć.
Konferencja
w gmachu Ministerstwa Wojny zakończyła się akceptacją planu „Sledge hammer”,
jednak z pewnymi zmianami - operacja ta miała przynieść zdobycie nie ziemi, lecz
doświadczenia i informacji o niemieckim systemie obrony.
Z kolei gen. Marshall
uważał, iż zdołał osiągnąć przychylność władz brytyjskich i dowództwa, czego
dowodem miała być serdeczna wizyta u premiera Churchilla 14 kwietnia. Tuż po
spotkaniu wyruszył w drogę powrotną do Waszyngtonu, by poinformować prezydenta o
wyniku rokowań. W Londynie zespół planistów pod kierunkiem gen. Bernarda Law Montgomery’ego przystąpiła do opracowania planu rajdu kilku tysięcy żołnierzy na
francuskie wybrzeże w rejonie portu Dieppe. Atak miały przeprowadzić dwie
brygady z kanadyjskiej 2 dywizji, wspomagane przez niewielki oddział komandosów
brytyjskich i 28 czołgów Churchill. Wsparcie z morza miało zapewnić 200 okrętów
(głównie niszczycieli), a za osłonę powietrzną miało odpowiadać 200 samolotów
RAF-u. Skromnie, prawda? Z takimi siłami raczej za wiele nie da się zawojować...
Żołnierze musieli m.in. uszkodzić instalacje portowe, schwytać pewną liczbę
Niemców oraz zorientować się w terenie i w organizacji niemieckiej obrony na
przesławnym Wale Atlantyckim. Oddziały po ok. 1,5-2 dni miały się ewakuować pod
osłoną floty niszczycieli do macierzystych baz. Gen. Montgomery słusznie uważał,
że szanse osiągnięcia sukcesu w tej misji będą zależeć od zachowania ścisłej
tajemnicy. Ta gwarantowała czynnik najważniejszy w powodzeniu desantu -
zaskoczenie.
Plan posiadał jednak szereg błędów m.in. symboliczny udział
lotnictwa i marynarki wojennej; niezbyt sprzyjająca rzeźba terenu (stroma,
kamienista plaża); brak możliwości pełnego wykorzystania głównej siły
uderzeniowej desantu – 28 nowych ciężkich czołgów A-22 Churchill, które ze
względu na dużą masę (38,5 ton) nie nadawały się do prowadzenia pełnego natarcia
z wody, dodatkowo czołgi Churchill posiadały wiele błędów konstrukcyjnych. na
które narzekali czołgiści; możliwość skierowania w rejon desantu przez obrońców
w ciągu 6 godzin dywizji pancernej (ok. 300 czołgów); realna groźba przejęcia
przez Luftwaffe dominacji w powietrzu. Było więc czego się bać... Churchill cały
czas jednak wierzył w możliwość odsunięcia na później operacji, która wg niego
mogła skończyć się tylko „straszliwą jatką”.
Tymczasem Rosjanie zaczęli się niepokoić. „Wujek Joe” domagał się jak
najszybszego utworzenia drugiego frontu, dla odciążenia Armii Czerwonej. Nie
zależało mu zbytnio na powodzeniu tej akcji (sądził, iż lepiej by Alianci nie
byli zbyt silni). Interesowało go tylko, aby jego były przyjaciel Hitler
przerzucił trochę dywizji na zachód. W celu ponaglenia koalicjantów 20 maja
1942r.na londyńskim lotnisku wylądował osobisty samolot ludowego komisarza do
spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa Pe-8. Rozmowa odbyła się w chłodnej
atmosferze. Churchill bez przekonania potwierdził przygotowania do inwazji w
sierpniu, bądź wrześniu tego samego roku. Dodał jednak, że czynnikiem
ograniczającym rozmiary przygotowywanej akcji jest brak specjalnych okrętów
desantowych. Wspomniał również, o dużym prawdopodobieństwu przesunięcia operacji
w przyszłość. Mołotow odleciał z kwitkiem z Londynu do Waszyngtonu. Liczył, że
prezydent Roosevelt podejmie inną decyzję i zmusi krnąbrnego sojusznika z
Londynu do przyspieszenia ataku. Straszył Amerykanów wizją upadku ZSRR i potęgą
wojskową Hitlera. Prezydent tego obawiał się najbardziej, więc argumenty
komisarza były mu bliższe niż opinie wyspiarskiego dżentelmena. Upoważniał
radzieckiego dygnitarza do poinformowania towarzysza Stalina o oczekiwaniu USA
na utworzenie drugiego frontu w Europie jeszcze w 1942 roku. Usatysfakcjonowany
Mołotow mógł spokojnie wracać do Moskwy.
Churchill wiedział, że nie może pozostawić Roosevelta pod wrażeniem rozmowy z
Mołotowem. Wysłał natychmiast lorda Louisa Mountbattena, by wyjaśnić brytyjskie
stanowisko i przekazać raport na temat inwazji. W raporcie stwierdzał, iż
przywódca USA ulega wpływom proradzieckim generała Marshalla i ministra wojny
Henry’ego Stimsona. Churchill słusznie uważał, iż musi jednak przedstawić
prezydentowi alternatywną operację, gdyż w innym wypadku USA mogą całkowicie
zrezygnują z Europy, a wszystkie swe siły skoncentrują na wojnie z Japonią. W
tym wypadku przedstawił amerykanom plan operacji „Torch” - lądowania we
francuskiej Afryce Północno - Zachodniej. Widział i w tym swój interes - wojska
alianckie ostatecznie wyparłyby faszystów z Afryki i ugruntowały wpływy Wielkiej
Brytanii w basenie Morza Śródziemnego. Niedługo potem, 21 czerwca o godz. 16:30
odbyło się spotkanie przywódców USA i Wielkiej Brytanii wraz z najbliższymi
współpracownikami. Za owalnym stołem zasiedli: prezydent Roosevelt, gen.
Marshall i Harry Hopkins, a naprzeciwko - Winston Churchill oraz generałowie
Alan Brooke i John Dill. W czasie trwania spotkania, do rozmówców dotarła wieść
o upadku Tobruku. Koncepcja Churchilla upadła wraz z tą informacją. Teraz mógł
tylko roztaczać wizję „morza krwi” w jaki zmieni się Kanał La Manche. Nie
przekonał jednak prezydenta. Porozumienie zawarte między sojusznikami głosiło:
"Operacje we Francji lub w Belgii i Holandii w 1942r. mogłyby, gdyby zakończyły
się sukcesem, doprowadzić do osiągnięcia ważniejszych celów politycznych i
strategicznych niż operacje prowadzone na jakimkolwiek innym teatrze wojny.
Plany i przygotowania do takich operacji będą prowadzone z całą możliwą
szybkością, energią i pomysłowością. (...) Jeżeli opracowany zostanie mądry
plan, nie powinniśmy wahać się, aby go zrealizować. Jeżeli, z drugiej strony,
szczegółowe sprawdzenie wykaże, że mimo wszystkich wysiłków sukces jest mało
prawdopodobny, musimy być gotowi przyjąć alternatywne rozwiązanie".
Ostatnie zdanie otwierało dla Churchilla furtkę do wyjścia z opresji i
przesunięcia decyzji o inwazji na Francję. Musiał tylko przekonać sojusznika o
niemożliwości przeprowadzenia udanej akcji desantowej. 8 lipca premier
zaryzykował. Nakazał przerwanie przygotowań do operacji „Rutter”, a osobiście
wysłał depeszę do Roosevelta, w której stwierdził brak realnych możliwości
przeprowadzenia planu „Sledgehammer”. To rozsierdziło Waszyngton (nie mówiąc o
Rosjanach). Roosevelt wysłał natychmiast swoich przedstawicieli: gen. Marshalla,
Harry Hopkinsa i admirała Ernsta J. Kinga. Dodatkowo groził wycofaniem się z
europejskiego teatru działań i ograniczeniem pomocy dla Wielkiej Brytanii.
Amerykanie „pokazali pazury”. Wiedzieli doskonale, że Churchill musi zgodzić się
na ich warunki. Nie było wyjścia. 15 lipca premier Wielkiej Brytanii wydał
rozkaz przeprowadzenia rajdu na francuskie wybrzeże. Premier wiedział, że musi
otworzyć oczy Amerykanom i pokazać, do czego doprowadzi przedwczesny atak. Plan
„Jubilee” nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. 18 lipca przybyła amerykańska
delegacja. Konferencja trwała od 20 do 22 lipca. Żadna ze stron nie zamierzała
zrezygnować ze swojego stanowiska, impas trwał na całej linii. Do delegacji
amerykańskiej dołączył gen. Dwight Eisenhower - głównodowodzący europejskiego
teatru działania armii USA (ETOUSA), (notabene, niezbyt poważany przez
Brytyjczyków). Ostatecznie kryzys został zażegnany. Prezydent w depeszy do
zgromadzonych zgodził się na odłożenie inwazji na kontynent europejski i
rozpoczęcie przygotowań inwazji na Afrykę Północno - Zachodnią (Operacja „Torch”).
Z punktu widzenia strategicznego operacja „Jubilee” nie była już nikomu
potrzebna, jednak Churchill nie mógł dopuścić do rezygnacji z rajdu. Wzbudziłoby
to podejrzenia Amerykanów co do szczerości jego intencji. Ponadto doświadczenie
uzyskane w wyniku desantu mogło się przydać później.
W czasie, gdy w Londynie trwała walka na argumenty między Aliantami, Hitler
wydał następujący rozkaz: "Jako rezultat naszych zwycięstw, osiąganych gładko,
Anglia może zostać zmuszona do natychmiastowego przeprowadzenia inwazji w celu
stworzenia drugie frontu lub też zaryzykuje utracenie Rosji Sowieckiej jako
politycznego i militarnego elementu. Z tego względu jest wysoce prawdopodobne,
że wkrótce nastąpią nieprzyjacielskie inwazje w rejonie OB. West. (...) Przede
wszystkim na brzegu kanału La Manche, w rejonie między Dieppe i Le Havre, w
Normandii, gdyż obszary te znajdują się w zasięgu nieprzyjacielskich samolotów
myśliwskich oraz ze względu na to, że leżą w zasięgu większości okrętów
inwazyjnych."
Nic dodać, nic ująć... Co ciekawe, Niemcy o planowanym ataku dowiedzieli się
wprost od pułkownika Stanleya, szefa London Controlling Section - organizacji
utworzonej w kwietniu 1941r., której celem było wprowadzanie wroga w błąd.
Dlaczego wprowadził on Niemców na właściwy trop? Z pewnością nie wiedział o
planach Montgomery’ego, gdyż wymóg tajemnicy wojskowej uniemożliwił
poinformowanie szefa dywersyjnej organizacji LCS. Jednakże, ciekawa zbieżność -
w wyniku informacji od podwójnego agenta „Tate” dowództwo OB.
West postanowiło wzmocnić garnizon we wskazanym rejonie. Pod kamieniami na plaży
ułożono 14 tys. min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych - to wyjaśnia brak
plażowiczów w momencie lądowania. Również budynek kasyna zasłaniający widok na
plaży został zaminowany i miał być wysadzony w momencie dostrzeżenia alianckich
okrętów. Równocześnie Abwehra rozpoczęła operacje „Porto II” mającą wprowadzić
aliantów w błąd co do wielkości i rozmieszczenia sił niemieckich. Feldmarszałek
Gerd von Rundstedt, głównodowodzący wojskami niemieckimi na zachodzie, otrzymał
raport Abwehry, z którego wynikało, iż w ciągu najbliższych 3-4 tygodni dojdzie
do alianckiego ataku. Abwehra się postarała - przekonała Anglików, że w Dieppe
stacjonuje 1400 żołnierzy ze 110. dywizji piechoty, wykrwawionej na froncie
wschodnim. W rzeczywistości w rejonie Dieppe rozłożyła się doskonale
przygotowana 302. dywizja piechoty, a samym mieście stacjonowało 5 tys.
żołnierzy, batalion artylerii, kompania czołgów, a cała dywizja pancerna mogła
przybyć w niepełna 6 godzin.
Oprócz tego na zachód zostały skierowane również inne jednostki. Stalin miał
prawo do zadowolenia. Również siły powietrzne były gotowe. 17 lipca w Angers, w
kwaterze głównej 3 Floty Powietrznej odbyła się gra sztabowa pod proroczym
tytułem „Brytyjskie lądowanie pod Dieppe”. Magia Wału Atlantyckiego zaczynała
działać...
Operację lądowania w Dieppe o kryptonimie „Jubilee” postanowiono rozpocząć19
sierpnia 1942r. Na dowódców tego przedsięwzięcia wyznaczono: operacje morskie –
kapitan John Hughes Hallett; operacje lądowe - gen. John Hamilton Roberts;
operacje powietrzne - gen. Trafford Leigh- Mallory. Do lądowania wyznaczono 4961
Kanadyjczyków, 1075 Brytyjczyków oraz 50 Amerykanów. W akcji miały brać również
ciężkie czołgi A22 Churchill. Wsparcie z morza miało być udzielane przez 8
niszczycieli (w tym polski niszczyciel ORP „Ślązak”). Do walki o przestrzeń
powietrzna rzucono 67 dywizjonów lotniczych (7 bombowych i aż 60 myśliwskich).
Wyprawę poprzedziły długie ćwiczenia. 17 sierpnia żołnierze spakowali plecaki,
pobrali amunicje i granaty i wyruszyli do portów. Koncentracja floty inwazyjnej
w rejonie Newhaven, Southampton, Portsmouth nie uszła uwadze Niemców, ich
jednostki stale pozostawały w gotowości bojowej. 18 sierpnia z portów
brytyjskich wyszło w morze 250 jednostek floty inwazyjnej. Następnego dnia, we
wczesnych godzinach porannych, flota osiągnęła odległość 7 mil od francuskich
brzegów. Wtedy też ze statków spuszczono motorówki i barki desantowe, załadowane
komandosami i piechotą, oraz czołgi. Wschodnie skrzydło desantu, jeszcze przed
osiągnięciem brzegu, natrafiło na nieoczekiwane komplikacje. Weszło ono w
styczność z niewielkim konwojem nieprzyjaciela. Jego eskorta była jednak na tyle
silna, by rozproszyć barki desantowe. Do akcji przystąpił polski niszczyciel ORP
„Ślązak”, który zażegnał niebezpieczeństwo, lecz niestety za późno, aby nie
dopuścić do rozproszenia jednostek. W efekcie z 28 barek, wyznaczonych do
lądowania na wschodnim skrzydle, do celu dotarło 7. Obrona niemiecka została
zaalarmowana. Nieliczna grupa komandosów, którym udało się dotrzeć na brzeg w
rejonie Berneval, od razu dostała się pod ogień karabinów maszynowych, który
uniemożliwił posuwanie się w kierunku celu - baterii dział. Żołnierze, którzy
przeżyli, zostali przyparci do skały i zmuszeni do poddania się. Komandosi
lądujący na drugim - zachodnim skrzydle, mieli więcej szczęścia. O godz. 6.40
udało im się zdobyć baterię w Varengeville, kosztem 11 zabitych i 46
zaginionych. Desanty w Puys i Pourville, których celem było okrążenie Dieppe i
ubezpieczanie ze skrzydeł głównych sił nacierających na miasto, zakończyły się
klęską. Żołnierze, lądujący pod Pourville, posunęli się wprawdzie nieznacznie do
przodu, jednak ich próby opanowania strategicznych punktów w tym rejonie zostały
powstrzymane silnym ogniem nieprzyjacielskim. Desant w Puys osiągnął jeszcze
gorsze rezultaty, ponieważ dotarł na brzeg z opóźnieniem, już przy świetle
dziennym. Żołnierze rychło musieli się stąd wycofać. Po zniszczeniu desantów na
skrzydłach, Niemcy przenieśli całą siłę ognia na plażę pod Dieppe, gdzie
wylądowały główne siły. Saperzy, których zadaniem było utorowanie drogi czołgom,
nie wysadzili zapór przeciwczołgowych na czas. W związku z tym siły pancerne nie
mogły przedrzeć się do miasta i same znalazły się w pułapce. Próbowano ratować
jeszcze sytuację, wysyłając na brzeg posiłki i prowadząc ostrzał pozycji
niemieckich z dział niszczycieli. Na niewiele się to jednak zdało, przyniosło
zaś dodatkowe straty, gdyż okręty dostały się pod ogień nieprzyjacielskich
baterii. Uszkodzeniom uległy trzy niszczyciele, w tym ORP "Ślązak", trafiony w
działo rufowe. W końcu o godz. 11.00 zdecydowano się na odwrót. Samoloty
brytyjskie zaczęły zrzucać granaty dymne, aby umożliwić wycofującym się
żołnierzom osłonę w gęstej, mlecznej mgle. Ostrzał niemiecki bardzo utrudniał
ewakuację, dlatego też siły aliantów poniosły ciężkie straty. Tylko 2 barki,
trzykrotnie, zdołały podejść do brzegu i zabrać żołnierzy. O 12:20 plaże były
już nieosiągalne. Reszta jednostek na tym odcinku została wyeliminowana. Na
krótko przed zakończeniem batalii, na niebie pojawiły się alianckie myśliwce.
Niemcy nie przepuścili okazji do zadania aliantom dodatkowych strat. Na
zmierzającą ku brzegom Wielkiej Brytanii armadę ataki przepuściła Luftwaffe.
Ponownie uszkodzony został ORP "Ślązak" oraz HMS "Calpe". W obronie konwoju
polski niszczyciel spisał się wzorowo, strącając 3 bombowce i 1 myśliwiec.
Krwawy rajd na Dieppe kosztował życie 1600 żołnierzy, w niewoli znalazło się
2190, a z plaż zdołano ewakuować przeszło 1000 osób. Oprócz tego na wieczną
wartę odeszło lub dostało się do niewoli 550 marynarzy i 190 lotników. Również
ciężkie czołgi Churchill zostały na kamiennej plaży. Zatopieniu uległ
niszczyciel HMS „Berkeley”, 33 barki desantowe, 106 samolotów. Straty niemieckie
były w tym zestawieniu symboliczne: 600 żołnierzy, 58 samolotów, jeden statek i
okręt do zwalczania okrętów podwodnych. Operacja
lądowania pod Dieppe była z góry skazana przez samych dowódców zresztą na
porażkę. Ciekawe, co czuli oficerowie liniowi, wysyłający swoich podwładnych na
bezsensowną misję, której znaczenia sami zapewne nie znali.
Fakt odparcia
"inwazji" Niemcy należycie wykorzystali w propagandzie, zasilając nim mit o
potędze wału atlantyckiego.
W rzeczywistości jednak nie świadczył on o sile
obrony Rzeszy, co najwyżej zaś o nieudolności aliantów. Dowództwo
sprzymierzonych potrafiło na szczęście wyciągnąć z przebiegu operacji "Jubilee"
szereg wniosków, które miały zostać spożytkowane przy organizowaniu operacji
desantowych w przyszłości. Sam zaś cel polityczny Churchilla, jakim było
wykazanie Rooseveltowi niemożności lądowania we Francji, okazał się
niezrealizowany. Na tej operacji zyskał
tylko Stalin. Dyslokacja kilku dywizji na zachód pozwoliło Stalinowi na zyskanie
niezbędnego czasu do dalszego zreorganizowania armii. Tak oto premier
Winston Churchill 8 września przemawiając w Izbie Gmin bronił swojej
"suwerennej" decyzji: "To było twarde, bezwzględne starcie, jakich będzie coraz
więcej, gdy wojna pogłębi się. Musieliśmy uzyskać informacje, niezbędne do
przygotowania inwazji na dużą skalę. Ten rajd, poza wartością rozpoznawczą,
przyniósł także niezwykle zadowalające wyniki starć powietrznych...",
była to już tylko dobra mina do złej gry i mijanie sie z prawdą. Churchill coraz
bardziej tracił na znaczeniu, kosztem Stalina do którego Roosevelt miał coraz
cieplejszy stosunek i coraz poważniejsze sojusznicze plany.
Pomimo praktycznego wykazania problemów w planowaniu inwazji sprzymierzonych
poprzez Francję, polityka amerykańska została podporządkowana życzeniom
generalsimussa.