Brytyjczycy wyciszyli sprawę rzekomego zamachu na gen. Sikorskiego z 1942 r. Tak wynika z odtajnionych dokumentów brytyjskich archiwów państwowych. 21 marca 1942 roku Sikorski wraz z sześcioma swoimi ludźmi udawał się w podróż ze Szkocji do Kanady. Podczas lotu, zasłużony w walkach lotnik, podpułkownik Bohdan Kleczyński poinformował, iż na pokładzie samolotu znalazł bombę. Później, zeznając w tej sprawie, przyznał się, że wszystko zmyślił; sprawa zamachu została wyciszona przez brytyjskie władze. Z początku podejrzewano, że za próbą zamachu na polskiego premiera i Naczelnego Wodza stoją Niemcy lub Rosjanie. Później okazało się, że pilot sam wniósł bombę na pokład maszyny. Składając po raz pierwszy zeznania Kleczyński powiedział, że podczas lotu wyczuł swąd spalonej gumy. Przeszukując pomieszczenie, w którym się znajdował, pod materacem znalazł rozgrzany ładunek wybuchowy. Ładunek rozpadł się na dwie części, jedną z nich Kleczyński wyrzucił z samolotu. Po tygodniu poinformował o incydencie polską ambasadę w Waszyngtonie, a potem amerykańskie Federalne Biuro Śledcze (FBI).
7 kwietnia 1942 roku o sprawie dowiedziały się brytyjskie służby specjalne. Śledztwo prowadził Lord Rotschild, który sceptycznie potraktował oświadczenie Kleczyńskiego. Między innymi zaskoczyło go, że Polak przez tydzień nikomu nic nie powiedział. W lipcu 1942 roku wyszło na jaw, że kilka miesięcy wcześniej Kleczyński dostał ładunek zapalający od brytyjskiego żołnierza. Podpułkownik ukrywał go w masce przeciwgazowej. - Obawiam się, że całkowicie straciłem głowę - mówił później polski pilot. - Mając przy sobie bombę i przebywając na pokładzie tego samego samolotu, co generał Sikorski, pomyślałem sobie, że pakuję się w poważne kłopoty.
- Bałem się, że ktoś mnie z nią widział i (...) musiałem znaleźć jakieś wytłumaczenie, więc wymyśliłem historię o znalezieniu bomby w samolocie - tłumaczył się. Lord Rotschild zamykając sprawę napisał, że Kleczyński zrobił na nim bardzo dobre wrażenie. Ówczesnego brytyjskiego premiera Winstona Churchilla poprosił, by zwrócił się do generała Sikorskiego o przywrócenie pilota do służby. Churchill ponadto powiedział generałowi, by zachował to wszystko w sekrecie. Generał Sikorski zginął rok później, 4 lipca 1943 roku, w niewyjaśnionej do dziś katastrofie lotniczej w Gibraltarze.

Dlaczego zginął Sikorski?
Czy w 1943, Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie zrozumiał, że dla Polski wojna jest przegrana?
Czy w głowie generała Sikorskiego wykluł się plan przeciwstawienia się aliantom i głównemu "rozdającemu karty" - Stalinowi? Czy generał Sikorski został zamordowany by uniemożliwić mu zmianę sojuszników i przyłączenie się Polski do "Państw Osi" ? Pytania te zapewne na zawsze pozostaną bez odpowiedzi, być może prawdę skrywają brytyjskie archiwa, których ujawnienie standartowo miało nastąpić 50 lat po wojnie czyli w 1995r, a których klauzula tajności zostało przedłużona. Bez wglądu w te akta wszystko co powiemy na temat przyczyn śmierci Sikorskiego pozostaje jedynie w kręgu domniemań i luźnych teorii.  Sama idea zmiany aliansów i opowiedzenia się po stronie Niemiec, z wiadomych względów nie cieszy się sympatią ani historyków, ani ogółu społeczeństwa. Myśl o tym, że moglibyśmy jako kraj, iść w jednym szeregu z twórcami Gestapo, Auschwitz, z systemem odpowiedzialnym za największy jak dotąd koszmar ludzkości, napawa wstrętem, narzuca określenie jej, mianem kolaboracji. Ale mało kto dziś sobie zdaje sprawę, że w latach II wojny światowej, nie było tego typu wiedzy. Mało tego, i Wielka Brytania i USA starały się nie nagłaśniać zbrodni Holocaustu, czy też Katynia.  Wojna więc, nie toczyła sie z powodów moralnych, etycznych, czy w obronie kogoś. Wojna była rozgrywką między imperialistycznymi mocarstwami, z wyjątkiem USA, które z wielkim oporem zostały w wojnę wciągnięte. W każdym razie, wiele wskazuje na to że takie projekty przyłączenia sie Polski do Niemiec w wojnie, istniały nie tylko w 1939 ale już w czasie wojny, o czym wielokrotnie pisał np. dr. Dariusz Baliszewski. Pod tym kątem opisywał on misję marszałka Rydza-Śmigłego i byłego premiera RP, Leona Kozłowskiego do Polski pod koniec 1941. W chwili gdy Wehrmacht podchodził do Moskwy, obaj politycy zostali przerzuceni do Polski, jeden z Rosji, a drugi z Węgier. Stało się to przy aktywnej postawie Abwehry, a wydaje się wielce nieprawdopodobne, by zwłaszcza w przypadku Kozłowskiego, mogło się to obyć bez pomocy strony polskiej. Pytanie tylko brzmi, czy po polskiej stronie można mówić tylko o jakichś nieformalnych grupach wywiadowczych jak "Muszkieterowie" , czy też o wszystkim wiedział Londyn? Cała sprawa szybko "wzięła w łeb", gdy Niemcy spod Moskwy zostali odrzuceni, Kozłowskiego Niemcy ewakuowali gdzieś pod Berlin, a Śmigły został aresztowany przez AK i osadzony w areszcie domowym. Kwestia zmiany sojuszy w 1943 nie byłaby takim znowu precedensem, jak to się może wydawać.
Jak wyglądała sytuacja polityczna w chwili śmierci generała? Wprawdzie pierwsze decyzje zapadły dopiero cztery miesiące później w Teheranie, ale ciężko uwierzyć, by tak istotne i sporne kwestie, jak wschodnia granica Polski, były w lipcu 1943 jeszcze sprawą dyskusyjną. Wręcz przeciwnie, Sikorski po swych rozmowach zarówno z Churchillem jak i Roosveltem, mógł mieć już wyrobione zdanie na temat postawy aliantów. Być może już wiedział, że tak jak we wrześniu 39, tak i teraz nikt nie będzie "umierał za Polskę", wielcy tego świata raczej przehandlują Lwów i Wilno, niż zaryzykują utratę sojusznika na którym opierał się cały ciężar wojny z Niemcami - Rosji Sowieckiej. Tak więc wojna byłaby przegrana. Bez względu na polskie zaangażowanie, daninę krwi, itp. losy naszego kraju, nie zależały już od nas, nie mogły nam pomóc ani podpisywane w gorącym lecie 1939, traktaty gwarancyjne, ani ilość zwycięstw na froncie ani nawet osobisty urok Wodza Naczelnego. W tej sytuacji całkiem rozsądne wydaje się zwrócenie w politycznych kalkulacjach uwagi na możliwość reorientacji polityki zagranicznej. Tym bardziej że taka wolta nie byłaby czysto symboliczna. Polska to jednak nie Węgry ani Finlandia, w 43r dysponowaliśmy jeszcze ogromną siłą, mogącą zaważyć na szali wojennych losów. Na Bliskim Wschodzie stacjonowała Armia Andersa, jakby nie patrzeć były to 3 w pełni zorganizowane dywizje w sile ok. 45-50 tys. Ludzi, to właśnie dowództwo tej armii było podstawowym celem objazdowej trasy gen. Sikorskiego, której zwieńczeniem okazał się zamach w Gibraltarze. Ale nie to jest najważniejsze, przede wszystkim istniała Armia Krajowa, ogromna podziemna struktura, licząca według różnych szacunków od 200 tys. do nawet 600 tys. żołnierzy. Ta armia była w pełni zorganizowana, wystarczyło ją tylko umundurować. Po zawarciu układu z III Rzeszą i odbudowie władz polskich w kraju, można byłoby przeprowadzić mobilizację, jednym słowem Polska mogła dać anty-bolszewickiemu sojuszowi nawet milion żołnierzy. Czy to była perspektywa, która na tyle mocno wstrząsnęła zachodnimi przywódcami, że postanowili zgładzić polskiego premiera?



Czy Sikorski wiedział?
Tak, prawdopodobnie Sikorski wiedział o niebezpieczeństwie jakie mu grozi, gdyż sam nadmieniał, że prawdopodobnie z tej podróży nie powróci. Córka Zofia też wspominała, że nie chciałaby paść ofiarą ryb. No i jeszcze zawsze nieodłączny towarzysz podróży, a tym razem "odłączony" dr Retinger...

Dlaczego więc nie podjął Sikorski żadnych działań?
Otóż wygląda na to, że jako więzień własnego mitu a może nawet megalomanii (...im słoneczko wyżej tym Sikorski bliżej...) został zapędzony w kozi róg. Nie był w stanie zrzec się władzy, a z drugiej strony, dalsza polityka utrzymania żądań terytorialnych bez negatywnego wpływu na aliantów była niemożliwa. Miał do wyboru, ustąpić i tym samym ostatecznie skompromitować się przed kresowiakami i Andersem lub zradykalizować swoje stanowisko stając się niewygodnym sojusznikiem. Wybrał to drugie rozwiązanie. W tym momencie jego mandat wygasł. Stał się więc Sikorski nikomu niepotrzebny.

Czas i miejsce.
Okoliczności startu liberatora LB-30 AL-523 z Gibraltaru wskazują na to, że do zamachu doszło prawdopodobnie w chwili, gdy samolot grzał silniki na zachodnim krańcu pasa startowego.
Świadkowie twierdzą, że trwało to nadspodziewanie długo - bo aż ok. 20 min. Tak długo, że osoby odprowadzające gen. Sikorskiego, wykazując zniecierpliwienie, "po angielsku", zaczęły się ulatniać. Następnego dnia na pasie i jego okolicach zostają znalezione dwa worki pocztowe i nieznane zwłoki. Co prawda można forsować koncepcję, że ci co mieli zginąć to zginęli wcześniej, jak to zakładał Baliszewski, a później dopiero byli ładowani do samolotu, ale do tej koncepcji nie pasuje zachowanie Macfarlane-a. Jeżeli byłby on fragmentem Wielkiego Spisku, wówczas w ogóle nie powinien zauważać na osobie Prchala kamizelki May West, w ogóle nie powinien się niczemu dziwić, a on nie dość, że zauważył, to jeszcze się dobitnie zdziwił.

Zbrodnia.
Lekarz badający zwłoki stwierdził "Badania wykazały u wszystkich ofiar wypadku wielokrotne obrażenia ciała oraz rany na głowie". Łubieński i Quale stwierdzili, że ciała były "zmasakrowane" lub stanowiły "jedną ranę". Cazalet i nie tylko on miał tak zmasakrowaną twarz, że został zidentyfikowany po bucie. A więc wszyscy, niezależnie od miejsca w samolocie, otaczających ich przedmiotów i przyjętej pozycji ciała zostali potraktowani tak samo, a pilot tylko "skręcił nogę w kostce". Zdumiewające i nieprawdopodobne. Ślady takie absolutnie nie wskazują na katastrofę komunikacyjną, bo w wyniku jednego uderzenia nie można mieć "wielokrotnych obrażeń". Wszak samolot nie koziołkował jak i nie odbijał się od band. Z tych samych przyczyn nie powinny występować powszechnie "rany" na głowie tylko raczej rana na głowie, jedna rana od uderzenia się raz o coś.  Co więc pozostaje? Zabójstwo. Zabójstwo przy użyciu białej broni. Użycie broni palnej było co prawda możliwe (rozgrzewające się silniki skutecznie zagłuszałyby odgłosy wystrzałów), ale ryzyko wzajemnego postrzelenia się w tak małej przestrzeni bądź skutecznego uszkodzenia samolotu lub co gorsze zranienia lub zabicia grabarzy: Prchala czy Herringa przed startem było zbyt duże. Na uwagę zasługuje jeszcze jeden fakt. Na powierzchni wody znaleziono jedynie zwłoki Sikorskiego (nie licząc żywego jeszcze przez chwilę Whiteleya) i nastąpiło to niemal natychmiast po zdarzeniu. Co za niebywały zbieg okoliczności - z 14 potencjalnych ciał, pod ręką ratownika, na powierzchni wody pośród szeregu klamotów, znajduje się tylko to jedno, to właściwe - Sikorskiego! Zleceniodawcom zabójstwa zależało więc przede wszystkim na tym, aby natychmiast po incydencie było dla wszystkich jasne, że Sikorski nie żyje. Jego legenda musiała się zakończyć nagle, odpowiednio dramatycznie i bez żadnych niedomówień. Reszta osób, dokumentów, bagażu i co tam jeszcze mogła zaginąć, a Sikorski nie. Wielki Reżyser Spisku bał się więc nie tylko żywego Sikorskiego ale bał się chyba jeszcze więcej mitu, jaki niewątpliwie powstałby gdyby Sikorski tylko zniknął. Na koniec rzecz znamienna. "Katastrofa", śmierć głowy państwa, a w dokumentacji nie ma ani jednego zdjęcia. W ogóle nie ma zdjęć innych niż odległe plany. A ponoć fotografowane były wyłowione detale. Ponoć zrobiono zdjęcie popiersia zwłok Sikorskiego.

Worek pocztowy - jeden? dwa? ile? Następnego dnia żołnierz pełniący służbę ok. 400 jardów (365 m) od zachodniego końca pasa startowego (wówczas kończył się on na wysokości "obrotnicy") znalazł worek z pocztą zidentyfikowany później jako bagaż AL-523. Przy wschodnim końcu pasa leżał jeszcze jeden. Mogły one wypaść (zostać wyssane) przez właz, ale nie przez luk bombowy bo samolot był w wersji pasażerskiej. W ogóle w materiałach występuje pewne nieporozumienie... Mówi się o miejscach "gorszej klasy" w komorze bombowej jako o czymś co jest pod kabiną pasażerską, podczas gdy to właśnie komora bombowa została przekształcona w kabinę pasażerską. Gdzie więc były dodatkowe miejsca dla nadliczbowych pasażerów? Wygląda na to, że nigdzie - ta wersja Liberatora była jednopokładowa jeżeli nie liczyć pokładu pilotów (załogi). Istniało tylko jedno wejście w części ogonowej lewej burty (wszystkie zdjęcia Sikorskiego lub jego otoczenia przy samolocie są robione tylko przy lewej burcie - burcie z wejściem). Na drugiej burcie w tym samym miejscu mógł być mały właz. Właz służbowy - dla załogi i załadunku bagażu znajdował się "w lewej przedniej komorze bombowej". Ogon i dziób nadawał się wyłącznie do załadowania bagażu. Być może istniały jakieś przedmuchy (szczeliny) w miejscu gdzie chowało się przednie koło. W centralnej części kadłuba, pod sufitem, zaraz za przedziałem pilotów znajdował się zbiornik paliwa umieszczony w skrzydle.
Pozostaje tylko jedna możliwość - samolot był przepierzony, wówczas przednia część kabiny, znajdująca się de facto w miejscu komory bombowej, mogła przejąć w języku potocznym jej nazwę, natomiast druga kabina znajdowałaby się w ogonie. Niestety stosowne opisy w ogóle pomijają takie szczegóły, a wręcz odwołują się wyłącznie do nomenklatury bojowej, mimo, że samolot był tzw. wersją pasażerską, a niektóre jej egzemplarze latały jeszcze w latach 50-tych w liniach Quantas. Chyba, że... chyba, że była to bojowa wersja Liberatora. Im więcej niedomówień, im więcej szumu i spekulacji tym trudniej dotrzeć do prawdy i o to spadkobiercom spiskowców chodzi.
Jakkolwiek było, bagaż poza kadłubem wskazuje, że w samolocie, drzwi wejściowe lub właz zamknięte po oficjalnym pożegnaniu zostały następnie otworzone i prawdopodobnie pozostały już do końca otwarte. Być może z jakichś przyczyn nie można ich już było zamknąć. Na marginesie: wśród worków z pocztą, w tym i dyplomatyczną, wokół miejsca wodowania znaleziono takie "wojskowe" wyposażenie jak pewną liczbę futer kobiecych, sztang papierosów, skrzynek fabrycznie zapakowanych niemieckich aparatów fotograficznych Leica oraz pilnie poszukiwaną przez wszystkich Anglików teczkę?, walizeczkę? torbę? Sikorskiego, której zawartości pomimo jej znalezienia do dziś nie ujawniono.

Ko-pilot mjr W.S.Herring.
Z Prchalem latał dopiero od 27.06.1943 najpierw AL-616 a 4.07.1943 AL-523. W kabinie wraku AL-523 stwierdzono: ...Wszystkie cztery dźwignie przepustnic znajdowały się prawie w pozycji "zamknięte", a oba główne wyłączniki zapłonu usytuowane na konsoli (obsługiwał je drugi pilot i znajdowały się poza zasięgiem dowódcy bombowca) w pozycji "wyłączone". Przełącznik skoku śmigieł znajdował się w położeniu "zero"... Samolot wykonał więc regulaminowe, wręcz szkolne wodowanie, przy czym to raczej Herring obył się bez Prchala, a nie odwrotnie. Co więc stało się z tym Śledziem? (herring - ang. śledź) Nic. Był widziany po wodowaniu jak chodził po prawym skrzydle, następnie jak wychodził z wody w pobliżu końca pasa startowego, a potem w szpitalu aż w końcu przepadł bez wieści. W rozmowie z pisarzem-historykiem Davidem Irvingiem jego (Herringa) żona? wdowa? zaklinała się, że rozmawiała z nim przez telefon w dzień po "katastrofie", a w mieszkaniu znalazła jego "szczęśliwy ubiór pilota". Wiele więc wskazuje, że Herring przeżył i to on wykonał wodowanie.

Co miało wpływ na dziwne zachowanie Prchala?
Po wyłowieniu Prchal był przez 24 godziny w szoku, a przez następne 3 dni nikogo do niego nie dopuszczano. On sam twierdził później, że "trzy doby był nieprzytomny". Miał także rozerwany lewy policzek od ust do ucha, oraz złamania kości obu stóp z czego w szpitalu zaopatrzono tylko jedno. Te obrażenia nie usprawiedliwiają tak głębokiego szoku, ale go potwierdzają (tylko szok usprawiedliwia, fakt, że ranny godzi się na dolegliwości wynikające z braku zaopatrzenia złamania kości jednej ze stóp)
Usprawiedliwia taki szok natomiast próba zabójstwa. Prchal nie był chyba przewidywany w tej grze po stronie wygranych na co może wskazywać niesymetryczna rana twarzy. Czy w chwili jej otrzymania patrzył w oczy swemu II. pilotowi? Kto mu ją zadał? Pytania na razie bez odpowiedzi. Ponieważ jednak Prchal został przy życiu musiał zostać dopasowany do sytuacji co potrwało jednak kilka dni. Kilka dni "na zmiękczenie" bez jakiegokolwiek niedozorowanego kontaktu ze światem zewnętrznym. To również kilka dni czasu dla tzw. komisji dla przygotowania legendy o katastrofie, nota bene bardzo kiepskiej. Swoją drogą ciekawe co wykrzykiwał Prchal w chwili gdy był wyławiany z wody. Pomstował na Herringa o usiłowanie zabójstwa..? Z faktu, że nikt z łodzi ratunkowej go nie rozumiał można przypuszczać, że mówił po czesku. Należy przypuszczać, że Prchal nie rozumiał gry w jaką został wplątany i jak wielką rolę przyszło mu pełnić - broniąc się przed odpowiedzialnością za "katastrofę" pomagał ujść sprawcom odpowiedzialności za zabójstwa, a ich mocodawcom uniknąć odpowiedzialności za skandal polityczny. Paradoksalnie, Prchal przeznaczony na straty zarówno 26.05.43 jak i teraz, przeżywając, stał się gwarantem koncepcji "wypadku" i z tej racji w przeciwieństwie do Herringa okazał się dla Wielkiego Reżysera Spisku niezbędny. PS: Tak szanowany i obdarowany przez Sikorskiego upominkiem Prchal nigdy nie odwiedził żony Sikorskiego nawet chociażby w celu złożenia jej kondolencji. Bał się? Zakazano mu? Czy po prostu było mu wstyd?

Cztery elementy
Wiele wskazuje na to, że do inscenizacji tego "wypadkowego" wariantu zabójstwa konieczne były co najmniej 4 elementy:
liberator AL523, Gibraltar, Sikorski, Prchal. Te elementy zaistniały już 26 maja 43 w drodze "tam" i wówczas to członkowie rządu Sikorskiego otrzymali "przedwczesne" telefony o katastrofie. Te same elementy zaistniały także 4 lipca i widać nie przypadkowo. Samolotem Prchala był AL-616, mimo to w maju z Wielkiej Brytanii z Sikorskim do Gibraltaru leciał AL-523. Tu samolot i pilot giną z horyzontu zdarzeń. Prchal pojawia się ponownie 27.06.1943 gdy swoim AL-616 wraz z Herringiem (po raz pierwszy razem) lecą z Londynu via Gibraltar do Kairu dokąd przybywają 29.06. Natomiast AL-523 pojawia się 30.06 kiedy to pod pilotem J.E.F.Ware-m leci z Gibraltaru do Kairu. Dlaczego Prchal "zostawia" swój samolot i siada za sterami AL-523? Przecież to Sikorski mógł wsiąść do AL-616. W ten sposób wszystkie cztery elementy układanki są znów gotowe do użycia tym razem w Kairze. Czy to przez przypadek 30.06.1943 Churchill wysyła swoją dwuznaczną depeszę z "oczekiwaniem powrotu" do Sikorskiego i czy co ważniejsze, kto lub co zainspirowało go do jej wysłania?
Kto nie lubił Cazaleta? Mowa o internowaniach Niemców w Wielkiej Brytanii: ...MI-5 nie mogła oczywiście zbadać reakcji opinii publicznej na zamieszczone wiadomości, ale przyczyniły się one do stłumienia krytycyzmu, z jakim spotkała się Służba Bezpieczeństwa po internowaniach na podstawie paragrafu 18B. W krytycznych uwagach specjalizowali się zwłaszcza dwaj posłowie: Victor Cazalet z Partii Unionistów, reprezentujący okręg wyborczy Chippenham, oraz Richard Stokes z Partii Pracy z okręgu Ipswich. Obaj bronili aktywnie wszystkich internowanych. Cazalet był wcześniej osobistym sekretarzem lorda Swintona, a obecnie przewodniczył komisji parlamentarnej do spraw uchodźców, co dawało mu okazję do częstego „ostrzeliwania” resortów wojny i spraw wewnętrznych. Stokes też nie owijał słów w bawełnę, krytykował ostro masowe internowania i wciąż zadawał w Izbie Gmin pytania bardzo kłopotliwe dla rządu. Latem 1940 roku dowiedział się o istnieniu Ośrodka 020 i zażądał zaprzestania polityki izolacji internowanych... Na pewno więc nie lubili Cazaleta zarówno MI-5 jak i rząd JKM. Wróble ćwierkały także, że nie lubił go Churchill. W razie konieczności utrata takiego dyplomaty była dla kręgów rządzących co najmniej do przełknięcia.

Czy komisja wypadkowa badała sprawę czy zacierała ślady? Podczas prób wyławiania wraku doprowadzono do totalnej demolki samolotu. Doprowadzono do oderwania płatowca od kadłuba, oderwania ogona w pobliżu krawędzi natarcia statecznika poziomego od części ogonowej. Komory bombowej w ogóle nie znaleziono lub "zapomniano" o niej przy wydobyciu. Z części ogonowej pomiędzy płatowcem a usterzeniem wydobyto tylko część stropową i boczną, co stało się z podłogą o tym dokumenty milczą. Za każdym razem kiedy podnoszono jakiś większy element, dźwig okazywał się za słaby i unoszony element opadał bezładnie na dno. Wkrótce dźwig zastąpiono jeszcze słabszym. Nawet mimo takich zabiegów nie udało się znaleźć żadnego dowodu potwierdzającego "blokadę" usterzenia. Na jedynym znanym zdjęciu widać odłamany ogon sterczący lotkami w górę, kadłub, a na nim leżący mniej więcej w prawidłowym miejscu, ale kołami do góry płatowiec. W literaturze spotyka się opisy, iż po wodowaniu samolot przegłębił się na nos a następnie osiadł na dnie w pozycji "na plecach" na głębokości będącej połową długości kadłuba. Oczywisty absurd, bo operacja taka jest niewykonalna. Jak ktoś nie wierzy to niech spróbuje stojąc przodem przy biurku położyć się na nim na plecach. Ponadto, na zdjęciu widać przedział pilotów który wskazuje, że samolot siedzi na brzuchu (porównaj widok kabiny z tym zdjęciem), a na kadłubie leży obrócony o 180 stopni "do góry kołami" płatowiec. Wskazuje to, że zdjęcie pochodzi z czasu "po urwaniu skrzydeł", a potwierdzać to zdaje się fakt małej ilości paliwa na wodzie. Po prostu większość się zdążyła już wylać, a to co na wodzie to końcówka.

W dalszej kolejności samolot lub jego elementy były wielokrotnie podnoszone i upuszczane, wleczone po dnie celem przeciągnięcia ich na płyciznę, a w końcu poszczególne elementy były z wraku wyrąbywane toporem. Doskonała metoda na zatarcie wszelkich śladów i wywołania przekonania, że cokolwiek stało się na pokładzie, nikt nie miał prawa przeżyć. I niestety to zadziałało.
Komu i dlaczego był niewygodny Sikorski? - Brytyjczykom, bo nie uznawał sowieckiej aneksji Kresów Wschodnich, co bardzo drażniło Kreml i groziło rozsadzeniem koalicji, możliwością aliansu Niemców z Rosjanami a w konsekwencji zniszczeniem Imperium Brytyjskiego. Był jednak Sikorski potrzebny, bo tylko jemu wierzyli Polacy w kraju i Wojsko Polskie gdziekolwiek było. - Rosjanom, bo nie uznawał aneksji Kresów Wschodnich, nie opanował Andersa i nie wsparł militarnie Stalina a także nie uznawał "polskich komunistów" i wierzył w odtworzenie niepodległej Polski - czyli generalnie za całokształt. Z drugiej strony był jednak przydatny, gdyż jego nieustępliwość choć ograniczona, była wystarczająco dobrym powodem do nieutrzymywania stosunków dyplomatycznych i montażu własnych planów wasalizacji.
- Amerykanom, bo jego polityka miała wpływ na głosy 10 milionów wyborców polskiego pochodzenia, co w sytuacji dalszego zwlekania z zajęciem stanowiska w "sprawie polskiej" mogłoby doprowadzić do przegrania wyborów przez Roosevelta. Trudno byłoby Rooseveltowi uzyskać reelekcję gdyby stwierdził, że popiera Sowiecką agresję na Polskę, a Zbrodnia Katyńska to nic szczególnego (Zauważmy, że Polska, jako de facto koalicjant a więc zwycięzca, zakończyła tę wojnę jak każdy przegrany wasal Niemiec, czyli Bułgaria, Rumunia czy Węgry.) Z drugiej strony był jednak przydatny ze względu na Katyń. Niemcy mogli przynajmniej sobie obiecywać, że sprawa ta rozsadzi koalicję. - Polakom w zależności od opcji, bo był zagorzałym przeciwnikiem sanacji, którą obciążał winą za klęskę wrześniową, za ślepy alians z Francją i klęskę Armii Polskiej we Francji, czy też w końcu za "samowolny" układ Sikorski-Majski, czyli wyprzedaż polskiego interesu. Z drugiej strony był to jednak Ten Sikorski, ten od słoneczka...

Rachunek zysków i strat (z pozycji zleceniodawcy spisku)
Co daje śmierć; Sikorski, Klimecki, Marecki, Ponikiewski, Kułakowski, Cazalet - zysk (byli zarówno niewygodni, jak i sic(!) mogli znać swoich zabójców) Prchal, Leśniowska, Whiteley - koszt (nie powinien żyć, nie powinna umrzeć, ale nie było innego wyjścia) Gralewski, Zalzberg, Kelly - a byli tacy ta pokładzie AL-523? Berrie, Hunter - brak danych. Łącznie 11 pasażerów & 6 członków załogi (w kabinie pasażerskiej było co najmniej 12 miejsc siedzących) co obala mit o przeludnieniu samolotu. W kabinie były jeszcze wolne miejsca (przynajmniej teoretycznie), więc Sikorski mógł zezwalać wg uznania dodatkowym pasażerom na przelot. Dlaczego więc Łubieński zgodnie z zapowiedzią nie poleciał?



Potęga dobrej polityki Potęga dobrej polityki polega na tym, aby własne interesy, a zwłaszcza te brudne załatwiać cudzymi rękoma albo na cudzy koszt. Jak z powyższego widać, każda ze stron miała interes w pozbyciu się Sikorskiego, nawet koła polskie. Jednakże jeżeli strona nie musiała się publicznie kryć z tym zamiarem jak np. Niemcy to nie miała wystarczających środków do jego realizacji i odwrotnie. Jak wiadomo, próba puczu na Bliskim Wschodzie nie wypaliła. Przyczyna tego stanu rzeczy jest tu nieistotna, bo nie ważne czy zabrakło armat czy prochu, ważne było to, że Sikorski nadal żyje, a miał już nie żyć, czyli PROBLEM nadal pozostaje nierozwiązany, a czas uciekał. Należało więc uruchomić plan "B" - Gibraltar. Dlaczego Brytyjczycy nadal nie odtajniają materiałów?
Odtajnią? czy nie? Pytanie to rozpala co pewien czas namiętności niestety co raz mniejszej grupy zainteresowanych. Jednakże sam fakt nieodtajniania też o czymś mówi. Czegóż więc boją się Brytyjczycy? Nie boją się kompromitacji przed samymi sobą, bo matackie wyjaśnianie tzw. "katastrofy" i sposób traktowania strony polskiej od samego początku urągało zdrowemu rozsądkowi i kompromitowało autorów raportu w oczach każdego brytyjskiego czytelnika i nie tylko. Nie boją się kompromitacji przed byłym aliantem - Polską, ponieważ publikacje, szczególnie te z lat 90-tych i współczesne, niedwuznacznie sugerują, a miejscami udowadniają, że spektakl zaranżowany czwartego lipca w Gibraltarze to tandetna improwizacja. To musi być coś mocniejszego. Mogą natomiast nadal bać się ujawnienia faktów wskazujących na to, że w celu pozbycia się Sikorskiego, określone kręgi polityczne po nieudanej próbie wywołania puczu wśród Polaków na Bliskim Wschodzie spowodowały takie działania, aby osiągnąć cel, odsuwając jednocześnie od siebie jakiekolwiek podejrzenia. Jak widać to jednak w pełni nie nastąpiło, bo podejrzenia powstały i trwają nadal.
Dlatego bardziej prawdopodobnym jest to, że inicjatywą i wykonawstwem zajęli się ci których w tej układance pozornie w ogóle nie ma. To oni nie mieli żadnych zobowiązań w stosunku do Polski i nie zamierzali ich mieć. To oni zarówno pożyczali ogromne sumy Wielkiej Brytanii jak i zaangażowali w wojnie już własne siły i to ich najbardziej mogła irytować zarówno perspektywa rozsadzenia koalicji i strata już poniesionych nakładów, jak i "bezczynność" Wielkiej Brytanii w sprawie tego Sikorskiego. To oni także mieli względna swobodę poruszania się po terenach Wielkiej Brytanii bez ograniczeń. Co więcej, ta siła jest w stanie nadal krępować usta Wielkiej Brytanii. Innymi słowy, analizując zarówno to co zaistniało jak i to czego brak dochodzi się do wniosku iż Brytyjczycy bezpośrednio nie są odpowiedzialni za śmierć Sikorskiego (nikt oficjalnie nie dał takiego zlecenia) i można dać wiarę, że łzy Churchilla na pogrzebie Sikorskiego były szczere. Świadczy o tym chociażby także to, że Brytyjczycy mogliby uzyskać ten sam skutek w białych rękawiczkach powodując np. "zaginięcie" samolotu nad Atlantykiem czy gdziekolwiek indziej. Świadczą również o tym zachowania takich osób jak Macfarlane, który swoim spostrzeżeniem co do kamizelki Prchala zdemaskował jeden z surrealnych motywów inscenizacji, czy wypowiedzi innych świadków odrzucone lub pominięte później przez tzw. "komisję" jako niepasujące do koncepcji "wypadku". Zacieranie śladów i zmowa milczenia wskazują natomiast, że Brytyjczycy stoją albo samodzielnie albo pod przymusem za działaniami konspirującymi zamach na Sikorskiego ze strony każdego z wykonawców jaki by się tego nie podjął. To że nie było polecenia "wyeliminować!" nie oznacza, że nie pojawiło się nie budzące sprzeciwu życzenie "dobrze by było, żeby został wyeliminowany..." rzucone we właściwym kierunku. Należy przypuszczać, że wersja z "katastrofą" była tylko jednym z wariantów, można by rzec, że ze względu na wyjątkowe partactwo, wariantem awaryjnym, bo inny, bardziej elegancki nie wypalił. Jednakowoż nie można takiej złej oceny wystawić ludziom od informacji i propagandy. Tu zadziałało wszystko doskonale. Prawie wszystkie media zgodnym chórem recytowały komunały o wypadku. Tylko jednej polsko języcznej gazecie "wymsknął" się tekst cyt. "... Gen. Klimecki, który zabity został wraz z gen. Sikorskim, był szefem sztabu ..." Dowody na to wskazujące są dlatego utajnione, ponieważ z całą bezwzględnością obnażają dwulicowość działania Wielkiego Alianta. I oceny właśnie takiego perfidnego działania boją się Brytyjczycy i nie tylko i bać się będą jeszcze dziesiątki lat.
Kto więc stoi za śmiercią Generała? Otóż cała Wielka Trójka. Tak samo jak zależało jej na życiu Hitlera, gdy dotarły wieści o poważnym zamachu na jego życie w Wilczym Szańcu 1944, który mógł wywrócić współpracę Aliantów do góry nogami.
Najbardziej na głowie Sikorskiego zależało Stalinowi, gdyż Sikorski był jedynym poważnym polskim politykiem przebywającym na emigracji. Jedynym, który chciał się dogadać z ZSRR, oczywiście na warunkach do przyjęcia przez Polskę. Z nim nie wypadałoby się nie dogadać. A przecież Stalinowi nie chodziło o jakieś dogadanie się. Chciał Polskę zsowietyzować. Traktował nas jak klucz do – jak to ujął Tuchaczewski – niesienia płomienia rewolucji na Zachód. Sikorski w tych planach tylko przeszkadzał.

Dla człowieka, który wspólnie z Hitlerem rozpoczął wojnę, wydał wyrok na narodzie polskim, zabicie Sikorskiego było śmieszną formalnością, o tyle śmieszniejszą, iż  powodowaną strachliwą pomocą Brytyjczyków i Amerykanów.