W lecie 1942 roku, U-511, dowodzona przez kapitana
Friedricha Steichoffa, wzięła udział w jednym z najciekawszych
eksperymentów II Wojny. Brat kapitana, dr Erich Steichoff pracował w
Pennemunde, w programie rakietowym. Obywaj wpadli na pomysł, aby użyć
U-511 do eksperymentów z wystrzeliwaniem rakiet z zanurzonej łodzi
podwodnej. U-boot został wyposażony w 6-lufowa wyrzutnie rakiet.
Eksperyment okazał się sukcesem. Rakiety były odpalane z głębokości 12
metrów. Informacje o wynikach nie napotkały jednak na przychylna reakcje
w sztabie admirała Donitza, może dlatego, ze odpalane rakiety były po
prostu małe: 30 cm długosci, typ Wurfkorper 42 Spreng. Oczywiście tego
rozmiaru rakiety nie mogły być użyte do ataków jednostek nawodnych, ale
mogłyby mieć zastosowanie do ostrzelania np. rafinerii nabrzeżnych.
Niemniej, skończyło sie wyłącznie na eksperymentowaniu.
Eksperymentowaniu na tyle odważnym, że zdecydowano się na
transportowanie rakiet V2 i odpalaniu ich na morzu. Brak jest
jakiejkolwiek udokumentowanej informacji dotyczącej odpalania V2 z
jednostek nawodnych lub podwodnych, gdyż V2 ze względu na stosowane
paliwo - była rakietą po prostu niebezpieczna przy odpalaniu. Eksplozja
spowodowałaby zagładę jednostki pływającej. Co do odpalania V2 z U-boota
było to po prostu niemożliwe. Rakieta była za duża, jak na rozmiary
łodzi podwodnych II Wojny. Dlatego tez powstały koncepcje wystrzeliwania
V2 z holowanych platform. W grudniu 1944 r. stocznia Vulkan Werft w
Stettin (Szczecin) otrzymała zamówienie na produkcje 24 500-tonowych
podwodnych platform, z których spodziewano się odpalać V2. Z powodu
sytuacji na froncie, realizacja zamówienia była zresztą nierealna.
Niektóre źrodła podają, że na początku 1945 r., U-1063 przeprowadzała
próby z prototypem takiej platformy. Platforma mogła być stosowana
wyłącznie na wodach kolo Europy - ze względu na rodzaj paliwa używany
przez V2. Jakiekolwiek pogłoski o planach użycia V2 do bombardowania
kontynentu amerykańskiego są czystą fantazją.
Niemcy stosunkowo wcześnie zainteresowali się możliwością wystrzeliwania
pocisków rakietowych z okrętów podwodnych. Już w 1942 roku
przeprowadzali eksperymenty z odpalaniem rakiet z zanurzonego okrętu
podwodnego. Do ośrodka doświadczalnego w Peenemünde nad Bałtykiem
przydzielono U-511. Dowódcą tego okrętu był kapitan Friedrich Steinhoff,
brat doktora Ernsta Steinhoffa, jednego z najważniejszych
współpracowników Wernhera von Brauna. Testowane rakiety były zwyczajnymi
pociskami krótkiego zasięgu, stosowanymi dość szeroko przez wojska
lądowe Wehrmachtu. Miały służyć U-Bootom do obrony przed atakiem
tropiących je eskortowców, ewentualnie też do ostrzału alianckich
instalacji nadbrzeżnych (np. w rodzaju rafinerii na wyspach Karaibów). W
porównaniu z rozwijanymi w Peenemünde programami sięgającymi już bez
mała Kosmosu, pociski te mogły więc wydawać się wręcz prymitywne i
zupełnie nie warte zachodu. A jednak doświadczenia z nimi dowiodły, iż
odpalenie rakiety z zanurzonego U-Boota jest możliwe.
Koncepcja zastosowania okrętu podwodnego jako platformy startowej dla
latającej bomby V-1 nie wyszła poza stadium projektowania. Natomiast
próba połączenia U-Boota z pociskiem balistycznym A-4 (V-2) doczekała
się bardzo oryginalnego rozwiązania. Zaproponowano otóż, by nie
instalować potężnej wyrzutni na samym okręcie podwodnym, tylko
wykorzystać go do jej holowania. Projekt ten (kryptonim „Prüfstand XII"
znany również jako „Kamizelka ratunkowa") przewidywał zbudowanie
pływającego silosu dla rakiety. Silos ten przypominał kształtem ogromną
torpedę. Jego długość wynosiła 30 metrów, wyporność nawodna 355 ton, a
podwodna około 550. Dziób mieścił rakietę V-2. Oprócz tego, silos
zawierał pomieszczenia dla obsługi startowej, niezbędne oprzyrządowanie,
paliwo dla rakiety i części zamienne. Nie posiadał własnego napędu i
miał być holowany przez U-Boota. Przewidywano, że nowoczesna jednostka
Typu XXI będzie mogła holować nawet trzy takie silosy z maksymalną
prędkością 12 węzłów, przy jednym silosie prędkość wzrastałaby aż do 17
węzłów. Po dotarciu na pozycje ogniową zmieniano położenie wyrzutni z
horyzontalnej na wertykalną - czyli zatapiano część zbiorników
balastowych, zanurzając w ten sposób rufę i unosząc dziób do pionu.
Trzyosobowa obsługa, przebywająca dotychczas na pokładzie okrętu
podwodnego, przechodziła do wyrzutni i przygotowywała rakietę do
odpalenia. Następnie powracała na pokład U-Boota i stamtąd zdalnie
inicjowała start pocisku.
Ponoć nie potrafiono poradzić sobie z jednym, ale kluczowym zagadnieniem
- „dowiązaniem topograficznym wyrzutni", czyli dokładnym określeniem jej
położenia w chwili odpalenia rakiety. Bez tego nie ma mowy o
jakimkolwiek celowaniu czy naprowadzaniu pocisku. Z uwagi na fakt, że
projekt „Prüfstand" miał posłużyć do ataku na miasta Ameryki Północnej,
niepowodzenie w tej jednej, jedynej kwestii powinno go dyskwalifikować.
Niemcy, nie posiadając systemu nawigacyjnego pozwalającego określić
dokładną pozycję okrętu przebywającego u amerykańskich wybrzeży, powinni
więc zrezygnować z nierealnego pomysłu.

Mimo to do produkcji pływających wyrzutni przystąpiono! Pod koniec 1944
roku stocznia Schichau w Elblągu rozpoczęła budowę jednej z nich, być
może prototypu. 11 grudnia 1944 w Peenemünde odbyła się narada sztabu
specjalistów z udziałem generała Rossmanna, doktora Dickmanna -
dyrektora szczecińskiej stoczni Vulkan i dyrektora zakładu
konstrukcyjnego rakiet A-4 Riedla. Zapadła tam decyzja o podjęciu
produkcji kilku podwodnych silosów. Stocznia Vulkan miała dostarczyć je
do 25 marca 1945. Można chyba zaryzykować wniosek, że rozwiązano zatem
jakoś problem „dowiązania topograficznego" i Niemcy rzeczywiście
przygotowywali się do ataku...
Przy okazji warto jeszcze zatrzymać się chwilę przy postaci doktora
Ernsta Steinhoffa, którego brat uczestniczył - jak pamiętamy - w
pierwszych doświadczeniach z wystrzeliwaniem rakiet z U-Boota. Uczony
ten był jednym z najstarszych i najcenniejszych współpracowników von
Brauna, pod względem znaczenia ustępując jedynie dr Thielowi,
specjaliście od konstrukcji silników. Steinhoff odpowiadał za sterowanie
rakiet, kierowanie z zewnątrz i telemetrię. Krótko mówiąc - za to, by
rakietę można było skutecznie wycelować."
Projekt po wojnie został szybko przeniesiony na amerykański grunt, czego
efektem w 1959 roku, po latach prac i analiz były samonaprowadzane
pociski atomowe wystrzeliwane z okrętów podwodnych typu George
Washington.