W marcu 1945 roku alianci na froncie zachodnim zbliżali
się do Renu. Był on zdecydowanie najgroźniejszą rzeką, jaką przyszło forsować
amerykańskim żołnierzom. Wypływa on z Alp, aż do Arnhem płynie przeważnie na
północ i dopiero tam gwałtownie skręca na zachód. Rzeka ma od dwustu do
pięciuset metrów szerokości, szybki i burzliwy prąd, z wieloma wirami wodnymi
oraz głębokość od dwóch do trzech metrów. Żołnierze Wehrmachtu na przeciwległym
brzegu, chociaż zdezorientowani i pozbawieni chęci do walki, stają do obrony
ostatniej naturalnej przeszkody która zagradza drogę aliantom do ostatecznej
rozprawy z faszystowskimi Niemcami.
Ukształtowanie terenu tuż za Renem także nie jest korzystne dla wojsk
alianckich. Po pierwsze, szczególnie trudne do znalezienia są miejsca, w których
bezpiecznie można byłoby przeprowadzić przeprawy. Na południe od Koloni
występują bodajże dwa czy trzy takie miejsca. Co gorsza na wschodnim brzegu
rzeki, w odległości 50 km od niej nie było żadnych strategicznie ważnych
obiektów a i sam teren pozostawiał wiele do życzenia. Najczęściej porośnięty był
lasami, pofałdowany, w niektórych miejscach poprzecinany jedynymi przejezdnymi
dolinami, w których łatwo było trafić na niemieckie zasadzki, gdzie siła
Pancerfausta ściskanego w ręce przez wierzącego w Fuhrera i Ojczyznę
siedemnastolatka z Volkssturmu, była nieprawdopodobnie demoralizująca i
niebezpieczna. Specyfikacja terenu była podobna jak w Ardenach i podobnie jak
tam, Hitler do walki rzucał ostateczne siły, to co miał najlepszego, kwiat
młodzieży, uważających się za bohaterów, pełnych wiary we wpajane im od małego
nazistowskie ideały. To z nimi mieli zmierzyć się alianci.
Jednak zanim udało się dotrzeć do Renu, tak Patton ze swoją 3 Armią, jak i
Bradley, a także i Montgomery marzyli o tym, aby jako pierwszy przekroczyć tę
rzekę.
Powstało typowe współzawodnictwo między generałami o to, który pierwszy opanuje
przyczółek na wschodnim brzegu Renu. Stwarzało to dziwną sytuację. Żołnierze nie
dosyć, że przemęczeni, byli tym bardziej poganiani przez swoich dowódców, ci
przez swoich przełożonych i tak w wzwyż aż do dowódców armii. Trzeba zauważyć,
że po odważnej, lecz chwiejnej operacji w Ardenach Niemcy stracili swoją
sprężystość, a także możliwości operacyjne. Wehrmacht stanowił dziwną zbieraninę
doświadczonych żołnierzy, którzy przeszli od Polski, przez Rosję po Ardeny, oraz
starców, którzy byli, albo nie do końca sprawni, albo ich wiek był
niezadowalający, a także z żołnierzy najmłodszych, mających po szesnaście,
siedemnaście lat. To oni, wraz z doświadczonymi dowódcami, mogli nadal
skutecznie zagradzać drogę do serca Vaterlandu, jakim było Zagłębie Ruhry,
wojskom alianckim. W tym czasie do Renu maszerowali objuczeni bronią alianci.
Nie był to jednak spokojny marsz. Armia była już zmęczona. Żołnierze nie
wytrzymywali psychicznej i fizycznej presji. Dowódcy domagali się jak
najszybszego dojścia do Renu. Typową sytuację w swoich wspomnieniach opisał
sierżant George Pope:
Pamiętam, jak w tych dniach spóźniłem się wraz ze swoją drużyną i
natknęliśmy się na kapitana Georga Gieszla i dowódcę naszego batalionu. Dowódca
mówi:
- Na litość boską Pope, już po ósmej, a ty nawet nie...
Wtedy przerwałem pułkownikowi i spytałem:
- Skąd ten pośpiech, kurwa? Myślicie kurwa, że gdzie jesteście? Na manewrach w
Luizjanie? To nie są manewry, tylko prawdziwe gówno i to ja mam tam iść, a nie
wy!
Tak powiedziałem pułkownikowi, a co ja się opierdalam?
To normalna sytuacja, pokazująca zmęczenie żołnierzy. Oni nie chcieli już
walczyć. Dotarcie do Renu stanowiło dla nich możliwość przespania się , umycia,
odpoczynku. Liczyli, że zostaną zakwaterowani w jakiś miasteczku, będą mogli się
przespać, zjeść coś ciepłego. Odpocząć. Uważali, że to, czego wymagali od nich
dowódcy, to za dużo jak na to, co już przeszli. A jednak Ren był dal nich
wabikiem, im szybciej go osiągną, tym szybciej będą mogli odpocząć. Niektórych
mogła dziwić wypowiedź sierżanta Pope, ale to nie przypadek. Podobną sytuację
opisał sierżant Joe Skocz z 103 Dywizji Piechoty. Był on na nocnym patrolu. W
swoich pamiętnikach pisze:
Gdy przeprowadzaliśmy nocy patrol, zwiadowca przykucnął za drzewem i
zawołał mnie. Powiedział:
- Tam są ludzie. Czekają żeby nas przygwoździć,
- Nie ruszają się- odparłem
- My też się nie ruszamy.
Potem poszedłem i powiedziałem jednemu z żołnierzy, że ma iść to sprawdzić. Ten
schylił głowę i powiedział mi do ucha:
- Pierdol się. Jak chcesz, to sam to sobie sprawdzaj.
Po powrocie powiedziałem mu, że nie chcę go widzieć więcej na linii frontu.
Taki przypadki się zdarzały. Wreszcie jednak część armii zaczęła docierać do
Renu. Jedną z nich była 9 Armia Montgomery'ego. 7 marca kompania szeregowego
Bocarskiego dotarła do Krefeld nad Renem. Jakimś cudem ocalał tam duży budynek,
w którym wszystko działało. Bocarski który biegle posługiwał się niemieckim,
zapalił znalezione cygaro, kazał wziętemu do niewoli niemieckiemu telefoniście,
aby ten połączył się z kwaterą główną Wehrmachtu. Gdy to się udało, Bocarski
powiedział tam któremuś z oficerów, że za tydzień mogą się w Berlinie spodziewać
jego kompanii. Zauważamy, że żołnierze powoli wracali do sił. O to chodziło
Eisenhowerowi. Potrzebował on wypoczętych i skutecznych żołnierzy. Rozpoczynała
się walka o Ren.
W tym samym czasie dywizje Pattona ciągle jeszcze toczyły walki na zachód od
Renu, starając się zbliżyć do rzeki na odcinku od Koblencji na północy do
Moguncji na południu, a przy okazji zastawić pułapkę na siły niemieckie stojące
naprzeciwko 7 Armii amerykańskiej. Pattonowi zabrano kilka dywizji, aby wesprzeć
7 Armię, kiedy ta przedzierała się przez Linię Zygfryda, na wschód od
Saarbrucken.
Doprowadziło go to do wściekłości, ale uspokoił się gdy Bradley wyraził zgodę na
przesunięcie rozgraniczenia między 3 a 7 Armią, tak aby w jego sektorze znalazł
się najdogodniejszy odcinek do przeprawy na południe od Kolonii. Myślał o
forsowaniu Renu z marszu i miał nadzieję, że zdąży, zanim zacznie się
"nieruchawa" operacja Montgomeryego. A może zdąży nawet przed Hodgesem.
Ogólnie w owym czasie czyli w 1945 roku przewaga aliancka na froncie zachodnim
była już zastraszająca. Pod koniec marca 1945 roku generał Eisenhower miał pod
swoimi rozkazami 86 dywizji amerykańskich, brytyjskich, francuskich i
kanadyjskich, w tym 24 pancerne (jedna polska I Dywizja Pancerna generała
Maczka). Naprzeciw niemu, na 750-kilometrowym froncie, feldmarszałek Kesselring
mógł rozwinąć tylko około 60 dywizji, w tym 8 pancernych, uszczuplonych jednak
do jednej trzeciej stanu, bez jakiejkolwiek możliwości otrzymania nowych
dywizji, z ograniczoną liczbą paliwa, bez możliwości uzupełnień. W
rzeczywistości reprezentowały one siły o połowę mniejsze, gdyż nie było ani
czasu na ich uzupełnienie, ani też nie było ich czym uzupełnić, ewentualnie
starcami lub dziećmi, ale na tych krzywym okiem patrzyli dowódcy, którzy nie
chcieli ponosić odpowiedzialności za śmierć niedojrzałych "żołnierzy Fuhrera".
Średnio dywizje niemieckie liczyły co najwyżej 5 tys. żołnierzy, wobec 12 tys.
przewidzianych etatem. Jedynie w niektórych dywizjach pancernych udawało się
utrzymać stany osobowe na pułapie 11-12 tys. żołnierzy. Oznaczało to zaledwie
100 żołnierzy na jeden kilometr frontu. W tej sytuacji nie było mowy o głębokim
urzutowaniu linii obrony, o ześrodkowaniu na tyłach choćby skromnych odwodów,
czy obsadzeniu bunkrów na Linii Zygfryda.
Ugrupowanie obronne niemieckiej armii zachodniej przedstawiało się następująco.
Na froncie północnym stała grupa armii "H" (gen. Johannes von Blaskowitz) z 1.
armią spadochronową (dziewięć dywizji, w tym dwie pancerne i jedna grenadierów
pancernych) i nowo utworzoną 25. armią polową (armią tylko z nazwy, gdyż
składała się z zaledwie trzech dywizji). Centrum frontu utrzymywała grupa armii
"B" (feldmarszałek Walter Model) z 15. armią polową (piętnaście dywizji, w tym
jedna pancerna i jedna grenadierów pancernych) i 5. armią pancerną (dziesięć
dywizji, w tym dwie pancerne). Na południu frontu rozwinęła się grupa armii "G"
(SS-Obergruppenführer Paul Hausser) z 1. armią polową (dziewięć dywizji, w tym
dwie pancerne i jedna grenadierów pancernych), 7. armią polową (cztery dywizje)
i 19. armią polową (trzynaście dywizji).
Jednakże już 7 marca nastąpiło rozstrzygnięcie w kwestii, kto pierwszy
przekroczy Ren. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności 1 Armia Hodgesa już
przekroczyła rzekę. Dopomógł jej w tym most Ludendorffa. Historia tego
kluczowego wydarzenia wygląda mniej więcej tak:
Rankiem 7 marca generał John Millikin, dowódca III Korpusu na prawym skrzydle 1
Armii, wysłał 9 dywizję Pancerną, żeby zajęła zachodni brzeg Renu. Zadaniem
grupy bojowej B 9 Dywizji, pod dowództwem generała William Hodge'a, było zajęcie
leżącego na zachodnim brzegu miasta Remagen, gdzie potężny most kolejowy spinał
brzegi Renu. Zbudowano go w czasie I wojny światowej, żeby ułatwić transport
zaopatrzenia na front zachodni i nazwano go imieniem generała Ericha Ludendorffa.
Na wschodnim brzegu była skarpa, Elpeler Ley. Dość stromo wznosiła się na jakieś
sto siedemdziesiąt metrów i górowała nad doliną.
Był wilgotny, zimny dzień, chmury niemal dotykały czubków drzew. Zatrzymało to
na ziemi amerykańskie myśliwce i bombowce, ale nie zatrzymało zadziornych Piper
Cubów- samolotów rozpoznawczych. Grupa Bojowa B zbliżała się do celu, jakim był
zachodni brzeg Renu. W tym czasie porucznik Harold Larsen z 9 Dywizji Artylerii
poleciał do przodu samolotem rozpoznawczym w celu wyszukania możliwych celów dla
artylerii. Około godziny 10.30 zbliżył się do Remagen i, przecierając oczy ze
zdumienia, podleciał w pobliże mostu Ludendorffa. O dziwo ten stał nienaruszony,
jak ogromny pompatyczny pomnik. Larsen przekazał wiadomość generałowi Hodge'owi
który natychmiast wydał rozkaz zajęcia mostu znajdującym się najbliżej Remagen
jednostkom czyli 27 Batalionowi Piechoty Pancernej i 14 Batalionowi Czołgów.
Hodge utworzył z nich specjalną jednostkę pod dowództwem podpułkownika Leonarda
Engemana, który pchnął do ataku pluton piechoty porucznika Burrowsa. Łamiąc
słaby opór, grupa Engemana tuż przed południem dotarła do lasu na zachód od
Remagen. Przed nimi stał nienaruszony most Ludendorffa. Wycofywali się po nim
niemieccy żołnierze. Po dłuższym oczekiwaniu generał Hodge zdecydował się
przekroczyć most i zając przyczółek po jego drugiej stronie. Wiedział, że na
moscie pracują niemieccy saperzy, ale mógł jedynie przypuszczać, że nie wysadzą
oni mostu. Generał wydał rozkaz ataku Engemanowi. Była godzina 16.00. Gdy
żołnierze podnieśli się do ataku, przez Remagen przetoczył się nagle potężny huk
eksplozji. Niektórzy żołnierze upadli na ziemię. Most otoczyła wielki chmura
pyłu i kurzu. Wszyscy w tym momencie czekali na reakcję porucznika Timmermana
dowodzącego akcją. Sierżant Mike Chinchar, starając dodać sobie, otuchy
powiedział:
Dzięki Bogu teraz nie będziemy musieli przechodzić przez to cholerstwo!
Stojący obok niego szeregowy Johnny Awers wskazał palcem na dwa granaty
przyczepione do kurtki sierżanta i potrząsnął głową:
- Nie mielibyśmy szans!
Nagle powstałą ciszę przerwał okrzyk Timmermana:
- Patrzcie stoi!
- Nikt inny nie podzielał jego entuzjazmu, a ten zasrany most tak jak stał, tak
stoi!
O dziwo i wbrew woli Niemców, most lekko uniósł się do góry, lecz nie
przewrócił. Powstała wyrwa na jego początku. Owszem, mogła zatrzymać czołgi ale
nie piechotę. Pierwsi żołnierze wbiegli na most. Ogólnie jego zdobycie było
prostsze niż myśleli.
Biegnąc, wyrywali wszystkie kable, jakie napotkali, strzelali i krzyczeli,
dodając sobie odwagi. Pierwszym, który postawił nogę na wschodnim brzegu Renu,
był sierżant Alex Drabik.
Zaraz, tuż obok tunelu wziął do niewoli pracujących niemieckich saperów. Także
Timmerman przebiegł most i od razu wysłał pluton porucznika Burrowsa na górę
Eppler Ley ze słowami:
Wiesz Jim, jak nas uczono w poczciwym Fort Benning: wejdź na górę i trzymaj się
tam.
Kiedy wiadomość o sukcesie Timmermana przeszła przez wszystkie szczeble
dowodzenia od dywizji do sztabu armii, wszyscy generałowie nakazali znajdującym
się w pobliżu jednostkom przejście na drugą stronę rzeki. Z największym
entuzjazmem odniósł się do tego zwycięstwa Bradley. Zatelefonował do Eisenhowera
i przekazał mu dobre nowiny. Ten odpowiedział:
Brad, to wspaniale!
- Ike. Chcę przepchnąć przez ten most wszystko, co mam!
- Oczywiście- odparł Eisenhower-Przeprowadzaj na drugą stronę wszystko, co masz.
To najlepsze przełamanie, jaki nam się mogło trafić!
Takim sposobem udało się zdobyć pierwszy przyczółek na wschodnim brzegu. 17
marca ogromna konstrukcja mostu Ludendorffa, ostrzeliwana niemiłosiernie
najpierw przez Amerykanów, później przez Niemców w końcu zawaliła się z hukiem,
zabijając dwudziestu ośmiu żołnierzy i raniąc dziewięćdziesięciu trzech saperów
pracujących na nim. Amerykanie mieli wtedy już sześć mostów pontonowych na rzece
i dziewięć dywizji po drugiej stronie.
Stały na pozycjach, gotowe do wyruszenia na wschód...
Operacja forsowania Renu przez Montgomery'ego została zaplanowana na noc z 23 na
24 marca, ale nie mniej ambitny Patton chciał koniecznie być pierwszym. I
rzeczywiście mu się udało. Na północy Monty kontynuował przygotowania. Na
południu 3 Armia Pattona oczyszczała Zagłębie Saary i Palatynat, prowadząc
spektakularną kampanię. Kiedy jego dywizje zbliżyły się do Renu, Patton miał
przygotowanych pięćset barek desantowych oraz pewną liczbę amfibii, a także
armię siedmiu i pół tysiąca saperów i zamierzał przekroczyć rzekę. Bez fanfar,
bez wrzawy, bez reklamy, w zamierzonym kontraście do Montgomery'ego i tak, ażeby
nie zaalarmować Niemców. W nocy z 22 na 23 marca 5 Dywizja Piechoty zaczęła
forsować rzekę w Oppenheim, na południe od Moguncji.
Zaskoczyła Niemców i do północy cały 11 Pułk przepłynął rzekę na łodziach,
tracąc tylko dwudziestu żołnierzy. Przed świtem na wschodnim brzegu Patron miał
całą 5 Dywizję i część 90 Dywizji Piechoty. Niemcy przypuścili kontratak na 5
Dywizję, lecz jego skutek był mizerny. Większość z nich została zabita lub
wzięta do niewoli. Patton obronił przyczółek. Wieczorem zadzwonił do Bradleya:
Brad, nie mów nikomu, ale jestem na drugim brzegu.
- Niech mnie diabli, mówisz o drugim brzegu Renu?
- No właśnie chyłkiem przeprawiłem w nocy całą dywizję.
Nieco później na porannej odprawie w 12 Grupie Armii 3 Armia meldowała:
Nie korzystając z osłony z powietrza ani z zasłony dymnej na ziemi, bez
przygotowania artyleryjskiego i pomocy spadochroniarzy, 22 marca 3 Armia
sforsowała Ren.
Następnego dnia Patton szedł przez most pontonowy zbudowany przez jego saperów.
W połowie mostu przystanął. Każdy amerykański żołnierz znajdujący się w pobliżu,
jeśli tylko miał aparat fotograficzny, robił zdjęcia generała oddającego mocz do
Renu- długim, wysokim, równym strumieniem :) Patton zapiął rozporek i
oświadczył:
Długo na to czekałem. Nie siusiałem, kiedy wstałem rano, żeby mieć naprawdę
pełny pęcherz. Tak, to była pokrzepiająca chwila.
Na sukces Pattona wpłynął z pewnością fakt postępującego paraliżu na tyłach
niemieckiego frontu. Już od dwóch miesięcy lotnictwo alianckie (ponad 10 tys.
maszyn) prowadziło dywanowe bombardowania linii komunikacyjnych w
południowo-wschodnich Niemczech (operacja "Clarion").
Luftwaffe, usiłująca resztkami sił stawić czoła alianckiej ofensywie
powietrznej, poniosła bardzo ciężkie straty. Tak jak Remagen było ostatecznym
krokiem do klęski grupy armii "B", tak Oppenheim stało się nim dla grupy armii
"G".
Montgomery w ogóle nie przejął się spektakularnym sukcesem swojego
amerykańskiego sojusznika. Nie miał ochoty się spieszyć i w najmniejszym stopniu
naruszać raz przyjętego harmonogramu. Przygotowania do operacji forsowania Renu
(operacja "Plunder") były prowadzone tu z nieprawdopodobnym rozmachem i nakładem
sił. 2. Armia brytyjska, która miała przeprowadzić główne natarcie, ześrodkowała
ponad 600 czołgów, 4 tys. innych pojazdów pancernych oraz 32 tys. pojazdów
mechanicznych (14 dywizji, w tym 4 pancerne i 12 brygad, w tym 7 pancernych).
Operację miał posiłkować cały korpus saperski (prawie 60-tysięczny!) i 18.
korpus powietrzno-desantowy (dwie dywizje - 22 tys. spadochroniarzy), który miał
być rzucony do bitwy w całości (efekt smutnych doświadczeń spod Arnhem). Dzięki
takiej koncentracji sił Montgomery po prostu nie mógł przegrać, tym bardziej, że
naprzeciwko miał ciągle tą samą 1. Armię spadochronową Schlemma z nadal tymi
samymi, ale coraz słabszymi dywizjami.
Ren pod Wesel, gdzie Montgomery planował przekroczenie rzeki, miał około 500
metrów szerokości. Na jego drugim brzegu Niemcy przygotowali skomplikowany
system okopów i transzei z zaporami z drutu kolczastego i polami minowymi. Domy
i budynki gospodarcze w głębi obrony zostały przekształcone w silne punkty
oporu. Główne uderzenie 12. korpusu brytyjskiego miało spaść na słabą już 7.
dywizję spadochronową (25 sztuk artylerii polowej i zaledwie 8 artylerii
przeciwpancernej, w tym 4 "osiemdziesiątki ósemki") oraz niemal całkowicie
rozbitą w Reichswaldzie 84,
dywizję piechoty (10 sztuk artylerii polowej i tylko 2 artylerii
przeciwpancernej. Obie dywizje niemieckie dysponowały ogółem zaledwie 1,5 tys.
żołnierzy, z których część stanowiła świeże uzupełnienia. Naprzeciwko zaś stały
cztery dywizje brytyjskie, w tym jedna pancerna oraz kilka brygad, w tym dwie
pancerna (670 sztuk artylerii). Dysproporcja sił była więc przygniatająca.
W dniu 24 marca o godz. 1.00 Montgomery dał sygnał do rozpoczęcia operacji.
Poprzedziło ją zmasowane przygotowanie artyleryjskie (3 tys. luf, przez godzinę
ponad tysiąc amerykańskich pocisków na minutę lądowało na wschodnim brzegu Renu,
a w sumie "jedyne" sześćdziesiąt pięć tysięcy dwieście sześćdziesiąt jeden)
trwające około godziny. Jednocześnie tysiąc czterysta sześć bombowców B-17
zrzuciło bomby na bazy Luftwaffe na wschód od rzeki. O 2.00 wypłynęły łodzie
szturmowe, zbierające na swój pokład siedmiu żołnierzy i dwóch członków załogi.
Dopiero kiedy pierwsze łodzie dotknęły brzegu, artyleria przeniosła ostrzał na
cele znajdujące się dalej od rzeki i obiekty wcześniej wyznaczone. Nieprzyjaciel
był tak zmaltretowany, że gdy lądował pierwszy rzut 9 Armii, padło zaledwie
kilka pocisków z moździerzy. Sprawy potoczyły się tak pomyślnie, że jeszcze nim
wstał dzień, 79 i 30 Dywizje Piechoty przeprawiły się w całości przez rzekę,
tracąc tylko trzydziestu jeden żołnierzy. Dywizje ruszyły na wschód. Na
lotniskach w Wielkiej Brytanii, Francji i Belgii zaczęli ładować się do
samolotów transportowych C-47, C-46 i szybowców spadochroniarze i oddziały
szybowcowe Brytyjskiej 6 i amerykańskiej 17 Dywizji powietrznodesantowych. W
sumie operacja ta miała być porównywalna z operacją "Overlord". W sumie w
operacji wykorzystano tysiąc sześćset dziewięćdziesiąt sześć samolotów
transportowych i tysiąc trzysta czterdzieści osiem szybowców. Celem
spadochroniarzy były zalesione wzgórza, pozwalające na obserwację miejsc
przepraw przez rzekę, wyjazdów z Wesel i punktów forsowania okolicznych cieków
wodnych. "Powitanie" ze strony niemieckich baterii przeciwlotniczych było bardzo
gorące, tym bardziej, że Niemcy spodziewali się takiego "wybiegu" ze strony
Aliantów. Chociaż cała operacja zakończyła się powodzeniem, to jednak poniesione
straty były dużo cięższe niż oczekiwano - prawie 2 tys. spadochroniarzy, w tym
ponad 700 poległych oraz 53 zniszczonych i 440 uszkodzonych transportowców
Tymczasem 2. armia brytyjska ruszyła do generalnego natarcia. Nawała
artyleryjska przytłoczyła 84. dywizję piechoty, która stawiła raczej słaby opór,
tym bardziej, że jej stanowiska obronne nad rzekę zostały rozbite. Jednak na
liniach obrony 7. dywizji spadochronowej natarcie alianckie chwilowo straciło
impet - szczególnie zacięte walki toczyły się o Wesel. Mimo to, forsowanie Renu
odbywało się ciągłym strumieniem i do 25 marca Niemcy zostali odepchnięci od
Wesel i rzeki. W ciągu tych dwóch dni Montgomery przerzucił na drugą stronę 14
pełnych dywizji. Jednocześnie do natarcia przeszła także 9. armia amerykańska
(12 dywizji, w tym 3 pancerne). Przy takiej przewadze sił do końca pierwszego
dnia alianci trzymali już trzy duże przyczółki o głębokości 10-12 kilometrów,
zaś do 27 marca poszerzyli je do 32 kilometrów. Front niemiecki na Renie
przestał istnieć, tym bardziej, że 25 marca ruszyła się także 21. grupa armii
Bradleya siłami 1. i 3. armii amerykańskiej (25 dywizji, w tym 7 pancernych) z
przyczółków zdobytych w Remagen i pod Oppenheim. Będące już u kresu sił 15.
armia polowa i 5. armia pancerna stawiły im desperacki opór, jednak nie mógł on
trwać długo. Następnego dnia armia Pattona zdobyła nieuszkodzony most na Menie
pod Frankfurtem, o który rozgorzały teraz krwawe walki uliczne. Armie Modela (a
raczej ich pozostałości) broniły się do 28 marca, kiedy na rozkaz dowództwa
rozpoczęły odwrót w stronę Zagłębia Ruhry. W dniu 25 marca przez Ren ruszyła
także 6. grupa armii siłami 7. armii amerykańskiej i 1. armii francuskiej.
Przebijając się przez prowizoryczne linie obrony 1. i 7. armii niemieckiej,
alianci przekroczyli rzekę, okrążyli Wormację i wkroczyli do Mannheim. Do końca
marca utworzony przyczółek po drugiej stronie osiągnął głębokość prawie 40
kilometrów.
Po sforsowaniu Renu następnym i ostatecznym celem Aliantów było Zagłębie Ruhry i
Berlin. Generalny odwrót niemiecki stał się sygnałem dla Eisenhowera do
rozpoczęcia pościgu. Przygniatająca przewaga aliancka w powietrzu uniemożliwiała
dowództwu niemieckiemu jakiekolwiek ruchy swoich dywizji (a raczej ich resztek)
w dzień. W efekcie mogły się one odbywać tylko pod osłoną nocy lub porannych
mgieł. OKW, dysponującemu coraz bardziej rozproszonymi związkami taktycznymi,
którym brakowało dosłownie wszystkiego, coraz trudniej było prowadzić bardziej
skoordynowane operacje obronne. Front zachodni rozsypywał się. Co ciekawe, w
dywizjach niemieckich, mimo ponoszonych strat i świadomości, że wojna jest już
przegrana, nadal panowało stosunkowo wysokie morale, zaś przejawy jego upadku
były rzadkie. Tak dla Aliantów Zachodnich, jak i dla Niemców, wojna
zmierzała ku końcowi. Niemcy wiedzieli, że niemożliwym jest już zatrzymać
Aliancką nawałę z zachodu.