Gdy 30 kwietnia 1975 roku wojska Wietnamu Północnego wkroczyły do Sajgonu
zwanego od tamtej pory Ho Shi Minh City, zrezygnowana wielka Ameryka przegrała
wojnę z krajem obdartych pastuchów i wieśniaków, walczących w imię
komunizmu.
Wojna w Wietnamie była pierwszym medialnym konfliktem zbrojnym w historii, na
który razem z żołnierzami ruszyli dziennikarze, fotoreporterzy i kamerzyści
wszystkich liczących się mediów, a zwykli Amerykanie mogli przy kolacji oglądać
najnowsze doniesienia z frontu, zupełnie jakby oglądali dobranocki. Długopisy, kamery i aparaty fotograficzne dziennikarzy okazały się
dużo skuteczniejszą bronią niż karabiny M 16, śmigłowce szturmowe, czy
naloty dywanowe. Jeszcze raz okazało się, jakie znaczenie ma tzw. propaganda, czyli psychologiczne
oddziaływanie w warunkach wojny. I to właśnie ona zadecydowała o wyniku tego
konfliktu. Szczególnie na tym polu, Amerykanie udowodnili brak profesjonalnego
przygotowania i głupotę, bo nie ma nic bardziej demobilizującego, jak żywe
przekazy z wojny i pokaz czarnych worków z żołnierzami opuszczającymi front
na zawsze.
Najsłynniejszą fotografią zrobioną podczas tej wojny, stało się zdjęcie wykonane
1 lutego 1968 roku w Sajgonie przez dziennikarza agencji Associated Press
Eddiego Adamsa. Przedstawia ono szefa policji Południowego Wietnamu Nguyen Ngoc
Loana zabijającego schwytanego oficera Vietcongu strzałem z rewolweru w głowę.
Fotografia szybko trafiła na okładki wszystkich amerykańskich gazet i magazynów
wywołując prawdopodobnie największą burzę medialną w historii USA. Lewicowe
ruchy antywojenne przyjęły ją jako swoją ikonę, prezentując ją na manifestacjach
obok zdjęć ofiar Holocaustu. Jej społeczny odbiór był jednoznaczny, miażdżący i
pozbawiony jakiejkolwiek refleksji. Oto południowowietnamski żołdak, najmita na
jankeskiej smyczy morduje z zimną krwią skrępowanego, bezbronnego jeńca
wojennego. Nikomu nie chciało się zajrzeć głębiej w to, co się stało tamtego
dnia i co doprowadziło do tej egzekucji. Dwa dni wcześniej - 30 stycznia 1968
roku Vietcong wraz z regularną armią Północnego Wietnamu przeprowadziły Ofensywę
Tet. W przeciwieństwie do dotychczasowej taktyki wojny partyzanckiej w dżungli
północnowietnamscy dowódcy postanowili zaatakować główne miasta Południowego
Wietnamu licząc na wsparcie ich mieszkańców, co według ich obliczeń miało
doprowadzić do ogólnokrajowego, antyamerykańskiego powstania. Przeliczyli się.
Ludność miejska nie popierała komunistów, a uderzając na Amerykanów w otwartym
terenie ponieśli druzgocącą klęskę.
Jednym z głównych założeń ofensywy komunistów była likwidacja wszystkich
"zdrajców", czyli ludzi współpracujących z Amerykanami. Przede wszystkim
żołnierzy Armii Południowego Wietnamu oraz policjantów i ich rodzin. W mieście
Hue, które na krótko zostało opanowane przez komunistów zamordowano około 6000
cywilów, którzy mogli stanowić zagrożenie dla "nowego ładu społecznego". Taki
wietnamski Katyń...
Na wieść o ofensywie wszyscy policjanci w Sajgonie zostali postawieni na nogi.
Odwołano urlopy i wezwano do komend wszystkich funkcjonariuszy. Vietcong dzięki
swoim szpiegom znał adresy większości z nich. Nie zastawszy ich w domach
(policjanci byli przecież na służbie) komuniści wymordowali ich rodziny - żony,
córki, synów, rodziców. Słowem - każdego, kogo zastali pod danym adresem.
Dowódcą jednego z tych plutonów egzekucyjnych był oficer Vietcongu Nguyen Van
Lem. Został schwytany w Sajgonie obok rowu wypełnionego ciałami zamordowanych
członków rodzin policjantów. Szef południowowietnamskiej policji Nguyen Ngoc
Loan wśród zamordowanych zauważył żony i dzieci swoich dwóch najbliższych
przyjaciół. Kiedy doprowadzono do niego schwytanego zbrodniarza po prostu
wyciągnął rewolwer i strzelił mu w głowę.
Nie złamał tym ani ówczesnego prawa, ani nie pogwałcił Konwencji Genewskiej,
która chroni umundurowanych żołnierzy zaangażowanych w walkę z innymi
żołnierzami. Schwytany oficer Vietcongu przebrany był za cywila i mordował Bogu
ducha winnych ludzi, którzy nie mieli broni w rękach. Był zwykłym bandytą, który
został natychmiast zgładzony. Na nieszczęście dla generała przy egzekucji byli
obecni dziennikarz Eddie Adams i kamerzysta NBC News. W internecie bez trudu
znajdziecie krótki film z tej egzekucji. Eddie Adams otrzymał nagrodę Pulitzera
za tę fotografię. Kiedy jednak zobaczył, w jaki sposób jest ona wykorzystywana
zaczął żałować, że kiedykolwiek ją wykonał. "Generał zabił zbrodniarza, ja tą
fotografią zabiłem generała. Aparat fotograficzny to najgroźniejsza broń. Ludzie
wierzą obrazom, ale te kłamią, nawet jeśli nie są zmanipulowane. One są tylko
półprawdami. Każdy powinien zadać sobie pytanie - co ja bym zrobił na miejscu
generała, gdybym schwytał zbrodniarza odpowiedzialnego za zamordowanie moich
przyjaciół?" - pisał w tygodniku "Time".
W 1975 roku, krótko przed upadkiem Sajgonu generał Nguyen Ngoc Loan wyemigrował
z rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdzie założył małą pizzerię w centrum
handlowym koło Waszyngtonu. W 1991 roku przeszedł na emeryturę po tym, jak w
jego restauracji ktoś napisał w toalecie "Wiemy kim jesteś, skurwysynu!". Zmarł
na raka 14 lipca 1998 roku. Eddie Adams - fotograf, którego zdjęcie okryło go
niezasłużoną hańbą wielokrotnie przepraszał generała i jego rodzinę. Często
nazywał go bohaterem i starał się jak mógł, by społeczeństwo poznało szerszy
kontekst jego fotografii. Na próżno. Generał nie miał jednak do niego żalu.
Mówił, że gdyby nie on, to kto inny wykonałby zdjęcie i efekt byłby ten sam.
Publikacja tej fotografii w znaczący sposób wpłynęła na odbiór wojny w
amerykańskim społeczeństwie. Ruchy antywojenne dostały do ręki potężny,
szokujący argument i przez Amerykę przetoczyła się nowa fala manifestacji. W
końcu Amerykanie, mimo sukcesów militarnych zostali zmuszeni do upokarzającego
wycofania się z Wietnamu. Jeszcze raz okazało się, że wojna, choćby i
najsprawiedliwsza, pokazana na żywo, bez przekłamań, jest nie do zaakceptowania
przez cywili. Dopiero w Iraku Amerykanie, pod tym względem, naprawili swoje
błędy.