Saperzy - pierwsza linia walki
Na ogół wszyscy wiemy co robią saperzy, ale tylko na ogół, bo jak sie przyjrzeć
bliżej ta formacja wojskowa to nic innego jak pierwsza linia walki. Walki, która
jak się okazuje, właśnie ma miejsce lub dopiero sie odbędzie. W obu tych
przypadkach jest to pierwsza linia. Czy zatem zostać saperem, narażając
maksymalnie życie, czy wybrać coś bardziej "bezpiecznego"?
Nic bardziej mylnego.
Saper to 100% adrenaliny, 100% odwagi, 100% chwały. jeżeli ktoś inaczej myśli to
znaczy, że pomylił się już pierwszy raz, wybierając tę formację. Wiadomo,
że o wyniku walki w mieście decyduje w końcu piechota, Jednakże piechota rzadko
ma możność przy użyciu jedynie własnych środków ogniowych podejść do
nieprzyjacielskich gniazd ogniowych, wtargnąć do nich i w walce z bliska
zniszczyć wroga, otwarcie jej drogi do wnętrza gniazd ogniowych, to znaczy
poszczególnych
umocnionych domów i różnych budowli, jest zadaniem wszystkich rodzajów broni, a
przede wszystkim artylerii, saperów i czołgów. Głównym zadaniem saperów w walce
w mieście jest zapewnienie nacierającej piechocie możliwości posuwania się
naprzód, aż do osiągnięcia wskazanego celu. Zadanie saperów polega tu głównie na
oczyszczaniu i przygotowywaniu dróg dla piechoty, czołgów i artylerii przez
różne przeszkody, wykonane przez nieprzyjaciela. Na podstawie doświadczeń należy
w tym
celu przydzielić do każdej kompanii piechoty, walczącej w składzie oddziału
szturmowego, saperska grupę torującą w składzie 1-2 drużyn saperów i
wyszkolonych w rzemiośle saperskim szeregowców piechoty.
Zadanie saperskich grup torujących polega na:
-oczyszczaniu przejść w polach minowych i sieciach drutów kolczastych,
-wykonywaniu otworów w ścianach i parkanach domów,
-oczyszczaniu przejść z gruzu powstałego po zburzeniu domów,
-burzenie budynków i barykad,
-blokowaniu bronionych przez nieprzyjaciela domów i betonowych schronów
bojowych,
-umocnieniu opanowanych obiektów.
Wszystkie te prace wchodzą zasadniczo w zakres działania saperskich oddziałów
torujących, działających w składzie oddziałów szturmowych. Doświadczenie walk w
mieście wykazało, że oddziałów saperskich nie należy używać do burzenia
budynków, którą to pracę lepiej może wykonać ciężka artyleria i środki
zapalające. W wyniku prac saperów nad oczyszczeniem i przebijaniem przejść
powstaje sieć dróg osłoniętych przed obserwacją i ogniem nieprzyjaciela,
pozwalająca na manewrowanie siłami żywymi i środkami technicznymi na
bezpiecznych tyłach i na linii oddziałów walczących.
Wspomnienia sapera - Mathiasa Schenka
- Wysadziliśmy mur, który zasłaniał duże podwórze. SS chciało szturmować budynki
naprzeciwko. Kiedy kolega walił łomem w drzwi, zobaczyłem po lewej Polaka.
Pociągnąłem kolegów w dziurę w ścianie, ale obaj juz dostali. Jeden cały
magazynek, drugi w płuco, kula odbiła sie od nieśmiertelnika. Kiedy oddychał, z
ust wypływała krew. Dziurę w płucach zatkałem mu ziemią. Leżałem z martwym i
rannym, przycisnąłem sie do muru, modliłem się. Kolega zajęczał, Polacy rzucili
granaty. Jeden odrzuciłem, drugi poturlał sie za daleko. Byłem czerwony od krwi
i kawałków mięsa. Po południu czterech z Wehrmachtu przybiegło z noszami. Udało
nam sie przejść, ale ranny kolega dostał trzy strzały i zmarł. Nie mogłem
wydobyć z siebie słowa, miałem dreszcze i ciągle wymiotowałem. Major dał mi
dzień odpoczynku, wiec widziałem, jak grzebali kolegów. Ściągnęli im buty,
wrzucili do wykopu z innymi zabitymi. Posypali wapnem. Polscy cywile musieli
robić to wszystko. Koledzy ginęli,
przydzielali mi nowych. Miałem głupie szczęście, może przez to, ze kiedy Fels
gnał mnie do akcji, życzył, żebym "zdechł jak pies" (Schenk sie śmieje). Chyba
mnie nie lubił. Nasza grupę saperów szturmowych nazywaliśmy wtedy
Himmelfahrtskommando (komando wniebowstąpienia), bo zawsze szliśmy na przedzie,
a Polacy nie wiadomo gdzie, nie wiadomo, skąd strzelają. Kulka świśnie i lecisz
do nieba. Szybko sie jednak uczyliśmy od sprytnych Polaków, jak się kryć.
Potrafili strzelać spod lekko
uniesionej dachówki. Wielu walczyło w niemieckich mundurach i bardzo dobrze
mówiło po niemiecku. Nie mogliśmy nosić naszych stalowych hełmów, bo Polacy je
nosili. Baliśmy sie, że zaczniemy strzelać do swoich. Na początku kiepsko
strzelałem. Karali mnie za brak celności. Nie umiałem przymknąć lewego oka.
Podejrzewali, ze symuluje. Wysłali do lekarza. Kazał strzelać z drugiej strony.
Zostałem strzelcem lewoocznym. Odwrotna pozycja przydawała sie w walkach
ulicznych. Kiedyś w walce wręcz Polak wyszarpnął nowemu koledze karabin.
Przybiegł Fels z esesmanami, kazał chłopakowi go odzyskać. Ten drżał jak osika.
Ale Fels chwycił pistolet i pognał chłopaka za Polakami. Chłopak zaraz wrócił
bardzo poraniony nożem; krwawił i krzyczał.
Znów zostałem sam. Moi towarzysze z grupy uderzeniowej byli ciężko ranni od noża
i bagnetu. Był 6 sierpnia. Od tego momentu daty mi sie zacierają. Tylko
najcięższe walki mogę podać w jakiejś kolejności, ale bez dat. Pamiętam, ze 14
sierpnia dostałem kartkę od pastora z Manderfeld, ostatnia wiadomość z domu. 15
września patrzyłem na drugi brzeg Wisły. Zobaczyłem rosyjski czołg. Potem drugi,
trzeci. Podjechały do brzegu. U nas wybuchła panika. Rosjanie musieli doskonale
widzieć nasze pozycje, nie strzelali. Czołgi znikły miedzy domami.
- To była chyba moja ostatnia akcja w Warszawie. Zdobywaliśmy jakiś budynek,
biegłem przez pole. Leżał ranny żołnierz. Dałem mu wody z mojej manierki i
pobiegłem wysadzić drzwi. SS szło za nami. Jak wracałem, zatrzymał mnie
Dirlewanger. Wskazał rannego: "Ty daleś tej świni pić?". Dopiero teraz
zauważyłem, ze na niemieckim mundurze ranny ma brudna biało-czerwoną opaskę.
"Zastrzel go!" - Dirlewanger dał mi swój pistolet. Stałem bez ruchu, miałem dość
wszystkiego. Dirlewanger był tak wściekły, ze nie rozumiałem, co wrzeszczy. Ten
Polak patrzył na mnie. Nie zapomnę tego wzroku. W Warszawie nauczyłem się
poznawać, czy ranny pożyje dziesięć minut, czy kilka godzin. Jak sie widzi tylu
umierających, to sie już wie, ile kto będzie żył. Jeden z SS-manow Dirlewangera
wyrwał mi pistolet i zastrzelił Polaka. Dirlewanger wrzeszczał, że mnie
rozstrzela, ale przybiegli żołnierze z Wehrmachtu, więc zaczął grozić sadem
wojennym. Jakiś oficer piechoty zaczął z nim ostro dyskutować. Dałem nogę. Pod
koniec września podeszli do mnie trzej Polacy z podniesionymi rekami. Oddali
karabin maszynowy i dwa pistolety. Jeden mówił perfekcyjnie po niemiecku. Stałem
sam na posterunku. Nie wiedziałem, co mam z nimi zrobić. Powiedziałem, że musza
zaczekać i lepiej, żeby ich nikt nie zauważył. Miałem szczęście, szybko
znalazłem naszego nowego porucznika. Odebrał
jeńców osobiście i zaprowadził do SS. Ostatni przyczółek Powstania skapitulował.
Afganistan 2010 26 Czerwca -
Polowanie na saperów
To miało być "standardowe" wydarzenie. W sobotę wieczorem niedaleko bazy Warrior
mina-pułapka eksplodowała pod polskim transporterem opancerzonym Rosomak. Wybuch
był niegroźny. Pojazd został uszkodzony, ale żaden z żołnierzy nie odniósł
obrażeń. Na miejsce ściągnięto z bazy Warrior polski oddział sił szybkiego
reagowania i amerykański patrol rozminowania. W tym pierwszym jechał saper,
kapral Paweł Stypuła, bo saperzy zawsze wzywani są do sprawdzenia terenu, gdzie
doszło do eksplozji. Kapral Stypuła był doświadczonym saperem z 2 Mazowieckiej
Brygady Saperów z Kazunia. Ale, jak mówią saperzy, nikt nie jest w stanie
przewidzieć, co tak naprawdę jest zakopane w ziemi. Tym razem, jak mówią
żołnierze, rejon wybuchu był wprost "nadziany" minami-pułapkami. Odkryto kilka
ładunków obok siebie. Amerykanie rozbroili jedną minę. Stypuła wziął się za
rozbrajanie drugiej, ale nie wiedział, że to "podwójny" ładunek. - Kiedy wydaje
się, że jest po wszystkim, wyciągasz zapalnik z miny, którą rozbrajasz, a wtedy
zamyka się obwód i detonuje druga mina, o której istnieniu nic nie wiedziałeś.
Pierwsza jest na wpół odkryta, tak, żebyś ją zobaczył. Ta druga dobrze
zamaskowana, czasem zakopana głębiej, pod pierwszą - opowiada saper. Pułapka
wybuchła. Polski żołnierz zginął na miejscu. - To była nie tyle pułapka na nasze
pojazdy, co na saperów. Tak wygląda polowanie talibów na nas - mówi nam jeden z
saperów z Afganistanu. Saperzy mówią:
jesteśmy na celowniku talibów. Bo ci od tej wiosny pilnują zakopanych przez
siebie ładunków, robią takie podwójne pułapki, odpalają miny zdalnie wtedy, gdy
do ich rozbrajania podchodzą saperzy. - Ostatnio żołnierze zlokalizowali i
wysadzili samochód-pułapkę, który był już przygotowany do ataku na siły koalicji
- opowiada porucznik
Sebastian Kostecki z polskich sił zadaniowych w Afganistanie. Saperzy mają
ostatnio mnóstwo pracy. - Niemal codziennie likwidują magazyny broni i
materiałów wybuchowych. Tylko w ciągu ostatnich dwóch dni odnaleźli ponad 30 kg
ładunków wybuchowych domowej produkcji, granaty RPG oraz amunicję - mówi
Kostecki. - Udało się nam także zatrzymać jednego z dowódców rebeliantów, który
był bezpośrednio powiązany z dowództwem talibów w Ghazni. - Jesteśmy chyba
najbardziej narażonym na śmierć "gatunkiem" żołnierzy - mówi saper z
Afganistanu. - I zginęło nas najwięcej.
Kapral Paweł Stypuła to 19 Polak zabity
w Afganistanie od wiosny 2007 roku, ale jednocześnie trzeci poległy w ciągu
ostatnich dwóch tygodni. Najwięcej zabitych polskich żołnierzy to jednak właśnie
saperzy: aż ośmiu z 19 zabitych. Jednostka saperów w Kazuniu straciła już
czterech żołnierzy. Armia nie ukrywa: to najcięższe lato od początku polskiej
operacji w Afganistanie. Ataki talibów: miny-pułapki, ostrzały patroli, ataki
rakietowe, są codziennie. Czasem dochodzi do kilku takich incydentów
jednocześnie. W ciągu ostatnich tygodni rannych zostało już kilkunastu polskich
żołnierzy, w piątek trzech zostało lekko rannych w ostrzale patrolu szybkiego
reagowania.