W Wietnamie , ze względu na charakter terenu, przewagę technologiczną Amerykanów oraz niewielki wzrost Wietnamczyków, wojna przeniosła się po ziemię, w kilkuset kilometrowych tunelach wykopanych przez partyzantów Vietcongu. Pierwsze kompleksy podziemnych tuneli i schronów powstały już podczas Pierwszej Wojny Indochińskiej (1946-1954), która poskutkowała utratą przez Francję Wietnamu jako kolonii oraz podziałem kraju na Demokratyczną Republikę Wietnamu (czyli komunistyczny Wietnam Północny) i Republikę Wietnamu zwaną Wietnamem Południowym. W połowie lat 60-tych, podczas dziesięcioletniej interwencji amerykańskiej tunele zostały znacznie rozbudowane. Powstały rozległe systemy podziemnych umocnień, w których urządzono magazyny amunicji, schrony przeciwlotnicze, warsztaty, pomieszczenia sztabowe, szpitale, latryny, a nawet kina. Wykopane w gliniastym, spoistym gruncie tunele i komnaty były bardzo trwałe. W czasie suszy glina twardniała na beton, w porze deszczowej nieco rozmiękała, ale nadal nie przepuszczała wody. Niektóre tunele prowadziły tuż pod korytami rzek, a mimo to woda do nich nie przesiąkała. Podziemne korytarze miały często kilka poziomów sięgających 20-25 metrów w głąb ziemi. Wentylację zapewniały rury o przekroju kilku-kilkunastu centymetrów wkopane ukośnie w ziemię, ustawione na powierzchni pod wiatr i starannie zamaskowane. Mimo to w tunelach panował straszliwy zaduch. Głównym wrogiem był żołnierz Viet Congu. Jego częstym sposobem walki było podrzynanie żołnierzowi amerykańskiemu gardła lub duszenie go garotą w chwili, gdy on przechodził przez właz łączący poszczególne sekcje tunelu. Innym sposobem , była budowa fałszywej ścianki tunelu z cienkiej warstwy gliny, za tą ściana ukrywał się partyzant z włócznia i w milczeniu obserwował skradającego się "szczura" i w odpowiednim momencie dźgał Amerykanina. Pułapki i zasadzki powodowały nieproporcjonalnie wysoka liczbę ofiar wśród piechoty i pozostawały źródłem niepokoju taktyków w Wietnamie. Były przyczyną aż 11 procent ofiar śmiertelnych i 17 procent zranień. Jak opisuje użycie węży jeden z bardziej doświadczonych "szczurów" porucznik Flowers: "Brali węża - nazywanego przez nas "jeden krok" bo po jednym kroku się umierało, następnie przywiązywali go drutem wewnątrz bambusa, gdy któryś z nas przechodził dołem, potrącał bambus , żmija wypadała i gryzła go w kark albo w twarz, krew wtedy błyskawicznie docierała do serca" - wyobrażacie sobie jaką odwagę musieli mieć ci mali wzrostem Amerykanie? W związku z tym Thorton brał do swoich oddziałów tylko ochotników, nie cierpiących na klaustrofobię, gdyż doprowadziłaby ona niechybnie do śmierci pod ziemią. Podziemne kompleksy służyły między innymi jako cmentarze. Wietnamczycy chowali w nich swoich poległych, tak, by wróg nie mógł się zorientować w zadanych stratach. Wiele tuneli prowadziło do zamaskowanych bunkrów i stanowisk strzeleckich ukrytych w dżungli. Tunele dystryktu Ch Chi bo głównie w tym rejonie "szczury" walczyły, w szczytowym okresie wojny w Wietnamie, liczyły setki kilometrów, łączące wioski, miasta, dystrykty, zawierały całe fabryki uzbrojenia, szpitale, i praktycznie wszystko co było potrzebne do prowadzenia wojny przez żołnierzy Viet Congu. Sam głównodowodzący w Wietnamie gen. Westmoreland tak je opisywał "Nikt dotąd nie zademonstrował jeszcze większej umiejętności ukrywania swoich obiektów niż Viet Cong. Byli ludźmi - kretami". Rozmiary przejść były ściśle określone, szerokość 1,2 metra, wysokość -0,8- 1,8 metra, minimalna grubość stropu -1,5 metra. Co dwadzieścia, trzydzieści metrów znajdował się otwór odwadniający , aby zapobiec zalewaniu tuneli. Ponadto co 100 m. znajdowały się syfony z zatęchłą wodą, które całkowicie zabezpieczały przed wtłaczanym przez amerykanów gazem i acetylenem. Tunele te także doskonale zabezpieczały przed amerykańskim ostrzałem, i choć ciężko w to uwierzyć, nawet 200 kg bomby padające w odległości 10 metrów od tuneli, nie wyrządzały im żadnych szkód. Oczywiście tunele te a właściwie swoisty system fortyfikacji był zabezpieczony, zarówno minami kierunkowymi, minami pułapkami, a dodatkowo w samych tunelach, było drugie tyle pułapek co na powierzchni.
Dodatkowo istniały tam, przemyślne zapadnie z wężami, skorpionami i innymi śmiercionośnymi robalami.

W kwietniu 1966 po fiasku operacji "Crimp" mającej na celu likwidację Viet Congu w rejonie Ch Chi, MACV (naczelne amerykańskie dowództwo w Wietnamie) opublikowało raport:  "Te kompleksy stanowią groźne i niebezpieczne przeszkody dla obecnych operacji z którymi należy się uporać w systematyczny, staranny i profesjonalny sposób [...] wyszkolona grupa tunelowa jest niezbędna do prowadzenia szybkiego i dokładnego badania oraz zneutralizowania tuneli Viet Congu. Żołnierze amerykańscy szybko zauważyli, że ich przeciwnicy "znikają" w niepojęty sposób, jakby zapadali się pod ziemię. I tak było w istocie. Amerykanie początkowo myśleli, że tunele łatwo będzie zniszczyć. Bardzo się pomylili. Podziemne kompleksy stały się dla nich przedsionkiem piekła. Najpierw spróbowali zniszczyć je z powietrza. W styczniu 1966 roku bombowce B-52 zbombardowały rejon Cu Chi położony w słynnym "Żelaznym Trójkącie". Bomby nie wyrządziły jednak tunelom żadnych szkód. Po odkryciu włazu do tunelu Amerykanie wrzucali do środka granaty i pojemniki z gazem. Bezskutecznie. Musieli znaleźć i wyszkolić ludzi, którzy wejdą do tunelu i podejmą walkę z ukrytym przeciwnikiem.Ci żołnierze szybko zyskali miano "szczurów tunelowych". Bycie takim "szczurem" wymagało specjalnych predyspozycji. Przede wszystkim byli to ludzie o niezwykłej odporności psychicznej, bez cienia klaustrofobii i dużej sprawności fizycznej. Większość z nich była drobnej postury - tacy najlepiej dawali sobie radę w wąskich tunelach. Ich uzbrojenie ograniczało się do pistoletu, noża i latarki. Za każdym razem spędzali w tunelach od kilku do kilkunastu godzin prowadząc śmiertelną grę w chowanego z partyzantami Vietcongu. Po otwarciu zamaskowanego włazu oczom żołnierzy ukazywał się pionowy dół o głębokości 3 - 4 metrów, który następnie przechodził w tunel o szerokości jednego, a wysokości około półtora metra. Co kilkanaście metrów tunel skręcał pod kątem prostym, także wrzucony granat nie czynił większych szkód. Co kilkadziesiąt metrów znajdowały się studzienki odwadniające sięgające głębokości 30-40 metrów zapobiegające zalaniu tunelu w czasie pory deszczowej. Każdy tunel posiadał także swego rodzaju "syfon" wypełniony wodą, który zatrzymywał gazy wpuszczane do środka przez Amerykanów. Do każdego z tuneli prowadziły przynajmniej dwa lub trzy osobne wejścia. Kiedy Amerykanie odkryli jeden właz partyzanci mogli wydostać się na powierzchnię drugim, ostrzelać ich bądź uciec. Rozebrany do pasa "Szczur tunelowy" poruszał się bardzo powoli dziabiąc nożem ściany, sufit i dno korytarza przed sobą w poszukiwaniu pułapek. A tych czekało na niego mnóstwo. Zamaskowane doły, których dna najeżone były bambusowymi szpikulcami, ukryte stanowiska strzelnicze, porozciągane w poprzek korytarza żyłki, których potrącenie skutkowało eksplozją granatu lub miny - to tylko niektóre z podziemnych "atrakcji". W tunelach gnieździły się także żmije, węże, jadowite pająki, skorpiony i inne robactwo. Czasem Wietnamczycy celowo umieszczali w suficie zamaskowane kosze z jadowitymi robalami. Czołgający się półnagi żołnierz potrącał linkę i z góry sypały się na niego skorpiony. Wejście do takiego tunelu było więc dosłownie wejściem w paszczę lwa. Pułapki często umieszczone były tuż przy włazie. Opuszczający się w dół "szczur" lądował w dole z bambusowymi szpikulcami, które przebijały mu stopy lub ginął dźgnięty przez Wietnamczyka ukrytego w niewielkiej niszy pod włazem. Walka w takich warunkach była nieporównanie cięższa od tej, która toczyła się na powierzchni. Kiedy żołnierz przeczołgał się szczęśliwie przez najeżony pułapkami tunel i dotarł do pomieszczeń zajmowanych przez partyzantów czekała go walka wręcz z przeważającym przeciwnikiem w ciasnej przestrzeni. Użycie pistoletu w tych warunkach wiązało się z pewnym ryzykiem - huk wystrzału w niewielkiej podziemnej komnacie ogłuszał żołnierza. Colt kaliber .45 - standardowy pistolet US Army w tamtym czasie okazał się nieprzydatny. Zacinał się, był ciężki i bardzo głośny. Żołnierze często zwracali się do swoich rodzin w kraju z prośbą o przysłanie "cywilnych" pistoletów lub rewolwerów. Największą popularnością cieszyły się niemieckie Walthery. Niebezpieczne było nawet wyjście z tunelu po wykonanej misji. Umorusany po czubek głowy, drobny żołnierz mógł być wzięty przez swoich za Wietnamczyka i zastrzelony, gdy tylko wyłonił się z włazu. "Szczury" często przed wyjściem na powierzchnię gwizdali piosenkę "Dixie", by dać znać kolegom, że to oni. Przeciętny oddział "szczurów" składał się z dwunastoosobowej grupy. Podczas schodzenia do tunelów zawsze działali w parach. Nie tak jak sobie każdy wyobraża, tylko po prostu, drugi "szczur" czołgał się w odległości 5 metrów za pierwszym aby wybuch pułapki, czy granatu nie załatwił także i jego. Drużyny szczurów powstały właściwie tylko w dwóch dywizjach : wspomnianej 1Dp i 25 DP ("tropikalnej błyskawicy"). Odbywali bardzo intensywne szkolenie: strzeleckie, walka wręcz, nożami. W wydzielonym kompleksie tuneli - poznawali wszelkie możliwe sztuczki Viet Congu. Często ich instruktorami byli komunistyczni partyzanci, którzy sami budowali owe tunele a następnie przeszli na stronę wojsk rządowych.. W sierpniu 1967 roku założona została specjalna szkoła tunelowa, gdzie oddelegowani na pewien czas najlepsi z nich przekazywali swoje bezcenne doświadczenie innym młodszym "szczurom". Typowy "szczur" był szczególnym rodzajem człowieka, wyróżniających się od innych formacji ze względu na swe specjalne i przerażające zadania. Żadne inne oddziały (no może LRPP- patrole zwiadowcze dalekiego zwiadu) nie mogły się z nimi równać. Wykonywały oni zadania o których inni nie chcieli nawet myśleć. Każdy z nich był gotów zabijać bez zastanowienia, często niektórzy z nich byli psychicznie okaleczeni, poprzez grozę zadań, które realizowali, w samotności pod ziemią. Byli to dobrze umotywowani zawodowcy w każdym calu, dysponujący własnym kodeksem i zasadami postępowania. Z reguły przebywali oni w Wietnamie nie rok jak przeciętny żołnierz, lecz dwa a nawet trzy lata. Do tej arcytrudnej służby zgłaszano się z różnych powodów, czasem by zrekompensować sobie problemy w domu, czasem aby udowodnić swoją męskość w najtrudniejszych warunkach. Godzili się w milczeniu z ciasnotą tuneli, gdzie cała wietnamska wojna sprowadzała się w ostateczności do starcia jeden na jednego. Wraz z upływem wojny poczucie więzi "szczurów" wzrosło do tego stopnia, że otrzymali swoją własną odznakę, przedstawiającą szarego gryzonia, trzymającego pistolet oraz latarkę oraz łacińską sentencję "Non Gratum Anus Rodentum".



W odróżnieniu od innych typowych specjalnych oddziałów, objuczonych drogim i kosztownym sprzętem, "szczury tunelowe" wyróżniali się prostotą ekwipunku. Nie dla niego były hełmy, kamizelki kuloodporne, sprzęt łączności, typowy mundur polowy , ładownice czy nawet karabin M16 wręcz przeciwnie, jedyne jego wyposażenie to latarka, wojskowy model Colta lub Smith&Wesson , nóż, bagnet - to wszystko. Doskonale wiedzieli, że tam pod ziemią, żadne wynalazki i nowoczesna technika nie zapewnią im przewagi nad niewidzialnym wrogiem. Odkrywali oni satysfakcję z walki sam na sam, obsesyjnie dbali o czystość swojej broni, rozprawiali o zaletach różnych kształtów noży. Każdy po omacku nauczył się składać i rozkładać swoją broń czy latarkę. Którą zresztą nosili w specjalny sposób a by nie być łatwym celem. Bagnet, nóż, pistolet broń równie stara jak ta wojna to jedyni przyjaciele "szczura", nóż oprócz zabijania używany był jako sonda do wykrywania pułapek. Delikatnie nim sondowali podłogę, boki oraz sklepienie sufitu, zdając się tylko na własny instynkt. W ciemnościach , których najgłośniejszym dźwiękiem było brzęczenie komarów, ich słuch musiał być idealnie wyczulony. "Szczury" w tunelach posuwali, się
wręcz komicznie, z prędkością paru centymetrów na sekundę, bacznie nasłuchując i badając otoczenie Na każdym metrze istniało niebezpieczeństwo śmierci, poprzedzonym gwałtownym rozbłyskiem uruchomionej miny-pułapki. Właściwie jedyną doskonałą bronią "szczurów" było ich perfekcyjnie wyszkolone ciało i własne zmysły, wyostrzone do niebywałych rozmiarów. Według przeprowadzonych badań, typowy "szczur" po roku służby, miał słuch i węch o 60 % bardziej czuły niż przeciętny człowiek. Niektórzy z nich dosłownie na "węch" wyczuwali znajdującego się przed nimi wroga. Konsekwencją tego było to, że absolutnie nie mogli oni używać środków czystości, aby "czystość" nie była przyczyną śmierci. Rzecz jasna, ci doskonali żołnierze byli minimalnego wzrostu, choć i tak w ciasnych tunelach mieli kłopoty z poruszaniem, byli "zabijakami z którym nikt wolał nie zadzierać w knajpach". Większość żołnierzy innych formacji darzyło ich niewyobrażalnym szacunkiem. Walka w tunelach toczyła się ze zmiennym szczęściem, czasem ginęły prawie całe oddziały "szczurów", jednak wraz ze wzrostem doświadczenia były one coraz bardziej skuteczne. Niektórzy z nich mieli na "rozkładzie" dziesiątki Wietnamczyków. Legenda  "szczurów" - Pete Rejo, zlikwidował ponad stu żołnierzy Viet Congu. Niestety zawsze oddziałów tych było za mało, zaczęto więc używać coś przeciw czemu Wietnamczycy byli bezradni. B 52, bo o nich mowa, użyto w 1969 roku do masowych bombardowań prowincji Ch Chi i żelaznego trójkąta - dwóch regionów, "nasyconych" tunelami. Opóźniające 350 kg bomby B52, które eksplodowały po zagłębieniu się ponad 2 metry w ziemię, wywoływały miejscowe trzęsienia ziemi, jakim nie mogły się oprzeć najtrwalsze nawet ściany tuneli. Niszczyły całe systemy tuneli, otwory wentylacyjne zasypywała wyrzucona w powietrze ziemia. Powietrze nie mogło krążyć i uwięzieni pod ziemią ludzi, dusili się. Dywanowe naloty B52 odniosły skutek. Tam gdzie wcześniej bezskutecznie próbowano używać acetylen i gaz Cs, Viet Cong nie mógł już korzystać z tuneli. Dodatkowo operacja wywiadowcza "phoenix" i zdziesiątkowanie partyzantów Viet Congu podczas ofensywy Tet w 1968 roku, doprowadziły do tego, że do smętnych resztek tuneli - penetrowanych
przez "szczury tunelowe" nie miał już kto powrócić. Likwidacja tuneli nastąpiła jednak zbyt późno aby decydująco wpłynąć na losy wojny w Wietnamie. Wojny , której nie można było wygrać na polu walki. Amerykanie przegrali ją na ulicach miast i uniwersyteckich campusach.

Nie wszyscy ci bohaterowie podziemnych walk byli Amerykanami. Byli wśród nich także Nowozelandczycy i Australijczycy.Szczególnie Australijczycy wyspecjalizowali się w podziemnych zmaganiach. Dzisiaj podziemne tunele są tylko jedną z atrakcji turystycznych Wietnamu.