W Bieszczadach strzały nie ucichły z chwilą kapitulacji
Niemiec. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii walczyły tam aż do 1947 r.,
próbując oderwać od Polski jej południowo-wschodnie tereny. Bieszczady mają
duszę. Przekonał się o tym każdy, kto choć raz wędrował po połoninach,
wsłuchiwał się w głos cerkiewnego dzwonu czy przystanął podczas wędrówki nad
zapomnianą leśną mogiłą. Zimą, gdy wierchy toną w śniegu, a siarczysty mróz
skuwa wody potoków, obszary te są właściwie odcięte od reszty kraju. W takich
warunkach Wojsko Polskie zmagało się z ukraińskim podziemiem.
My albo wy
Głęboka noc z 11 na 12 grudnia 1945 r. Księżyc rzuca blade światło na pasma
górskie otaczające Cisną, odbija się w kryształkach spadających płatków śniegu.
Dowódca miejscowego posterunku Milicji Obywatelskiej zapamięta tę noc do końca
życia: „Spałem w domu, co się wtedy rzadko zdarzało. Około pół do piątej
ruszyłem w stronę posterunku. Nagle zobaczyłem między domami sylwetki,
usłyszałem przytłumione głosy. Podszedłem bliżej i z przerażeniem stwierdziłem,
że banderowcy okopują się i urządzają stanowiska cekaemów. Nasunąłem czapkę na
czoło i przeszedłem spokojnie obok nich. Któryś oddał mi honory”. Dziesięć minut
później rozpoczęła się walka. Po kilku godzinach strzelaniny upowcy odstąpili,
zabierając zabitych i rannych. Kilkuosobowa załoga posterunku zdołała się
obronić tylko dzięki przypadkowi i dostatecznym zapasom amunicji do erkaemu.
Wiele innych posterunków milicyjnych i strażnic Wojsk Ochrony Pogranicza nie
miało tyle szczęścia. Ukrainiec uzbrojony w materiały wybuchowe podczołgał się
nocą pod jeden z posterunków i wysadził go w powietrze wraz ze wszystkimi
obrońcami. Czasami dowódcy kompanii znający doskonale język polski nakazywali
przebierać się w polskie mundury. W ten sposób banderowcy, śpiewając polskie
pieśni wojskowe, przechodzili obok grup pościgowych. Odsiecz jednostek
wojskowych z położonych niżej miasteczek najczęściej docierała za późno. Po
przybyciu na miejsce, żołnierze znajdowali tylko dopalające się budynki. Ciała
zabitych Polaków zakopywali Ukraińcy w górach. Niepewność co do losu zaginionych
miała potęgować strach przed UPA.
Trudny przeciwnik
Siły UPA były podzielone na kompanie (sotnie), plutony (czoty) i drużyny (roje).
Dzięki takiej organizacji oddziały mogły łatwiej się wyżywić w okresie zimowym.
Co więcej, poszczególne grupy znakomicie orientowały się w terenie, a działając
na sposób partyzancki, sprawiały wrażenie liczniejszych, niż były w
rzeczywistości. Przygotowując poważniejsze akcje, łączyły się w większe
zgrupowania. Banderowcy do mistrzostwa opanowali taktykę zasadzek i szybkich
odskoków. Pozwalali sobie nawet na atakowanie całych batalionów i pułków WP. 11
stycznia 1946 r. zaatakowano po raz kolejny Cisną. Zacięta walka o życie trwała
kilkanaście godzin. Milicjantom pozostało po kilka nabojów w magazynkach, gdy
napastnicy się wycofali. Korzystając z tego, Polacy opuścili wieś i udali się do
Baligrodu, który miał mocną załogę. Dwa dni później 60 żołnierzy WOP-u ruszyło
odbić opuszczoną miejscowość. Dostali się w zasadzkę, stracili dwóch żołnierzy i
powrócili do garnizonu. Bandy UPA niepodzielnie panowały w rejonie Cisnej przez
kilkanaście tygodni.
„Rycerze” z tryzubem
Członkowie UPA dopuścili się licznych zbrodni. W samych Bieszczadach wymordowali
kilka tysięcy Polaków – tylko w sierpniu 1944 r. zabili 42 w Baligrodzie i 74 w
Mucznem. Ich ofiarą padali również Ukraińcy niepopierający ukraińskiego
podziemia. Szczególne okrucieństwo okazywali wobec schwytanych żołnierzy. W
czasie akcji penetracyjnej po całodziennym marszu oddział WP zatrzymał się w
ukraińskiej wsi. „Dwaj żołnierze pojechali po furaż dla koni, nie wiem, czy na
koniec tej samej wsi, czy w pole do stogu siana. Więcej ich nie widziano.
Dopiero wiosną, po spłynięciu śniegów, znaleziono zwłoki jednego z nich. Były
nagie, przywiązane drutem do pnia. Trup miał wyłupione oczy i obcięty język” –
wspominał żołnierz Henryk Mielcarek.
Bez litości
Gwałtowne starcia w górach przynosiły dużo strat obu stronom. Do zwalczania
upowców sprowadzono 8 i 9 DP. Żołnierze tych dywizji w dużej części byli
frontowymi weteranami, ale z trudem radzili sobie w nowych, nieznanych im dotąd
warunkach, w walce z przeciwnikiem, który był wszędzie i nigdzie. Banderowcy
byli dobrze uzbrojeni w broń maszynową, niektórzy mieli za sobą przeszkolenie
dywersyjne Abwehry, kilkuletnią służbę w Wehrmachcie lub w ochotniczej
ukraińskiej dywizji SS „Hałyczyna”. 31 stycznia pododdziały 34 i 36 pp okrążyły
sotnię „Didyka” we wsi Przybyszewo. Po dziesięciominutowym przygotowaniu
artyleryjskim Polacy ruszyli do ataku. Sotnia została rozbita, ale części
banderowców udało się wydostać z pułapki. Zginęło 23 Ukraińców, zniszczono 20
ziemianek, które służyły jako kryjówki i magazyny na amunicję.
Mała wojna w Bieszczadach charakteryzowała się tym, że rzadko kiedy brano
jeńców. Upowcy często woleli zginąć, niż być posądzonym o zdradę po wzięciu do
niewoli. Panowała bowiem zasada: „kto był wśród Lachów, jest zarażony”. Groziła
za to egzekucja całej rodziny jeńca. Z drugiej strony, UPA najczęściej
rozstrzeliwała schwytanych żołnierzy albo uprowadzała ich do lasów. Po tych
wszelki ślad ginął. Ukraińska ludność bieszczadzkich wiosek musiała wspierać
banderowców bez względu na swoje zapatrywania polityczne. Jedni robili to
dobrowolnie, inni pod przymusem. Ale dopóki sotnie mogły oprzeć się na Rusinach,
dopóty mogły werbować nowych bojowników i liczyć na aprowizację. „Poszli po
chłopaka do Paszowej. Chcieli go wziąć do oddziału. On niedawno wrócił z robót w
Niemczech, powiedział, że chce odpocząć, pomóc trochę przy gospodarstwie, a
potem sam przyjdzie. – Co, ty nie chcesz walczyć za Ukrainę? Sąd polowy.
Powiesili” – pisał we wspomnieniach Osyp Hałabuda, członek UPA. 19 marca 1946 r.
grupa bojowa WOP i MO w sile ok. 100 żołnierzy została osaczona pod
miejscowością Jasiel przez połączone sotnie „Didyka”, „Chrina” (Stepan
Stebelśkij) i „Myrona” (Wołodymyr Hoszko), liczące łącznie 500 ludzi. Tylko
kilku Polakom udało się przebić do Czechosłowacji, reszta została wzięta do
niewoli po wyczerpaniu amunicji. O tym, co działo się później, pisze szeregowy
Sudnik: „Wszystkim kazali się położyć twarzą do śniegu. Kilku banderowców
przystąpiło do zdzierania z nas mundurów. Pierwszego żołnierza wtrącili na dno
wykopu i któryś z nich strzałem w tył głowy pozbawił go życia. Potem mnie
pchnęli na krawędź wykopu”. Sudnik przeżył. Cudem udało mu się uciec z miejsca
egzekucji i po kilkudniowej wędrówce górami dojść do polskiego garnizonu. We
wskazanym przez niego miejscu znaleziono kilkanaście miesięcy później zwłoki 34
żołnierzy. Bieszczady płonęły. Mała wojna w Bieszczadach charakteryzowała się
tym, że rzadko kiedy brano jeńców. Upowcy często woleli zginąć, niż być
posądzonym o zdradę po wzięciu do niewoli. Panowała bowiem zasada: „kto był
wśród Lachów, jest zarażony”. Członkowie UPA dopuścili się licznych zbrodni. W
samych Bieszczadach wymordowali kilka tysięcy Polaków – tylko w sierpniu 1944 r.
42 w Baligrodzie i 74 w Mucznem. Ich ofiarą padali również Ukraińcy
niepopierający ukraińskiego podziemia. Szczególne okrucieństwo okazywali wobec
schwytanych żołnierzy. Na zdjęciu: zwłoki Polaków zamordowanych podczas napadu
UPA na Kolonię Lipniki, 26 marca 1943 r.
Źródło: Polska Zbrojna.