Bohater nie zawsze martwy
Śmierć, to jedno małe
słowo zawiera w sobie wieczność, coś co jest naszym przeznaczeniem, ale też
zbawieniem od wszelkich trosk i problemów. Lęk przed śmiercią jest naturalnym
odruchem psychicznym każdego zdrowego człowieka. W istocie rzeczy, boimy się
bólu, momentu końca, czy grozy sytuacji, kiedy nie możemy już nic zrobić, a
jedynym uczuciem jest cierpienie i strach. Śmierci nie da się oszukać, ani z nią
walczyć, jak już przyjdzie, trzeba ją przywitać jak wyrok sądu skazującego.
Niemiłe, ale ostateczne. Bawiąc się niekiedy w wojnę, budując modele lub choćby
zwiedzając miejsca różnych fortyfikacji, mamy na myśli wiele różnych sytuacji,
ludzi, przygód i historii nimi związanych, ale rzadko ostateczność, szczególnie zaś własną.
Studiując historię lub analizując różne narodowości, okazuje się że poświęcenie na
polu chwały dla jednych jest przykrym obowiązkiem, dla innych zbawieniem i
zwycięstwem pomimo śmierci. Służba żołnierska bez
poświęcenia, czy bohaterstwa nie miała by sensu, gdyż od
pradziejów ludzie oprócz nudnego i owocnego życia, musieli walczyć z innymi o
przetrwanie. Walczyli o wszystko, gdy bronili się będąc obiektem agresji, ale walczyli
też o więcej, gdy poszerzali swoje terytoria, stając się agresorami. Historia wojen
pokazuje jedną
charakterystyczną cechę; ktoś zawsze walczy o panowanie nad resztą, ktoś
uzurpuje sobie prawo do wojny przeciwko komuś, lub uważa się za ofiarę,
która musi prowadzić wojnę. To, czym jest wojna zależy w
dużej mierze od tego, kto i z jakiego punktu widzenia na nią patrzy. Inaczej
postrzegają ją bezbronne i nieświadome ofiary, inaczej bezpośredni wykonawcy,
żołnierze wykonujący rozkazy, a jeszcze inaczej decydenci, dowódcy i
politycy podejmujący decyzję o użyciu siły. Nasuwa się tu pewne skojarzenie do swego czasu
udowodnionego prawa, że każda instytucja po przekroczeniu bariery 1000
zatrudnionych jest sama w stanie wygenerować zadania dla wszystkich swoich
pracowników, bez potrzeby otrzymywania zadań z zewnątrz. Analogicznie
należy postawić
pytanie, czy nowoczesna armia odpowiedniej wielkości jest także w stanie sama stworzyć sobie zadania (czytaj wrogów) dla siebie,
pomimo pokojowych stosunków z całym światem?
Po co nam pokój?
Określenie wojna zastąpione zostało przez konflikt zbrojny, albo
operacja wojskowa. Gdyby spytać Francuzów i Brytyjczyków w czasie I wojny
światowej, za co giną tysiącami, odpowiedź byłaby prosta;
bijemy się, aby Niemcy
nie panowały na całym kontynencie. To samo twierdził każdy czerwonoarmista,
kierujący się na Berlin, dodając "job waszu mać". Jednak gdy o to samo spytać Ruska w czasie agresji Związku
Radzieckiego na Afganistan, palnąłby że walczy za bratni socjalistyczny narodód
afgański. Równie dobrze, mógłby powiedzieć to dzisiejszy polski żołnierz,
pomijając przymiotnik "socjalistyczny".
Różni żołnierze, różne epoki, motywacje czasami
podobne mimo innych armii. Pokazuje to, jak miarą odwagi i waleczności jest motywacja, nie zaś zaklinanie
rzeczywistości bo dzisiaj nasz wróg może sie okazać jutro przyjacielem. W razie braku motywacji, polityczna strona wojska będzie
odwoływać się do tradycji walecznej historii, stosując socjotechniczne sztuczki
mające na celu obrzydzenie wroga, zrobienie z niego prawdziwego zagrożenia dla
nas i naszych rodzin. Wróg nawet wydumany, stanowi bardzo dobre
usprawiedliwienie na istnienie armii i zbrojenia. Trudno sobie wyobrazić
sytuację, kiedy państwo się zbroi, nie definiując żadnych wrogów, nawet
potencjalnych, ale dzisiaj wszystko jest możliwe. Na wojnie najważniejszą rzeczą jest morale wojska bo to
ono stanowi o jego determinacji i sile. Wiek XX przyniósł nowy wynalazek ,
którym miała karmić się wojna, była nim ideologia. Ideologia stanowiąca
rozwiązanie prawie wszystkich bolączek danego narodu, miała być także zbawieniem
dla innych narodów, lub jednej rasy. To potężne ideologiczne działo scalało
wojsko już nie tylko od strony duchowej, ale także nacjonalistycznej, czyli
patriotycznej. Tam gdzie brakuje chęci, tam wojna tylko się tli, a żołnierze siedzą w
okopach i bunkrach. Wystarczy jedna myśl, jeden powód, aby tę senność zmienić w
horror zniszczenia i kapitulacji. Silniejsza od ideologii i politycznych machinacji
może być tylko motywacja płynąca z religii. Religii, która jest kluczem
istnienia i działania określonych społeczeństw. Okazuje się jednak, na
przestrzeni dziejów, że w zależności od interpretacji religia może być
wykorzystana lub nie, w służbie wojny. Wszystkie krucjaty i podboje kolonialne,
odbywały się pod wpływem słowa, płynącego z kart biblii, jak też podbój Europy z
nakazu Koranu. Co by się stało gdyby ludzie przestali wierzyć w cokolwiek? Czy
wojna i śmierć zakończyłyby żywot? Niemożliwe, gdyż konflikt wpisany
jest w naszą genetykę. Jesteśmy tylko zabawką, sprawdzającą swoją wartość w bojach i
panowaniu. Jest tylko: my albo oni. Trzeciej drogi, pomimo długiej historii
ludzkości jako gatunku, nie ma i być nie może, mimo pragnienia
pokoju. Wiele zostało wymyślone dla
utrzymania dla pokoju, który jest na ogół wstrzymywaniem konfliktu, gdyż człowiek ostateczne rozstrzygnięcia zostawia na później,
wolimy budować systemy wzajemnego szantażu lub kreować nowe ideologie, jak
tolerancja i mamić się, że to wystarczy, aby nikt i nic nie wszczynało
konfliktu.
A konflikty były są i będą. Nie ma miejsca na ziemi, aby nie znaleźć
konfliktów historycznych, Europa wiedzie w tym prym. Inne zwyklejsze, to
konflikty o
bogactwa naturalne lub terytoria. Najtrudniejszymi konfliktami są te, gdzie
wyłączamy myślenie, czyli konflikty
religijne i ideologiczne.
Cel - wróg
Człowiek stając się żołnierzem, przyjmuje szereg regulaminów oraz przysięgę,
której słowa najczęściej odwołują się do miłości własnej ojczyzny. Ojczyzny jak wiemy
nie da się zdefiniować i zaszufladkować, jest to pojęcie
emocjonalne. Ale to nie jakaś określona ojczyzna w chwilach krytycznych
staje nam przed oczami. Żołnierz, ma jeden podstawowy cel; zabić wroga. Jeżeli
wróg zabija naszych kolegów z armii, staje się wrogiem zmatrializowanym, bez
określonej twarzy. Staje się celem, możliwością pomszczenia tych, dla których
wojna się skończyła. Wróg , pomimo że to konkretni ludzie, jest tak samo zły,
nienawistny jak wojna. Traci też swoją konkretność. W pewnym momencie zmagania z
nieprzyjacielem stają się jak mistrzostwa świata w piłce nożnej.
Nieważne po co gramy, ważne ile głów odrąbaliśmy wrogowi.
Czy czując świst przelatujących kul nad głową, możemy zachować pokój, nie czuć
strachu i przerażenia? Otóż, to wszytko czuje każdy żołnierz, tylko z różnym
natężeniem. Stres wywołany walką może zaś doprowadzić do wielu zachowań.
Wymienić można, w zależności od długości walki i doświadczenia: gotowość do
walki, obojętność, walka do końca, walka z natchnieniem, kompletna bezsilność,
paraliżujący strach i dezercja. To co rozróżnia te zachowania, to stopień
mobilizacji wewnętrznej i motywacji. Motywacja jest zaś głównym motorem
działania. Motywuje się więc różnie. Cywilizacja zrobiła długą drogę, poszukując
powodów motywujących do walki. Tam gdzie jest brak powodów lub są słabe, najważniejszy pozostaje Twój kolega, batalion, pułk, armia, bo tylko oni
mogą Cię obronić i Twoją rodzinę. Na wojnie decydują sprawy, myśli i nasze
uczucia, gdyż wojna jest zagładą materii i nas samych.
Jeżeli jesteśmy
nastawieni pokojowo do świata, wierzymy tylko w tolerancję, miłość i
współistnienie, pozostańmy w domu, bo prawdopodobnie już nas zabili. Wojna jest
zbyt prawdziwa i zbyt bardzo odsłania nędzne oblicze człowieka, aby wygrywali w
niej pacyfiści. Przypomina to życie na skraju ubóstwa, gdzie czasami ktoś z
wrogów podaje na chwilę pomocną dłoń.
Śmierć? Tak, ale wroga
Są prawdy święte wypowiedziane przez wojskowych różnych narodów o których w
Polsce zapomniano z powodu historii. Tej która jeszcze będzie odbijać się przez
dziesięciolecia klęskami powstań porozbiorowych, oraz totalnymi klęskami II
wojny światowej i Powstania Warszawskiego. Z tego też powodu wielu stara się
ukształtować mniemanie w wojsku, że jedyna godna śmierć to śmierć za ojczyznę,
na polu chwały. Czy ktoś sobie zadał trud i spytał się; a co oprócz tej chwały
pozostało?
Pozostała tylko klęska, przejmująca swoją temperaturą jak Sybir zwoją otchłanią,
gdyż zapomniano, iż "celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie,
aby tamci skurwiele umierali za swoją." generał George S. Patton.
Sierżant Ed W. Eaton z Walla Walla w stanie Waszyngton rozpoczął służbę w armii
październiku 1968 roku, do Wietnamu trafił w maju następnego roku, jako żołnierz
piechoty 3 batalionu 60 pułku 9 dywizji piechoty. Wspomina – Kiedy tylko
usłyszałem, że w dywizji działa szkoła snajperska, byłem nią zainteresowany. Od
razu napisałem prośbę o wysłanie mnie na kurs. Bardzo chciałem być snajperem,
no, może nie aż tak bardzo jak barmanem w Sajgonie, czy adiutantem jakiegoś
generała, ale skoro już byłem zwykłym żołnierzem, chciałem być strzelcem
wyborowym. Eaton był uczestnikiem jednego z pierwszych oficjalnych szkoleń
snajperskich, zorganizowanych przez armię, a konkretnie przez jego macierzystą
dywizję. W trakcie ostatnich sześciu miesięcy swego pobytu w Wietnamie dorobił
się dwudziestu siedmiu potwierdzonych trafień. Mówi Eaton – Korzystaliśmy ze
stałych form nawiązania kontaktu z wrogiem, najczęściej braliśmy udział w
działaniach kompanii piechoty, kryjąc ogniem możliwe kierunki styczności z
wrogiem. Wykonywaliśmy także nocne misje „myśliwskie”, podczas których obaj
członkowie zespołu leżeli w drzwiach Huey’a, krążącego po zmroku nad rzeką.
Celów wypatrywaliśmy szukając ich przez celowniki Starlight. Kiedy dostrzegliśmy
nieprzyjaciela, strzelaliśmy w niego pociskiem smugowym, po czym do akcji
przystępowały dwie szturmowe Cobry, niszczące wskazany cel. Większość z trafień
Eatona została wykonana z odległości ponad 500 metrów – ale nie wszystkie.
Podczas jednej z akcji oczyszczania terenu Eaton został przydzielony do kompanii
piechoty, która tuż przed zmierzchem zajęła pozycje obronne w pobliżu
opuszczonej wsi. Mówi Eaton – Dowódca kompanii rozkazał mi zająć stanowisko tuż
przed naszymi liniami, żeby mieć wieś na oku. Kiedy już się dobrze ściemniło,
cicho przesunąłem się na swoje stanowisko, żeby w spokoju przyjrzeć się
otoczeniu przez zamazany, zielony obraz widoczny w celowniku Starlight.
Natychmiast, na wprost siebie zobaczyłem żołnierza Wietcongu, odległego ode mnie
o góra 50 metrów. Najwyraźniej mnie usłyszał, bo klęczał trzymając rękę przy
uchu, żeby słyszeć wyraźniej. On mnie usłyszał, ale ja go zobaczyłem. Zastygłem
w bezruchu i odczekałem kilka minut, żeby upewnić się, że nie jest czujką
jakiegoś większego oddziału. Przez kilka minut nic się nie poruszyło.
Zadecydowałem, że czas z tym skończyć i znaleźć sobie jakieś lepsze miejsce. Mój
strzał przewrócił go na plecy – to była najmniejsza odległość, na jaką
strzelałem będąc snajperem. Eaton, który będąc na kursie snajperskim skończył 21
lat, odnosił także sukcesy podczas operacji nocnych. – Pewnego wieczoru
lecieliśmy na wysokości 175 metrów. Leżałem na podłodze śmigłowca, wypatrując
przez otwarte drzwi celów, widocznych w celowniku Starlight, zamontowanym na
moim M21. Nagle zauważyłem na rzece sampan z jednym człowiekiem na pokładzie.
Rzeka była zamknięta dla ruchu cywilnego, co więcej, było już po godzinie
policyjnej. Przygotowałem się do strzału. Trafienie celu z poruszającego się
śmigłowca, zwłaszcza przez turbulencje powietrza wywołane wirnikiem, jest bardzo
trudne. Mój śmigłowiec zbliżył się trochę do celu. - Strzeliłem smugowym, żeby
zaznaczyć cel dla Cobr – kontynuuje Eaton. – Nadleciały, oświetliły łódkę swoimi
reflektorami i odleciały bez jednego strzału. Kiedy wróciliśmy do bazy po
paliwo, zapytałem ich pilotów – Dlaczego nie strzelaliście? Czy to była kobieta
lub dziecko? Prowadzący roześmiał się i powiedział – Nie, nie mieliśmy już nic
do roboty. Trafiłeś go prosto w klatkę piersiową. Doskonała robota. - Dodałem to
trafienie do swojej listy, ale – przyznam się – był to mój najbardziej fartowny
strzał.
Pomimo uczestnictwa w tych pełnych napięcia akcjach, Eaton dodaje. – Snajperstwo
to przede wszystkim nudne, samotne zadanie. Czeka się całymi godzinami,
zmieniając z partnerem przy celowniku Starlight. Czasami jest tak, że jeden
strzał, jeden trup. Kiedy indziej przeciwników jest tak wielu, że musisz wezwać
wsparcie artyleryjskie i lotnicze i jedynie kierujesz całym cyrkiem. A potem
wstajesz i wracasz do domu, tylko po to, by za jakiś czas znowu iść na akcję, a
potem na jeszcze jedną. Snajperstwo w Wietnamie nie dawało się ująć w naukowe
ramy. Za każdym razem Charlie miał coś w zanadrzu. Zwyciężał ten, kto był
najlepiej przygotowany i kto miał lepszą broń. Jak zawsze... Śmierć nie jest
obca snajperowi, ale moim zadaniem było także przeżycie...
Upadek Wietnamu południowego umożliwił komunistom ostateczne opanowanie Laosu i
Kambodży. W Laosie komuniści wietnamscy zainstalowali marionetkowy reżim
pozostający pod całkowitą kontrolą Hanoi, którego interesów strzegło
kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy wietnamskich. W efekcie polityki nowego reżimu,
w ciągu następnych 14 lat życie straciło ok. 300 tysięcy osób. Drugie tyle
uciekło do Tajlandii. Natomiast w Kambodżańskiej Partii Komunistycznej, bardziej
znanej jako Czerwoni Khmerzy, przewagę zdobyło maoistowskie skrzydło
antywietnamskie i prochińskie. Natychmiast po zdobyciu Phnom Penh Czerwoni
Khmerzy rozpoczęli wprowadzanie ludobójczego eksperymentu społecznego –
przymusowej budowy społeczeństwa bezklasowego. Jego efektem była śmierć ponad
1,5 miliona osób w ciągu następnych czterech lat.
Wojna nie jest dla ludzi bezideowych lub wierzących w święty pokój, jest dla
ludzi gotowych zginąć za sprawę, jaką by nie była. Wojna, jak każda walka
pozostaje najprostszym i skutecznym sposobem rozwiązywania konfliktów.
"Wojna jest prosta i okrutna dlatego powinni w niej brać udział ludzie równie
prości i okrutni" generał George S. Patton