Co może być źródłem konfliktu? Okazuje się, że wszystko, łącznie z
naturą ożywioną. Koniec końców człowiek zawsze walczył o coś, o pożywienie lub
inne rzeczy, konkurując z innymi ludźmi. I tak było tym razem. Wystarczyło
zaledwie 30 sekund, by świat otarł się o ryzyko wybuchu wojny na ogromną skalę.
A poszło o... jedno drzewo na granicy. Po brutalnej wojnie w latach 50. Półwysep
Koreański został podzielony na pół linią demarkacyjną zwaną także "wspólną
strefą bezpieczeństwa". Pomiędzy Koreą Płn. i Koreą Płd. cały czas utrzymywała
się napięta sytuacja, która kilkakrotnie groziła ponownym wybuchem wojny.
Najbliżej wojny na wielką skalę świat był w 1976 roku. Do konfrontacji doszło w
rejonie słynnego Mostu Bez Powrotu, przecinającego linię dawnego frontu. Powodem
konfliktu było 30-metrowe drzewo zasłaniające widok pomiędzy budynkiem dowództwa
sił ONZ a dwoma punktami obserwacyjnymi. Jeden z nich, usytuowany w pobliżu
strategicznego Mostu Bez Powrotu, miał widok na linię demarkacyjną tylko w
czasie zimy. Żołnierze armii Korei Płn. kilkakrotnie podejmowali próby porwania
żołnierzy z checkpointu, a także naszpikowali całą okolicę własnymi punktami
obserwacyjnymi. Z powodu bliskości do linii wroga, punkt obserwacyjny sił ONZ,
był określany mianem "najbardziej osamotnionej warowni na świecie". 18 sierpnia
1976 roku do wspólnej strefy bezpieczeństwa weszła grupa żołnierzy
południowokoreańskich, której towarzyszył dowódca sił USA kapitan Arthur Bonifas
i grupa 11 żołnierzy amerykańskich. Ich celem było ścięcie spornego drzewa, co
zostało uzgodnione z delegacją z Korei Płn. tydzień wcześniej. Żołnierze nie
mieli ze sobą broni, lecz jedynie siekiery. Gdy tylko rozpoczęli ścinanie
drzewa, na miejscu natychmiast pojawiło się 15 żołnierzy północnokoreańskich.
Dowodził nimi porucznik Pak Chul, którego ochrzczono wcześniej mianem "Buldoga",
z racji jego konfrontacyjnego charakteru.
Początkowo Koreańczycy z Północy przyglądali się tylko ścinaniu drzewa, ale
kilkanaście minut później, zupełnie niespodziewanie, porucznik Chul powiedział,
że "to drzewo osobiście zasadził i podlewał Kim Ir-Sen, twórca
Północnokoreańskiej Republiki Ludowej". Bonifas zlekceważył słowa "Buldoga".
Porucznik Chul wezwał więc ciężarówkę pełną żołnierzy uzbrojonych w kije i
pałki, po czym jednoznacznie zażądał wstrzymania ścinania drzewa. Gdy Bonifas
ponownie zlekceważył wezwanie, Chul krzyknął do swoich ludzi: "Zabić ich
wszystkich!". Żołnierze północnokoreańscy wyrwali żołnierzom siekiery i zadali
nimi ciosy kapitanowi Bonifasowi i porucznikowi Barrettowi. Pierwszy z nich
zmarł na miejscu, drugi, ciężko ranny, zdołał wskoczyć do przydrożnego rowu.
Całe zajście trwało pół minuty; zaraz po tym, żołnierze sił ONZ zdołali
rozproszyć tłum Koreańczyków i załadować ciało Bonifasa na ciężarówkę.
Nieświadomi nieobecności Barretta żołnierze ONZ wycofali się za "swoją" część
granicy. Północni Koreańczycy w tym czasie przeczesali pobocze drogi i ciosami
siekiery dobili rannego Barretta. Gdy dowództwo sił ONZ zarządziło poszukiwanie
Amerykanina, było już za późno. Korea Płn., zaraz po incydencie, oskarżyła Stany
Zjednoczone o "agresję". Syn Mi Ir-Sena, Kim Dzong Il, przebywający na
konferencji państw niezaangażowanych w Colombo (Sri Lanka) zdołał uzyskać
poparcie ze strony zgromadzonych tam delegacji z całego świata dla rezolucji
potępiającej Amerykanów jako "imperialistycznych najeźdzców". Stany Zjednoczone,
w odpowiedzi na incydent, przygotowały specjalną operację o kryptonimie "Paul
Bunyan", która miała być pokazem siły i zakończyć się ostatecznym ścięciem
drzewa. Operację tą zdecydowano się przeprowadzić już 24 sierpnia, zaledwie trzy
dni po tragicznej śmierci dwóch amerykańskich żołnierzy z rąk ludzi "Buldoga".
Rankiem do wspólnej strefy bezpieczeństwa wjechały, bez żadnego ostrzeżenia, 23
wojskowe pojazdy z Korei Płd. i Stanów Zjednoczonych. W pojazdach byli żołnierze
wyposażeni w piły elektryczne oraz dwa plutony osłaniających ich żołnierzy
amerykańskiej piechoty. Korea Płd. wysłała w rejon elitarną jednostkę sił
specjalnych, która szybko wzniosła umocnienia z worków z piaskiem w pobliżu
Mostu Bez Powrotu. Jednocześnie Kompania B przygotowała się do wysadzenia Mostu,
na wypadek gdyby żołnierze Korei Płn. zdecydowali się na frontalny atak. Z kolei
Kompania E przygotowała awaryjny plan odwrotu wzdłuż rzeki Imjin i zabezpieczyła
strategiczny szlak. W akcji brało udział także 27 helikopterów oraz bombowce
B-52 osłaniane przez myśliwce F-4. Na morzu do operacji włączono lotniskowiec
"Midway", który zbliżył się w pobliże granicy obu Korei. Armia amerykańska
przygotowała się na najgorsze. W pobliżu strefy zdemilitaryzowanej Amerykanie
rozlokowali dodatkowe tysiące żołnierzy piechoty i artylerii; by uzupełnić braki
w ludziach, ściągnęli także do Korei Południowej dodatkowe 12 tysięcy żołnierzy.
W całym kraju podniesiono najwyższy alarm pogotowia bojowego szykując się na
możliwą konfrontację zbrojną z wojskami Korei Północnej. Pod bronią stanęła więc
cała armia, gotowa w każdej chwili otworzyć ogień do wroga na linii frontu.
Amerykanie, po wjechaniu do wspólnej strefy bezpieczeństwa, rozpoczęli
natychmiast ścinanie spornego drzewa. Korea Płn. w odpowiedzi przysłała w rejon
Mostu 200 żołnierzy, których zapakowano w autobusy. Ostatecznie pozostali oni w
pojazdach po tym jak na horyzoncie pojawiły się amerykańskie helikoptery i
myśliwce. Cała operacja "Paul Bunyan" trwała 42 minuty. W czasie gdy Amerykanie
ścinali drzewo, żołnierze południowokoreańscy zdemolowali dwie opustoszałe
wieżyczki obserwacyjne Korei Płn. Obie strony zdołały uniknąć konfrontacji
zbrojnej, która mogłaby kosztować życie tysięcy ludzi po obu stronach linii
demarkacyjnej. Cały czas istniało jednak ryzyko wybuchu globalnego konfliktu. W
wyniku "incydentu z siekierą" wzrosło napięcie - nie tylko pomiędzy obiema
Koreami, ale także pomiędzy państwami Zachodu a blokiem komunistycznym, a
zwłaszcza pomiędzy USA i Chinami. Część z tych państw posiadała własne arsenały
nuklearne, co stwarzało teoretyczną możliwość nuklearnego Holokaustu. Nikt
jednak nie zdecydował się na odpalenie rakiet balistycznych, choć również i
wojska obsługujące tę broń postawiono w stan najwyższej gotowości. Sytuację
komplikowała całkowita nieprzewidywalność komunistycznych liderów Korei
Północnej. W dniu, w którym Amerykanie przeprowadzili operację "Paul Bunyan",
lider Korei Płn. wyraził żal z powodu incydentu, nie wziął jednak
odpowiedzialności za doprowadzenie niebezpiecznej sytuacji. Amerykanie uznali to
oświadczenie za krok we właściwym kierunku. Świadectwem incydentu, który groził
światu wybuchem nuklearnej wojny, jest dziś pomnik upamiętniający zabitych
Amerykanów. Stoi on w miejscu ściętego drzewa, z powodu którego do boju, na
jeden rozkaz, mogły ruszyć tysiące ludzi..