Graniczny konflikt Peru z Ekwadorem był
najdłuższym sporem terytorialnym na zachodniej półkuli. Jest także przykładem
bodaj najdłużej obowiązującego traktatowego mechanizmu międzynarodowej
koncyliacji. Z tego powodu jest niezwykle ciekawy do analizy i stanowić może
wręcz modelowy przykład wewnętrznej funkcji polityki zagranicznej, roli wojska w
krajach latynoamerykańskich, wreszcie udanego sposobu rozwiązania sporu i
pozytywnej roli państw trzecich. W pierwszej części niniejszej pracy zarysuję
źródła konfliktu, następnie dokładniej przedstawię jego przebieg w okresie
szczytowego napięcia (starcia z 1995 roku) i wreszcie w części trzeciej omówię
sposób jego zakończenia, wynikły bezpośrednio z wydarzeń 1995 roku.
Geneza konfliktu.
Wyprawa, która w 1542 r. odkryła i pobieżnie opisała sporny obszar (mowa o
nadamazońskich terytoriach Tumbes, Jaen i Maynas - dwukrotnie większych od
dzisiejszego Ekwadoru), wyruszyła z Quito, w okresie, gdy miasto to było stolicą
hiszpańskiego wicekrólestwa Nueva Granada. Jednak w 1802 roku dekret królewski
włączył obszar Nueva Granada pod jurysdykcję wicekrólestwa z siedzibą w Limie.
Stąd właśnie wynikały pretensje Ekwadoru i Peru do spornych rejonów
nadamazońskich. Od momentu upadku hiszpańskiego oba, niepodległe już kraje,
podpisały 11 traktatów w celu ostatecznej delimitacji linii granicznej
(praktycznie nieistniejącej pomiędzy Nueva Granada a Peru w czasach
hiszpańskich), ale tylko dwa z nich zostały ostatecznie ratyfikowane przez obie
strony! Pod koniec lat 30-tych XX wieku w Waszyngtonie toczyły się rozmowy obu
zwaśnionych państw (uczestniczył w nich sam prezydent USA F. D. Roosevelt),
które jednak nie przyniosły żadnych rezultatów. W 1941 Peru dokonało inwazji na
Ekwador i bez większego oporu zajęło część jego terytorium (najlepsze jednostki
wojskowe ówczesny prezydent Ekwadoru - Arroyo del Rio - ulokował bowiem w
stolicy na wypadek rozruchów społecznych i próby zamachu stanu ze strony
opozycji, zamiast wysłać je na front). 29 stycznia 1942 roku oba kraje podpisały
Traktat o Pokoju, Przyjaźni i Granicach, zwany Protokołem z Rio de Janeiro
(gwarantowany przez Argentynę, Brazylię, Chile oraz
USA), który - kierując się zasadą uti possidetis (granice nowopowstałych państwa
takie same, jak wewnętrzne granice regionów przed rozpadem imperium) -
sankcjonował de facto peruwiańskie zdobycze obejmujące połowę terytorium
ówczesnego Ekwadoru. Ekwador kwestionował ową regułę, uzasadniając swoje
pretensje stanem posiadania sprzed ww. królewskiego dekretu z 1802 roku. Tak
więc już w 1948 roku podczas wytyczania 78-kilometrowego odcinka granicy w
dżungli amazońskiej, Quito wycofało się z prac komisji demarkacyjnej, a w 1950
uznało porozumienie z Rio za nieważne i niebyłe, ponieważ nie uwzględniało ono
jakoby geograficznej specyfiki regionu. Było to poniekąd prawdą, gdyż sporny
obszar został ostatecznie zbadany i opisany dopiero w 1946 roku, a więc cztery
lata po podpisaniu Protokołu z Rio. Ekwador jednostronne odrzucenie traktatu,
którego był przecież zarówno sygnatariuszem jak i przedmiotem, uzasadniał także
tym, ze do podpisania Protokołu z Rio został zmuszony przez Stany Zjednoczone,
szykujące się wówczas do generalnej rozprawy z Niemcami i Japonią i chcące
utrzymać spokój na zachodniej półkuli. W 1960 roku ówczesny prezydent Ekwadoru -
Jose Maria Velasco Ibarra - podczas
posiedzenia Organizacji Państw Amerykańskich ostatecznie przekreślił
postanowienia Protokołu z Rio, m.in. publicznie nazywając dokument "zerem".
Legitymizacje do działań koncyliacyjnych straciły w tym momencie państwa będące
gwarantami Protokołu z Rio - tzw. "Czwórka z Rio" (Argentyna, Brazylia, Chile,
USA), choć dalej działały na rzecz rozwiązania konfliktu, tyle że w ramach OPA.
Mniej więcej od tego okresu Peru i Ekwador zaczęły zgłaszać roszczenia do
kawałka dżungli o powierzchni ok. 340 km kw., zwanego Cordiliera del Condor
(Kordyliera Kondora) od pobliskiego masywu górskiego, którego zachodnie łagodne
stoki przypadły Ekwadorowi, a strome, gęsto porośnięte dżunglą zachodnie stoki -
Peru. Granica na tym obszarze faktycznie nie jest wytyczona, gdyż odkryto tam -
nieznaną w momencie podpisywania Protokołu z Rio - rzekę (Rio Cenepa) i
czynności delimitacyjne przerwano. O tym, gdzie jest terytorium ekwadorskie, a
gdzie zaczyna się Peru, informowały luźno i dość arbitralnie ustawione słupy
graniczne oraz niewielkie posterunki wojskowe. Przypuszcza się, że ten
trudnodostępny rejon, zamieszkały przez Indian Jivaros i Shuar, bogaty jest w
złoto, uran i ropę naftową, choć istnieją także ekspertyzy dowodzące, że
występuje tam mniej bogactw naturalnych, niż w innych regionach Kordylierów, a
eksploatacja minerałów byłaby dodatkowo niezwykle trudna i kosztowna. Obie
strony utrzymują jednak w Kordylierze Kondora znaczne siły wojskowe. Praktycznie
co roku przed rocznicą podpisania porozumienia dochodzi tam do incydentów.
Większość z nich sprowokowana była przez stronę
ekwadorską, której patrole zapuszczały się na terytorium peruwiańskie w spornym
rejonie. Duże natężenie incydentów pod koniec lat 70-tych doprowadziło w końcu
do wybuchu krótkiego, trwającego kilka dni konfliktu zbrojnego w 1981 roku,
podczas którego siły peruwiańskie dość szybko poradziły sobie z ekwadorską akcją
zaczepną.
W 1991 roku prezydent Fujimori, wobec problemów wewnętrznych i konieczności
ostatecznego rozbicia partyzantów ze Świetlistego Szlaku, podpisał z Ekwadorem
(podobnie jak z innymi sąsiadami Peru) tzw. Pakt Kawalerski (Pacto de Caballeros).
Dokument ten przewidywał odłożenie ostatecznej delimitacji granicy na obszarze
Kordyliery Kondora. Pozwalał Ekwadorczykom także na założenie kilku posterunków
na de iure peruwiańskim terytorium Kordyliery oraz obsadzenie ich wojskiem, w
zamian za niewysuwanie roszczeń terytorialnych pod adresem Peru. Doszło także do
wizyty Fujimoriego w Quito - pierwszej wizyty peruwiańskiej głowy państwa w
Ekwadorze od 50 lat. Wydawało się, że na spornej granicy spokój powróci na
dłużej. Jednak bardzo szybko, bo już w 1995 roku, wybuchły w Kordylierze Kondora
intensywne starcia wojsk obu państw. Niezwykle trudno
jest ustalić która ze stron je sprowokowała, ale nie ulega wątpliwości, że obu
rządom ograniczony konflikt zbrojny z sąsiadem był w pewien sposób na rękę. W
kwietniu 1995 roku miały się w Peru odbyć wybory prezydenckie, w których
kontrkandydatem Alberto Fujimoriego, sprawującego wówczas ten urząd, miał być
znany i dość popularny Javier Perez de Cuellar, były Sekretarz Generalny ONZ.
Popularność Fujimoriego, zbudowana na rozbiciu przezeń Świetlistego Szlaku oraz
zduszeniu inflacji, choć wciąż utrzymywała się na wysokim poziomie (o 20%
wyprzedzał drugiego w rankingu Cuellara), zaczęła niebezpiecznie szybko spadać,
m.in. ze względu na afery z prowadzeniem kampanii wyborczej w wojsku oraz bardzo
poważny i szeroko komentowany konflikt prezydenta z żoną, Susaną Higuchi. O
skali tego ostatniego niech świadczy fakt odebrania pani
Higuchi tytułu "Pierwszej Damy" (pod pretekstem choroby psychicznej) po tym, jak
zapowiedziała, że wystartuje w wyborach parlamentarnych z ramienia partii
opozycyjnej w stosunku do męża. Susana Higuchi zamierzała także wystartować w
kwietniowych wyborach prezydenckich, ale okazało się to niezgodne z prawem,
pośpiesznie uchwalonym specjalnie w celu niedopuszczenia tej kandydatury do
rejestracji. W tej sytuacji Fujimori mógł dużo zyskać na odgrzaniu starego
konfliktu granicznego, który ze wszelkim prawdopodobieństwem skończy się
zwycięstwem Peru i obudzi nastroje patriotyczne w społeczeństwie, odwracając
jego uwagę od sytuacji w kraju, przysparzając jednocześnie punktów urzędującemu
prezydentowi, jako zwycięskiemu przywódcy. Tak było w istocie. Praktycznie przez
cały okres konfliktu w telewizji i prasie Peruwiańczycy mogli oglądać prezydenta
w mundurze wojskowym, prezydenta z wizytą na froncie, prezydenta wygłaszającego
orędzie do narodu... Reklamy wyborcze kontrkandydatów cieszyły się dużo
mniejszym zainteresowaniem niż normalnie. Wydaje się także, że po praktycznym
rozbiciu Świetlistego Szlaku Fujimori zapragnął odzyskać to, co stracił
podpisując Pakt Kawalerski. Nie bez znaczenia były również naciski wyższych
oficerów armii peruwiańskiej, którzy chętnie poprowadziliby "szybką, zwycięską
wojnę". W Ekwadorze sytuacja była nieco inna. Prezydent tego kraju, Sixto Duran
Ballen (1992-1996) wkrótce po elekcji stracił poparcie społeczeństwa. Próbował
modernizować państwo ograniczając wydatki z budżetu oraz zachęcając
przedsiębiorców i wielki kapitał (gł. amerykański) do inwestowania w przemysł
wydobywczy (ropa naftowa zapewnia jedną trzecią dochodów z exportu Ekwadoru).
Spotkało się to jednak ze stanowczym sprzeciwem rdzennej ludności indiańskiej.
Dodatkowe niepokoje społeczne wywołane były także znaczącym wzrostem bezrobocia,
na skutek bankructwa wielu fabryk, pozbawionych rządowych dotacji. Pod koniec
prezydentury Duran Ballena kryzys gospodarczy nasilił się aż do tego stopnia, że
występowały okresowe przerwy w dostawie prądu. Społeczeństwo domagało się
odejścia nieudolnego prezydenta. Nic dziwnego więc, że graniczny konflikt z
tradycyjnym rywalem z południa, odwracający uwagę od sytuacji wewnętrznej i
konsolidujący masy wokół haseł obrony honoru narodowego, był po myśli także
Duran Ballenowi. W kilku doniesieniach prasowych (zwłaszcza peruwiańskich i
brazylijskich) pojawiała się także wersja o szantażowaniu Duran Ballena przez
wojskowych, którzy grozić mieli mu zamachem stanu, gdyby prezydent nie zgodził
się na rozpętanie konfliktu granicznego z Peru. Inna wersja mówiła o celowym
sprowokowaniu konfliktu przez wojskowych, niejako w rewanżu za próbę
ograniczenia przez niego quasi-legalnych dochodów z przemysłu ciężkiego i
wydobywczego, jakie były udziałem najwyższych oficerów ekwadorskich sił
zbrojnych. Nie można wreszcie zapominać o tradycyjnym wyznaczniku polityki
zagranicznej Ekwadoru, mówiącego o konieczności uzyskania "suwerennego dostępu"
do obszaru amazońskiego, a konkretnie do rzeki Moranon, który to wyznacznik był
obowiązującym dogmatem dla wszystkich ekwadorskich rządów od chwili powstania
tego państwa. Niewątpliwie najorginalniejszą teorią tłumaczącą wybuch starć, był
"wątek futbolowy". Otóż konflikt miał zostać niechcący sprowokowany przez
żołnierzy peruwiańskich, którzy
wybrali się do jednej z wiosek Indian z plemienia Shuar (zamieszkałych już na
terytorium uznawanym za ekwadorskie) w celu rozegrania meczu piłkarskiego...
Armia peruwiańska była silniejsza od ekwadorskiej. Liczyła 115 tys. ludzi (w tym
75 tys. w wojskach lądowych) wobec 58 tys. żołnierzy ekwadorskich (50 tys. w
wojskach lądowych). Była wyposażona w nowocześniejszy sprzęt, mogła także liczyć
na skuteczniejsze wsparcie z powietrza. Peruwiańskie lotnictwo posiadało bowiem
m.in. 12 myśliwców Mirage 2000, 30 szturmowych Su-22 oraz ok. 100 lekkich
szturmowców (w tym śmigłowce Mi-24), podczas gdy lotnictwo Ekwadoru było o
połowę słabsze liczebnie, posiadając 14 myśliwców Mirage F-1 i 10 myśliwców Kfir
C-2, 8 wielozadaniowych Jaguarów oraz ok. 50 lekkich szturmowców i samolotów
szkolno-bojowych. Trzeba jednak pamiętać, że konflikt ograniczyć się miał do
trudnodostępnego, porośniętego gęstą dżunglą obszaru, gdzie klasyczna przewaga w
uzbrojeniu nie ma decydującego znaczenia. Wygrać miała ta strona, która szybciej
i sprawniej skoncentruje siły na najważniejszych kierunkach i zapewni im
odpowiednie zaopatrzenie.
Dżungla w ogniu
Od początku stycznia oba państwa informowały o naruszeniach granicy przez
patrole strony przeciwnej (pamiętajmy, że granicy na tym obszarze nie wytyczono
- to, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi kraj, było kwestią bardzo
dowolną). Krótkie negocjacje dyplomatyczne wydawały się załatwiać sprawę
incydentów - 14 stycznia Peru i Ekwador zobowiązały się do zachowania pokoju w
strefie przygranicznej. Ale już 19 stycznia nastąpiły kolejne starcia w dżungli.
Źródła peruwiańskie utrzymywały, że wojska ekwadorskie zajęły kilka
peruwiańskich posterunków, m.in. najważniejsze: Cueva de los Tayos, Base Sur,
Coangas oraz strefę Tiwinza (Tihuinza). D. S. Palmer, badający wnikliwie
konflikt, utrzymuje jednak, że posterunki te, jakkolwiek znajdowały się
teoretycznie na terytorium Peru, wybudowane zostały przez wojsko ekwadorskie po
1991 roku, w wyniku ustaleń Paktu Kawalerskiego. Obszar wokół baz Cueva de los
Tayos, Base Sur oraz Tiwinza był jedynie słabo dozorowany przez wojsko
peruwiańskie, które było zresztą świadome ekwadorskiej obecności. Jednak od
grudnia 1994 roku zaczęły się - organizowane najprawdopodobniej bez wiedzy rządu
w Limie ? ataki pojedynczych jednostek peruwiańskich na
umocnione ekwadorskie bazy. 26 stycznia 1995 po największej jak dotąd bitwie
(siły wielkości wzmocnionej kompanii po obu stronach) zakończonej druzgocącą
peruwiańską porażką Lima oficjalnie postanowiła skierować w rejon Rio Cenepa
znaczne siły.
Wróćmy jednak do wersji peruwiańskiej. Wg niej wojska ekwadorskie szybko zaczęły
umacniać opanowane punkty i zaminowywać podejścia do nich. Lasy wokół zdobytych
posterunków natychmiast zaczęto karczować tak, aby umożliwić lądowanie
śmigłowców z zaopatrzeniem. Jednocześnie moździerze zaczęły nękać posterunki
znajdujące się
jeszcze w rękach peruwiańskich. Peru, zaskoczone tak silną akcją ekwadorską,
rozpoczęło przygotowania do kontrofensywy.
W międzyczasie trwały wysiłki społeczności międzynarodowej w celu zachowania
pokoju w regionie. 25 stycznia Ekwador zupełnie niespodziewanie oficjalnie
potwierdził - po raz pierwszy od 50 lat - że uznaje Porozumienie z Rio za wciąż
ważne i obowiązujące. Fakt ten uwiarygodnia wersję wydarzeń wg D.S.Palmera -
uznanie Protokołu z Rio przez Ekwador można traktować jako próbę powstrzymania
peruwiańskiej akcji zbrojnej. Uznanie ważności Protokołu z Rio miało bowiem o
tyle istotne znaczenie, że na scenę polityczną powracały kraje "Czwórki z Rio"
(Argentyna, Brazylia, Chile i USA), jako świadcząca działania koncyliacyjne i
mediacyjne oficjalna traktatowa struktura, nieobecna w tej formie praktycznie od
ponad 30-tu lat. Jeszcze tego samego dnia kraje "Czwórki" zwróciły się do Peru i
Ekwadoru z apelem o "podjęcie dialogu w celu niedopuszczenia do wzrostu napięcia
i osiągnięcie trwałego porozumienia w sprawie spornego odcinka granicy".
Jednocześnie wstrzymały one dostawy uzbrojenia i amunicji do obu krajów. Co
prawda 26 stycznia ekwadorskie ministerstwo spraw zagranicznych uzupełniło
niejako doniesienia z dnia poprzedniego, ogłaszając, że wprawdzie Quito uznaje
porozumienie z Rio za nadal
obowiązujące ale uważa, iż przyczyną wszelkich incydentów na granicy są właśnie
?usterki? tego dokumentu, ale nie negowało to legalności samego Protokołu z Rio
i stanowiło dobrą bazę do ewentualnych późniejszych negocjacji. Z kolei
peruwiańskie MSZ w opublikowanym 27 stycznia komunikacie nazwało poczynania
Ekwadoru "zdradzieckim aktem agresji". "Wojownicze, agresywne zachowanie
Ekwadoru jest sprzeczne z jego rzekomym pokojowym nastawieniem. Podważa pokój,
bezpieczeństwo i międzynarodowy ład prawny w chwili, gdy mieszkańcy półkuli
zachodniej tworzą śmiałe plany kontynentalnej integracji" - brzmiał komunikat
MSZ Peru. Reakcja na uznanie Protokołu z Rio przez Ekwador, była natomiast
względnie chłodna (Lima po prostu "przyjęła je do wiadomości"). W początkowej
fazie konfliktu dał się zauważyć brak woli ze strony peruwiańskiej do szybkiego,
pokojowego rozwiązania spornych kwestii i zakończenia walk w strefie
nadgranicznej. Bardziej kompromisową postawę zdawała się prezentować strona
ekwadorska, zainteresowana udziałem społeczności międzynarodowej (zwłaszcza
sygnatariuszy
Porozumienia z Rio) w rozwiązaniu konfliktu, co dawałoby jej szanse na rewizje
postanowień tego dokumentu (jako słabszy militarnie, Ekwador raczej nie był w
stanie wywalczyć satysfakcjonujących go warunków w konflikcie zbrojnym).
Dokładnie przeciwnymi racjami kierowała się w swojej polityce Lima. Stąd różnice
dające się wychwycić w wypowiedziach decydentów obu krajów. Prezydent Sixto
Duran Ballen oświadczył co prawda: "Nasze wojsko wie, że racja jest po jego
stronie", zapewniając jednocześnie, że Ekwador nie ustąpi i zarzucając Peru
wywołanie konfliktu, ale wkrótce po wezwaniach "Czwórki z Rio" zaproponował
zawarcie rozejmu. Quito zażądało także zebrania się Stałej Rady Organizacji
Państw Amerykańskich. Natomiast prezydent Peru, Alberto Fujimori, niezbyt
przychylnie odniósł się do angażowania w konflikt ONZ i Organizacji Państw
Amerykańskich, ponieważ - jak przyznał - "nie są one dość w tej sprawie
kompetentne". Stwierdził także, że działania armii peruwiańskiej są podyktowane
wyłącznie "uzasadnionymi względami obronnymi". Lima wyraźnie wolała załatwić
konflikt w najpierw na polu bitwy, a potem być może w dwustronnych rokowaniach.
Zaproszono do peruwiańskiej stolicy na rozmowy przygotowawcze wiceministra spraw
zagranicznych Ekwadoru. Później miał uczestniczyć w nich także sekretarz
generalny OPA, były prezydent Kolumbii Cesar Gaviria. Konflikt błyskawicznie
nabierał tempa. Po ekwadorskiej stronie granicy miejscowa ludność zaczęła
opuszczać domostwa i uciekać w głąb kraju. W prasie roiło się od podgrzewających
nastroje artykułów oraz buńczucznych wypowiedzi polityków obu stron (m.in.
wspomnianego już Javiera Pereza de Cuellar). W obu krajach powoływano
dodatkowe roczniki rezerwistów do wojska. Po obu stronach granicy przeprowadzano
także ćwiczenia obrony cywilnej i zaciemniano miejscowości. Jednocześnie trwała
wojna propagandowa: Ekwador oskarżał wojsko peruwiańskie o użycie broni
chemicznej, z kolei wojska ekwadorskie miały ostrzelać posterunek Czerwonego
Krzyża, położony po stronie peruwiańskiej. Prasa peruwiańska podała także, że
Ekwadorowi pomagają zagraniczni najemnicy. W odpowiedzi w ekwadorskich gazetach
można było przeczytać o rzekomej kubańskiej pomocy dla wojsk peruwiańskich.
Hawana kategorycznie zdementowała te doniesienia. 25 (lub 26) stycznia dowództwo
armii peruwiańskiej, z poparciem prezydenta Fujimoriego i Rady Obrony Państwa,
zdecydowało o wysłaniu w rejon konfliktu dodatkowych lekkich sił oraz o
postawieniu w stan gotowości jednostek stacjonujących wzdłuż całej granicy z
Ekwadorem i wzmocnieniu ich oddziałami z głębi kraju w sile trzech dywizji (w
tym jedną pancerną). Sztab armii peruwiańskiej opracował także plan odbicia
terenów zajętych przez wojsko ekwadorskie. Ofensywa, prowadzona przez siły
będące ekwiwalentem dywizji piechoty, a składające się z samodzielnych kompanii
i batalionów komandosów, piechoty dżunglowej i zmotoryzowanej, ruszyła 27
stycznia. Poprzedziło ją zbombardowanie przez peruwiańskie lotnictwo (FAP)
zajętych przez Ekwadorczyków posterunków. Peruwiańskie siły lądowe szybko ? bo
jeszcze tego samego dnia - odzyskały/zdobyły (w zależności od wersji wydarzeń)
Cueva de los Tayos, ale ich marsz na Base Sur został spowolniony przez gęste
pola minowe. Zaciekle broniące się Base Sur, bombardowane z powietrza przez
peruwiańskie śmigłowce oraz z ziemi przez lekkie moździerze, zostało zdobyte
ostatecznie 2 lutego. Siły peruwiańskie natychmiast skierowały się ku
posterunkowi Coangas. 30
stycznia ruszyło osobne natarcie na Tiwinzę. Mimo zaangażowania znacznych sił
nie udało się przełamać ekwadorskiej obrony na tym kierunku, m.in. dlatego, że
do akcji włączyło się wreszcie także ekwadorskie lotnictwo, bombardując
kilkakrotnie nacierające wojska i zestrzeliwując jeden samolot. Pozycje
Peruwiańczyków były także kilkakrotnie ostrzeliwane przez ekwadorskie wyrzutnie
rakietowe. Ofensywa peruwiańska zmieniając sytuację na froncie, zmieniła także
nastawienie polityków obu stron na bardziej kompromisowe. Ekwadorczycy chcieli z
"amazońskiej awantury" uratować jak najwięcej przy stole rokowań, Peru miało
natomiast zamiar potwierdzić zdobycze wojska. Prezydent Ekwadoru ogłosił 31
stycznia jednostronny rozejm (ofensywa peruwiańska trwała mimo to nadal),
jednocześnie bardzo pozytywnie oceniając wysiłki "Czwórki" mające na celu
rozwiązanie kryzysu. Natomiast Alberto Fujimori, w przemówieniu telewizyjnym
(środa, 1 lutego) zaproponował zawarcie rozejmu i przekształcenie spornych
terenów nadgranicznych w strefę zdemilitaryzowaną, nad którą nadzór mieliby
pełnić przedstawiciele państw-gwarantów. Tymczasem w Rio de Janeiro obradowali
przedstawiciele sygnatariuszy protokołu z Rio z 1942 r. (w tym ministrowie spraw
zagranicznych obu zwaśnionych państw), dążąc do zawarcia rozejmu. Pierwsze
rozmowy nie przyniosły znaczących efektów. Powodem tego były różne, właściwe
Ameryce Łacińskiej uprzedzenia. Przeszkadzała tradycyjna rywalizacja
peruwiańsko-chilijska, pogłoski o argentyńskich dostawach broni dla Ekwadoru,
wreszcie rywalizacja brazylijsko-amerykańska o przodownictwo w "Czwórce".
Amerykanie poza tym naciskali na jak najszybsze zakończenie konfliktu, podczas
gdy dyplomaci brazylijscy optowali za spokojnymi rozmowami bez nacisku ze strony
"Czwórki". Pierwsza próba wynegocjowania zawieszenia broni nie powiodła się.
Argentyński minister spraw zagranicznych, Guido di Tella poparty przez
pozostałych członków "Czwórki z Rio", przedstawił obu zwaśnionym stronom projekt
zawieszenia broni, przewidujący wycofanie się wojsk do rejonów, których
"przynależność państwowa nie jest w żaden sposób negowana" przez drugą stronę, a
także utworzenie strefy zdemilitaryzowanej, nie zgodził się jednak na nie
Ekwador, przedstawiając z kolei własną propozycję, którą odrzucono w Limie.
Kontrowersje dotyczyły szerokości strefy zdemilitaryzowanej: Peru postulowało
ośmiokilometrową strefę - Ekwador tylko jednokilometrową. Negocjacje zerwano.
Tymczasem Ekwador rozpoczął kampanię propagandową (udaną, dodajmy), mającą
przekonać świat, że winę za rozpętanie konfliktu ponosi Peru, a Ekwador padł
ofiarą
nieusprawiedliwionej agresji. Prezydent Duran Ballen 6 i 7 lutego zdążył
odwiedzić stolice Brazylii, Argentyny i Chile, przekonując rozmówców do
ekwadorskiego punktu widzenia i postulując rewizję Porozumienia z Rio. Ballen
wysłał także swoich przedstawicieli do pozostałych krajów latynoamerykańskich, a
przewodniczący ekwadorskiego parlamentu ? M.
Heinz Moeller - udał się z krótką wizytą do USA, gdzie spotkał się z prezydentem
Billem Clintonem i sekretarzem stanu USA Warrenem Christopherem. Dalsze sukcesy
peruwiańskiej ofensywy (okrążenie wojsk ekwadorskich) sprawiły jednak, że 9
lutego wznowiono rozmowy pokojowe w Brasilli, a ponadto Ekwador wystosował do
władz w Limie prośbę o przerwanie ognia celem pochowania zabitych. 10 lutego
prezydent Fujimori odrzucił ją jednak, określając inicjatywę Quito próbą
zyskania "dyplomatycznej i strategicznej przewagi". Jednocześnie, w przemówieniu
telewizyjnym, Fujimori zapowiedział, że nie poczyni dalszych kroków, które
spowodowałyby eskalacje konfliktu. Stanowiło to wyraźną deklarację, że Peru
ograniczy działania zbrojne jedynie do spornego terytorium i nie ma zamiaru
prowadzić z Ekwadorem wojny pełnoskalowej. Była bowiem groźba wybuchu takowej,
gdyż naprzeciw zmobilizowanych wojsk peruwiańskich, wzdłuż całej granicy, stały
także dywizje ekwadorskie. Jakikolwiek incydent (dość prawdopodobny przy
agresywnej postawie korpusu oficerskiego obu krajów) mógłby mieć katastrofalne
skutki. Także społeczeństwa obu krajów były przeciwne dalszej eskalacji
konfliktu. Np. lutowe sondaże pokazały, że aż 67% Peruwiańczyków było za
arbitrażem krajów "Czwórki" w sprawie granicy, a tylko 15% opowiadało się za
dalszą wojną. Podobne nastroje panowały w Ekwadorze. Rozmowy w Brasilli, mające
doprowadzić do zawieszenia broni, przypominały jednak dyplomatyczną
przepychankę: 10 lutego na przemian wznawiano je i przerywano. W kolejnych
dniach negocjacje prowadzono w podobnym stylu, tym niemniej konflikt mozolnie
zmierzał ku końcowi. Fujimori, chcąc wywrzeć na dyplomatów nacisk, groził:
"Jeśli negocjacje dyplomatyczne zawiodą, pokażemy, że Armia Peru jest
wystarczająco silna by przepędzić najeźdźców". Do akcji mediacyjnej mającej na
celu położeniu kresu walkom włączali się kolejni politycy: m.in. b. prezydent
USA Jimmy Carter i b. prezydent Kostaryki Oscar Arias, a rozmowy telefoniczne z
przywódcami obu państw odbył także Warren
Christopher, ówczesny sekretarz stanu USA... Rozwiązanie dyplomatyczne
przyspieszyła pogarszająca się sytuacja wojsk ekwadorskich. Ostateczny szturm na
rejon Tiwinza rozpoczął się 11 lutego. Peruwiańczycy twierdzili, że atak się
powiódł - Quito temu zdecydowanie zaprzeczało. Dwa dni później prezydent
Fujimori oznajmił jednak "przywrócenie narodowej suwerenności nad obszarem
zajętym przez Ekwadorczyków", ogłaszając wkrótce potem także jednostronne
zawieszenie broni i wzywając rząd Ekwadoru do współpracy w zapobieganiu w
przyszłości rozlewowi krwi między "bratnimi narodami". Władze Ekwadoru
natychmiast zobowiązał się do przerwania ognia pod warunkiem, że żołnierze
peruwiańscy zaprzestaną ataków na pozycje ekwadorskie. Następnego dnia po
południu (14 lutego) walki o Tiwinzę rozgorzały jednak na nowo, po przybyciu
ekwadorskich posiłków w sile dwóch batalionów piechoty. Mimo podpisania 17
lutego porozumienia rozejmowego przez wiceministrów spraw zagranicznych obu
zwaśnionych państw w siedzibie brazylijskiego MSZ - Pałacu Itamarati (stąd nosi
ono oficjalną nazwę Deklaracji Pokojowej z Itamarati), które przewidywało,
oprócz ustanowienia misji obserwacyjnej MOMEP (Military Observer Mission
Ecuador-Peru), podjęcie dwustronnych rozmów w celu trwałego uregulowania sporu
granicznego, walki trwały nadal. Obie strony usiłowały zająć jak najlepsze
pozycje przed przyjazdem obserwatorów z misji MOMEP. Właśnie w tym okresie,
ostatnich dwóch tygodni lutego, padło najwięcej ofiar po obu stronach. Starcia
były tak intensywne, że Deklaracja z Itamarati musiała zostać ponownie
potwierdzona przez obie strony. Stało się to ostatecznie 28 lutego w Montevideo.
Od tego momentu intensywność walk zaczyna się zmniejszać, by w połowie marca
przybrać formę niewielkich incydentów. Wojna opłaciła się Fujimoriemu. Mimo
rozczarowania społeczeństwa niezbyt imponującym przebiegiem starć, prezydent
zyskał kilka punktów procentowych, choć nie tak dużo jak liczył i jak mógł
zyskać (z upływem czasu trwania starć zbrojnych, poparcie dla Fujimoriego
spadało wysokiego styczniowego poziomu). Marcowe sondaże popularności,
przeprowadzone w kilka dni po zakończeniu konfliktu, pokazały, że cieszy się
poparciem 54% społeczeństwa, podczas gdy Perez de Cuellar zgromadził poparcie
17-to
procentowe, mimo intensywnej kampanii, w której zarzucał Fujimoriemu m.in. złe
przygotowanie wojska i przegranie kampanii propagandowej z Ekwadorem. Urzędujący
prezydent zyskał także zdecydowane poparcie wojska, niezwykle istotne ze względu
na fakt administrowania przez armię 10% terytorium kraju, na którym trwała walka
z partyzantami Tupac Amaros i niedobitkami Świetlistego Szlaku. Liczba ofiar po
obu stronach była umiarkowana: Peru straciło 36 zabitych i 60 rannych, Ekwador -
17 zabitych i 37 rannych. Wg późniejszych danych obu ministerstw obrony straty
wyniosły: Peru ? 58 zabitych, 107 rannych; Ekwador - 39 zabitych i 65 rannych. W
trakcie całego konfliktu podczas bombardowań pozycji ekwadorskich FAP utraciła
także
kilka samolotów i śmigłowców (ok. 5-6), zestrzelonych przez będące na
wyposażeniu wojsk ekwadorskich lekkie wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych typu
"Igła" i "Blowpipe" oraz lekkie działka p-lot. Ekwadorskie Siły Powietrzne
straciły natomiast 2 samoloty.
Jednak niektóre źródła podają odmienne dane. Jest mowa nawet o łącznie 4 tys.
zabitych po obu stronach (także wśród cywili), a według Latynoamerykańskiej
Organizacji Praw Człowieka w wyniku wojny na granicy Peru z Ekwadorem ucierpiało
ponad 50 tys. osób, przede wszystkim Indian amazońskich i wieśniaków. Zginęły
dziesiątki Indian, tysiące musiały opuścić swoje domy, zniszczeniu uległy zbiory
i zasiewy.
Porozumienie
Stosunki peruwiańsko-ekwadorskie po konflikcie z 1995 roku z wolna ulegały
poprawie, mimo okresowych napięć (np. w 1996 roku Ekwador zakupił kilkanaście
izraelskich myśliwców, co spotkało się z ostrą dyplomatyczną reakcją Limy,
albowiem w sytuacji, gdy większość państw latynoamerykańskich posiada ledwie od
10 do 30 w miarę nowoczesnych myśliwców, praktycznie jakikolwiek zakup nowych
samolotów bojowych powoduje zachwianie względnej militarnej równowagi w
regionie; groźba wybuchu konfliktu istniała także 1998 r.). Ogromna w tym
zasługa krajów "Czwórki z Rio", które praktycznie natychmiast po zakończeniu
walk przystąpiły do wysiłków mających ostatecznie uregulować i rozwiązać
konflikt. Obserwatorzy MOMEP (kontyngent złożony był z przedstawicieli Ekwadoru,
Peru i państw "Czwórki" - dowodził nim brazylijski generał i amerykański
pułkownik) do marca 1995 roku skutecznie rozdzielili wojska obu stron, a w
sierpniu rejon rzeki Rio Cenepa był już całkowicie zdemilitaryzowany. Działania
dyplomatyczne krajów "Czwórki" miały natomiast na celu najpierw ustalenie
ostatecznego katalogu wzajemnych roszczeń i pretensji, a następnie
wynegocjowanie kompromisu. Temu między innymi służyły spotkania ministrów spraw
zagranicznych Peru i Ekwadoru w obecności przedstawicieli krajów "Czwórki z
Rio", które odbyły się na początku 1996
roku w Limie i Quito, a później także w stolicach innych zaangażowanych w
rozwiązanie konfliktu państw. W procesie pokojowym nastąpiła jednak przerwa,
spowodowana porwaniem peruwiańskiego ministra spraw zagranicznych Francisco
Tudeli, a właściwie uwięzieniem go przez bojowników z ruchu Tupac Amaros w
ambasadzie japońskiej (grudzień ?96 - kwiecień ?97) oraz brakiem stabilizacji
politycznej w Ekwadorze. Sixto Duran Ballen nie utrzymał się bowiem długo na
fotelu prezydenta. O ostatecznym kresie jego rządów zadecydowała afera
korupcyjna, w wyniku której 23 ministrów podało się do dymisji lub zostało
odwołanych, a wiceprezydent uciekł do Kostaryki. Następcy Durana Ballena nie
sprawowali urzędu zbyt długo. Abdala Bucaram (1996-97), zwany "El Loco"
(szaleniec) uciekł do Panamy, po tym, jak ekwadorski parlament uznał, że nie
jest on ?w pełni władz umysłowych?. Fabianowi Alcaron (1997-98) wytoczono proces
o korupcje i uwięziono. Dopiero chadek Jamil Mahuad okazał się skuteczniejszym
politykiem, i choć nie udało mu się zbytnio poprawić sytuacji gospodarczej
kraju, niewątpliwym sukcesem było doprowadzenie do końca procesu normalizacji
wzajemnych stosunków peruwiańsko-ekwadorskich i ostateczne - jak się wydaje -
rozwiązanie kilkudziesięcioletniego sporu granicznego (duży udział miał w tym
także ówczesny minister spraw zagranicznych Ekwadoru, historyczny pierwszy
Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka Jose Ayala Lasso). We wrześniu i
październiku 1997 roku w stolicach krajów "Czwórki z Rio" trwały negocjacje nad
rozwiązaniem spornych kwestii: w Waszyngtonie omawiano problemy integracji
nadgranicznej obu zwaśnionych państw i kwestie dotacji finansowych, w Buenos
Aires negocjowano zapisy przyszłego tzw. traktatu handlowo-nawigacyjnego, w
Santiago omawiano środki budowy wzajemnego zaufania, natomiast w Brasilii
próbowano ostatecznie wytyczyć granicę. Jakkolwiek w pierwszych trzech miastach
delegacje obu krajów dość
szybko osiągnęły porozumienie, o tyle w kwestii granicy wciąż trwały spory.
Ekwador nie chciał bowiem rezygnować z uzyskania suwerennego dostępu do obszaru
amazońskiego. Ostatecznie znaleziono jednak proste rozwiązanie, na które
zgodziły się - aczkolwiek z niechęcią - obie strony. Mianowicie Ekwador uzyskał
praktycznie nielimitowany dostęp do rzeki Maranon dla swojego handlu, natomiast
niewielką część spornego obszaru w pobliżu Rio Cenepa Peru postanowiło...
sprzedać na komercyjnych zasadach Ekwadorowi, zachowując jednocześnie nad tym
obszarem prawną jurysdykcję . Nad Tiwinzą załopotała ekwadorska flaga...
Owa flaga ekwadorska nad Tiwinzą dokumentnie popsuła jednak nastroje w armii i w
społeczeństwie peruwiańskim. Winę za to ponoszą najwyżsi peruwiańscy decydenci,
którzy postanowili w ogóle nie informować o przebiegu negocjacji pokojowych nie
tylko społeczeństwa, ale i rządzących elit. W Ekwadorze elity polityczne,
oficerowie, opozycja wreszcie szerokie masy były w pewien sposób przygotowywane
na ustępstwa, na jakie Ekwador będzie musiał się zgodzić. Np. w oficjalnych
przemówieniach zaczęto odchodzić od dogmatu "suwerennego dostępu do Amazonii",
opuszczając słowo "suwerennego", co jeszcze kilka lat wcześniej było rzeczą
absolutnie nie do pomyślenia. Dlatego, choć Ekwador uzyskał w negocjacjach
niewiele, obywatele tego państwa dość zdecydowanie poparli porozumienie, a i
armia nie była mu przeciwna. Tymczasem w Peru warunki porozumienia okazały się
zaskoczeniem. Sondaże przeprowadzone w październiku (w przeddzień ostatecznego
podpisania pakietu umów, o
których niżej) wskazywały, że aż 82% społeczeństwa jest przeciwnych ugodzie na
wynegocjowanych warunkach! Nie docierały argumenty, że porozumienie jest dla
Peru niezwykle korzystne (granica praktycznie identyczna z wyznaczoną w
Protokole z Rio, zlikwidowanie raz na zawsze roszczeń ekwadorskich, zastrzyk
finansowy dla stref nadgranicznych). Latem 1998 roku pojawiła się wręcz groźba
wojny, tym razem sprowokowanej ewidentnie przez niezadowolone wojsko
peruwiańskie. Powstrzymały ją działania obserwatorów z misji MOMEP, wciąż
obecnych w strefie Rio Cenepa oraz niekonwencjonalny krok prezydenta Mahauda. W
okresie największego napięcia zaprosił on bowiem swojego adwersarza - prezydenta
Fujimoriego - na obiad w cztery oczy. Po czterogodzinnej tajnej rozmowie obu
głów państw napięcie wyraźnie zelżało, a wkrótce potem swoje
stanowiska opuścili peruwiańscy zwolennicy "twardego kursu" wobec Ekwadoru: szef
dyplomacji Eduardo Costa i naczelny dowódca sił zbrojnych gen. Nicolas Hermoza
de Bari . Wreszcie możliwe stało się podpisanie szerokiego pakietu
wynegocjowanych porozumień. Jamil Mahaud i Alberto Fujimori, w obecności głów
państw sygnatariuszy Protokołu z
Rio (prezydent Bill Clinton przysłał swojego przedstawiciela), podpisali 26
października 1998 roku w stolicy Brazylii pakiet porozumień i umów regulujących
wzajemne stosunki. Jednymi z ważniejszych były: Traktat Handlowo-Nawigacyjny
(regulujący handlową wymianę przygraniczną, a przede wszystkim zasady żeglugi
rzecznej, przybrzeżnej i pełnomorskiej w regionie) oraz Porozumienie o
Integracji, Rozwoju i Współpracy Regionów Przygranicznych. Na mocy tego
ostatniego dokumentu powołano
Peruwiańsko-Ekwadorski Komitet Współpracy (PECC), złożony z pięciu podkomitetów
(ds. zdrowia, oświaty, rybołówstwa, porządku przygranicznego, rozwoju handlu).
PECC zbiera się na corocznych sesjach, zajmując się zarówno rozwojem dobrych
stosunków i współpracy między oboma krajami, jak i pomocą w rozwiązywaniu sporów
wynikłych w obszarach podległych jej kompetencji. W porozumieniu zawarto także
postanowienia dotyczące budowy nowych posterunków granicznych, rozwijaniu
przygranicznej współpracy (m.in. poprzez utworzenie wspólnego Funduszu
Współpracy Ekwadorsko-Peruwiańskiej, dysponującego w zamierzeniach sumą prawie 3
mld dolarów, a mającego koordynować i wspierać programy współpracy
przygranicznej obu państw, wykonywane w ramach generalnego Wspólnego Planu
Rozwoju Obszarów Przygranicznych), wspólnej kontroli nad przestrzeganiem praw
człowieka w pasie przygranicznym, rozwój poziomu życia zamieszkujących tę strefę
Indian, rozbudowie i utrzymywaniu w dobrym stanie głównej arterii lądowej
łączącej oba kraje, ożywieniu wymiany handlowej oraz promocji kontaktów pomiędzy
małym i średnim biznesem obu krajów. Strefę nadgraniczną zdemilitaryzowano i
utworzono park krajobrazowy, patrolowany przez policję obu krajów, bez udziału
wojska.