U-Booty kontra lotniskowce
W latach 1941-1945 wiele niemieckich okrętów podwodnych zostało
zniszczonych przez samoloty z alianckich lotniskowców eskortowych. Wykrycie
przez lotnictwo pokładowe bywało pierwszym aktem dramatu jeszcze liczniejszych.
Jednak kilku U-Bootom udało się w jakiś sposób pomścić swoich towarzyszy -
ofiarami ich torped padły bowiem właśnie lotniskowce eskortowe. Lotniskowce
eskortowe stanowiły groźną broń w arsenale Sprzymierzonych.
Były to stosunkowo niewielkie okręty, których hangary mieściły kilka,
najwyżej kilkanaście małych samolotów - myśliwców lub lekkich bombowców.
Wprowadzone do Bitwy o Atlantyk, zmieniły jednak oblicze wojny z U-Bootami. Do
tej pory konwoje pomiędzy Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi musiały
przebyć środkową część swej trasy bez osłony lotniczej - jej zapewnienie
uniemożliwiał niewystarczający zasięg samolotów z baz na lądzie. Teraz Niemcy
utracili pewność siebie, gdyż nie było już takich rejonów na oceanie, w których
czuliby się względnie bezkarnie:...atak samolotu spadającego jak grom z jasnego
nieba był tutaj przecież zupełnie niemożliwy. - wspominał wstrząśnięty oficer
U-Boota - Jak taki mały samolot mógł się tutaj znaleźć? Żaden ze znanych typów
maszyn nie był w stanie dolecieć do tego miejsca, leżącego na środku Atlantyku i
powrócić do najbliższego lądu. Nasuwał się więc jedyny możliwy wniosek: konwój
miał swoje własne samoloty. Wprost nie chciało nam się wierzyć, aby maszyny
mogły patrolować tu, na oceanie i spokojnie wracać na swój lotniskowiec. Fakt
istnienia konwoju wyposażonego w lotnictwo pokładowe zachwiał naszymi
podstawowymi wyobrażeniami o wojnie podwodnej. Doszło oto do nas, że odtąd już
nigdy nie będziemy zdolni do zadania zaskakującego ciosu oraz skrytego odwrotu
bez spotkania się z gwałtownym kontratakiem przeciwnika. Lotniskowce eskortowe
stanowiły jądro groźnej siły poszukiwawczo-uderzeniowej, dysponującej
możliwościami patrolowania i zwalczania okrętów podwodnych na ogromnym obszarze.
Zarazem dla każdego kapitana U-Boota lotniskowiec eskortowy przedstawiał się
jako niezwykle nęcący kąsek. Choć jednak śmiertelna gra była warta trofeum, to
role zwierzyny i myśliwego mogły się w niej łatwo odwrócić. Do takiego,
potencjalnego łupu, nawet zbliżyć się było z reguły niebezpiecznie. U-Boot
musiał stawić czoła śmiercionośnej, powietrznej i morskiej kombinacji
nowoczesnych środków wykrywania i rażenia. Mimo to Niemcy kilka razy dokonali
tej sztuki.
Pierwszy
HMS "Audacity" był pierwszym lotniskowcem eskortowym Royal Navy. 14 grudnia 1941
wypłynął z Gibraltaru wraz z kierującym się do Wielkiej Brytanii konwojem HG 76.
Na jego pokładzie nie było samolotów do zwalczania okrętów podwodnych, a tylko
myśliwce - i to w liczbie zaledwie sześciu. Ta szóstka w ciągu najbliższego
tygodnia oddała konwojowi nieocenione usługi. Pokładowe "Martlety" niestrudzenie
wypatrywały U-Bootów w jego pobliżu i zawzięcie odpędzały odeń bombowce Fw-200 "Condor"
- zestrzeliwując nawet dwa z nich, a parę następnych uszkadzając. Bowiem Niemcy,
uprzedzeni przez wywiad o przejściu konwoju, skierowali do walki z HG 76 poważne
siły: 7 U-Bootów (2 typu VII i 5 typu IX) grupy "Seeräuber" wspieranych przez "Condory"
z Bordeaux. Wywiad uprzedził również, że konwojowi towarzyszy lotniskowiec (nie
wiedziano o istnieniu "Audacity" i błędnie zidentyfikowano go jako lotniskowiec
warsztatowy "Unicorn"). Wzmacniając grupę "Seeräuber" trzema dalszymi U-Bootami
typu VII, admirał Dönitz jasno określił ich priorytetowy cel: "Macie szansę
zatopić w pierwszej kolejności lotniskowiec. Będzie wam wtedy łatwiej." Jak
dotąd bowiem straty zadane konwojowi przez U-Booty były niewspółmierne od
ponoszonych przez nie w starciu z eskortą: kosztem trzech utraconych jednostek
zatopiły tylko jeden statek i niszczyciel.
Na wielki sukces przyszło Niemcom poczekać aż do nocy 21 grudnia, kiedy
Brytyjczycy popełnili dwa fatalne błędy. Po pierwsze, dowodzący eskortą komandor
Frederic J. "Johny" Walker wpadł na niefortunny pomysł, by w pewnej odległości
od konwoju upozorować bitwę, odciągając w ten sposób U-Booty. Wypuszczenie kilku
flar i salwy z dział wywarły jednak skutek zgoła niezamierzony. Nie uprzedzone o
całej akcji statki konwoju wystrzeliły pociski oświetlające, zwane "płatkami
śniegu", które całkowicie wyjaśniły sytuację, tyle że Niemcom... Po drugie,
dowódca "Audacity" nie popisał się zupełnie, lekkomyślnie ustawiając swoją cenną
jednostkę, pozbawioną tej nocy eskorty... samotnie na prawym skrzydle konwoju, w
odległości około 10 mil od niego. Była to fatalna decyzja - napisał uczestnik
Bitwy o Atlantyk, a później wybitny historyk - bo właśnie tam kręciły się
czatujące i śledzące konwój U-Booty. Stało się więc to, co było nieuniknione.
Było około godziny 23.00. "Audacity" ukazał się oto, w powodzi blasku
wystrzelonych przez konwój "płatków śniegu", niczym artysta na scenie, przed
oczyma nie dowierzającego własnemu szczęściu kapitana Gerharda Bigalka. Dowodził
on U-751, jednym z owej trójki U-Bootów, którymi Dönitz zasilił grupe "Seeräuber".
Niektóre relacje mówią, że początkowo Niemiec uznał "Audacity" za zbiornikowiec.
Nieprawda. Było wręcz przeciwnie - Bigalk rozpoznał że ma do czynienia z
lotniskowcem, i to znacznie większym, bowiem doszedł do wniosku że ma przed sobą
o wiele potężniejszy "Formidable". U-751 odpalił trzy torpedy z dziobowych
wyrzutni. Wszystkie były celne i okręt błyskawicznie nabrał przechyłu. Jego
agonia trwała tylko dziesięć minut. Bigalk po ataku zszedł pod powierzchnię, by
naładować wyrzutnie. Gdy się wynurzył, powierzchnia morza była pusta...Pierwszy
brytyjski lotniskowiec eskortowy zginął. Sukces nastąpił jednak o tyle za późno
dla Niemców, że HG 76 znajdował się już na skraju zasięgu lotnictwa bazowego z
Wysp Brytyjskich i U-Booty nie zdążyły zadać mu już żadnych strat. W zatopienie
"Formidable" Dönitz nie uwierzył, choć nie miał nic przeciwko wychwalaniu
właśnie takiego sukcesu Bigalka przez propagandę. Admirał podejrzewał, że
zniszczonym okrętem był ów "Unicorn", z którym pomylili "Audacity" niemieccy
szpiedzy. Ale zwycięskiemu dowódcy tak czy inaczej przyznał Krzyż Rycerski.
Na zachód od Gibraltaru
Operacja "Torch" - lądowanie Sprzymierzonych w Afryce Północnej - zakończyła się
sukcesem. W połowie listopada 1942 roku część biorących udział w desancie
jednostek pływających opuszczała już Morze Śródziemne i przez Gibraltar
kierowała się ku Zjednoczonemu Królestwu. Niemcy spodziewali się ruchu konwojów
na tej trasie. Głównodowodzący Okrętami Podwodnymi zaczął koncentrować swoje
U-Booty na zachód od Gibraltaru. Dwa z nich znalazły się na drodze konwoju MKF
1. Składał się on z ośmiu sporych statków i transportowców wojska pod eskortą
pięciu niszczycieli. Ponadto dołączyły doń mu dwa brytyjskie lotniskowce:
niewielki i leciwy już "Argus" oraz eskortowy "Avenger". Ten drugi był nowym,
lecz zasłużonym już okrętem, gdyż przed kilkoma miesiącami wsławił się w osłonie
arktycznego konwoju PQ 18. Niemcom bardzo wówczas zależało na zatopieniu "Avengera",
którego samoloty mocno dawały się im we znaki. Był pierwszoplanowym celem ataków
z powietrza i spod wody, jednak z wszystkich opresji wyszedł obronną ręką. Jak
się jednak już wkrótce miało okazać, jego wojenne szczęście właśnie się
wyczerpało. Nad ranem 15 listopada radar niszczyciela HMS "Wrestler" złapał echo
pięć mil przed czołem konwoju: to był U-Boot! Niemiec, zorientowawszy się w
sytuacji, zaczął umykać pod powierzchnię. Jednak niszczyciel pognał na jego
spotkanie ile pary w maszynach, rzucając bomby głębinowe tuż nad miejscem
alarmowego zanurzenia U-Boota. Nigdy więcej nie usłyszano już o U-98. Świadkami
pogoni za nim była załoga drugiego U-Boota operującego w tym rejonie - U-155,
jednostki typu IXC pod dowództwem Adolfa-Corneliusa Pieninga. Niemiecki kapitan
zobaczył również, jak zaalarmowany konwój pospiesznie zmienia kurs i... wychodzi
mu prosto na strzał. Nie miał ni chwili czasu, by zwlekać z odpaleniem torped -
chociaż nie został jak dotąd wykryty, to również ku niemu zbliżał się jeden z
brytyjskich niszczycieli. Niejako "z biodra", celując po prostu w konwój, a nie
w konkretne jednostki, wygarnął salwą ze wszystkich dziobowych wyrzutni, po czym
runął w głębokie zanurzenie. Dobiegł go odgłos trzech detonacji. Na dobrą sprawę
Piening nie miał jednak pojęcia, jakim rezultatem zakończył się jego atak...
Tymczasem U-155 odniósł ogromny sukces! Wystrzelona w pośpiechu salwa okazała
się nad wyraz skuteczna. Jedna torpeda zatopiła transportowiec wojska "Ettrick"
(11 300 BRT), inna uszkodziła transportowiec USS "Almaak" (6700 BRT), kolejna,
trzecia trafiła w "Avengera"... Ugodzony nią lotniskowiec wyleciał w powietrze.
Wraz z okrętem, który najwyraźniej po prostu rozpadł się wśród ognistej
eksplozji, zginęło bardzo wielu ludzi. Zdołano uratować zaledwie 12 osób spośród
załogi liczącej około pięć i pół setki marynarzy. Anglicy nie ogłosili
komunikatu o tragedii "Avengera", o której Niemcy dowiedzieli się dopiero po
zakończeniu wojny. Ponadto Admiralicja wymogła na konstruktorach lotniskowców
eskortowych modernizacje systemu tankowania benzyny lotniczej, w którego wadach
dopatrywano się odpowiedzialności za katastrofę. I rzeczywiście, jak zobaczymy,
inne trafione pojedynczymi torpedami brytyjskie lotniskowce eskortowe zdołały
przynajmniej utrzymać się na wodzie, choć niekoniecznie w służbie...
Pojedynek na Atlantyku
14 maja 1944 roku na wody Atlantyku wypłynął niemiecki okręt podwodny - U-549
pod dowództwem Detlava Krankenhagena. Kierował się ku wybrzeżom Brazylii.
Aliancki nasłuch przechwycił informację o jego wyjściu z portu. Kryptolodzy
rozszyfrowali jej treść. Spekulowali nawet na temat U-Boota, upatrując się w
jego rejsie misji specjalnej, próby przewiezienia do Ameryki Południowej
szpiegów i ich wyposażenia. W każdym razie U-Boota postanowiono przechwycić. W
tydzień później z portu w Casablance wyruszyli myśliwi: lotniskowiec eskortowy
USS "Block Island" w towarzystwie niszczycieli eskortowych, "Ahrens", "Barr",
"Eugene N. Elmore" oraz "Robert I. Paine". Amerykański zespół pod dowództwem
Francisa M. Hughesa skierował się ku Maderze. 28 maja, tuż przed godziną
pierwszą w nocy, radar jednego z patrolujących w powietrzu "Avengerów" wykrył
obiekt na powierzchni w odległości 58 mil od lotniskowca. Na rozpoznanie wysłano
USS "Paine". Około szóstej rano uzyskał kontakt sonarowy. Odpalił salwę z
miotacza "Hedgehog", czyli "Jeż" - ale bez rezultatu. Jak wiadomo, pociski
"Jeża" miały zapalniki kontaktowe i wybuchały tylko w przypadku bezpośredniego
trafienia - tym razem nie eksplodował żaden. Kilka minut po ataku zaobserwowano
wieloryby, co dało Amerykanom wielce do myślenia. Czyżby uganiali się za...
zwierzakiem?! "Paine" zaniechał poszukiwań i powrócił do lotniskowca. Ale w nocy
29 maja historia się powtórzyła. Około pierwszej radar "Avengera" znów wykrył
coś na powierzchni, jednak tym razem nie wysłano żadnej jednostki dla
zweryfikowania kontaktu. Może zadecydowała tu pamięć o poprzednionocnym
spotkaniu z wielorybami? Trzeba przyznać, że kolejny dzień upłynął jednak na
intensywnych, choć bezskutecznych poszukiwaniach U-Boota, prowadzonych głównie
przez samoloty pokładowe. Tymczasem niszczyciele pobrały z lotniskowca paliwo.
Tuż po dwudziestej "Block Island" zmienił kurs w celu ustawienia się pod wiatr;
Hughes chciał wypuścić samoloty na kolejny patrol. Ale o godzinie 20.13 spokój
prysnął, wilk rzucił się myśliwemu do gardła! Kadłubem lotniskowca wstrząsnęła
podwójna eksplozja, kiedy dwie torpedy niemal jednocześnie ugodziły go w dziób i
rufę. U-549 był w pobliżu, nie uciekał przed Amerykanami, lecz sam polował.
Krankenhagenowi dopisało szczęście, ów zwrot lotniskowca pod wiatr okazał się
dla "Block Island" fatalny, wyprowadzając go najwyraźniej prosto pod wyrzutnie
Niemca. Ciężko uszkodzony okręt zastopował. Krankenhagen postanowił dobić
ofiarę. O 20.23 trzecia torpeda rozdarła burtę lotniskowca i zaczął on tonąć
rufą. Szczęściem dla załogi ta spora, 9800-tonowa jednostka szła na dno dosyć
wolno i zginęło tylko 6 osób, a większość załogi - 951 marynarzy - ocalała;
podniosły ich z morza "Ahrens" i "Paine". Tymczasem jednak polowanie trwało.
Obserwatorzy na "Elmorze" dostrzegli peryskop i niszczyciel zrzucił nad tym
miejscem bomby głębinowe. Bez widocznego skutku. U-549 odpowiedział torpedą
akustyczną, która trafiła w rufę "Barra". Jej wybuch zabił tuzin ludzi i zranił
szesnastu, z potrzaskanej rufy wypadły bomby głębinowe i eksplodowały w wodzie
powodując dodatkowe uszkodzenia. Mimo to okręt utrzymał się na powierzchni,
niezdolny wprawdzie do walki (Później dopłynął na holu do Casablanki, jako tako
połatanego odstawiono go do Bostonu i tam wyremontowano. Przetrwał wojnę.) O
20.38 operator sonaru "Elmore'a" usłyszał odgłos kolejnej, pędzącej w stronę
jego okrętu torpedy. Błyskawicznie nakazana "cała naprzód" i nagły zwrot
uratowały niszczyciel. Jednakże jak dotąd to niewidzialny drapieżca był górą i
wciąż atakował. Teraz jednak szczęście miało się odwrócić od Krankenhagena. Oto
o 20.40 ratujący załogę lotniskowca "Ahrens" uzyskał wreszcie kontakt sonarowy z
jego zanurzonym U-Bootem. Nie mogąc atakować samemu - wokół w wodzie pływali
rozbitkowie - zaalarmował niezmordowanego "Elmore'a". Ten pognał w rejon
kontaktu, nawiązał go samodzielnie i zaatakował "Jeżem". Pociski przebiły
powierzchnię wody, a po kilku chwilach trzy z nich eksplodowały. "Elmore"
podszedł do ataku ponownie i zrzucił bomby głębinowe. Jego sonarzystów dobiegły
z głębiny odgłosy oznajmiające koniec tak drogo okupionego polowania. Wśród
trzasków łamanego i zgniatanego kadłuba U-549 szedł na odległe o około 3000 stóp
dno...Krankenhagen zginął wraz z całą załogą swego okrętu. O ostatnich chwilach
U-549 wiemy tylko tyle, ile mówią nam relacje amerykańskich uczestników jego
ostatniej walki. Walki zupełnie dziś zapomnianej, a przecież dramatycznej,
zwycięskiej i tragicznej zarazem. W dzisiejszych czasach można już powiedzieć,
że również... bohaterskiej.
Zapomniane zwycięstwa
Do dwóch kapitanów U-Bootów los uśmiechnął się półgębkiem i okrutnie.
Hans-Jürgen Sthamer i hrabia Hartmut von Matuschka odnieśli podobne sukcesy -
duże jak na końcowy okres wojny - a przecież nigdy nie zostali za nie
uhonorowani. Mało tego - ich okręty nie powróciły z patrolu, a dowódcy zginęli
wraz ze swymi załogami. W sierpniu 1944 na wodach Dalekiej Północy panował ruch.
Ze Szkocji ku radzieckim portom podążał konwój JW59. Na jego spotkanie wypłynęły
U-Booty z norweskich portów. W tym samym czasie rozpoczęła się kolejna operacja
lotnictwa pokładowego przeciwko bazującemu w Norwegii "Tirpitzowi".
Uczestniczyło w niej aż pięć lotniskowców - duże "Formidable", "Indefatigable" i
"Furious" oraz eskortowe "Trumpeter" i "Nabob". Te dwa ostatnie tworzyły
odrębny, mniejszy zespół eskortowany przez krążownik "Kent", parę niszczycieli i
grupę fregat. Sam "Nabob" był okrętem obsadzonym przez kanadyjską załogę i nie
cieszył się wśród niej najlepszą opinią. Z powodu stale prześladujących go
wypadków - wśród których szczególnie haniebnym było wejście na mieliznę w
cieśninie Georgia na północny-zachód od Vancouver - był uważany za jednostkę
raczej pechową.
22 sierpnia przeprowadzono pierwszy (nawiasem mówiąc bezskuteczny - co zwalono
na karb panującej mgły, jakby zapomniawszy ostrą reakcję niemieckich pelotek i
myśliwców) nalot na "Tirpitza". W każdym razie dowodzący admirał Moore nie
zarządził odwrotu, lecz zdecydował się kontynuować ataki, czekając choćby i
kilka dni na poprawę pogody. Okazało się to nie najlepszym raczej pomysłem, jako
że tymczasem pozycję brytyjskiej eskadry osiągnął jeden ze wysłanych na
przechwycenie konwoju JW-59 okrętów podwodnych. W pobliżu zespołu lotniskowców
eskortowych znalazł się U-354 pod dowództwem Hansa-Jürgena Sthamera. Nie wykryty
przez eskortę - naoczny świadek wspomina, że tego dnia warunki wodne dla pracy
sonarów były wręcz tragiczne - Sthamer zdołał podkraść się do najsmakowitszych
kąsków. Prawdopodobnie odpalił kilka torped FAT (o torze pętlowym) i jedną T-5
(akustyczną), po czym zgodnie ze standardową procedurą zanurzył głęboko swój
okręt. Trudno orzec z całkowitą pewnością, czy jako pierwsza dobiegła celu
któraś z FAT czy T-5. Tak czy inaczej, pechowy "Nabob" potwierdził swą reputację
i zainkasował potężny cios w prawą burtę na wysokości tylnej maszynowni. Okręt
nabrał przegłębienia na rufę, której zanurzenie szybko wzrosło o trzy metry.
Szczęściem grupy awaryjne stanęły na wysokości zadania i zdołały opanować
przecieki. Okręt zachował zdolność do poruszania się, aczkolwiek z minimalną
prędkością. Tymczasem eskorta lotniskowców również przeżywała ciężkie chwile.
Okręt flagowy zespołu fregat, HMS "Bickerton", został trafiony przez którąś z
pozostałych torped Sthamera, wskutek jej wybuchu utracił rufę i został
całkowicie unieruchomiony. Poszukiwania U-Boota nie przyniosły rezultatu.
Szczęściem dla Brytyjczyków Sthamer nie kontynuował polowania, a zajęty był
raczej wydostaniem się poza zasięg wykrywania eskorty - co mu się całkowicie
udało. Naprawy na uszkodzonym lotniskowcu postępowały wolno, lecz stale.
Maksymalna, osiągalna dlań prędkość wzrosła początkowo do czterech i pół węzła,
później do sześciu, w końcu do dziesięciu węzłów. Postanowiono zatopić leżącego
wciąż martwo na wodzie "Bickertona" i skupić się na ratowaniu lotniskowca. Jeden
z niszczycieli dobił więc torpedą ciężko ranną fregatę. Zaś "Nabob", po
przebyciu niemal 1000 mil, zdołał dowlec się o własnych siłach do Scapa Flow.
Jednak do Rosyth, gdzie miał stanąć w suchym doku, trafił już na holu. A tam, po
szczegółowych oględzinach uszkodzeń, uznano remont za nieopłacalny. Lotniskowiec
został skreślony z listy floty. "Nabob", ocalony z takim poświęceniem, znów
okazał się pechowcem... Podobnie jak jego pogromca. U-354 wraz z całą załogą
został zatopiony przez eskortę owego konwoju JW59, który na nieszczęście dla
siebie wytropił i zaatakował. Jego zniszczenie przyznano niszczycielowi "Keppel",
kanonierkom "Mermaid" i "Peacock" oraz fregacie "Loch Dunvegan". Kilka miesięcy
przed zakończeniem wojny niemal identyczny co "Naboba" los spotkał inny
brytyjski lotniskowiec eskortowy, HMS "Thane". Oto bardzo skuteczny niemiecki
podwodniak ostatniej fazy Bitwy o Atlantyk, hrabia Hartmut von Matuschka na
U-482, przedarł się przez Kanał Północny. 15 stycznia 1945 (wspomnijmy, że wg
innych źródeł było to 16 grudnia 1944), w samym wejściu do Firth of Clyde
storpedował dwie jednostki: norweski zbiornikowiec "Spinanger" oraz właśnie "Thane".
Jak wspomniano, historia "Naboba" powtórzyła się niemal jota w jotę: uszkodzony
okręt zaholowano do Clyde, gdzie orzeczono o nieopłacalności jego naprawy. Wojna
kończyła się, Bitwę o Atlantyk wygrano, a bohaterowie mogli odejść...W tym
czasie von Matuschka wraz ze swoim okrętem spoczywał już na dnie. Kanonierki "Starling",
"Peacock", "Hart" i "Amethyst" oraz fregata "Loch Craggie" szybko pomściły
storpedowanie "Thane" i "Spinangera", topiąc U-482 wraz z całą załogą niedaleko
miejsca jego zwycięstwa. Do końca wojny Niemcy nie dowiedzieli się o
zwycięstwach Sthamera i Matushki. Samoloty z lotniskowców eskortowych zatopiły
lub przyczyniły się do zatopienia ponad 40 U-Bootów.
Tomasz "Halsey" Borówka.