Wraz z pojawieniem się w I Wojnie Światowej czołgu
powstała nowa formacja, odrębna od innych - wojska pancerne. Stała się ona
formacją elitarną, w której mogli służyć tylko żołnierze z przygotowaniem
technicznym, najlepsi strzelcy i okazy zdrowia. Ówcześni czołgiści nie musieli
żyć jak krety w błotnistych okopach i spać na gołej ziemi, ani maszerować w
pełnym ekwipunku. W oczekiwaniu rozkazu zajęcia pozycji wyjściowych do natarcia
mieszkali w wygodnych kwaterach na zapleczu frontu mając „solidny żołd, wikt i
opierunek”. Czas oczekiwania był oczywiście wypełniony po brzegi szkoleniem i
przygotowywaniem wozów do walki, ale frontowe codzienne życie czołgistów było
bez porównania lepsze niż życie piechura czy też artylerzysty. Inaczej się miała
sprawa w czasie przemarszów i walki. Wszystkie ówczesne czołgi były
konstrukcjami pozbawionymi amortyzacji (w dzisiejszym rozumieniu tego słowa),
więc jazda w terenie była dla załóg koszmarem. Utrapieniem dowódców był brak
łączności między wozami i jednostkami, który usiłowano rozwiązać stosując
gołębie pocztowe, lecz te zmyślne ptaki nie cechowały się patriotyzmem i po
wypuszczeniu z tanka „czmychały do cywila”. Dowódcom pozostało wysyłanie
pieszych łączników, lub samodzielny spacerek pod ostrzałem przeciwnika.
Drugą zmorą nękającą załogi była olbrzymia awaryjność sprzętu, a więc
konieczność wiecznych napraw i remontów, które w warunkach polowych w
niewielkiej odległości od nieprzyjaciela były katorgą. Koszmarne warunki
panowały też we wnętrzach ówczesnych czołgów – do zmiany kierunku jazdy tych
nieruchawych i awaryjnych potworów napędzanych dwoma silnikami (każdy silnik
jedną gąsienicę) potrzeba było wysiłku i zgrania działań paru członków załogi.
Nie było również wyodrębnionego przedziału kierowania, przedziału bojowego i
przedziału silnikowego, więc silniki, skrzynie biegów, wały napędowe, sprzęgła
itd. znajdowały się w bezpośrednim pobliżu stanowisk załogi, zatruwając ją
spalinami i dobijając wysoką temperaturą. Jeżeli do tego dołożyć jeszcze smród
prochu nitrocelulozowego (zapach zepsutych jaj i amoniaku) wypełniającego
wnętrze czołgu po każdym wystrzale (przy bardzo słabej wentylacji wnętrza) to
można sobie wyobrazić jak te wieloosobowe załogi wyglądały po walce.
Bitwa nad Sommą, która trwała od 1 lipca do 18 listopada 1916 roku jest nazywana
pyrrusowym zwycięstwem aliantów, ponieważ główny cel ofensywy – wykrwawienie
armii niemieckiej i odciążenie sojuszników – został częściowo osiągnięty, ale za
cenę własnych, wysokich strat. W bitwie tej 15 września po raz pierwszy w wojnie
Brytyjczycy użyli tanków. Wtedy też szala zwycięstwa w walkach pod Courcelette,
Martinpuich i Flers przechyliła się na stronę Brytyjczyków, a Niemcy zostali
zdziesiątkowani przez silny ogień artyleryjski jak również przez brytyjskie
tanki. W pierwszym historycznym ataku tanków użyto 49 Mark I, z których aż 17
zepsuło się w czasie marszu na rubież wyjściową do natarcia. Z pozostałych 32
Marków I, które ruszyły do natarcia 5 ugrzęzło w lejach, a 9 zostało
unieruchomionych w wyniku awarii. Pozostałe 18 tanków pociągnęło za sobą
piechotę i posunęło się kilka kilometrów naprzód niszcząc zasieki, kilkanaście
gniazd karabinów maszynowych i biorąc do niewoli kilka tysięcy jeńców.
Kolejnymi większymi bitwami z użyciem tanków typu Mark były: rozpoczęta 9
kwietnia 1917r. bitwa pod Arras oraz rozpoczęta 31 lipca 1917r. bitwa pod Ypres,
w której brało udział aż 216 tanków. Obie skończyły się sukcesem broni
pancernej, ale jak zwykle niewykorzystanym przez dowództwo. Ostatnią, wyjątkowo
skuteczną akcją zaczepną na dużą skalę było angielskie natarcie pod Cambrai
(20.11 -06.12.1918r.). W pasie o szerokości 16 kilometrów na pozycje niemieckie
ruszyło 436 tanków i piechota poprzedzane wałem ogniowym artylerii. Tankami
osobiście dowodził gen.Elles z tanku Hilda znajdującego się w środku pancernego
ugrupowania. Dzięki uzyskanemu zaskoczeniu krótkotrwałym przygotowaniem
artyleryjskiemu, użyciu tanków w ścisłym współdziałaniu z piechotą, silnemu
wsparciu artylerii (wał ogniowy) i lotniczemu Brytyjczycy w ciągu kilku godzin
włamali się na głębokość do 8 km w pasie o szerokości 22 km. Brak odpowiednio
dużych sił i odwodów oraz nieudolne dowodzenie uniemożliwiło wyzyskanie sukcesów
osiągniętych przez tanki. W wyniku niemieckich przeciwuderzeń wojska angielskie
zostały zatrzymane, następnie zepchnięte na pozycje wyjściowe ponosząc duże
straty w tankach. Należy dodać, że paniczny strach żołnierzy niemieckich przed
tankami został już wyeliminowany. Doskonale wyszkolone grupy szturmowe
niemieckich żołnierzy, wyposażone w miotacze ognia, wiązki granatów ręcznych
nieźle sobie radziły z tankami w momencie przekraczania przez nie okopów. Coraz
lepiej radziła sobie również artyleria niemiecka. Mało znanym faktem jest to, że
pod Cambrai dwa dobrze ustawione i zamaskowane działa niemieckie na pozycji pod
Flesquieres w dniu 20 XI 1917, zniszczyły w krótkim czasie 15 czołgów
angielskich typu Mark.
W kwietniu 1917 r. pod dowództwem gen. Nivelle armia francuska rozpoczęła
ofensywę wiosenną z celem zajęcia Laon i Saint Quentin. Dnia 16 IV użyto pod
Berry-au-Bac 121 czołgów Schneider CA1, które miały umożliwić piechocie zdobycie
pierwszej, drugiej i trzeciej linii okopów niemieckich. Rzucone do natarcia
czołgi nie mogły bez pomocy piechoty przekroczyć już pierwszej linii okopów, a
stanęły zupełnie przed drugą linią, nie zagrażając 3-ciej linii nawet swym
ogniem. Natarcie zakończyło się porażką - stracono 81 (inne źródła podają 76)
czołgów Schneider rozbitych przez niemiecką artylerię, ugrzęzłych w lejach i
transzejach lub unieruchomionych z powodu defektów mechanicznych Cóż się
okazało? Otóż Niemcy przygotowali się na przyjęcie czołgów, rozszerzając swe
okopy ponad 1.8 m szerokości, gdyż taką szerokość rowu mogły w tym czasie czołgi
przekraczać.
Francuzi po usunięciu wad konstrukcyjnych, stwierdzonych w czasie
dotychczasowego użycia czołgów, użyli znów w dn. 23 X 1917 5 czołgów Schneider
CA1 i ST.Chamond w bitwie pod Malmaison. Czołgi podprowadzono pod pozycję
skrycie, pod osłoną ognia artylerii. Skuteczność ich użycia była bardzo duża,
wszędzie gdzie pojawiły się one, swą obecnością wywoływały popłoch i panikę w
szeregach niemieckich. Podobnie było pod Villes-Cotteres w lipcu 1918r. gdzie
nacierające wraz piechotą Schneidery i ST.Chamondy odniosły sukcesy. Czołgu
Renault FT1917 po raz pierwszy użyto w walce 31.05.1918r do wsparcia natarcia
marokańskiej piechoty pod Foret de Retz, gdzie działając w rozproszeniu w
szykach piechoty nie odniosły one spodziewanych sukcesów. W końcowym okresie
wojny francuskie czołgi brały jeszcze udział w walkach pod Soissons
(18.07-20.08.1918r.), Crecy-au-Mont (28.08-14.09.1918r.), St. Michel
(12.09-16.09.1918r.), Champagne (26.09-3.10.1918r.), Meuse – Argonie (26.09-
9.11.1918r.), Flandres (26.09-20.10.1918r.) i St. Quentin (17.10-20. 10.1918r.).
Niemieckie panzry pierwszy raz weszły do walki 21 marca 1918 w rejonie St.
Quentin. Po rozpoczętym o godzinie 4:50 wielogodzinnym artyleryjskim
przygotowaniu natarcia Sturmpanzerwagen Abt.1 wraz z 36DP ruszył do boju
osłabiony o jeden wóz, który się zepsuł już na rubieży wyjściowej. Z pozostałych
czterech panzrów A7V dwa następne zepsuły się jeszcze przed przekroczeniem linii
własnej piechoty. Pozostałe dwa A7V "Gretchen" i "Mephisto" przekroczyły linię
własnych okopów po moście zbudowanym przez saperów i ruszyły wraz z piechotą do
natarcia. W związku z tym, że A7V zostały przydzielone do batalionów piechoty
(po jednym na batalion), a trzy z nich się zepsuły – tylko dwa bataliony
piechoty były wspierane przez panzry, co znacznie osłabiło ich uderzenie. Pomimo
tego wszystkiego debiut był udany i natarcie zakończyło się sukcesem -
"Gretchen" i "Mephisto" przy wsparciu piechoty wdarły się do alianckich okopów i
wzięły do niewoli setki jeńców.
W kwietniu 1918r. Sturmpanzerwagen Abt.1, 2 i 3 zostały przetransportowane
koleją w rejon planowanego natarcia pod Villers-Bretonneux. Jeszcze przed
załadunkiem zepsuł się „Hagen” (po naprawie zmieniono mu nazwę na „Adalbert”), a
w trakcie załadunku na platformę uszkodzeniu uległ „Heiland”, tak że w rejon
natarcia dotarło 13 A7V. 24 kwietnia o godzinie 6:45 (po dwugodzinnym
artyleryjskim przygotowaniu natarcia) panzry przydzielone do trzech grup
uderzeniowych ruszyły w stronę okopów alianckich osłabione jednak utratą jednego
wozu, w którym zepsuł się silnik. W gęstej mgle natarcie rozwijało się wolno, a
większość A7V utraciła kontakt ze swoją piechotą. W końcu piechota niemiecka
nawiązała kontakt z wrogiem, a 12 wozów A7V krążyło przed okopami angielskimi i
niszczyło ogniem dział i karabinów maszynowych piechotę angielską. Gdy mgła
całkowicie opadła i przywrócono współdziałanie z piechotą, oddziały niemieckie
wdarły się na głębokość 3km i zdobyły Villers-Bretonneux. W czasie walk w
"Gretchen" przegrzał silnik i musiał się wycofać podobnie jak trafiony dwoma
pociskami „Herkules". "Mephisto" trafiony pociskiem artyleryjskim wpadł do leja
i wywrócił się (w trakcie obrony panzra poległ jego dowódca Lt.Stein), a „Elfriede”
wywrócił się w trudnym terenie. W trakcie dalszych walk "Nixe" natknął się w
okolicach Cachy na trzy angielskie tanki typu Mark IV z których dwa były
uzbrojone jedynie w km-y (wersja female) i jeden uzbrojony w dwie armaty kal.
57mm (wersja male). W walce ”Nixe” zniszczył dwa Mark IV female, lecz został
trafiony przez trzeci wóz z uzbrojeniem armatnim i uszkodzony wycofał się do
własnych linii (widocznie w tamtych czasach nie wpajano czołgistom świętej
zasady, że najpierw niszczy się cele przeciwpancerne, a dopiero później
pozostałe). Także A7V "Siegfried" natknął się na siedem tanków typu Whippet,
które zaatakowały maszerującą niemiecką 77D.rez. piechoty. Celnym ogniem „Siegfred”
zniszczył trzy Whippety, a pozostałe wycofały się nie mając szans na podjęcie z
nim równorzędnej walki (Whippety były uzbrojone tylko w km-y). Pomimo utraty
dwóch A7V (przewrócony „Elfriede” został zdobyty przez aliantów i „Nixe”
rozebranego na części zamienne) było to wielkie zwycięstwo Panzerwaffe i
pierwsza odnotowana potyczka pancernych kolosów. 31 maja 1918r. był dla
niemieckich A7V i ich załóg dniem wyjątkowo pechowym. Tego dnia pod Reims pięć
panzrów zajęło pozycje wyjściowe do natarcia. Dwa z nich zostały uszkodzone na
pozycjach wyjściowych, „Nixe II” i „Lotti” zniszczyła artyleria, więc ostatni
sprawny A7V „Alter Fritz” przerwał atak i wycofał się na pozycje wyjściowe. 31
sierpnia 1918r. mocno już przetrzebione Abt 1 i 2 miały wspierać atak 16
bawarskiej DP pod Fremicourt. Z powodu złej organizacji atak zakończył się
totalną klęską. A7V "Schnuck" został trafiony przez własną artylerię a "Hagen"
zaklinował się podczas jego wymijania, "Herkules" został trafiony bombą lotniczą
a "Wotan" unieruchomiony awarią silnika. W efekcie tego "Herkulesa" rozebrano na
części zamienne a "Schnuck" i "Hagen" zdobyte zostały przez piechotę
nowozelandzką. 11 października 1918r. po załamaniu się frontu niemieckiego na
północ od Cambrai, ostatnie pięć panzrów A7V "Gretchen", "Siegried", "Heiland",
"Alter Fritz" i "Wotan" atakując pojedynczo przez 8 godzin powstrzymywało
kawalerię i piechotę aliantów. Umożliwiło to piechocie i artylerii niemieckiej
na uporządkowany odwrót na nowe rubieże obronne. W tych brawurowych działaniach
stracono bezpowrotnie tylko jeden wóz – „Alter Fritz”, który w czasie walki
został rozbity ogniem artylerii. Ranna załoga przed wycofaniem się wysadziła go.
Była to ostatnia walka niemieckich panzrów w tej wojnie.
Z powyższego wynika, iż w I Wojnie Światowej więcej czołgów zostało czasowo
unieruchomionych na wskutek awarii technicznych, wywróceń lub ugrzęźnięć w
lejach niż w wyniku oddziaływania nieprzyjaciela. Nie mniej, część
unieruchomionych czołgów zostawała zniszczona ogniem wrogiej artylerii, lub
zdobyta przez piechotę przeciwnika. Los załóg unieruchomionych czołgów był
różny. Zazwyczaj załogi usiłowały naprawić uszkodzenie lub oczekiwały na pomoc
techniczną broniąc swojego czołgu przed piechotą nieprzyjaciela, czasem
wycofywały się pod naporem nieprzyjaciela, a czasem ginęły w ogniu artylerii i
od kul piechoty. Załogi, którym udało się uniknąć awarii technicznej bądź
unieruchomienia czołgu w lejach i transzejach brały udział w natarciu. Czołgi
zazwyczaj torowały drogę piechocie niszcząc gniazda wrogich karabinów
maszynowych ogniem dział i paraliżując ogniem swoich km-ów strzelców
przeciwnika. Po przekroczeniu (często z pomocą łopat własnej piechoty)
pierwszych okopów sunęły ku kolejnym liniom obrony przeciwnika. Załogi czołgów
mogły nie obawiać się ognia zwykłych karabinów lub karabinów maszynowych.
Niebezpieczne dla nich były w przypadku oderwania się od własnej piechoty grupy
szturmowe przeciwnika, wyposażone w wiązki granatów i miotacze ognia (Flammenwerfer).
Śmiertelnie niebezpieczna była też artyleria strzelająca ogniem na wprost i
ciężka artyleria strzelająca ogniem pośrednim i stawiająca zapory ogniowe.
Mniejszym zagrożeniem było lotnictwo przeciwnika. Wszystkie czołgi okresu I
Wojny Światowej zbudowane były z pancernych płyt przynitowanych, a miejscami
przyśrubowanych do stalowych ram. Nity te i śruby stanowiły śmiertelne
zagrożenie dla załóg, ponieważ w momencie ostrzału z wielkokalibrowych karabinów
maszynowych, lub uderzenia odłamku pocisku artyleryjskiego w pancerz czołgu,
nity i śruby pękały i raziły załogę jak kule karabinowe. Największym jednak
wrogiem czołgów i ich załóg była artyleria strzelająca ogniem na wprost – Niemcy
do zwalczania alianckich tanków używali m.innymi armat przeciwlotniczych
montowanych na ciężarówkach. Ze względu na słabe pancerze każde bezpośrednie
trafienie pociskiem artyleryjskim (Volltreffer) kończyło się zniszczeniem wozu i
śmiercią jego załogi, a często zapłonem benzyny i eksplozją amunicji, która
rozsadzała czołg. Pocisk zazwyczaj wyłamywał duży kawał pancerza i wraz z nim
wpadał do wnętrza czołgu zabijając załogę. Niebezpieczny był też dla czołgów i
ich załóg ruchomy ogień zaporowy ciężkiej artylerii, ponieważ wybuch pocisku o
kalibrze większym niż 100mm w odległości paru metrów od czołgu powodował jego
przewrócenie i zapalenie. O skutkach bezpośredniego trafienia lepiej nie pisać.
Dużym zagrożeniem były też utworzone przez Niemców w 1917r. grupy szturmowe tzw.
„łowców czołgów” w skład których wchodzili najlepsi żołnierze – ochotnicy. Grupy
szturmowe wyposażone w wiązki granatów ręcznych i miotacze ognia (Flammenwerfer)
przesuwały się w okopach w kierunku nadchodzących czołgów. W chwili
przekraczania przez czołg transzeji obrzucano go wiązkami granatów ręcznych i
jednocześnie zapalano z miotacza ognia. Podobny los czekał czołgi, które
oderwały się od piechoty oraz uszkodzone lub ugrzęzłe w terenie.