Co mogła oznaczać wojnę z Niemcami, przekonaliśmy sie w pierwszych
dniach września. Dzisiaj jasne staje się, że ta wojna została
politycznie przegrana i Polska pomimo swojej historycznej wielkości, nie
była w stanie obronić sie sama, nie mniej gdy zachęcana
śmiesznymi sojuszami wybierała wojnę.
Co zaś oznaczał najazd sąsiadów, z którymi łączyło nas przez
wieki tak wiele. Pewne jest jedno, nasza nieporadna polityka, wejście w
papierowy sojusz z Wielką Brytanią i Francją, odmowa
jakiejkolwiek współpracy z
hitlerowskimi Niemcami i w końcu opór pod każdym względem, rozsierdziły
Hitlera. Spowodowały w nim, przejście z pozycji szacunku, poprzez
frustrację, po czystą nienawiść. Polacy, to naród który zawsze musi
przeszkadzać, niezdolny do jakiejkolwiek konstruktywnej współpracy. To
przeświadczenie, oznaczało wyrok na Polakach, którzy dali się wciągnąć w
wojnę. „Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Bądźcie bez
litości. Bądźcie brutalni. Każda nowa armia polska, która się pojawi
winna być natychmiast zdruzgotana. Wojna ma być wojną wyniszczenia”.
Czym była niemiecka okupacja? To masowe egzekucje, pacyfikacje wiosek
pod byle pozorem, łapanki, koszmar przesłuchań na Gestapo. Jesienią
1940r. zaczęło funkcjonować warszawskie getto, skupiając ponad 400 tys.
Żydów na niewielkiej przestrzeni. Egzystowali oni w tragicznych
warunkach, umierając z głodu, chorób, lub ginąc w obozach
koncentracyjnych. Wiemy dobrze, że teza o rycerskim Wehrmachcie to
bajka, bo żołnierze w mundurach feldgrau dokonywali zbrodni na równi z
żołnierzami z SS. Ze śmiertelną perfekcją współdziałanie to miało
miejsce podczas agresji Niemiec na ZSRR.
Wieluń był pierwszy
Wkraczające do Polski wojska niemieckie miały ułatwione zadanie przy
eliminacji niewygodnych Polaków. Listy patriotów, inteligencji polskiej,
urzędników ,sporządzane były już wcześniej przez niemieckich agentów,
volksdeutschów , członków 5 Kolumny. Pierwszego ataku na bezbronną
ludność dokonała Luftwaffe, bombardując o 4.50 dnia 1 września 1939r.
Miasto Wieluń. Nie znajdowały się tam żadne jednostki Wojska Polskiego,
ani urządzenia czy budynki wojskowe. 120 samolotów dokonało w 3 falach
nalotów na niewinne miasto. Zginęło od nalotów przeszło 1200 osób, a 70%
budynków uległo zniszczeniu w tym: szpital, gimnazjum, hotel.
Niemcy chcieli dokonać lotu treningowego w warunkach bojowych,
podobnie jak 26 kwietnia 1937r. Legion Condor zmiótł z ziemi miasteczko
hiszpańskie Guernica. Z kolei Sulejów został obrany na celownik 4
września o 17.00. Niemieckie bombowce nadleciały ponownie 5 i 6
września. Miasto zniszczono w 80%, grzebiąc w gruzach ok.1500 ofiar.
Małe miasteczko na południu Polski – Frampol 13 września zbombardowały
bombowce 4 Floty. Ataku dokonano z wysokości 1000 metrów przy prędkości
lotu eskadr 200 km/h. Miasteczko z regularnym zabudowaniem, centralnie
ulokowanym rynkiem, było klasycznym obiektem treningowym dla lotnictwa
niemieckiego.
Masakra w Torzeńcu
Niemieckie oddziały wdarły się w głąb kraju. Przez miasta, wsie,
ciągnęły kolumny zmotoryzowane, patrole motocyklistów. Naziści
zachowywali się butnie, wdzierali się do wsi i mordowali niewinnych, tak
jak w Torzeńcu. Około godz.19.00 pierwszego dnia wojny, wpadli tam
Niemcy. Rozlokowali się a następnie zaczęli podpalać stodoły i domy.
Kobiety, które ukryły się w piwnicy pod jedną ze stodół , zostały żywcem
spalone. Nad ranem ludność spędzono na pole, następnie wyselekcjonowano
mężczyzn. Oficer kazał im odliczać do dwóch. „Jedynki” przeżyły,
„dwójki” nie. Rozstrzelano 18 mężczyzn, dobijając ich strzałami z
bliska. Pacyfikacja Torzeńca pochłonęła łącznie życie około 40 osób. W
pierwszym dniu wojny, w samym tylko województwie katowickim w 15
egzekucjach zginęło 199 Polaków. Bohaterscy obrońcy Poczty Polskiej
zostali zabici lub rozstrzelani. Nie było szacunku dla odwagi, tylko
wściekłość Niemców za próbę oporu.
W Częstochowie zabito około 300 osób, w Katowicach, Wehrmacht
zamordował ponad 750 mieszkańców. Od 5 września, głównodowodzący OKW ,
von Brauchitsch wprowadza sądy wyjątkowe tzw. Sondergericht, którym
podlegają nawet osoby poniżej 18 roku życia. W Berlinie Reinhard
Heydrich stwierdził:” Przodujące warstwy ludności w Polsce winny być w
miarę możliwości unieszkodliwione.”
„Blutsonntag” w Bydgoszczy
„Krwawa niedziela” 3 września 1939r. w Bydgoszczy to do dnia
dzisiejszego temat zagadka. Co się tam naprawdę wydarzyło?
Oficjalnie propaganda Goebbelsa mówiła o masakrze Niemców dokonanej
przez wściekłych Polaków . Mordu miały dokonać oddziały wojska oraz
policji. W niedzielę 3 września oddziały polskie zaczęły opuszczać
Bydgoszcz. W pewnym momencie rozległy się strzały- ktoś strzelał do
żołnierzy polskich z karabinu maszynowego, umieszczonego na wieży
kościoła ewangelickiego przy placu Wolności. Kolumny polskie ostrzelano
też na mostach i na ulicach, strzelając z domów mieszkalnych Starego
Rynku.
Mogła wywiązać się nieskładna strzelanina pomiędzy oddziałami 15 Dywizji
Piechoty , której przydzielono obronę Bydgoszczy a dywersantami. Ci
ostatni mogli mieć za zadanie opanować zaplecze wojsk polskich, by
uniemożliwić im odwrót. W tych dniach zginęło ok.250 żołnierzy i nieco
ponad 300 Niemców. Po wkroczeniu Wehrmachtu do Bydgoszczy rozpoczął się
rewanż za domniemaną masakrę, aresztowania, rozstrzeliwania. Nie wiadomo
na pewno czy była to zorganizowana akcja zbrojna, czy nieskoordynowane
działanie niemieckich bojówek, lecz gebelsowskie pogłoski o zamordowaniu 60 tys.
Niemców usprawiedliwiały terror.
„Sonderaktion Krakau”
Aresztowanie krakowskich profesorów stanowiło element niemieckiej
polityki wobec Polaków oraz wspólnej z Rosjanami, którzy w sposób
planowy urządzili Katyń i wywózki na Syberię. Władze III Rzeszy chciały wyeliminować polską
inteligencję, gdyż naród pozbawiony tzw. środowisk twórczych, traci
swoją tożsamość. Przygotowania do tej
operacji rozpoczęto już w 1936r, natomiast sama jej realizacja trwała
zaledwie godzinę. Rozpoczęło się niewinnie, niemieccy naukowcy,
profesorowie akademiccy pod pozorem wymiany doświadczeń, współpracy,
mieli za zadanie dokonać inwigilacji środowisk akademickich , ze
szczególnym zwróceniem uwagi na dobra kultury polskiej. W dniu 12
września 1939r. Hitler podczas narady w pociągu w Jełowej na Dolnym
Śląsku poruszył kwestię operacji “Sonderaktion Krakau” przy obecnych :
Canarisie, Jodlu, Ribbentropie. Celem było zniszczenie Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Dnia 3 listopada rektor UJ, prof.T.Lehr-Spławiński
został wezwany do siedziby Gestapo. Tam, szef placówki SS- Sturmbanfuhrer
Muller polecił rektorowi zorganizowanie na dzień 6 listopada zebrania
kadry naukowo-dydaktycznej. Chciał też na tym zebraniu wygłosić wykład
na temat stosunku III Rzeszy do szkolnictwa wyższego. Godzina zebrania:
samo południe. Miejsce: Collegium Novum.
Rektor UJ informację przyjął i przekazał pracownikom. Ci podeszli do
tematu nieufnie, ale życzenie okupanta jest prawem. Punktualnie o 12.00
gmach uczelni otoczył kordon policji. Sam Muller przybył na zebranie w
asyście oficerów. Wszedł na mównicę, oznajmił że kadra uczelni i jej
władze są wrogo nastawione do nauki niemieckiej, wykazują złą wolę,
ponadto – nie mają pozwolenia na inaugurację roku akademickiego. W
związku z tym, wszyscy zebrani będą przewiezieni do obozu internowanych.
Ogółem aresztowano 183 osoby, które przetransportowano pośród wyzwisk i
brutalnego traktowania. Naukowcy trafili 9 listopada do więzienia we
Wrocławiu, a stamtąd – do obozu koncentracyjnego w Sachsenchausen.
Wieść o zatrzymaniu kadry UJ wzburzyła środowisko naukowe Krakowa, oraz
całej Europy. Niedługo po akcji Mullera, zatrzymano ponad 30 nauczycieli
i dyrektorów szkół średnich w Krakowie. Miały być otwarte jedynie szkoły
podstawowe i zawodowe. Polakom wystarczyłaby umiejętność czytania i
pisania. Himmler, pod wpływem nacisków opinii europejskiej ostatecznie
zwolnił z obozu profesorów akademickich w lutym 1940r. Nie wszyscy tego
doczekali.
Gubernator Hans Frank nie był zadowolony z przebiegu akcji. Stwierdził:”
Gdybyśmy załatwili tę sprawę na miejscu, miałaby inny przebieg.(...)
Nikogo więcej nie odstawiać do obozów koncentracyjnych Rzeszy, lecz tu
przeprowadzać likwidację”. Gdy Niemcy w 1941r. zdobyli Lwów,
przeprowadzono wtedy likwidację tamtejszych uczonych, zabijając łącznie
38 osób. W Generalnym Gubernatorstwie podobna akcja , realizowana była
wiosną 1940 r. pod kryptonimem “A-B”.
Niemieckie akcje pacyfikacyjne "Sturmwind I" i "Sturmwind II".
Sytuacja na Lubelszczyźnie wiosną i latem 1944 r. Wiosną 1944 roku, dla
niemieckiego aparatu okupacyjnego w Lubelskiem, stało się jasne, że
sytuacja polityczno - gospodarczo - wojskowa, przedstawia się dla niego
katastrofalnie.
Pasmo niepowodzeń i klęsk na froncie wschodnim, a także masowy ruch
oporu spowodowały, że całe obszary dystryktu pozostawały poza niemiecką
kontrolą.
Aparat administracyjny został kompletnie zdezorganizowany, przez co
stało się niemożliwe ściąganie większości zaplanowanego kontyngentu. W
dzienniku Hansa Franka możemy w tym czasie przeczytać, że można
"wykreślić dystrykt z wszelkich planów aprowizacyjnych i rolnych".
Stan bezpieczeństwa przedstawiał się dla Niemców równie fatalnie.
Mniejsze posterunki żandarmerii i policji wycofano do większych miast.
Wehrmacht przerzucił swoje jednostki z Generalnej Guberni, na chwiejący
się front wschodni.
Inicjatywa bojowa w praktyce już od listopada 1943 r., należała do
polskiego i komunistycznego podziemia. Mnożyły się przypadki
opanowywania mniejszych miast i otwierania więzień, likwidacji
posterunków i niemieckich punktów oporu.
Na mapie dystryktu zaczęły pojawiać się rejony zupełnie wolne od
niemieckiego aparatu administracyjno - policyjnego, zwane
"Rzeczpospolitymi Partyzanckimi". I tak w rejonie Biłgoraja i Puszczy
Solskiej utworzono "Rzeczpospolitą Józefowską", w rejonie Janowa
"Rzeczpospolitą Janowską", na północy zaś tzw. "Rzeczpospolitą
Ostrowską", która stała się udziałem głównie Armii Ludowej i partyzantki
sowieckiej, aż do czasu przybycia w ten rejon 27 Wołyńskiej Dyw. Piech.
AK., która w czerwcu przekroczyła Bug.
W ocenie niemieckiej sytuacja była bardzo poważna, oto co mówią o tym
raporty i wypowiedzi niektórych dygnitarzy niemieckich. Hans Frank
jeszcze w lutym 1944 r., stwierdził:"Jeśli nie potrafimy sobie dać rady z taktyką bandycką w takim razie nie
będziemy już panami tego kraju, lecz jedynie marionetkowymi
przedstawicielami jakichś centralnych władz, którym w rzeczywistości
ster rządów wymknął się z rąk. (...) z ewentualnym ruchem powstańczym
pozostałe cztery dystrykty sobie poradzą, lecz dystrykt lubelski nie… "
Jeden z raportów mówił:
"Działania partyzanckie posiadają obecnie znaczenie strategiczne, gdyż
zazębiając się ściśle z działaniami regularnych wojsk sowieckich,
stanowią czynnik o kolosalnym znaczeniu. Są one właściwie częścią
składową operacji frontowych i spełniają rolę podobną do głębokich
zagonów kawalerii".
8 maja 1944 r., sekretarz stanu w rządzie Generalnej Guberni - Bühler,
był jeszcze większym pesymistą:
"Nigdy dotąd nie zdarzyło się żeby całe powiaty GG znajdowały się w ręku
band i żeby ustawała działalność administracji na znacznych obszarach.
Zdarzyło się też obecnie po raz pierwszy, że oficjalnie zwinięto
placówkę służbową w dystrykcie Lublin, mianowicie landkomisarza, gdyż
dalsze przebywanie Niemców na tym terenie stało się niemożliwe".
Tak więc, sytuacja z punktu widzenia Niemców była poważna, a przekonanie
o rychłym wybuchu ogólnokrajowego powstania - powszechne. Reakcja
niemieckiego aparatu okupacyjnego była charakterystyczna. Najpierw
uderzono falą aresztowań w kierownictwo podziemia. Niemcy bezradni wobec
rozwoju sytuacji w terenie uderzyli w ośrodki kierownicze w Warszawie,
Krakowie, Radomiu, Lublinie i Częstochowie. Łącznie w ciągu dwóch
miesięcy aresztowali w całej Generalnej Guberni 5 475 osób związanych z
ruchem oporu.
Aby zadać jeszcze jeden cios polskim siłom partyzanckim na
Lubelszczyźnie, Niemcy uruchomili wrogie Polakom siły nacjonalistów
ukraińskich. Z początkiem 1944 r., po likwidacji ośrodków polskich na
Wołyniu i w Galicji, bojówki UPA zaczęły przybywać na tereny położone za
Bugiem i Sanem, podobnie jak poprzednio na Wołyniu i w Galicji niosąc
śmierć i pożogę.
Pod koniec maja, Niemcy wykorzystując, w dużej mierze inspirowane przez
siebie, najazdy UPA, podjęli akcję przeciw partyzancką. Spod Rawy Ruskiej
i Lubaczowa, przerzucono w rejon Zawada - Susiec kałmucki korpus
kawalerii, wydzielony z armii gen. Własowa, w sile ponad 4 000 ludzi
(niektóre źródła podają jego liczebność na 6 000), pod dowództwem płk.
Dolla. Zadaniem korpusu było odzyskanie kontroli nad ważną rokadą
kolejową Rejowiec - Lwów, która właśnie na odcinku Zawada - Susiec
znajdowała się pod kontrolą partyzantów. W wyniku działań obu stron
doszło do regularnego, blisko dwutygodniowego (28 maja - 9 czerwca 1944
r.) starcia nad Tanwią, które skończyło się dużym sukcesem partyzantów.
Starcie owo było z kolei, początkiem prawie czterotygodniowej bitwy,
największej tego typu w Generalnej Guberni.
Prawie równolegle z działaniami płk. Dolla okupant podjął się kolejnej
akcji oczyszczającej, w dwóch grupach uderzając na zgrupowanie
partyzanckie w Lasach Parczewskich, a także na oddziały partyzanckie
skupione w powiecie kraśnickim i w Lasach Janowskich. Akcja ta,
dowodzona przez Dowódcę SS i policji w dystrykcie lubelskim,
SS-Gruppenführera Jakoba Sporrenberga otrzymała kryptonim "Maigewitter"
(Burza Majowa), a jej wymiernym wynikiem było rozbicie północnego
zgrupowania AL pod Rąblowem, 14 maja 1944 r.
Dotychczasowy przebieg działań przeciw partyzanckich na Zamojszczyźnie
przekonał rząd Generalnej Guberni, o tym, że własnymi siłami nie zdoła
on zahamować aktywności polskiej i radzieckiej partyzantki w tym
rejonie. Oliwy do ognia dolała tzw. "bitwa o szyny", dla Niemców
szczególnie niebezpieczna, a to z tego powodu, że przegrana
spowodowałaby paraliż transportowy w całym dystrykcie. W okresie od
połowy maja do 8 czerwca partyzantka polska i komunistyczna
przeprowadziła łącznie 148 akcji kolejowych. Dało to średnio 6 akcji
dziennie. Sprawa więc wyglądała bardzo poważnie.
Dlatego też, mimo że, sytuacja na froncie była bardzo napięta,
niemieckie Naczelne Dowództwo wyasygnowało do dyspozycji Okręgu
Wojskowego w GG trzy dywizje: 154 Rezerwową DP - pod dowództwem gen.
Friedricha Altrichtera, 174 Rezerwową DP - dowodzoną przez gen.
Friedricha Eberhardta, i 213 Dywizję Ochronną gen. Alexandra Goeschena,
a także pułk Kozaków i dodatkowo polowy pułk szkoleniowy.
Łącznie, więc z wprowadzonym już wcześniej korpusem płk. Dolla oraz
jednostkami policji, siły niemieckie liczyły około 30 000 żołnierzy i
policjantów. Dowództwo nad tym związkiem taktycznym objął gen. Siegfried
Haenicke. Niezależnie od tych sił użyto także innych jednostek, do
obsadzenia linii środkowej Wisły i dolnego Sanu.
Sturmwind I
Lasy Lipskie: 10 - 15 czerwca 1944 r.
Już od 3 czerwca oddziały gen. Haenicke zaczęły opasywać teren leśny od
południa wzdłuż Sanu i rzeki Tanwi, od zachodu, wzdłuż linii kolejowej
na odcinku Rozwadów - Zaklików i od północy wzdłuż drogi z Biłgoraja na
Janów Lubelski i Modliborzyce, z zamknięciem pierścienia pod Zaklikowem.
Od wschodu jednostki zmotoryzowane, wzmocnione czołgami i samochodami
pancernymi utworzyły ruchomą zaporę, którą zainstalowano na biłgorajskim
węźle drogowym. Siły te wsparte zostały przez lotnictwo.
Informacje o przedsięwzięciu przez Niemców ogromnej akcji pacyfikacyjnej
przyszły do oddziałów partyzanckich z komórek wywiadu AK okręgu
krakowskiego, oraz z miejsc koncentracji jednostek niemieckich.
Korzystając z ostrzeżeń kilka kompanii 1 Brygady AL przeszły za San poza
pierścień obławy. Podobnie było w przypadku oddziału AK "Lancy", przy
którym znajdowała się szkoła podoficerska AK pod dowództwem majora
Miedzińskiego "Żbika". Reszta oddziałów partyzanckich nie zdołała umknąć
poza pierścień okrążenia. Rozpoczęto gorączkowe przygotowania do bitwy,
kończono minowanie dróg, mostów i innych przejść w głąb lasu.
Równocześnie zaczęły wybuchać krótkie walki ubezpieczeń partyzanckich z
napierającymi jednostkami niemieckimi, które ciągnęły się przez trzy
dni.
Główne walki na Porytowym Wzgórzu rozpoczęły się 11 czerwca 1944 r.
Postępujące od strony Tanwi wojska niemieckie natknęły się na oddział
BCH por. Juliana Kaczmarczyka "Lipy", który jako 3 kompania wchodził w
skład 1 Brygady AL i stacjonował w lasach pod Jarocinem, a także na
oddział sowiecki w pobliżu miejscowości Momoty Dolne i polsko-sowiecki
pod dowództwem Mikołaja Kunickiego "Muchy" niedaleko wsi Momoty
Jakubowe.
Szczególną determinacją wykazał się tu oddział "Lipy", który pod wsią
Graby zwarł się w walce z jednostkami kawalerii płka Dolla. "Lipa"
znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Miał on na miejscu jedynie 16
ludzi, przy czym nie mógł liczyć na żadną pomoc, bowiem najbliższy
oddział partyzancki oddalony był o kilka kilometrów.
Por. Kaczmarczyk wraz z 12 swoimi ludźmi zajął pozycje obronne od strony
wsi, skąd wyszło główne niemieckie natarcie, natomiast pozostałych
czterech ludzi wydzielił jako osłonę od miejscowości Majdan Jarociński.
Mimo przytłaczającej przewagi, pierwsze natarcie nieprzyjaciela zostało
krwawo odparte, bowiem wróg nie spodziewał się dużego oporu i
zbagatelizował możliwości partyzantów.
Nacierał więc bezładnie i bez wsparcia ogniowego. Prawdziwym
zaskoczeniem dla Kałmuków Dolla było przeciwuderzenie oddziału BCH,
który najpierw wyparł nieprzyjaciela z lasu a następnie rozpoczął za nim
pościg.
Niestety wkrótce z pomocą Niemcom przyszły oddziały odwodowe, co zmusiło
por. Kaczmarczyka do zaniechania pościgu i wycofania się na pozycje
obronne, na skraju lasu. Przez trzy godziny partyzanci odpierali
niemieckie ataki, broniąc się do ostatniego żołnierza. Ocalała jedynie
wspomniana już, czteroosobowa grupa osłonowa, która wycofała się w
kierunku wsi Nalepa.
W tym samym dniu, w godzinach popołudniowych straż oddziału kpt.
Jakowlewa wstrzymała napór nieprzyjaciela w pobliżu kolonii Kiszki, a
czata mjra Karasiowa rozbiła straż przednią oddziału ekspedycyjnego pod
Szwedami.
Tymczasem na północy na drodze janowskiej pojawiły się niemieckie zagony
pancerne, co świadczyło tylko o tym, że nieprzyjaciel zaczął zacieśniać
pierścień okrążenia.
Wobec ogromnego zagrożenia powstała konieczność zorganizowania wspólnego
sztabu dowódczego, wszystkich oddziałów partyzanckich skupionych w
Lasach Janowskich. Owo polsko-sowieckie zgrupowanie, złożone z 13
oddziałów liczyło łącznie 3 000 partyzantów. 12 czerwca w miejscowości
Szwedy zebrali się na naradzie dowódcy wszystkich oddziałów i
podporządkowali się dowództwu ppłka Prokopiuka. Nowo utworzony sztab
połączonych sił polsko-sowieckich, zdecydował się na przyjęcie bitwy z
niemiecką ekspedycją pacyfikacyjną. Wszystkie oddziały zgrupowania ppłka
Prokopiuka (z wyjątkiem ubezpieczeń od zachodu), 11 i 12 czerwca
przesunęły się na pozycje obronne w miejscu zwanym Porytowym Wzgórzem,
gdzie rozpoczęły okopywanie się.13 czerwca 2 i 5 kompania 1 Brygady AL
zdobyły z zasadzki pod miejscowością Szklarnia ważne dokumenty
operacyjne, natomiast ppłk Pieluch "Galicki" wraz z majorem Czepigą
przyprowadzili dowódcy zgrupowania cennego jeńca, którym okazał się być
kapitan Wehrmachtu. Oba te wydarzenia, jak się miało wkrótce okazać,
miały ogromne znaczenie dla osaczonych oddziałów partyzanckich, ujawniły
bowiem siłę Niemców, miejsce głównego uderzenia i datę rozpoczęcia
ataku, którą wyznaczono w sztabach niemieckich na godz. 7.00, 14
czerwca.
W dniu tym między miejscowościami Flisy i Momoty, doszło do jednej z
największych bitew partyzanckich w Generalnym Gubernatorstwie.
Rozmieszczenie jednostek w pierścieniu obrony okrężnej, pokazane jest na
wyżej zamieszczonej mapce, do jej opisu dodać należy tylko, że w
odwodzie operacyjnym dowódcy zgrupowania znajdował się oddział NOW-AK
"Ojca Jana", a także kilka mniejszych oddziałów sowieckich.
Jako pierwsze do walki weszły kompanie Brygady AL im. Wandy Wasilewskiej
i oddział Armii Ludowej Leona Kasmana "Janowskiego", bowiem to na styk
obu tych grup wyszło pierwsze niemieckie natarcie. Nieprzyjaciel, w sile
batalionu zaatakował od strony miejscowości Flisy o godzinie 9.00. Atak
był dość gwałtowny, bowiem partyzanci zachwiali się na swoich pozycjach,
a na domiar złego ogień artylerii odrzucił ich do tyłu. Na wieść o
cofaniu się oddziałów AL, dowództwo zgrupowania postanowiło wysłać na
zagrożony odcinek odwodową, sowiecką 2 kompanię pod dowództwem Ławrowa.
Przybycie świeżych sił opanowało sytuację, bowiem udało się powstrzymać
w odwrocie oddziały AL i wspólnie ruszyć do kontrnatarcia, które wyparło
nieprzyjaciela z dokonanego wyłomu i odtworzyło położenie początkowe.
W niedługim czasie po tych wydarzeniach, walki wybuchły na całym
pierścieniu obrony okrężnej. I tak w pasie obrony sowieckiej 1 kompanii
pod dowództwem Pietrowa, o godz. 9.30, wyszło natarcie niemieckiego
oddziału w sile 40 - 50 ludzi. Nieprzyjaciel rozwinął się w tyralierę i
ruszył na okopaną kompanię. Będąc pewnym swojej przewagi Niemcy szli
wyprostowani, stając się łatwym celem dla partyzantów sowieckich, którzy
byli bardzo dobrze uzbrojeni w broń maszynową. Zwiad niemiecki
podpuszczono na odległość około 40 metrów i otworzono silny ogień, który
spowodował wśród szeregów nieprzyjaciela istne spustoszenie. Opór Rosjan
spowodował nasilenie ostrzału artyleryjskiego, na rozpoznane stanowiska
partyzantów. Pod jego osłoną na pozycje Pietrowa, ruszyło główne
natarcie w sile około 300 żołnierzy. Dowódca oddziału ponownie dopuścił
Niemców na odległość kilkudziesięciu metrów i otworzył gwałtowny ogień.
Podobnie było również w przypadku trzeciego natarcia. Mimo to kilku
grupom niemieckim udało się umocnić na polanie i stamtąd skutecznie
razić partyzantów.
Tymczasem dzięki zdobytym wcześniej niemieckim dokumentom operacyjnym,
partyzanci zdobyli wiedzę o nieprzyjacielskim systemie sygnalizacyjnym
pomiędzy oddziałami operującymi na ziemi a lotnictwem.
Niemiecka piechota oznaczając swoje linie poprzez wyłożenie trójkątnych,
białych płacht, mogła wywołać wsparcie lotnictwa, wystrzeliwując
czerwoną racę. Partyzanci wykorzystując znajomość taktyki niemieckiej,
także wyłożyli trójkątne białe płachty. Po danym przez Niemców sygnale
nadleciało siedem bombowców, które zmylone podstępem mjra Karasiowa
zrzuciły swój ładunek na pozycje niemieckie.
Choć w tych pierwszych godzinach walki nieprzyjaciel poniósł duże
straty, jego impet nie słabł, bowiem gen Haenicke dysponował 30 000
żołnierzy i miał praktycznie niewyczerpalne możliwości wymiany zużytych
jednostek i zastępowanie je nowymi. W godzinach popołudniowych Niemcy
zdecydowali się na podpalenie lasu od zachodniej strony. Na podmokłym
terenie stacjonowania 1 Brygady AL ogień szybko wygasł, jednak na
pozycjach oddziału "Muchy" szybko się rozprzestrzeniał.
Pod osłoną pożaru, nieprzyjaciel rozwinął swoje oddziały w potrójną
tyralierę i rozpoczął gwałtowne natarcie. Atak ten udało się odeprzeć,
jednak sytuacja stała się bardzo poważna ze względu na uszczuplenie
zapasów amunicji.
Mniej, więcej o godzinie 14.00 miała miejsce przerwa w walce. Do sztabu
zgrupowania raz za razem napływały pocieszające meldunki, które mówiły o
tym, że linie obrony zostały nienaruszone. Dodatkowo, mimo iż ogień
niemieckiej artylerii był gwałtowny nie poniesiono zbyt dużych strat w
ludziach.
Meldunki mówiły także o powodzeniu Lejtnanta Pietrowa, który w toku
jednego z przeciwuderzeń posunął się wraz ze swoimi moździerzami do
przodu i zajął stanowiska przed lasem. W takiej sytuacji na prawe
skrzydło Pietrowa, ppłk Prokopiuk zdecydował się skierować ze swoich
odwodów 3 kompanię sowiecką, aby zagęścić od wschodu linię obronną ppłk.
"Galickiego" i mjra Czepigi.
W tym samym czasie zwiad zgrupowania doniósł o obecności oddziałów
kawalerii płka Dolla, które jeszcze rankiem znajdowały się w Łazorach
nad Tanwią. To oznaczać mogło tylko jedno - nieprzyjaciel wprowadził do
bezpośredniej walki jednostki swojego drugiego rzutu i że przez to
pierścień okrążenia staje się cieńszy.
Po dwugodzinnej przerwie, około godziny 16.00 walki rozgorzały na nowo.
Po raz kolejny Niemcy uderzyli od zachodu, a ich celem było wypchnięcie
partyzantów ku rzeczce Branwi.
Jak się wkrótce miało okazać nie było to uderzenie główne, bowiem te
rozpoczęło się chwilę później (między godziną 16 a 17) i to z kierunku
wschodniego, na odcinku ppłka Prokopiuka. Niemcy zaatakowali przy
wsparciu dwóch lekkich czołgów i podciągniętych w rejon ataku moździerzy
oraz artylerii.
Pierwsze natarcie piechoty zostało odparte ogniem z bliskiej odległości,
natomiast tankietki uległy zniszczeniu jeszcze w trakcie podchodzenia do
natarcia. Wykorzystując powodzenie obrony, do przeciwnatarcia ruszył z
oddziałem por. Pietrow, który odrzucił nieprzyjaciela aż za jego
stanowiska artyleryjskie, zdobywając przy tym działo 75 mm i kilka
moździerzy.
Sukces byłby pełny, gdyby nie śmierć samego Pietrowa, który zdecydował
się na dalszy pościg i zginął od ognia karabinu maszynowego. Niemcy
ponieśli bardzo poważne straty zarówno w ludziach jak i w broni.
Szczególnie bolesna była strata wspomnianego już działa i moździerzy.
Fakt ten spowodował, że po fiasku pierwszego natarcia, Niemcy
ograniczyli się tylko do ostrzału artyleryjskiego. Tym razem jednak
partyzanci mieli czym odpowiedzieć, bowiem dwaj artylerzyści: lejtnant
Kutiszczew i żołnierz AK st. ogniomistrz. Marian Mizgalski "Wrona"
zaczęli ostrzeliwać nieprzyjaciela ze zdobycznego działa. Miało to
korzyść podwójną, bowiem Niemcy w przekonaniu, że ostrzeliwuje ich
własna artyleria rozświetlali niebo masą rakiet, co bardzo pomogło w
ustaleniu jego pozycji. Tak między innymi zauważono, że wsie Uście i
Szewce są wolne od nieprzyjacielskich wojsk, co można było wykorzystać
do wyjścia z okrążenia.
W późnych godzinach wieczornych, dokładnie o godzinie 22.30, Niemcy
zorganizowali równoczesne natarcie z dwóch stron (z zachodu i wschodu).
Miało ono na celu rozcięcie całego zgrupowania partyzanckiego na dwie
części. Na wschodzie główny impet uderzenia skierowany był na 1 i 3
kompanię sowiecką, którymi dowodził st. lejtnant Gorowicz. Obie kompanie
nie tylko wytrzymały impet niemieckiego ataku, ale same posunęły się o
300 metrów naprzód, od poprzednio zajmowanych pozycji. Na zachodzie z
kolei, atak niemiecki zanotował pewne postępy, włamując się w linie
obronne partyzantów.
Sytuacja stała się bardzo skomplikowana i dopiero przybycie odwodowej
kompanii NOW - AK "Ojca Jana", którą pod nieobecność Franciszka
Przysiężniaka dowodził por. Bolesław Usow "Konar" i jej kontratak
unormował sytuację, wypierając nieprzyjaciela za obręb obrony. Resztę
nocy zgrupowanie partyzanckie spędziło na przesuwaniu się w kierunku
wyłomu, który otworzył ppłk Prokopiuk, a który umożliwił wycofanie się
oddziałów polsko-sowieckich w kierunku Puszczy Solskiej. W straży
przedniej znalazł się oddział mjra Karasiowa, w środku zgrupowania
zlokalizowano szpital polowy i tabory, kolumnę zamykały brygady AL. W
trakcie odwrotu dowódcy części oddziałów podjęli decyzję o odłączeniu
się od sił głównych i przedzierania się na własną rękę.
Jako pierwsi plany te zrealizowali majorowie Czepiga i Wasilenko,
kierując się na zachód, w stronę Lasów Lipskich. Niestety w czasie
forsownego marszu oba oddziały natknęły się na dobrze okopane oddziały
niemieckie i w toku walki zostały zupełnie wybite. Śmierć ponieśli także
obaj dowódcy. Według niemieckich danych, zawartych w niemieckich
raportach, straty partyzantów wyniosły kilkuset zabitych i kilkuset
jeńców.
O świcie 15 czerwca od sił ppłka Prokopiuka odłączył się także por.
Bolesław Usow "Konar", kierując swój oddział na północ, co jak się miało
okazać pozwoliło na szczęśliwe wyjście z okrążenia. Wkrótce szeregi
zgrupowania, wraz ze swoim oddziałem, opuścił również ppłk Walentin
Pielich "Galicki".
W trakcie odwrotu głównej kolumny ppłka Prokopiuka, została ona
zaatakowana podczas przerwy w marszu, we wsiach Szeliga i Ciosmy. Ataku
dokonała część korpusu kałmuckiego płka Dolla, w sile trzech dywizjonów
kawalerii. Nieprzyjacielowi pozwolono wniknąć w szeregi obrońców, a
następnie zamknięto jego oddziały w "kotle" pomiędzy Szeligą i Ciosmami.
Silne uderzenie partyzantów zmusiło Kałmuków do wycofania się stronę
błot, a po zmuszeniu zejścia z koni, wybito prawie do nogi.
Dzięki temu zwycięstwu partyzantom udało się zdobyć sporą ilość broni a
także ponad 200 koni wierzchowych, które później wykorzystano do
tworzenia oddziałów zwiadu u ppłka Prokopiuka jak i mjra Karasiowa.
Operacja "Sturmwind I" skończyła się dla Niemców zupełnym
niepowodzeniem. Poza tym, że oddziały nieprzyjaciela poniosły poważne
straty, to okazało się, że nie udało się im zamknąć w okrążeniu i
zniszczyć zgrupowania partyzanckiego i to pomimo dziesięciokrotnej
przewagi w ludziach. Duch porażki panuje również w raportach okupanta z
tamtego okresu, w których jego administracja sama przyznaje się, że
pierwsza faza walk w Lasach Biłgorajskich "nie miała zbyt pomyślnego
przebiegu".
Mimo pewnej konsternacji w szeregach, nieprzyjaciel podjął zorganizowany
pościg za oddziałami partyzanckimi, którym udało się wyjść z okrążenia
na Porytowym Wzgórzu.
W trakcie marszu ppłka Prokopiuka w rejon Puszczy Solskiej, ze
zgrupowania próbowały rozstać się oddziały Nadielina, Sankowa oraz por.
M. Kunickiego "Muchy".
Wszystkie trzy oddziały próbowały oderwać się od pościgu, poprzez
przejście na północ w rejonie Zwierzyńca. Niestety, napotkały one na
zorganizowaną obronę silnych oddziałów nieprzyjaciela, którą urządzono
na szosie Biłgoraj - Zwierzyniec.
Wobec braku możliwości przebicia się, postanowiono zawrócić w rejon
Lasów Tereszpolskich, które niestety również były obsadzone przez
nieprzyjaciela. Wobec takiego obrotu sprawy, powrócono w rejon Puszczy
Solskiej i dołączono do całości pod komendą ppłka Prokopiuka.
Sturmwind II.
Puszcza Solska: 18 - 28 czerwca 1944 r.
Aby w pełni odzwierciedlić skalę działań niemieckich w ramach operacji "Sturmwind
I i II" trzeba dodać, że operacje te nie były jedynymi, jakie Niemcy
przeprowadzili w tym czasie na Lubelszczyźnie. Obie wspomniane akcje,
miały oczywiście charakter głównych uderzeń, jednak towarzyszyły im
działania wspierające i pomocnicze, mające za zadanie związać siły
partyzanckie Lubelszczyzny w danym terenie i uniemożliwić im swobodne
manewrowanie.
Skala niemieckiej ofensywy przeciwpartyzanckiej była więc ogromna.
Ogółem, w czerwcu 1944 r., okupant zdołał spenetrować 1/3 obszarów, na
których partyzantka była najaktywniejsza. Jedną z większych takich
operacji pomocniczych było "przeczesanie" obszarów pomiędzy Chełmem,
Krasnymstawem, Zamościem i Hrubieszowem, do przeprowadzenia której użyto
20 Dyw. Panc., pododdziałów żandarmerii oraz policji niemieckiej i
ukraińskiej. Nieprzyjaciel rozpoczął działania 10 - 11 czerwca w rejonie
Rejowca, na południe od Krasnegostawu i na północny - zachód od
Zamościa.
Tymczasem, wobec wzmożonej aktywności okupanta, szybko zmieniającej się
sytuacji i przygotowań do akcji "Burza", w Inspektoracie AK Zamość
zdecydowano się na mobilizację podległych oddziałów. Mobilizacja, która
objęła łącznie 25 miejscowości, została ogłoszona przez inspektora
zamojskiego mjra Edwarda Markiewicza "Juranda" "Kalinę" i przekazana do
realizacji por. Józefowi Steglińskiemu "Cordowi" komendantowi obwodu
Biłgoraj.
"Cord" postanowił skupić podległe sobie oddziały w lesie pod wsią
Wolaniny. W tym czasie część sił AK i BCh była już zaangażowana w walkę
zarówno z UPA jak i z korpusem płka Dolla, na linii rzeki Tanwi i od
strony Hrubieszowa na linii Tyszowce - Łaszczów - Jarczów.
Duża część sił Inspektoratu była również rozwinięta na północny - wschód
od Zamościa, w rejonie Grabowca. Do połowy czerwca 1944 r., obrona
Zamojszczyzny pochłonęła przynajmniej połowę sił inspektoratu.
Na dzień 18 czerwca zaplanowano w Bondyrzu odprawę komendantów obwodów i
wyższych oficerów Inspektoratu, do której jednak nie doszło ze względu
na to, iż rankiem 18 czerwca do wsi weszły silne oddziały niemieckie.
Dzień wcześniej do dowództwa inspektoratu doszły wieści od komendantury
Okręgu Lublin mówiące o tym, że za cofającymi się po bitwie na Porytowym
Wzgórzu, oddziałami partyzantki sowieckiej i AL, posuwają się trzy
niemieckie dywizje.
W tym czasie nieprzyjaciel ukończył przegrupowanie swoich oddziałów, w
celu zamknięcia pierścienia okrążenia wokół Puszczy Solskiej. Niemcy
zamknęli połać terenu ograniczonego od południa linią Tanwi na odcinku
Księżpol - Susiec, na zachodzie od Tarnogrodu po Biłgoraj, od Suśca do
Krasnobrodu na wschodzie i po Rudkę i Zwierzyniec na północy. Założenia
operacyjne niemieckiej akcji pod kryptonimem "Sturmwind II" polegały na
tym, że oddziały otaczające Puszczę Solską miały w ciągu dnia stopniowo,
w miarę możliwości posuwać się do przodu, zaciskając tym samym pierścień
okrążenia, pod wieczór zaś okopywać się i umacniać na dotychczas
zdobytym terenie, aby nie dać partyzantom możliwości przedarcia się
przez pierścień obławy. Inna rzecz miała się z południową linią "kotła"
rozciągającą się wzdłuż rzeki Tanwi. Linia ta miała zostać nieruchoma,
silnie umocniona i przygotowana do obrony. Ostatecznym celem miało być
zepchnięcie partyzantów nad rzekę i ich zniszczenie.
Ogółem w drugim kotle, mającym kształt czworokąta o 35-kilometrowej
podstawie i wysokości 25 km, znalazły się jeszcze większe siły niż przed
tygodniem na Porytowym Wzgórzu.
Co prawda zgrupowanie ppłka Prokopiuka i mjra Karasiowa uległy znacznemu
uszczupleniu poprzez odejście silnych oddziałów Czepigi, Wasilenki i
Pielicha "Galickiego", to jednak na ich miejsce przybyły dwa dość liczne
grupy Szangina i Kowalenki, trzymające dotychczas obronę na Tanwią w
rejonie Suśca i Huty Różanieckiej, a także maszerujący z rejonu Lwowa
oddział Czyżowa, pod tymczasowym dowództwem Uljanowa. Łącznie oddziały
te liczyły około 1 000 partyzantów, co podnosiło liczebność sowieckiego
zgrupowania do 3 000 dobrze uzbrojonych ludzi, w dodatku posiadających
stałą łączność radiową ze sztabem partyzanckim w Kowlu.
Zgrupowanie AL składało się z 1 Brygady im. Ziemi Lubelskiej, Brygady
im. Wandy Wasilewskiej, oddziału "Janowskiego" i liczyło około 700
ludzi, pozostając pod ogólnym dowództwem kapitana Ignacego Borkowskiego
"Wicka".
Znaczna część oddziałów Inspektoratu AK Zamość na czele z mjrem Stefanem
Prusem "Adamem", zdołała przejść przez Wieprz dzięki czemu uniknęła
zamknięcia w pierścieniu obławy. Większość jednak, została odcięta w
kotle wokół "Rzeczpospolitej Józefowskiej".
W skład zgrupowania AK - BCh wchodziło 9 oddziałów bojowych i szpital
polowy pod ogólnym dowództwem mjra Markiewicza "Kaliny", w sile 1 200
ludzi.
Do AK należały:
oddział por. Steglińskiego "Corda" w sile około 200 partyzantów,
oddział por. Kryka "Topoli" w sile 100 partyzantów,
kompania sztabowa Inspektoratu AK Zamość pod dowództwem por. Adama
Haniewicza "Woyny" w liczbie 102 partyzantów,
kurs "Młodszych Dowódców Piechoty" pod dowództwem por. Konrada
Bartoszewskiego "Wira" liczący 100 ludzi,
ponadto pluton podchorążego "Korczaka" z oddziału "Podkowy",
drużyna minerska podchor. Stanisława Kowalskiego "Huka",
szpital leśny, którym dowodził por. Dr Ludwik Kopeć "Radwan",
oraz sekcja BIP z podchorążym Józefowiczem "Kalifem" na czele.
Łącznie siły AK wyniosły 560 żołnierzy.
W skład sił BCh wchodziły:
Hrubieszowski batalion BCh por. Stanisława Basaja "Rysia" w sile
około 300 partyzantów,
oddział BCh Jana Kędry "Błyskawicy" liczący 50 ludzi,
oddział Antoniego Wróbla "Burzy" - 120 ludzi,
oddział Józefa Mazura "Skrzypika" - około 100 ludzi.
Łącznie siły BCh liczyły 570 ludzi.
Po zsumowaniu okazuje się, że Niemcom udało się zamknąć w kotle, wokół
Puszczy Solskiej około 5 000 partyzantów, skupionych w trzech dużych
zgrupowaniach (nie licząc sił samoobrony nad Tanwią i grup ludności
towarzyszących uzbrojonym oddziałom).
Tym razem nie doszło do takiego porozumienia dowódców oddziałów, jakie
miało miejsce w Lasach Janowskich.
Nie doszło do wspólnej bitwy, a wprost przeciwnie, na odprawie u ppłka
Prokopiuka, w dniu 20 czerwca 1944 r., zapadło postanowienie
rozdzielenia zgrupowania alowsko - sowieckiego na dwie części i
odrębnego przebijania się: sowieckiego na południe, alowskiego na
zachód.
Inną taktykę odrębnego prowadzenia walki, wybrał mjr Markiewicz.
Zgrupowanie BCh i AK miało za zadanie przyjąć napór Niemców, prowadząc
tzw. walki ruchowe i powoli cofać się w głąb puszczy. Tej koncepcji
stanowczo sprzeciwiali się porucznicy "Cord", "Topola" oraz ppor. "Igor"
z oddziału BCh "Rysia", którzy jeszcze 18 czerwca sugerowali, aby
przebijać się z okrążenia pod Biłgorajem w stronę Lasów Janowskich.
Dowódca zgrupowania jednak odrzucił te propozycje i aby zachować
kontrolę nad poszczególnymi oddziałami, zabronił dowódcom bez swej
wiedzy zmieniać miejsce postoju oddziałów.
Pierwsze walki wybuchły jeszcze 18 czerwca niedaleko Bondyrza, pod
przysiółkiem Kąty, gdzie niemieckie oddziały zwiadowcze natknęły się na
batalion BCh por. Stanisława Basaja "Rysia", który z odległości mniej
więcej 150 m otworzył do nich ogień. Walka trwała dwie godziny, po czym
partyzanci cofnęli się w głąb lasu, gdzie napotkali pluton AK
podchorążych "Korczaka" i "Czarnego" z oddziału por. Piotra Kuncewicza
"Podkowy", odciętego przez pierścień obławy od reszty jednostki.
Równolegle, w związku z obraną przez mjra "Kalinę" taktyką cofania się w
głąb lasów, rozpoczęto zaminowywanie dróg wiodących od strony
nieprzyjaciela. Od strony miejscowości Brodziaki i Wolaniny zamontowano
miny samoczynne, miny obserwowane i elektryczne we wsi Tereszpol oraz
miny samoczynne na południe od tej wsi, przy szosie do Górecka.
Częściowo udało się także umieścić miny na drodze Aleksandrów - Józefów
oraz liczne drogi leśne, ścieżki, przejścia i brody na rzekach i
strumykach. Niestety nie udało się zaminować szosy Biłgoraj - Tereszpol,
ponieważ nieprzyjaciel wcześniej ją odsadził. Nie mniej dostęp do
północno - zachodniej i północno - wschodniej części Puszczy Solskiej
został mocno utrudniony, co z kolei spowodowało opóźnienia w posuwaniu
się oddziałów nieprzyjacielskich w głąb lasu.
Także pierwsze trzy dni operacji "Sturmwind II" (18 - 21 czerwca)
upłynęły na mniejszych potyczkach, minowaniu dróg i ścieżek oraz na
powolnym posuwaniu się jednostek niemieckich. Sytuacja zmieniła się
diametralnie 21 czerwca.
W dniu tym z rozkazu mjra Markiewicza podległe mu oddziały AK i BCh
opuściły swoje miejsca postoju i w przeciągu całego dnia ruszyły do
obozu por. Konrada Bartoszewskiego "Wira", rozbitego w pobliżu
leśniczówki Trzepietnik na północ od Aleksandrowa, który jednocześnie
wyznaczono na miejsce koncentracji całości zgrupowania.
Manewr koncentracji sił AK i BCh zbiegł się w czasie z podjęciem przez
Niemców akcji ofensywnej od południa na Borowiec, Błonie i Osuchy. Na
szczęście jednak utrzymujące linię Tanwi plutony BCh wsparte oddziałkami
samoobrony zdołały utrzymać swoje pozycje.
W ciągu 21 czerwca do walki włączyło się również zgrupowanie partyzantów
sowieckich, które próbowały wyjść z okrążenia w pod Osuchami. Już
rankiem tego dnia niewiele brakowało, aby siły ppłka Prokopiuka, dopięły
swego i wyrwały się z pierścienia okrążenia. Połączonym oddziałom
Prokopiuka, Kunickiego i Karasiowa udało się zdobyć wieś i mostek na
Tanwi. Jednak kiedy przystępowały one do przeprawy, cały odcinek stanął
w artyleryjskim ogniu zaporowym. Co prawda partyzanci odpowiedzieli
ogniem swojego działa i moździerzy, jednak Niemcy szybko ściągnęli na
zagrożony odcinek odwody, co ostatecznie pogrzebało szanse na przeprawę
przez rzekę.
Po tym fiasku oddziały sowieckie, w ciągu dnia przemaszerowały w rejon
Huty Różanieckiej i znów pokusiły się o przerwanie pierścienia, lecz i
tym razem bezskutecznie. O świcie 22 czerwca powróciły do swojego
pierwotnego obozowiska.
Tymczasem zgrupowanie Armii Ludowej w godzinach popołudniowych zwartą
kolumną przemaszerowało z lasu Maziarze, przez Puszczę Solską w rejon
Górecka Kościelnego z zamiarem przebicia się na zachód do Lasów
Janowskich. O świcie 22 czerwca oddziały AL okopały się w rejonie
gajówki "Za Oknem", dowództwo zaś na wieść, że w pobliżu znajduje się
sztab majora "Kaliny", postanowiło wystosować do niego propozycję
połączenia wysiłków, które ten ostatni odrzucił.
Wcześniej mjr Markiewicz na czele oddziałów BCh "Rysia" oraz oddziałów
AK "Topoli" i "Woyny" zamierzał dokonać wypadu na Tereszpol, w celu
usunięcia stamtąd wojsk nieprzyjaciela. Jednak w związku z tym, że
ludność wsi nie zdołała umknąć w las i bojąc się odwetu niemieckiego na
mieszkańcach, major odwołał atak i zarządził odpoczynek po całonocnym
marszu.
Tymczasem na odpoczywających żołnierzy od północy, ruszyły oddziały
niemieckie, skutkiem czego oddział "Woyny" musiał przyjąć walkę.
Jednocześnie na położone w bezpośrednim sąsiedztwie stanowiska
zgrupowania AL, posypał się grad ognia z dziesięciu baterii
zainstalowanych w Józefowie, Tereszpolu, Aleksandrowie i Biłgoraju.
Po przygotowaniu artyleryjskim do ataku przeszła piechota niemiecka, z
początku od zachodu, a następnie od północy i południa. Zajęta przez
oddziały AL pozycja znalazła się na przedpolu przygotowanego natarcia
niemieckiego, zaś wzdłuż traktu Biłgoraj - Józefów kierowało się
uderzenie rozcinające sił ekspedycyjnych.
Wobec takiego obrotu sprawy i rosnących strat wśród szeregów alowców,
por. Edward Gronczewski "Przepiórka", dowódca 5 kompanii 1 Brygady AL,
otrzymał rozkaz przesunięcia swoich stanowisk na wschód, poza bagno,
gdzie skierowano również rannych i tabory. Niestety Niemcy zauważyli ten
ruch i otworzyli gęsty ogień z karabinów maszynowych i artylerii. Straty
wśród rannych oraz taborowych były bardzo poważne i tylko nieznaczną
część taboru i szpitala udało się uratować. Podczas przeprawy przez
bagno zginęła także spora część dowództwa. Od ognia niemieckiego zginęli
wówczas: dowódca 9 kompanii, por. Aleksy Szymański "Bogdan", dowódca 2
kompanii kpr. Franciszek Zięba "Januszek" i dowódca Brygady im. Wandy
Wasilewskiej kpt. Szelest. W takcie wspomnianego manewru zgrupowanie AL
uległo podzieleniu. Część oddziałów podjęła marsz na północ, cześć zaś z
powrotem, na południe. Główne siły o stanie około 400 ludzi pod
dowództwem kpt. Borkowskiego "Wicka", nocą z 22 na 23 czerwca bez
rezultatów, próbowały znaleźć lukę w niemieckim pierścieniu okrążenia.
Sukces przyniosło dopiero uderzenie 5 kompanii por. Gronczewskiego
"Przepiórki", który w późnych godzinach wieczornych 23 czerwca,
skierował swój oddział do ataku na stanowiska niemieckie, wsparty ogniem
reszty oddziałów. Gronczewskiemu udało się dotrzeć do linii i rozbić
znajdujące się tam stanowiska nieprzyjaciela. Wykorzystując to
powodzenie większość oddziałów AL wyszło poza kordon obławy. Część
jednak nie dokonała tej sztuki i po przejściu na południe, wzięła udział
w końcowej fazie zmagań poza Osuchami.
Równocześnie z bojem oddziałów AL, walkę prowadziło zgrupowanie mjra
"Kaliny". Zaatakowany jako pierwszy, oddział "Woyny" wycofując się pod
naporem nieprzyjaciela dotarł, wspólnie z dowódcą zgrupowania do
Trzepietnika, gdzie znajdowała się już większość oddziałów.
Wyjątkiem były dwa oddziały BCh "Burzy" i "Błyskawicy", które w tym
czasie znajdowały się jeszcze w marszu. Wcześniej, drogą telefoniczną,
całe zgrupowanie zostało postawione w stan pogotowia, a część sprzętu
zakopano i zaminowano.
Po przybyciu oddziału "Woyny" z miejsca więc przystąpiono do dalszego,
forsownego marszu. W straży przedniej poszedł oddział por. Steglińskiego
"Corda", w celu zabezpieczenia przejścia przez drogę Józefów -
Aleksandrów. Dzięki temu posunięciu oddziały BCh i AK mogły bezpiecznie
przyjść przez ten trakt, który niemal natychmiast po przejściu
partyzantów został zamknięty siłami nieprzyjaciela.
Mjr Markiewicz skierował podległe sobie siły, w kierunku gajówki
Dębowce. Marszowi kolumny towarzyszył stale ogień nękający artylerii
niemieckiej, której baterie znajdowały się w Józefowie i Aleksandrowie.
Wieczorem, 22 czerwca 1944 r., z nowego miejsca postoju w Karczmiskach
nad rzeczką Sopot, został nadany ostatni meldunek radiowy Inspektoratu
Zamojskiego do Komendy Okręgu Lublin.
Wówczas także, na odprawie mjr Markiewicz podjął decyzję o przebijaniu
się zgrupowania, następnej nocy, na północ - w rejonie Pardysówki i
Hamerni. Dodatkowym atutem tego kierunku wydawała się być obecność w
tamtym rejonie oddziałów sowieckich ppłka Prokopiuka i mjra Karasiowa,
którzy przez całą noc z 22 na 23 czerwca, próbowali bezskutecznie
przebić się przez linie niemieckie. Rankiem 23 czerwca, ubezpieczenia
batalionu BCh "Rysia" zameldowały o zbliżaniu się nieprzyjaciela od
północnego - wschodu. Major "Kalina" rozkazał swoim oddziałom przejść na
lewy brzeg Sopotu, wyznaczając na zabezpieczenie przeprawy oddział por.
"Woyny".
Na nowym miejscu postoju, do majora "Kaliny", dotarli sowieccy dowódcy,
którzy złożyli propozycję przebijania się przez pierścień obławy
połączonymi siłami. We wspólnej naradzie wzięli udział: po stronie
polskiej - mjr Markiewicz i rotmistrz Mieczysław Rakoczy "Miecz",
natomiast po stronie sowieckiej - ppłk Prokopiuk i mjr Karasiow.
W wyniku narady ustalono, że wspólne przebicie nastąpi nad Tanwią, pod
miejscowością Kozaki. Jednocześnie ppłk Prokopiuk zadeklarował wsparcie
lotnictwa radzieckiego, które miało zbombardować odcinek niemieckiej
obrony, na którym zaplanowano przełamanie. Dowódcy sowieccy zobowiązali
się również do przysłania swoich oficerów łącznikowych, celem utrzymania
łączności. Tuż po polsko - sowieckich ustaleniach sztabowych, w
godzinach popołudniowych, niemiecka piechota wsparta czołgami,
zaatakowała zgrupowanie AK i BCh od północnego - wschodu. Tutaj
niezwykłą zaciętością wykazał się oddział por. "Woyny", który zatrzymał
piechurów wroga na przeprawie, niszcząc czołgi poprzez zastosowanie
"piatów" ze zrzutów RAF.
Jednak już wkrótce, Niemcy podciągnęli artylerię, z której niezwłocznie
rozpoczęli ostrzał polskich pozycji. Tak rozpoczęła się całodzienna
bitwa nad rzeką Sopot, bowiem bardzo szybko oddział "Woyny" wsparł "Cord",
a zaraz po nim "Ryś".
Mogła ona przynieść dla zgrupowania AK i BCh ocalenie, jednak
niezrozumiała decyzja "Kaliny" pozbawiła - jak się miało wkrótce okazać
- wszelkich szans na wyjście z okrążenia. Otóż po odparciu głównego
uderzenia na całej linii, nastąpił polski kontratak, nieprzyjaciel nie
dotrzymywał pola i zaczął się cofać. W tak korzystnym położeniu, o
godzinie 19.00, mjr Markiewicz wydał rozkaz przerwania natarcia i
nakazał zwinięcie oddziałów. Nad Tanwią miał zostać jedynie oddział
"Topoli".
Decyzja ta spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem niektórych dowódców
oddziałów, nalegali oni bowiem, by wykorzystując powodzenie iść dalej na
północ, w wolny od nieprzyjaciela teren. Do dziś snuje się wiele
domysłów na temat, tej i kilku innych problematycznych decyzji "Kaliny",
trudno rozstrzygnąć jakie motywy kierowały majorem, bowiem on sam nie
przeżył operacji Sturmwind II.
Tymczasem oddziały sowieckie, łamiąc poprzednie ustalenia i nie
powiadamiając polskiego zgrupowania, zwinęły obóz i podjęły marsz w
kierunku Borowca nad Tanwią. Późnym popołudniem, nie doczekawszy się
łączników ppłka Prokopiuka i po stwierdzeniu poprzez zwiad, że oddziały
sowieckie opuściły swoje miejsce postoju, mjr "Kalina" zarządził
pogotowie marszowe i skierował swoje oddziały ponownie w głąb Puszczy
Solskiej, jednak po przebyciu około 3 km kolumna ze względu na
wyczerpanie żołnierzy zmuszona była zatrzymać się.
Sowieci natomiast, na odprawie dowódców oddziałów, podjęli decyzję o
zorganizowaniu przełamania linii niemieckich na czterokilometrowym
odcinku rzeki Tanwi, pomiędzy miejscowościami Kozaki a Borowcem.
Najsilniejsze oddziały Karasiowa, Prokopiuka i Szangina utworzyć miały
grupy szturmowe, które miały iść w pierwszym rzucie, a których celem
było przełamanie linii niemieckich nad rzeką i osłona przeprawy reszty
zgrupowania. Drugie rzuty, z oddziałami konnymi Sankowa i Nadielina
miały obezwładnić punkty nieprzyjacielskie w głębi i torować drogę do
punktu zbiórki całości, na który wyznaczono wieś Gorajec. Zadaniem
trzeciego rzutu miała być osłona zgrupowania przed pościgiem. Podstawę
powodzenia planu stanowiło zaskoczenie i szybkości działania, Niemcy
mieli bowiem do dyspozycji silne odwody ruchome, co mogło pozwolić mu
bardzo szybko załatać wyłom. W rejonie walk oddziałów sowieckich
znalazły się także dwie grupy BCh "Pomsty" i "Grota", z których ten
ostatni do końca patrolował rzekę, natomiast część plutonu "Pomsty" wraz
z nim samym został porwany wirem walk przełamujących.
Niestety sztuka ta nie udała się zgrupowaniu AK - BCh, bowiem oddziały
"Kaliny" nie wzięły udziału w operacji przełamania niemieckiej obrony i
przeprawie przez rzekę. Do dziś jesteśmy skazani na domysły i zadajemy
sobie pytanie, dlaczego oficerowie łącznikowi Prokopiuka nie pojawili
się u mjra Markiewicza i dlaczego Sowieci nie zaczekali na dołączenie
polskiego zgrupowania. Najbardziej prawdopodobne jest wyjaśnienie, że
moment zaskoczenia Niemców był zbyt krótki, by była możność
przeprawienia się, bezpośrednio po sowieckich oddziałach. Nie zmienia to
jednak faktu, że rodzi się wiele wątpliwości, a istnieją poważne
podejrzenia, że Sowietom nie zależało zbytnio na ratowaniu polskich
partyzantów.
Tymczasem mjr "Kalina", pozbywając się wszelkich złudzeń co do ocalenia
zgrupowania wspólnie z oddziałami sowieckimi, wezwał swoich oficerów na
odprawę.
Wówczas to przedstawił kolejną koncepcję wyjścia z opresji. Według jego
pomysłu oddziały miały zaszyć się w głąb puszczy, okopać, a następnie
zaskoczyć nieprzyjaciela i kontratakiem przebić sobie drogę wyjścia poza
niemieckie linie.
Decyzja ta wywołała kolejny sprzeciw jego oficerów, jednak dowódca
pozostał przy swoim. W ciągu nocy zlikwidowano tabory, radiostację i
zbędny sprzęt. Rozdano żołnierzom resztę żywności, a ciężką broń
maszynową ukryto oraz zniszczono archiwum inspektoratu.
Rankiem zgrupowanie podjęło marsz w głąb lasów. Położenie partyzantów
stało się tragiczne, bowiem zmęczenie i brak snu, stawiały żołnierzy na
skraju wyczerpania. Sytuację pogarszał ulewny deszcz, nadmiar wody
bagiennej i niemiecki ogień artyleryjski. Beznadziejność położenia i
skrajne wyczerpanie fizyczne i psychiczne, oraz złe decyzje mjra
Markiewicza, spowodowały odłączenie się poszczególnych oddziałów od
zgrupowania. Postąpił tak oddział "Topoli", do którego dołączył pluton "Skrzypika".
Na kolejnym postoju, poza teren obozowiska wyszedł dowódca zgrupowania
mjr "Kalina" i już nigdy do niego nie wrócił. Według protokołów
sporządzonych z ekshumacji zwłok majora, uległ on załamaniu
psychicznemu, a ciało znaleziono przy tzw. "Bykowej Drodze" sto metrów
od spalonego samochodu.
Po tym tajemniczym zniknięciu "Kaliny", dowództwo nad zgrupowaniem
sześciu pozostałych oddziałów objął kpt. Rakoczy "Miecz", który podjął
decyzję o przebijaniu się przez rzekę Sopot, w rejonie Karczmiska.
Niestety natknięto się tu na silną obronę niemiecką, wobec czego por.
Konrad Bartoszewski "Wir" zaproponował, podciągnięcie zgrupowania w
okolice Osuch i podjęcie przez nie nocnego ataku na niemieckie pozycje w
tamtym rejonie. Głównym celem natarcia miało być osiągnięcie
"przeczesanego" już przez Niemców północnego kompleksu leśnego.
Inną koncepcję wysunął kpt. Rakoczy "Miecz", który zaproponował
podzielenie zgrupowania na dwie części i przedzieranie się ich przez
Sopot w dwóch, różnych miejscach. Ostatecznie wybrano do realizacji
pomysł "Wira", co spowodowało rezygnację kpt. Rakoczego z dowodzenia
zgrupowaniem i przekazanie go por. Bartoszewskiemu. "Wir" natychmiast
podjął próbę przebijania się pomiędzy Osuchami i Buliczówką. Około
godziny 22.00 kolumna forsownym marszem zwróciła się w stronę Osuch.
Powodzenie operacji zależało od czasu jaki pozostał partyzantom do
świtu, czasu który był potrzebny do rozpoznania i przygotowania
natarcia. W momencie gdy kolumna zbliżyła się w rejon Osuch, "Wir"
nakazał postój i zarządził odprawę dowódców oddziałów. Wówczas okazało
się, że kompania "Woyny", oddział "Błyskawicy" i część oddziałów "Rysia"
były opóźnione w marszu tak bardzo, że straciły kontakt z czołem
kolumny. Niezwłocznie wysłano patrole poszukiwawcze, które jednak
wróciły z niczym. Nieubłaganie zbliżał się świt 25 czerwca 1944 r., więc
nie można było dłużej zwlekać z decyzją.
Tak więc, oddziały "Corda", "Wira" i część oddziału "Rysia",
pozostawiając na miejscu łączników dla opóźnionych grup, osiągnęły skraj
lasu pod Osuchami na wysokości młyna. Nagle od strony Buliczówki dało
się słyszeć odgłosy toczonej walki, którą prowadziła opóźniona część
zgrupowania (kompania "Woyny" i część oddziału "Rysia"). Dalej na wschód
próbę przebicia się podjęły również oddziały "Topoli" i "Skrzypika".
Wszystkie one poniosły znaczne straty i tylko niewielkie grupy zdołały
przedrzeć się na północ.
W tym samym czasie por. Bartoszewski wysłał na rozpoznanie ppor. Makucha
"Kruka" z patrolem, który zaobserwował, że po południowej stronie Sopotu
nie było Niemców. "Wir" wydał rozkaz o natychmiastowym natarciu
prostopadle do rzeki. Oddziały "Cord" i "Wira" oraz dwa plutony oddziału
"Rysia" rozwinęły się do natarcia.
Od razu po przejściu Sopotu rozległy się strzały. Od stanowisk
nieprzyjaciela partyzantów dzieliło zaledwie 100 - 150 metrów. Mimo
bardzo silnego ostrzału z broni maszynowej i granatników, pod osłoną
zboża oddział "Wira" zdołał dotrzeć do stanowisk nieprzyjaciela i po
zlikwidowaniu napotkanych tam gniazd oporu dokonał wyłomu w jego
liniach.
Znacznie trudniejsze zadanie czekało oddział "Corda", który mimo
wszystko, po dotarciu do niemieckich linii obronnych i po zaciętej walce
wręcz, zdołał się wydostać poza obławę w rejonie Krzywej Górki. Straty w
ludziach były jednak bardzo poważne.
Po udanym ataku oddział skierował się na szosę Osuchy - Hamernia i
przekroczyły ją bez trudu. Wówczas to, ranny już dość poważnie "Cord",
podjął decyzję o powrocie po swoich rannych, pozostawionych w ukryciu.
Na zachód od oddziałów "Wira" i "Corda", nacierała część oddziału BCh
"Rysia". Grupa ta, wpadła niestety w odległości około 100 metrów od
pozycji wroga na pole minowe. Od wybuchów min zginęło kilku bechowców, a
co gorsza zdradziły one zamiary Polaków. Wobec takiego obrotu sprawy,
partyzantom pozostał jedynie szybki atak. Niestety obrona niemiecka w
tym miejscu była bardzo silna, bowiem wzmocniona została moździerzami i
artylerią. Ogień zaporowy był tak silny, że zmusił partyzantów do
wycofania się na pozycje wyjściowe, przy bardzo dużych stratach.
Równie dramatycznie zakończyła się walka oddziałów BCh "Burzy" i
"Błyskawicy". Żołnierze tych oddziałów, zdołali dotrzeć co prawda do
rzeki i przełamać pierwszą linię obrony, to jednak nie starczyło im sił
na to, aby wyrzucić Niemców z drugiej linii. Tylko część żołnierzy na
czele z ppor. Wolańskim "Igorem" zdołała wyjść z okrążenia.
Reszta, której ta sztuka się nie udała, wycofała się na uroczyska
Maziarze.
W tym samym czasie kompania sztabowa por. "Woyny" uderzyła na pozycje
wroga z impetem przełamując pierwszą linię obrony. Oddział tyralierą
wbił się w pozycje obronne nieprzyjaciela, dotarł do drugiej, a
następnie do trzeciej linii, zainstalowanej przez Niemców w lesie
Bieńkowskie, który był celem partyzantów. Tutaj jednak napotkano na
bardzo zacięty opór, a gdy niemieckim jednostkom przyszły w sukurs ich
oddziały odwodowe, przeciwnicy zwarli się w walce wręcz. Wobec
bezwzględnej przewagi liczebnej wroga, walka ta zakończyła się niemal
doszczętnym wybiciem oddziału partyzanckiego.
Porucznik Haniewicz został osaczony przez Niemców pośrodku pola żyta.
Ostrzeliwał się do końca, najpierw z karabinu maszynowego a następnie z
pistoletu ręcznego i granatami. Niemcy rozwścieczeni tak długim oporem z
jego strony obrzucili porucznika granatami. Wokół jego ciała znaleziono
później kilkadziesiąt lejów po wybuchach.
Przez ten sam wyłom, którym wydostały się resztki oddziałów "Wira" i "Corda",
poza pierścień obławy zdołały przejść również pododdziały 1 Brygady AL.,
a także oddział "Janowskiego" i przybyłe nieco później plutony BCh "Bruchalskiego"
i "Visa".
W dniach 26 - 29 czerwca oddziały niemieckie wspólnie z własowcami płka
Dolla zajmowały się już tylko likwidacją pojedynczych punktów oporu.
Bilans operacji "Sturmwind II" jest tragiczny.
Na terenie uroczyska Maziarze zostały zniszczone najbardziej
doświadczone i zahartowane w boju oddziały AK i BCh Inspektoratu Zamość.
Większość źródeł straty polskich oddziałów "Kaliny", szacuje na około
400 zabitych. Spotkać się jednak można ze znacznie większą liczbą
poległych, opiewanych na około 500 zabitych, w tym 300 żołnierzy AK.
Ujętych partyzantów, Niemcy osadzili w specjalnie utworzonych na
potrzeby operacji obozach w Biłgoraju i Tarnogrodzie.
4 lipca przeprowadzono egzekucję 65 schwytanych partyzantów w lesie Rapy
niedaleko Biłgoraja.
Najcięższe straty poniosły oddziały "Topoli", "Woyny", "Rysia",
"Błyskawicy" i "Burzy".
Znacznie przetrzebiona została kadra oficerska i dowódcza, bowiem w
walce polegli: Inspektor AK Zamość mjr Markiewicz "Kalina". Dowódcy
oddziałów: por. Kryk "Topola", por. Haniewicz "Woyna", por. Stegliński "Cord",
A. Wróbel "Burza", W. Małysz "Szczerba" (zastępca "Rysia"), por.
"Dzierżyński" oraz J. Mazur "Skrzypik". Zginęli również: Kwatermistrz
Inspektoratu Zamość - Wiktor Przyczynek "Bór". Zastępca komendanta
Odwodu AK Biłgoraj - por. Józef Wójcik "Mały".
Ciężkie rany odnieśli: por. Gołębiowski "Irka" i ppor. dr Ludwig Kopeć
"Radwan". Poza tym ogromne były także straty, wśród pobliskiej ludności
cywilnej, bowiem Niemcy zabili łącznie 509 osób cywilnych, niszcząc przy
tym 8 wsi oraz osadzili w obozach około 12 000 ludzi. Straty niemieckie
oblicza się na około 700 zabitych.
Klęska zgrupowania AK - BCh w Puszczy Solskiej doczekała się wielu
sprzecznych ze sobą ocen. Największe kontrowersje budzą oczywiście
rozkazy wydawane przez mjra "Kalinę" i jego taktyka. Jak pokazał los
zgrupowania sowieckiego i alowskiego, przy zastosowaniu odpowiedniej
taktyki, wyjście z okrążenia było możliwe, przy znacznym zmniejszeniu
strat. Pięciodniowe cofanie się w głąb puszczy, jak miało się wkrótce
okazać, skazało oddziały AK i BCh praktycznie na zniszczenie.
Wiele kontrowersji budzi również zachowanie ppłka Prokopiuka, który
wbrew wcześniejszych porozumieniom z majorem Markiewiczem, nie wysłał do
niego swoich oficerów łącznikowych z wieścią, iż jest możliwość wyjścia
z okrążenia. W operację "Sturmwind I i II" zaangażowano
siły aż trzech dywizji Wehrmachtu, których obecność na chwiejącym się
froncie wschodnim była natychmiast potrzebna. Poza tym zadano
nieprzyjacielowi bardzo poważne straty w ludziach.