W amerykańskiej armii służy blisko 300 tysięcy kobiet. Statystycznie, co
trzecia z nich do końca swojej dwuletniej służby zostanie co najmniej raz
zgwałcona. Nie przez wrogich partyzantów, lecz kolegów z wojska. LaVena Johnson
miała 19 lat, gdy w lipcu 2005 roku zginęła w bazie Balad w Iraku. Jej ciało
było w tragicznym stanie: połamany nos, wybite zęby, ślady brutalnego gwałtu,
nadpalone kwasem narządy płciowe, poparzenia ogniem, przestrzelona głowa. Do
zapuszczonego namiotu, w którym znaleziono jej zwłoki, prowadziła krwawa smuga
rozciągnięta na piasku. Wojskowi prokuratorzy rozpoczęli śledztwo, zadali kilka
pytań. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Sprawa zamknięta, konkluzja:
samobójstwo. Johnson najpierw się pobiła, potem zgwałciła, podpaliła, a na końcu
przyłożyła sobie karabin do potylicy i pociągnęła za spust. Po wszystkim
dociągnęła się po ziemi do namiotu. Podobnych „samobójstw" przytrafiło się w
amerykańskiej armii w ostatnich latach co najmniej kilkanaście. Bujać to my,
panowie szlachta.
Przypadek młodej LaVeny jest skrajnie brutalny i absurdalny. Właśnie
dzięki temu doskonale obrazuje podejście amerykańskiego establishmentu
wojskowego do problemu przemocy wobec kobiet w armii: udawać, że nic nie
śmierdzi. Za wszelką cenę - udawać.
Seks-rzeź
Tymczasem woń zepsucia już dawno temu powinna wykrzywić dowódcom i politykom
twarze w bolesnym grymasie. Statystyki opracowane Wydziału ds. Weteranów są
zatrważające: co trzecia Amerykanka w armii pada ofiarą gwałtu, a 90% doświadcza
jakiejś formy molestowania. Siedem na dziesięć żołnierek cierpiących na syndrom
stresu pourazowego (PTSD) nosi w sobie wspomnienia o pohańbieniu lub
napastowaniu przez towarzysza broni. Ale to dopiero początek koszmaru. -
Statystyki wskazują, że jeśli zostałaś zgwałcona w wojsku raz, spotka cię to tu
znowu i znowu - powiedziała reporterom BBC kongresmenka Loretta Sanchez
zajmująca się sprawami armii. Temat seksualnego wykorzystywania kobiet w
amerykańskich siłach zbrojnych był przez lata zupełnie nieobecny w debacie
publicznej. Poważne głosy w tej kwestii pojawiły się dopiero po rozpoczęciu
konfliktów w Afganistanie i Iraku. Ciężar prowadzenia dwóch wojen na raz zmusił
Pentagon do zdecydowanego otworzenia się, mimo wielu oporów, również na rekrutów
płci pięknej. Tych nie brakuje; zachęcone patriotycznymi uczuciami, zewem
przygody, sensownym wynagrodzeniem i perspektywą opłaconych studiów po
dwuletniej służbie panie masowo zaciągają się w szeregi armii. W rezultacie dziś
co siódmy amerykański żołnierz to kobieta. Nigdy wcześniej tak wiele z nich nie
stacjonowało w koszarach na terenie USA i za granicą. Nigdy wcześniej tak wiele
z nich nie było gwałconych. Zdarza się to podczas patroli, ćwiczeń, kąpieli czy
w drodze do latryny przy „akompaniamencie" generatorów prądu zagłuszającym
wezwania o pomoc.
Temat musiał w końcu wypłynąć na powierzchnię. Niektóre z pokrzywdzonych kobiet
odważyły się publicznie opowiedzieć o swoich przeżyciach. Inne historie zostały
wyśledzone przez dziennikarzy. Światło dzienne ujrzały artykuły opisujące walkę
żołnierek z prymitywnym samczym popędem, niekiedy przemieniającą się w prawdziwą
walkę o życie, jak pokazuje przykład LaVeny. Powstało wiele stowarzyszeń
pomagających ofiarom i domagających się zmian w armii. W rezultacie w 2005 roku
wprowadzone drobne reformy, które miały zagwarantować Amerykankom więcej
prywatności: chcąc skorzystać z medycznej i psychologicznej pomocy, nie muszą
już zawiadamiać o gwałcie swoich dowódców. Wprowadzono także szkolenia w
zapobieganiu i samoobronie podczas ataków na tle seksualnym.
Efekty niestety na razie są mierne. W zeszłym roku Amerykanki zgłosiły prawie 4
tysiące gwałtów dokonanych na terenie baz wojskowych - najwięcej w historii.
Szacuje się jednak, że to tylko dziesiąta część prawdziwej liczby takich
przestępstw.
Lepiej siedź cicho
W 2006 roku w Afganistanie Marti Ribeiro popełniła duży błąd - odłożyła na bok
swój karabin, z którym nie powinna się rozstawać nawet w bazie i poszła na
papierosa. Wtedy ktoś zaatakował ją od tyłu, zaciągnął za warczący generator
prądu i zgwałcił. Gdy powiedziała o tym dowódcy, usłyszała, że jeśli wniesie
skargę, zostanie postawiona przed sądem polowym za pozostawienie broni bez
nadzoru, a gwałciciel i tak się wszystkiego wyprze. - To byłoby moje słowo
przeciwko jego, a oni nie mieli zamiaru uwierzyć mi - opowiadała BBC. Marti
postanowiła więc nie składać pozwu. Podobnie postępują tysiące upokorzonych
żołnierek. Wojsko jest środowiskiem, w którym solidarność, braterstwo i siła są
wartościami nadrzędnymi. Złożenie donosu, nawet na gwałciciela, to w oczach
wielu mundurowych sprzeniewierzenie się najświętszym zasadom. W krótkim czasie
kobieta-ofiara, która przełamie ciszę, stanie się obiektem szykan i gróźb,
straci szansę na awans. Przyzna się, że nie potrafiła się obronić i będzie
musiała pogodzić się z łątką słabeusza. Zdominowany przez mężczyzn świat armii
wyrzuci ją poza margines, gdzie służba ojczyźnie zamieni się w torturę, gehennę
wstydu i żalu. Ponownie zostanie ofiarą. Ale może być jeszcze gorzej. W
amerykańskiej prasie szeroko komentowano przypadek Suzanne Swift, która doniosła
na gwałcącego ją sierżanta i odmówiła ponownego wyjazdu do Iraku w jego
jednostce. Karę poniosła ona - za dezercję stanęła przed sądem wojskowym i
trafiła na miesiąc do więzienia. Mężczyzna został tylko upomniany. Gwałt i próba
gwałtu nie są nawet jasno zdefiniowane w amerykańskim prawie wojskowym. W
efekcie militarne trybunały ferują czasami bardzo niezrozumiałymi wyrokami.
Lotniczka Cassandra Hernandez miała zostać grupowo zgwałcona podczas zabawy
przez swoich trzech kolegów. Gdy jednak odmówiła składania przeciwko nim zeznań
przed sądem, dowództwo pozwało ją za picie alkoholu przed ukończeniem
pełnoletności i „nieprzyzwoite zachowanie". Groził jej rok więzienia, ale
skończyło się na karze dyscyplinarnej i zapisie w aktach. Rzekomi gwałciciele
nie musieli odpierać żadnych zarzutów prokuratora. Bezkarność sprawców jest
groteskowa. Połowa śledztw w sprawie przemocy seksualnej w armii zostaje
umorzona. Śledczy nie lubią robić kłopotów chłopcom, którzy „przecież służą
państwu", jak usłyszała jedna z ofiar od swego dowódcy. Niecałe 11% dochodzeń
kończy się przed trybunałem, jednak większość stwierdzonych sprawców otrzymuje
tylko wyroki zawieszenia, reprymendy lub degradacji. Wielu winnych bez większych
problemów awansuje w przyszłości. Bardzo wymowny jest fakt, że nawet skazani
gwałciciele po śmierci otrzymują wojskowy pogrzeb z wszelkimi honorami.
Nieumiejętność lub niechęć amerykańskiej armii do przełamania męskiej
nietykalności może poważnie rzutować na jej skuteczność. Na polu bitwy zaufanie
do kompanów jest niezbędne. Tylko dzięki niemu można efektywnie wykonywać
zadania wymagające współpracy, od prowadzenia ostrzału po rozbrajanie min.
Żołnierka, która czuje się zagrożona przez własnych rodaków, traci część
potencjału bojowego. Biorąc pod uwagę coraz większą liczbę kobiet w wojsku, może
to być duża strata. Niemałym paradoksem jest to, że kraj walczący o „serca i
umysły" obcych narodów na własne życzenie zachowuje w swych siłach zbrojnych
ludzi zdolnych do gwałcenia własnych koleżanek. Jeśli potrafią zrobić coś
takiego, to co powstrzyma ich przed „zabawieniem się" kosztem przypadkowej
Afganki lub Irakijki? One tym bardziej nie doniosą na nich do dowódcy.
Światełko?
Kongres USA regularnie debatuje nad problemem gwałtów w armii. Dyskusje jednak
na niewiele się zdadzą bez zmiany w myśleniu. Dojrzeć musi przede wszystkim
postawa dowódców, którzy przymykają oczy na ekscesy swoich podopiecznych lub
sami biorą w nich udział. Dr Keye Whitley, dyrektorka Biura Do Spraw
Zapobiegania i Odpowiadania na Ataki Seksualne (SAPRO) przy Sekretarzu Obrony
twierdzi jednak, że pewna poprawa następuje. - Coraz więcej dowodzących kieruje
takie sprawy do trybunałów wojskowych - powiedziała dziennikarzom. A co mogą
zrobić pohańbione żołnierki? Powody, by milczeć, są liczne, nakładają się na
siebie i piętrzą tworząc swoistą wieżę rozpaczy, w której wiele kobiet zamyka
się w samotności. Równanie jest proste. Jeśli będą siedzieć cicho, mogą ocalić
karierę i oszczędzić sobie innych kłopotów. Mimo to, jest jeden silny argument
za tym, by głośno wykrzyczeć swoją skargę. Gdy pierwsze Amerykanki w mundurach
zdecydowały się opowiedzieć o gwałtach, USA zaczęło mówić o tym problemie. Kiedy
dołączyły do nich kolejne kobiety, ludzie władzy musieli wprowadzić chociaż
drobne zmiany. Kiedyś tych głosów może być tyle, że nie oprze im się nawet
najtwardszy wojskowy beton. Skorzystają na tym nie tylko żołnierki. .

Amerykanie są jak dziwka, im więcej ją bijesz, tym bardziej cię kocha.
- Józef Stalin
