Zimą 1945 r. rozpoczęła się ewakuacja Prus Wschodnich i
Pomorza po nieodpowiedzialnej decyzji Furera, ułatwiającej proces czystek
etnicznych w całe Europie Centralnej i zmian granic pod dyktat i na korzyść
ZSRR. Flota niemiecka miała wziąć główny ciężar całej akcji ewakuacyjnej. Mimo
ataków radzieckiego lotnictwa i łodzi podwodnych oraz kosztem ogromnych
ofiar, na pokładach okrętów Kriegsmarine i pod ich eskortą
wywieziono z prowincji zajmowanych przez Armię Czerwoną ponad 2 miliony osób.
Ewakuacja trwała jeszcze w pierwszych dniach maja 1945. Tuż przed pełną,
bezwarunkową kapitulacją Niemiec, pomimo licznych kontrakcji radzieckiego
lotnictwa, okręty nawodne Kriegsmarine wywiozły z Kurlandii, Helu, ujścia Wisły
i Świnoujścia - kilkadziesiąt tysięcy ludzi, głównie żołnierzy. Ewakuacja była
słabo skoordynowana. Większość ludzi kierowała się w stronę morza, skąd liczyli,
że uda im się dostać na jakiś statek płynący na
zachód. Masy ludności zapełniły
zaśnieżone mazurskie drogi. Wypędzeni szli w iście żółwim tempie. Dziennie
pokonywali jedynie 30 kilometrów. Pochody, co parę kilometrów zatrzymywały się,
aby wpuścić z bocznych dróg włączające się wozy. Słychać było coraz głośniej
odgłosy frontu. Uciekano ku Wiśle, Gdańskowi i Elblągowi. W kilka dni później i
ta droga ucieczki została odcięta przez wojska radzieckie. Pozostało tylko udać
się w kierunku Zalewu Wiślanego z nadzieją, że zjawi się jakiś statek, na który
uda się dostać. Maszerujący na swojej drodze napotykali koszmarne widoki
pozamarzanych ludzi w tym dzieci. Niestety zapowiadanych statków nie było.
Pozostał marsz przez Zalew Wiślany ku mierzei. Wśród uciekającej ludności byli
liczni robotnicy przymusowi a także jeńcy wojenni. Morderczego marszu nie
wytrzymało wielu Francuzów, Włochów oraz jeńców radzieckich. Zalew Wiślany
wyglądał jak pobojowisko. Jak wspomina jeden z uciekinierów kolumna wozów
musiała się zatrzymać gdyż jak się okazało niemieckie lodołamacze dostały rozkaz
wytyczenia toru wodnego aby można było ewakuować z Elbląga torpedowce. Nie
wszyscy jednak zdecydowali się na taki marsz. Wielu ludzi postanowiło zostać na
ziemi, która należała do nich od pokoleń. Z obawą oczekiwania
nadejścia wojsk radzieckich. Rosjanie, gdy tylko wkraczali na zdobyte ziemie
gwałcili, grabili, palili i plądrowali. Tradycyjnie po wkroczeniu do każdej
mieściny, spalano całe centrum, rynek lub budynki administracyjne. Tak płonęły
wszystkie
miasta i miasteczka na całym wówczas niemieckim wybrzeżu. Zaraz przed
rozpoczęciem ofensywy radzieckiej Prusy Wschodnie liczyły około 2, 3 mln
mieszkańców. Z tej liczby ewakuowało się około 1,4 mln ludzi, około 0,5 mln
wcielono do
Wehrmachtu i Volkssturmu. Ogółem w marcu 1945 roku na ziemiach Prus Wschodnich
pozostało około 400.000 ludzi, które na mocy postanowień jałtańskich wysiedlono
i przetransportowano do rosyjskiej strefy okupacyjnej.
Oprócz cywili i żołnierzy na pokładach statków wywożono cenne archiwa, depozyty
bankowe, dzieła sztuki. Z powodu niewielkiej eskorty transporty te były narażone
na ataki radzieckich łodzi podwodnych. 21 stycznia 1945 r. Karl Dönitz wydał
rozkaz rozpoczęcia operacji "Hannibal" - ewakuacji personelu szkolnych flotylli
okrętów podwodnych z Gdyni i Piławy. Zadanie to miało wykonać kilka statków,
wśród których największymi były "Wilhelm Gustloff" (25 484 BRT), "Hansa" (23 130
BRT), "Hamburg" (22 117 BRT) oraz "Deutschland" (21 046 BRT). Statki te miały
ewakuować od końca stycznia 1945 r. do początku lutego cały personel 2 Szkolnego
Dywizjonu Okrętów Podwodnych (2. Unterseeboots-Lehr-Division) oraz jego
wyposażenie. Powodem tej ewakuacji były szybkie postępy armii radzieckiej
kierującej się w stronę Gdyni i Gdańska. Tego samego dnia rozkaz dotarł do
dowództwa 2.ULD. "Gustloff" i "Hansa" otrzymały rozkaz opuszczenia portu w ciągu
najbliższych 48 godzin.
30 stycznia 1945 r., z portu w Gdyni odbija liniowiec "Wilhelm Gustloff". Na
pokładzie wiezie tysiące Niemców z Pomorza i Prus Wschodnich, którzy w panice
uciekają przed nadciągającą Armią Czerwoną. Już przy załadunku dzieją się
dantejskie sceny. Statek oficjalnie może przewieźć 1,8 tys. pasażerów, ale na
pokładach upchnięto ich przeszło 10 tys., w tym kilka tysięcy dzieci. Morze jest
niespokojne i gdy liniowiec wychodzi z portu, pasażerów dotyka choroba morska.
Toalety zatykają się natychmiast, a pokłady wypełnia trudny do zniesienia odór.
Mimo wszystko z ludzi schodzi napięcie. Statek ma zawieźć ich do spokojnej
Kilonii, daleko od złowrogich Rosjan.Statek zbudowany został w hamburskiej
stoczni firmy Blohm und Voss w 1937 roku. Miał 208 m długości i wyporność ponad
25 tys. BRT. Posiadał 4 silniki MAN i rozwijał prędkość 15,5 węzła. Jak
przystało na statek pasażerski posiadał 221 kabin dwuosobowych oraz 239 kabin
czteroosobowych. Nazwę zawdzięcza jednemu z przywódców NSDAP Wilhelmowi
Gustloffowi który został zabity w 1936 roku. Wodowanie Gustloffa odbyło się z
pełną pompą przy udziale samego Hitlera. Sam wódz miał zresztą na statku swój
osobisty apartament. Od 10 września 1939 roku, po małej przebudowie, zmienił
swoje przeznaczenie z pasażerskiego, który zabierał na pokład ok. 1465 osób, na
statek szpitalny. Od 1940 roku statek stał się bazą szkoleniową dla załóg
okrętów podwodnych II U-boot Leer Devision która znajdowała się w Gdyni. Tę
funkcję sprawował Wilhelm Gustloff do stycznia 1945 roku, kiedy to nagła
ofensywa wojsk radzieckich zmusiła Niemców do ucieczki z Prus. Statek stał się
więc jednym z wielu okrętów flotylli, której zadaniem była ewakuacja na Zachód
około 2,5 mln niemieckich uciekinierów. 21 stycznia kapitan statku Friedrich
Petersen, otrzymał rozkaz by przygotować Gustloffa do ewakuacji uchodźców.
Zaokrętowano ok. 3700 marynarzy z II Dywizjonu Szkoleniowego Okrętów Podwodnych,
kilkuset rannych żołnierzy, dziewczęta ze służby pomocniczej marynarki oraz
kilka tysięcy cywilnych uciekinierów. Nie jest znana dokładna liczna osób,
które zamierzały uciec statkiem do Niemiec. Według oficjalnego raportu na statku
miało się znajdować ok. 6050 osób. Jest to jednak liczba zaniżona. Wielu
uciekinierów przekupywało marynarzy, by tylko dostać swoją szansę ucieczki. Mówi
się o liczbie 8000 osób. 29 stycznia statek nie mógł opuścić portu, gdyż był tak
przeładowany, iż wezwano na pomoc pogłębiarkę. Wyruszył następnego dnia wraz z
eskortą składającą się ze statków Lowe, TF-19, T-36 oraz dwóch innych
statków pasażerskich Oceana i Hansa. Do portu powróciła Hansa po awarii steru
oraz TF-19, który nie nadążał za konwojem. Około godziny 20 Wilhelm Gustloff
został dostrzeżony przez radziecki okręt podwodny S-13, którym dowodził kapitan
Aleksander Iwanowicz Marinesko. W godzinę później, gdy statek znalazł się około
20 mil od brzegu, S-13 odpalił torpedy. Pierwsza z nich osiągnęła cel 8 minut
później, rozrywając poszycie dziobu. Druga zniszczyła mostek kapitański. Trzecia
trafiła w maszynownię. Czwarta torpeda utknęła w rurze wyrzutni. Na zewnątrz
panowała temperatura około 18 stopni Celsjusza. Każdy, kto dostał się do wody
zamarzał w ciągu kilku minut. Mimo, że Gustloff posiadał kilkanaście łodzi
ratunkowych, ze statku uratowało się zaledwie 1252 osoby. W śród nich byli trzej
dowódcy Friedrich Petersen, Heintz Koller oraz Harry Weller. Wilhelm Gustloff
zatonął w ciągu 63 minut zabierając ze sobą na dno od 5000 do 7000 ofiar, w tym
70 pełnych obsad niemieckich U-bootów. Ciała jeszcze przez wiele miesięcy
wyrzucało morze na polskie wybrzeże. Do 1947 roku grzebano je na cmentarzu
witomińskim. Wrak motorowca Wilhelma Gustloffa spoczął na głębokości 48 m w
odległości 19 mil morskich od Łeby. Historia nie oszczędziła również samego
wraku, który został wielokrotnie plądrowany i grabiony. Na początku lat 50-tych
nad wrakiem kotwiczyły radzieckie jednostki ratownicze, które dokonały dzieła
zniszczenia (nieoficjalnie poszukiwano wywiezionej z Królewca Bursztynowej
Komnaty). W połowie lat 50-tych Polska Ratownictwo Okrętowe podjęła nieudaną
próbę podniesienia Gustloffa.
Mimo zatopienia "Wilhelma Gustloffa" ewakuacja z Gdyni i Piławy nie została
wstrzymana. 9 lutego 1945 r. port w Piławie opuścił transportowiec wojska "Steuben".
Był on pięknym dwukominowym "pasażerem" zbudowanym w 1923 r. przez
szczecińską stocznię Vulcan. Statek posiadał długość 168 m, szerokość 19,8 m
oraz zanurzenie 8,5 m. Na pokładzie znajdowały się eleganckie kajuty, sala
balowa, bar oraz palarnia papierosów. Statek ten zbudowano w szczecińskiej
stoczni w 1922 roku. Początkowo nosil on nazwę Munchen, potem zmieniono ją w
1931 roku na Generał von Steuben, by w 1938 roku skrócić ją do Steuben.
Początkowo pływał on jako statek pasażerski na liniach Nord German Lloyd.
Posiadał wyporność około 14 666 BRT, mierzył 168 m długości, jego prędkość
wynosiła 15 węzłów. W 1930 roku statek doznał uszkodzeń podczas rejsu do Nowego
Yorku. Po remoncie zmieniono jego nazwę nadając mu imię niemieckiego
generała walczącego o niepodległość Ameryki Generał von Steuben. Od 1939 r.
Steuben pełnił rolę okrętu-bazy, podobnie jak Wilhelm Gustloff. Począwszy od
1944 r. używany jako transportowiec wojska i statek szpitalny. Statek dostarczał
świeżo sformowane oddziały wojska z zachodnich portów w Niemczech do baz w
rejonie Zatoki Gdańskiej, a w drogę powrotną zabierał rannych żołnierzy. 9
lutego Steuben wyruszył z Piławy w kolejny rejs do Świnoujścia w eskorcie
torpedowca T-196 i poławiacza torped TF-10. Oba okręty niezbyt nadawały się do
zadań eskortowych i przez wojnę pełniły zadania pomocnicze. Wieczorem 9 lutego
konwój ruszył z prędkością 12 w, zygzakując, w kierunku otwartego morza,
portem docelowym miało być Świnoujście. Statek miał na pokładzie 2000 rannych,
230 pielęgniarek, 30 lekarzy i 1000 uchodźców cywilnych. O godz. 20.15, na
wysokości Rozewia, transportowiec został wykryty przez sowiecki okręt
podwodny S-13 (ten sam, który zaatakował Wilhelma Gustloffa). Pierwszy atak
został udaremniony przez T-196, ale radziecki dowódca nie dał za wygraną i
ruszył w pościg za oddalającym się statkiem. Po czterech godzinach S-13 dogonił
transportowiec i zajął pozycję do ataku. O godz. 0.50, dwie torpedy trafiły
Steubena. Pierwsza na wysokości pomostu, druga w rejonie kotłowni. Po 2-3
minutach zaczęły eksplodować kotły, a statek stanął w płomieniach i po 7
minutach
zatonął w pozycji 54°41' N i 16°51' E. Torpedowiec T-196 zdołał uratować
zaledwie 300 żołnierzy, reszta pasażerów zginęła. S-13 uszedł pogoni. Jedne ze
źródeł podają, że w tragedii tej zginęło ok. 2000 żołnierzy, 350 lekarzy i
pielęgniarek
oraz ok. 1000 cywilów. Za swoje zasługi zatopienie Wilhelma Gustloffa oraz
Steubena dowódca okrętu S-13 Aleksander Iwanowicz Marinesko otrzymał 13 maja
1945 roku Order Czerwonego Sztandaru.
Goya był frachtowcem zbudowanym w Oslo w 1942 roku, a zakupionym na potrzeby
Kriegsmarine w 1943 roku. Jego wyporność wynosiła 5230 BRT. Rozwijał prędkość do
18 węzłów. Od początku swojej służby pełnił rolę statku-bazy, na
którym przygotowywały się załogi U-bootów. Goya stacjonował w miejscowości Memel,
we Wschodnich Prusach. Od 1945 roku Goyę wykorzystywano jako transportowiec do
ewakuacji niemieckich uciekinierów z Prus Wschodnich na Zachód.
W swoich wcześniejszych 4 rejsach statek ten przewiózł bezpiecznie około 20 000
osób.
Późnym wieczorem 16 kwietnia 1945 r. radziecki okręt podwodny "L-3" znalazł się
na pozycji bojowej na północ od Rozewia. Tutaj miał przeprowadzić patrol
atakując napotkane statki handlowe. Noc była spokojna, wiał lekki wiatr,
widoczność
wynosiła od 1 do 2 Mm. Nagle ciszę na mostku przerwał hydroakustyk meldując
wykrycie, na skraju zasięgu urządzenia, szum pracujących śrub okrętowych. Siedem
lub osiem jednostek w tym jedna duża, zameldował. Dowódca kmdr ppor.
Wladimir Konowałow wydał rozkaz - płyniemy na zbliżenie. Od samego ranka na
redzie Helu gromadziły się statki i okręty mające uczestniczyć w konwoju
ewakuacyjnym na zachód. Kotwice rzuciły transportowiec "Goya" (5230 BRT), statek
"Mercator" (4661 BRT), stary parowiec "Kronenfels" (2834 BRT) oraz mały
tankowiec wody "Ägier" (676 BRT). Z portu wojennego i rybackiego kursowały w ich
kierunku kutry, promy, łodzie, barki oraz statki żeglugi przybrzeżnej przewożące
na pokłady transportowców tysiące uchodźców, rannych a także wojskowych. Ten
dzień jak poprzednie przyniósł trzy ataki lotnictwa radzieckiego w wyniku,
których lekko został uszkodzony transportowiec "Goya". Eskortę konwoju miały
zapewnić dwa trałowce "M 256" (typ 1939Mob) z 8 flotylli oraz "M 328" (typ 1940)
z 25 flotylli. Organizacyjnie wchodziły w skład 9 Dywizji Zabezpieczenia. Okręty
te należały do nowoczesnych jednostek wcielonych do służby kolejno w 1942 i 1944
roku. Na ich wyposażeniu znajdował się dość duży zestaw środków wykrywania
okrętów podwodnych. Podstawowym środkiem hydroakustycznym był tzw. S-Gerät
składający się z dużej ilości odbiorników umieszczonych poniżej linii wodnej.
Potrafił on zlokalizować szumy pochodzące m.in. ze śrub okrętowych. Kolejnym
aparatem był pasywny wykrywacz dźwięków KDB (Kristalldrehbasisgerät) umieszczony
w stępce. Jeszcze innym był NHG (Nautische Horchgerät) składający się z
mikrofonów umieszczonych na obu burtach poniżej linii wodnej. Ich zadaniem było
wykrywanie szumu układu napędowego śrub wystrzelonych torped, co pozwalało na
wykonanie manewru unikowego. Jako broń przeciwko okrętom podwodnym trałowce
posiadały po około 10 bomb głębinowych gotowych do natychmiastowego odpalenia z
miotaczy burtowych. System biernej ochrony otrzymał także transportowiec "Goya",
na którym umieszczono instalację hydrolokacyjną. Jednakże została ona uszkodzona
podczas nalotu kilka godzin przed wypłynięciem w morze. Powróćmy jednak do
sytuacji w porcie. Kilkugodzinny załadunek ludzi na transportowce został
zakończony po godzinie 18.00. Na pokładzie "Goyi" znalazło się według różnych
szacunków około 7000 ludzi. Zostali oni rozlokowani we wszystkich możliwych
pomieszczeniach, ładowniach, korytarzach i na pokładzie głównym. Na "Mercatorze"
znalazło się około 5000, na "Kronenfels" 2500 ludzi. Także na tankowiec "Ägier"
i na dwa
trałowce eskorty zaokrętowano uchodźców i wojsko. Około 19.00 konwój uformował
szyk i skierował się na pełne morze. Prędkość zespołu wynosiła 11-12 węzłów tzn.
osiągała maksymalną prędkość najwolniejszej jednostki konwoju parowca
"Kronenfels". Należy tutaj zauważyć że sam transportowiec "Goya" mógł rozwijać
aż 18 węzłów ci przewyższało prędkości nawodne radzieckich okrętów podwodnych.
Dowództwo Kriegsmarine rozważało użycie samego szybkiego
transportowca w eskorcie trałowców, lecz chęć ewakuacji jak największej liczby
ludzi przesądziła o włączeniu w skład konwoju powolniejszych statków. Docelowym
portem miało być Świnoujście. Pogoda był dość dobra, bardzo dogodna do ataku
okrętu podwodnego. Po opuszczeniu Zatoki Gdańskiej konwój skierował się szlakiem
żeglugowym na północny zachód. Na wysokości Rozewia miała nastąpić zmiana kursu
na zachodni. Radziecki okręt podwodny dowodzony był przez kmdr ppor. Konowałowa,
asa floty podwodnej. Był to jego 8 rejs bojowy na "L 3". Po wykryciu szumu śrub
dowódca ogłosił alarm bojowy i nakazał
wykreślenie kursu na zbliżenie. Okręt skierował się z prędkością 8 węzłów na
południowy wschód. Po przepłynięciu kilku mil morskich, okręt ustawił się na
pozycji umożliwiającej ucieczką po ataku na otwarte morze. "L 3" rozpoczął
oczekiwanie na zbliżający się konwój. Na cel wzięto największą jednostkę konwoju
transportowiec "Goya". Około 23.52 oficer torpedowy odpalił 4 torpedy. Dwie były
celne. Statek zaczął płonąć. Pierwsza torpeda trafiła w dziób, druga w
śródokręcie i zniszczyła maszynownię. Statek tonął a wraz z nim kilka tysięcy
uwięzionych pod pokładem ludzi nie mających szans na wydostanie się ze
śmiertelnej pułapki. Kilka minut później o 24.00 "Goya" pogrążyła się w wodzie.
Według
niektórych źródeł zginęło wówczas 6666 ludzi. Uratowano zaledwie 334 osoby.
Tymczasem "L 3" rozpoczął oddalanie się na pełne morze. Pomimo ataków trałowców
bombami głębinowymi osiągnął bezpieczny akwen. Wkrótce także zaczął
kontynuować patrol bojowy m.in. bezskutecznie atakował konwój na Zatoce
Gdańskiej 21 kwietnia 1945 roku. Za swój wyczyn Władimir Konstantinowicz
Konowałow otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Wrak transportowca
"Goya"
spoczął na głębokości 73 metrów na północ od Rozewia.
Jeden z dowcipów krążący w 1945 roku w Armii Czerwonej, mówił; Pierwszy rzut
odbiera zegarki, tak cenione przez rosyjskich żołnierzy, drugi zajmuje się
kobietami, a trzeci rabuje to, co zostało. Piechur wchodzący do
nieprzyjacielskiego
miasta nie ma czasu na dziewczyny, musi ścigać nieprzyjaciela. Ci, którzy idą w
pierwszej fali, mają zaledwie dość czasu, żeby pozbierać" zegarki i biżuterię.
Drugi rzut, który wspiera natarcie, już się tak nie śpieszy i żołnierze mogą bez
pośpiechu poszukać dziewczyn. Ci, którzy idą w trzeciej fali, nie znajdują już
kosztowności ani nietkniętych kobiet, ale przeczesują miasto i napychają walizki
męskimi oraz damskimi ubraniami. Rosyjskie szaleństwo umocniło determinację
grenadierów ludowych i żołnierzy Volkssturmu, szykujących się do stoczenia
ostatniej bitwy w wojnie na terenie Europy. Wszystkie przekazy mówią o masowych
egzekucjach jeńców, które często poprzedzały tortury. Tak było w Żaganiu, w
którym Niemcy, wiedząc o wymordowaniu ludności cywilnej, wybili sowieckich
jeńców ciosami łopatek i karabinowych kolb. W Prusach Wschodnich gen. Rendulic
zapowiedział dowódcom pułków i batalionów, że ponoszą odpowiedzialność za
opuszczenie każdej "piędzi ziemi". Pewnego kapitana rozstrzelano za wycofanie
się o dwa kilometry. Powołano lotne sądy doraźne, aby oczyścić tyły. Każdego
żołnierza, złapanego na zapleczu, jeśli nie był ranny, natychmiast sądzono i
rozstrzeliwano. W Gdańsku młodych żołnierzy obrony przeciwlotniczej stracono za
udanie się z wizytą do rodziców. Specjalne oddziały SS buszowały na tyłach w
poszukiwaniu prawdziwych i urojonych dezerterów. Ze strachu przed
nadciągającym ze Wschodu żołdactwem uciekło 8 mln ludzi. To, czego jesienią 1944
r. doświadczyły Prusy Wschodnie, było niczym w porównaniu z wydarzeniami do
jakich doszło w zimie. W czasie przerażającej ewakuacji, prowadzonej w
mroźnych temperaturach, przeszło 2 mln ludzi zmasakrowano w szczególnie
bestialski sposób. Kolumny uciekinierów ostrzeliwano z broni maszynowej i
miażdżono gąsienicami czołgów. Całe rodziny palono żywcem w ich domach. Kobiety
gwałcono i krzyżowano na drzwiach stodół. Dzieci wrzucano do świńskich koryt.
Klęska zwyciężonych była wymowna, oprócz strat ludzkich, Niemcy w większości
usunęli się w głąb Rzeszy, pozostawiając wszystko co mieli swoim nowym panom
Rosjanom i zwycięskiej Armii Czerwonej.