Rok 1966 był decydujący jeśli chodzi o określenie narzędzi i metod walki w Wietnamie. Stało się jasne, że nie jest to zwykła wojna. Mimo, że Armia Wietnamu Płn. była armią konwencjonalną, nie walczyła według podręcznikowych reguł, przedkładając infiltrację i zasadzki ponad regularne bitwy. Ten sposób walki określany jest jako wojna terytorialna w której nie ma ściśle ustalonej linii frontu czy bezpiecznych stref na tyłach. Dla sił amerykańskich przeszkolonych głównie na wypadek atomowej batalii w Europie Centralnej, wojna terytorialna okazała się prawdziwym szokiem. Należało więc jak najszybciej znaleźć środki zaradcze.
31 grudnia 1965 roku siły amerykańskie i południowowietnamskie przyjęły plan kampanii która zakładała wyparcie komunistów z obszarów wokół Sajgonu, centrum Delty Mekongu, baz morskich Qui Non oraz Na Dang, dlatego, że te tereny miały się stać późniejszymi bazami dla głównych operacji ofensywnych. Było to ciężkie zadanie które gen. Westmoreland starał się wypełnić jak najlepiej mimo, że w tym okresie czasu dysponował zbyt małą ilością żołnierzy amerykańskich. Wojsk południowowietnamskich nie można było użyć do tych akcji, gdyż w tym okresie czasu armia południowowietnamska charakteryzowała się wysokim stopniem zdemoralizowania i skorumpowania. Wszelkie zamiary amerykańskie, aby używać wojsk amerykańskich tylko do staczania regularnych bitew z armią Wietnamu Płn., spełzły na niczym, przynajmniej dopóki armia południowego Wietnamu. nie odzyska pełnej wartości bojowej. Wszelki więc ciężar toczenia wojny ponosili Amerykanie i ich nie wietnamscy sojusznicy. Z tego powodu do Wietnamu ciągle napływali nowi żołnierze, których liczebność w roku 1966 wyniosła 390 000 ludzi. Gdy siły amerykańskie przybyły do Wietnamu, znalazły się w bezpośredniej strefie działań wojennych i z tego też powodu często musiały oddawać inicjatywę. Np. w ICTZ marines przez pierwsze trzy miesiące nie opuszczali terenu własnych baz. Bardziej znaczące akcje miały miejsce w III CTZ i właśnie tam stopniowo wypracowywano odpowiednią strategię. Dla obu walczących stron celem podstawowym był Sajgon i drogi prowadzące do niego. Chociaż siły amerykańskie rozpoczęły rok od przygotowania baz i stworzenia łączności, to przeprowadziły jednak kilka akcji ofensywnych na znane bazy Wietkongu. Wkrótce stało się jasne, że zaatakowani w swoich bazach żołnierze Wietnamu Płn. czy Wietkongu chętnie stawali do walki, w której jednak górowali Amerykanie dysponując przewagą szybkości przemieszczania się ludzi i siłą ogniową. Płk George S. Patton (syn sławnego generała z II wojny), tak określił tę taktykę: "Znaleźć skurwysynów a następnie wytłuc".
Przewaga Amerykanów zaczęła zaznaczać się dopiero wyraźniej w maju i czerwcu 1966 r. w czasie operacji El Paso, którą prowadziła 1 Dywizja Piechoty przebywająca w Wietnamie od czerwca 65 r. W sierpniu wywiad amerykański zaobserwował wzrost liczebności wrogich wojsk w związku z czym podejrzewano niebezpieczeństwo przeprowadzenia przez komunistów ofensywy, skierowanej przeciwko obozowi sił specjalnych w Suoy Da. 196 Brygada Piechoty dowodzona przez generała Edwarda H. De Saussure'a miała właśnie to sprawdzić. Operacja miała nazwę Attleboro.

Operacja Attleboro 14.09.-24.11.1966
składała się z dwóch faz. Pierwsza rozpoczęła się 14 września. Żołnierze zostali przerzuceni na zachód od plantacji kauczuku Michelina Don Dien (patrz załączona mapka) na obszar porośnięty dżunglą i wysoką do ramion trawą. Żołnierze nawiązali sporadyczny kontakt z nieprzyjacielem, i kontynuowali poszukiwania w dręczącym upale, odkrywając tunele, ziemianki z zapasami i pojedyncze egzemplarzy broni. Prawdziwy przełom nastąpił dopiero na początku października, kiedy Amerykanie zostali przerzuceni nieco na południe do Dau Tieng. Natrafiono tam na olbrzymie zapasy ryżu, soli, amunicji, co skłoniło dowództwo amerykańskie do rozpoczęcia operacji "przeszukiwania i niszczenia" z zaangażowaniem sił co najmniej wielkości brygady. To właśnie rozpoczęło drugą fazę operacji Attleboro.

De Saussure otrzymał nowe rozkazy 1 listopada. Do tego czasu można było ustalić na podstawie informacji sił specjalnych, że 9 Dywizja Piechoty idzie na południe do Dau Tieng, co mogło oznaczać tylko jedno - przygotowanie do natarcia na Suoi Da, gdzie aktywnie działał zwiad komunistyczny. Dowództwo zdecydowało przerzucić jeden batalion amerykański na lądowisko między Don Dien a Suoi Da, zaś pozostałe bataliony miały dojść do niego pieszo zwalczając znajdujące się w okolicy oddziały Wietkongu. Wczesnym rankiem 3 listopada kompania B z 1 Batalionu mjr. Guy'a Meloya wylądowała na lądowisku na zachód od plantacji Don Dien. O 9.22 zameldowali. że teren jest czysty i kompania C 2 rzutu może spokojnie lądować. Śmigłowce Huey nadleciały o 10.30 lecz gdy zaczynały siadać Wietnamczycy rozpoczęli huraganowy ogień z broni maszynowej. Wyskakujący ze śmigłowców żołnierze zaczęli padać przyduszeni ogniem, niezdolni nawet zobaczyć nieprzyjaciela. Kompania B zaklinowana między kompanią C a siłami Wietkongu poniosła również dotkliwe straty. Gdy Meloy wezwał na pomoc lotnictwo i artylerię ostrzał nieco osłabł i mógł on wraz z kompanią A wylądować, ale było jasne, że nie uda mu się zbyt daleko posunąć. W rzeczywistości ludzie musieli wytrwać na lądowisku cały dzień, aby dopiero pod osłoną nocy wycofać się na pozycję obronne. Wietkong nie wykorzystał przewagi, umożliwiając Meloyowi wznowienie operacji 4 listopada. Wojsko wysłano na północny wschód w poszukiwaniu sprawców ataku. Zgodnie z planem z południa nadchodził 4 batalion 31 pułku piechoty. Kompania C wkroczyła na teren idealnie stworzony do zasadzki - ścieżka zwężała się a widoczność spadła do 10 m. Stało się to co nieuniknione. Wg własnych słów Meloya: "Nagle stało się niezwykle cicho, a już w następnej sekundzie rozpoczęła się istna kanonada. Gdy przednie plutony wyszły na czoło Wietkong mógł strzelać do nich jak do kaczek, na dodatek nie tylko z broni maszynowej ale również z moździerzy. Ranny Meloy próbował przez radio sklecić jakąś odpowiedź na niespodziany atak.
De Saussure wydał rozkaz 2 batalionowi 27 pułku piechoty, aby nacierał od wschodu. Również wpadł w pułapkę Wietkongu, tracąc cały pluton wraz z oficerem dowodzącym. Zasadzka przekształciła się w bitwę w której Amerykanie okazali się stroną słabszą. Gdy dzień się kończył, a posiłki amerykańskie nie mogły się przebić Wietkong wyszedł z ukrycia i próbował falowych ataków, które powstrzymane zostały tylko i wyłącznie za pomocą precyzyjnego ognia artylerii.
O świcie 5 listopada dowodzenie operacją Attleboro został przekazane w ręce De Puy'a. W tę największą do tej pory operację wojny wietnamskiej zaangażowano ponad 22 tys. żołnierzy. 9 Dywizja Wietkongu wycofała się do Kambodży.
Attleboro oficjalnie kontynuowano do 24 listopada, jednak jej sukces był trudny do określenia: 9 Dywizja Wietkongu zostawiła na polu bitwy 1106 zabitych, przechwycono ogromne ilości zaopatrzenia. Amerykanie stracili jednak 155 poległych i 494 rannych, a jedna z formacji nie sprawdziła się w walce. W ostatecznym rachunku fakt znacznego uszczuplenia i odepchnięcia sił Wietkongu można uznać mimo wszystko za sukces.

Operacja Bolo 02.01.1967
Dowódcy lotnictwa amerykańskiego w Wietnamie wielokrotnie występowali do zwierzchnich władz politycznych o zezwolenie na dokonanie nalotów na bazy MiG-ów wokół Hanoi - w Phuc Yen, Kep, Gia Lam, Kien An i Cat Bi. Jednak prezydent Johnson odmawiał zgody. Oznaczało to, że jedynym sposobem wyeliminowania nieprzyjacielskich samolotów, było wywabienie ich w powietrze i strącanie w walce, w której warunki dyktować mieli Amerykanie.

W grudniu 1966 roku, charyzmatyczny dowódca 8 taktycznego skrzydła myśliwskiego, tzw. "Stada Wilków" - płk. Robin Olds - został wezwany do bazy dowództwa 7 Amerykańskiej Sił Powietrznych w Wietnamie, aby ten problem przedyskutować. Wynikiem dyskusji była operacja "Bolo" - ofensywny rajd myśliwski na bazy MiG-ów, który miał sprowokować maszyny nieprzyjacielskie do samobójczej walki.
Celem zaskoczenia przeciwnika samoloty F-4C ze "Stada Wilków" ucharakteryzowano tak, aby na radarach północnowietnamskich wyglądały jak wykonujące zwykłą misję bombowce F-105 Thunderchief. Musiały one korzystać z tych samych punktów tankowania, latać z ta samą prędkością i na tej samej wysokości używać takich samych sygnałów radiowych i posiadać takie same urządzenia zakłócające pracę radarów co zwykłe Thunderchiefy. Swą prawdziwą tożsamość maszyny te utrzymywały w sekrecie, aż do momentu, gdy do akcji wkraczały MiG-i. Gdy to następowało, F-4C mogły wykazać się wyższą awioniką i, korzystając z rakiet naprowadzanych radarowo i termolokacyjnych pocisków, związać nepla walką, unikając jeśli tylko to możliwe bliskich spotkań z MiG-ami, które były zwrotniejsze od maszyn amerykańskich.
Zadanie wyciągnięcia MiG-ów w powietrze otrzymały "siły zachodnie" złożone ze "Stada Wilków" lecącego na Phuc Yen i udającego samoloty F-105. W tym czasie od wschodu miały podejść samoloty F-4C, należące do 366 taktycznego Skrzydła Myśliwskiego ("siły wschodnie") i objąć kontrolę nad Kep i Cat Bi, odcinając tym samym nieprzyjaciela od jego kryjówek w Chinach. Eskadry samolotów F-4 (których w sumie miało być 56) powinny pojawiać się w miejscu starcia z pięciominutowymi przerwami, nie dając MiG-om ani chwili wytchnienia. Zadanie unieszkodliwienia rakiet ziemia-powietrze powierzono dwudziestu czterem samolotom F-105F. Pod ręką znajdowały się też samoloty uzupełniające paliwo w powietrzu, jak również samoloty wczesnego ostrzegania.
Operacja BOLO opóźniła się. Kiedy Olds wyprowadził swe siły z Tajlandii, zdawał sobie sprawę z tego, że niebo nad Hanoi będzie zachmurzone. Znaczyło to, ze MiG-i będą mogły startować i lądować bez szwanku, a gdy dojdzie do bitwy, łatwo uciekną w chmury. Mimo wszystko udało się osiągnąć efekt zaskoczenia: kiedy Olds wyprowadził swe siły nad Phuc Yen, ok. 15,00 Wietnamczycy prawie nie zareagowali. Musiał zrobić dwa nawroty, zanim potwierdzony został kontakt radarowy, chociaż w tym konkretnym wypadku samolot nieprzyjacielski nie wyszedł z osłony chmur. Dopiero przy trzecim nawrocie doszło do walki. Do tego w miejsce starcia przybyła druga eskadra "Stada Wilków" dowodzona przez płk. Daniela James'a. Amerykanie związali się walką z wietnamskimi MiG-ami. Nie minęło więcej niż 15 minut, gdy 7 MiG-ów (prawie połowa myśliwców tej klasy będąca na stanie armii północnowietnamskiej), zostało zniszczonych przy zerowych stratach własnych. Był to wynik imponujący.

Zwycięstwa takie, były jednak rzadkością. Gdy kontynuowano bombardowania, w USA zaczęła narastać wobec nich silna opozycja. Prasa amerykańska dopuszczała się nawet zarzutów wobec głowy państwa, mimo wprowadzonych przez Johnsona ograniczeń w bombardowaniach, gdy okazało się, że mimo to, ginie co tydzień ok. 1000 osób cywilnych. Reakcją prezydenta było kolejne zawieszenie bombardowań w lutym, jednak gdy Hanoi po raz kolejny zignorowało ten gest, skierował on bombowce na cele położone bliżej dużych skupisk ludności. Jednak wzrastały straty wśród samolotów amerykańskich, co prowadziło do coraz większej krytyki poczynań rządu w kraju. Kiedy ze stanowiska sekretarza obrony R.McNamara zrezygnował w listopadzie, prezydent Johnson został praktycznie osamotniony - bez poparcia na kontynuacje operacji bombardowań. Jego osamotnienie stało się jeszcze bardziej widoczne podczas ofensywy Tet kiedy to zmasowane ataki połączonoych sił armii północnowietnamskiej i Wietkongu na terenie Wietnamu Południowego pokazały, że infiltracja Południa wcale nie została powstrzymana, jak głosiły rządowe komunikaty.
Ostatecznie Johnson 31 marca wycofał bombowce poniżej 20 równoleznika i zapowiedział, że nie stanie do wyborów prezydenckich. W odpowiedzi Hanoi trzy dni później wyraziło gotowość do przystąpienia rokowań w Paryżu. Po uzgodnieniu szczegółów 1 listopada 1968 Johnson wstrzymał wszelkie bombardowania na północ od strefy zdemilitaryzowanej (DMZ).

Operacja Hamburger 11.05.1969
Tuż po zakończeniu ofensywy Tet, na początku roku 1968, Amerykanie mieli zdecydowaną przewagę militarną. Komunistom nie udało się wtedy wywołać ogólnokrajowej rewolty, ponadto pod koniec lutego ponieśli wielkie straty w ludziach i musieli wycofać się do swoich przygranicznych baz. Dysponując 500 000 żołnierzy, Amerykanie mogli myśleć o operacjach ofensywnych skierowanych właśnie na te bazy.

Gen. Westmoreland pod koniec służby na stanowisku dowódcy MACV szczególnie interesował się doliną A Shau na dalekim krańcu prowincji Thua Thien w ICTZ. Ta dolina w masywie gór usytuowana blisko granicy z Laosem stanowiła naturalną drogę przenikania wojsk i zaopatrzenia dla komunistów na południu. Otoczona górami i porośnięta gęstą roślinnością dolina była wyjątkowo trudna do penetracji, zwłaszcza podczas pory monsunowej. Niegdyś ta dolina była w rękach amerykańskich, jednak po zaciętej bitwie w marcu 1966 r. przeszła w ręce komunistów, z czym gen. Westmoreland nie mógł się pogodzić. W celu odbicia doliny odbyły się dwie operacje: pierwsza pod kryptonimem Delaware w kwietniu 1968 i druga w sierpniu 1968 r. pod kryptonimem Równina Somerset. Wtedy 101 Dywizja wkroczyła do doliny i natknęła się od razu na problem zaopatrzenia. Obrona przeciwlotnicza wietnamska była strasznie silna na tym terenie, więc jedynym sensownym rozwiązaniem wydało się zbudowanie drogi wiodącej od wybrzeża na miejsce, aby uniezależnić się od zaopatrzenia ze śmigłowców. Do końca 1968 droga została przebita aż do wschodniej części doliny (długiej na 45 kilometrów), jednak aby posuwać się dalej trzeba było oczyścić teren z nieprzyjaciela. Przeprowadzono operacje Massachusetts Striker w wyniku której po trzydniowej bitwie zepchnięto komunistów do północno-wschodniego sektora doliny, wokół góry zwanej Ap Bia, która na mapach amerykańskich zaznaczona była jako wzgórze 937, później przezwane przez żołnierzy Hamburgerem. Położone blisko granicy z Laosem i wraz z sąsiadującymi wzgórzami 900 i 800, było porośnięte gęstą dżunglą: bambusem i plątaniną innej roślinności.
Bitwa o Wzgórze Hamburger była częścią większej operacji "Śnieg Apaczów", która zaczęła się 10 maja szturmem śmigłowców 101 Powietrznodesantowej, na północną część doliny A Shau. Bronił się doborowy 29 Pułk Armii Wietnamu Północnego. 3 Batalion 187 Pułku Piechoty pod dowództwem płk. Weldona Honeycutta wylądował bez przeszkód na lądowisku oznaczonym LZ2, około 2 km na mółnocny zachód od wzgórza 937 i przystąpił do intensywnych operacji zwiadowczych, przesuwając się w kierunku wzgórza i granicy z Laosem. Bliżej wzgórza ustanowiono stałe lądowisko i placówkę dowodzenia batalionem. Działania te nie wzbudziły żadnej reakcji ze strony armii północnowietnamskiej, wobec tego kompania B otrzymała rozkaz zdobycia szczytu.
Spadochroniarze tego oddziału wyruszyli o godz. 16.40 szlakiem wiodącym na południowy wschód od nowego lądowiska, który doprowadził ich w miejsce porośnięte gęstą dżunglą. Na początku szli zwiadowcy a za nimi z trudem objuczeni sprzętem żołnierze, omijając gęste przeszkody w postaci powalonych drzew i splątanej roślinności. Pod wieczór zostali przykryci gęstym ogniem z AK-47 i granatników oraz pocisków rakietowych. Wezwano na pomoc lotnictwo, a gdy zapadł zmrok, kompania zajęła nocne pozycje obronne. Rannych było tylko 3 ludzi, jednak rankiem blisko miejsca poprzedniej zasadzki Amerykanie znowu dostali ogień, zginęło 3 żołnierzy. Upewniło to wojsko amerykańskie, że nawiązano kontakt z większym ugrupowaniem nieprzyjaciela. Płk. Honeycutt dostosował swój plan do nowej sytuacji. Zawrócił kompanię C ze zwiadu wzdłuż rzeki Trung Pham i rozkazał jej i kompanii B przeprowadzenie ataku wzdłuż pasma górskiego, które kończyło się pomiędzy wzgórzem 900 a wzgórzem 937, zaś w tym samym miejscu kompania D miała posuwać się od północnej strony wzgórza. Celem akcji było takie ustawienie wszystkich 3 kompanii, aby mogły zaatakować szczyt już o świcie 13 maja. Niestety, okazało się to niemożliwe.

Kompanie wyruszyły 12 maja o 8.30 po uprzednim przygotowaniu terenu przez artylerię i lotnictwo. Zaczął się koszmar bliskich pojedynków i walki wręcz trwający z małymi przerwami przez 8 dni. 3 Batalion został w tym czasie znacznie nadszarpnięty poprzez straty w ludziach i upadek morale, a opór nieprzyjaciela nie słabł. Amerykanie na dodatek zostali sprytnie podprowadzeni pod zamaskowane bunkry, które nawet nie zostały draśnięte podczas przygotowania ogniowego terenu. Dzień po dniu kompania zbliżała się do bunkrów, atakowała je granatami, ogniem z karabinów maszynowych, działek, słowem wszystkiego co miała pod ręką, lecz za każdym razem została zmuszana do odwrotu zostawiając na polu bitwy zabitych i rannych, których trzeba jednak było ewakuować-marines nie zostawiają swoich kolegów nieprzyjaciołom. Do 15 maja kompania B była tak wyczerpana, że musiała ją zastąpić kompania D, sama w nie lepszym stanie po walkach stoczonych na północy.
Te straszne doświadczenia nie mogą równać się z tym co spotkało kompanię C wykonującą zadanie zdobycia wzgórza. Wciągnięci w zasadzkę Amerykanie w ciągu kilku minut stracili 2 zabitych i 35 rannych. Honeycutt nie miał innego wyjścia, jak tylko wycofać pozostałych przy życiu żołnierzy do placówki dowodzenia, wysyłając w ich miejsce kompanię A. Jej również nie udało się posunąć dalej, jak za linię bunkrów, które jak do tej pory nie poddawały się żadnej próbie zniszczenia.
Do 16 maja wszystkie ataki amerykańskie zostały zablokowane, a żołnierze coraz bardziej byli rozgoryczeni: płk. Honeycutt, domagający się coraz to nowych szturmów był przeklinany przez żołnierzy -Skoro ten sukinsyn chce tego wzgórza to niech sobie sam po nie idzie, nam ono nie jest potrzebne. Walki jednak nie ustawały. 17 maja 1 Batalionowi 506 pułku udało się zbliżyć do wzgórza 900, zaś 24 godziny później wyczerpane kompanie posunęły się na tyle, że można było pokusić się o zdobycie szczytu Hamburgera. Tym razem jednak sama pogoda uniemożliwiła wykonanie tego zadania. Rozszalała się burza, jedna z najgwałtowniejszych, które nawiedzają ten region. Atak wstrzymano.
W nocy 18/19 maja gen. Melvin Zais - dowódca 101, rzucił do walki trzy świeże bataliony. Oddziały wylądowały bez przeszkód i zajęły pozycje blokujące na płd-wsch i płn-wsch od Ap Bia. 20 maja wszystkie siły zaatakowały, okrążając wojska północnowietnamskie i odcinając je od baz w Laosie. W tym czasie ludzie Honeycutta kontynuowali atak na bunkry, stopniowo zdobywając je i zbliżając się do szczytu. O 16.55 walki wygasły.

Operacja La Drang 26.10-27.11.1965
28 lipca 1965 prezydent Johnson zapowiedział skierowanie Kawalerii Powietrznej do Wietnamu. Dywizja istniała niespełna od miesiąca. W skład jej wchodził personel eksperymentalnej 11 Powietrznej Dywizji Szturmowej oraz wydzielone jednostki 2 Dywizji Piechoty, od tej chwili traktowane jako kawaleria. Mimo krótkiego okresu szkolenia, dowódca gen.mjr. Harry W.O. Kinnard (patrz: dowódcy amerykańscy), rwał się do walki. Zamiarem gen. Westmorelanda był zamiar podziału dywizji i wysłania każdej z trzech brygad w inny rejon kraju; jednak Kinnard był w tej kwestii nieugięty. Uważał, że zasada airmobility polega na ścisłej integracji sił, która maksymalizuje efekt uderzeniowy. Ostatecznie przeważył pogląd Kinnarda.

Siły specjalne północnowietnamskiej armii polowej pod dowództwem gen Chu Huy Mana przygotowywały się do zajęcia prowincji Kontum i Pleiku, żeby następnie przebić się do wybrzeża i podzielić w ten sposób Wietnam Południowy na dwie części. Aby to się udało, armia komunistyczna musiała zniszczyć obozy amerykańskich sił specjalnych w Plei Me i Duc Co, otwierając sobie w ten sposób drogę do miasta Pleiku. Na odsiecz skierowano kolumnę zmechanizowaną armii południowowietnamskiej lecz wpadła ona w zasadzkę cztery mile na wschód od Duc Co. Po ciężkich atakach lotnictwa amerykańskiego AWP w końcu wycofała się, udało jej się zadać jednak olbrzymie straty obrońcom.
Obóz Plei Me został zaatakowany ponownie wczesnym rankiem 20 października. Po ciężkich walkach, w których ważyły się losy obrońców a szala zwycięstwa przechylała się na stronę wojsk północnowietnamskich, wreszcie 25 października przybyła z trudem zmontowana odsiecz. Oblężonej placówce udało się przetrwać jedynie dzięki odwadze i wyszkoleniu stacjonującego tam garnizonu Zielonych Beretów. Reakcja żołnierzy 1 Dywizji Kawalerii Powietrznej wywarła duże wrażenie na gen. Westmorelandzie, który 26 października dał Kinnardowi wolną rękę zmieniając charakter dywizji z regulująco-wspomagającego na zdecydowanie ofensywny. Kinnard odpowiadał teraz za większość prowincji Pleiku, Kontum i Bien Dinh, które znajdowały się w obrębie II strefy taktycznej korpusu.
Nieświadomi faktu, że atak na Plei Me jest dziełem regularnej armii północnowietnamskiej, żołnierze Kawalerii koncentrowali się na terenach na północ i wschód od obozu, mając nadzieję na to, że uda im się tam spotkać partyzantów Wietkongu wracających po walkach do rodzinnych wsi. Nie znaleziono wielu dowodów potwierdzających udziału wojsk północnowietnamskich, dlatego, że gen. Man nakazał swoim pułkom wycofanie się na zachód, do bazy Chu Pong, gdzie miały połączyć się z innymi, świeżymi siłami i ponownie zaatakować Plei Me.
Kontakt z nieprzyjacielem został nawiązany dopiero 1 listopada o godz. 7,20, kiedy to śmigłowce 9 Kawalerii zauważyły jakieś ruchy około 7 mil od Plei Me. Wezwano ciężkozbrojne śmigłowce i o godz. 8,00 wykonano atak grupowy na obiekt, który na amerykańskie nieszczęście okazał się szpitalem polowym AWP. W ręce amerykańskie wpadły jednak stosy dokumentów i sprzęt medyczny. Koncepcja airmobility zaczęła się sprawdzać.
Po zapoznaniu się ze zdobytymi dokumentami stało się jasne, że Kawaleria szukała niewłaściwego wroga w niewłaściwym miejscu. Kinnard podejrzewał, że rejon Chu Pong stanowi główną bazę armii północnowietnamskiej. 9 listopada polecił 1 Brygadzie swej własnej dywizji aby wraz z 3 Brygadą dowodzoną przez płk. Thomasa Browna przygotowała szturm na tereny zajęte przez komunistów. Dowodzenie batalionem objął ppłk Harold G.Moore. 14 listopada o świcie przeprowadził on lot nad wschodnią krawędzią Chu Pong (strona zachodnia znajdowała się już na terytorium Kambodży, a więc na terenie "poza zasięgiem" lotnictwa amerykańskiego) w poszukiwaniu dogodnych miejsc na lądowiska. Wybrał polanę zwaną później X-RAY. Po ostrzale rakietowym śmigłowce odchodziły do lądowania. Po przybyciu kompanii A i B obie formacje miały zostać wysłane na patrole w kierunku północnymi i północno-wschodnim. Przysłane później kompanie C i D miały bronić lądowiska i posuwać się na zachód.
Kompania B posuwała się według schematu: 1 Pluton z lewej 2 z prawej, a 3 z tyłu jako ubezpieczenie. O 14.25 1 Pluton natknął się na siły nieprzyjacielskie i wezwał pomoc. Dowódca akcji mjr Herren polecił 2 Plutonowi przemieszczenie się i nawiązanie kontaktu. W trakcie manewru żołnierze ci natknęli się na drużynę armii północnowietnamskiej. W pościgu wpadli pod ostrzał z prawej flanki. Po kilku sekundach pluton został otoczony. Herren pchnął 2 Pluton lecz wkrótce okazało się, że jest to starcie z dużymi, silnie uzbrojonymi formacjami wroga. Nadzorujący akcję Moore, wezwał lotnictwo i artylerię, zanim wysłał nowo przybyłą kompanię A aby wsparła Herrena. Wobec takiego rozwoju sprawy pchnięto w zagrożony rejon stacjonującą w An Khe kompanię 2 Batalionu 7 Pułku Kawalerii.
Na szczęście dla Amerykanów ogień nieprzyjaciela słabł pod ogniem artylerii i lotnictwa co umożliwiło przetransportowanie się na lądowisko X-RAY. Moore mógł teraz zorganizować obronę pozostawiając Kompanię C i D do utrzymania lądowiska i przegrupowując resztki Kompanii A i B do kolejnego ataku, który miał uwolnić otoczone jednostki. Rozpoczął się on o 16,20 lecz w huraganowym ogniu ludzie Moore'a zmuszeni zostali do odwrotu.
Moore rozkazał swoim kompaniom, aby wyszły poza rejon lądowiska w poszukiwaniu rannych i wietnamskich maruderów. Ci ostatni ciągle jeszcze zadawali ciosy - lecz po przysłaniu posiłków kryzys minął. Kawaleria straciła 79 zabitych i 123 rannych; potwierdzona liczba zabitych po stronie nieprzyjaciela wyniosła 634, lecz szacuje się, ze mogła przekroczyć 1000.
Nie był to jeszcze koniec kampanii Ia Drang. 17 listopada lądowisko X-RAY zostało opuszczone. Oddziały, które zluzowały batalion Moore'a otrzymały rozkaz wycofania się do lądowisk Columbus i Albany na wschodzie. , lecz zostały zaatakowane przez wojska północnowietnamskie z obu flanek, tracąc 41 zabitych. Walki trwały jednak całe popołudnie i wieczór.
W ciągu 33 dni ludzie Kinnarda, prezentując wszystkie zalety airmobility, zapobiegli głównemu atakowi sił Wietnamu Północnego na Wyżynę Centralną, zabijając 1519, raniąc 1178 i biorąc do niewoli 157 żołnierzy. Kosztowało to Dywizję Kawalerii Powietrznej 304 poległych i 524 rannych, jednakże Armia Wietnamu Północnego została zmuszona na pewien czas do wycofania się poza granice kraju, do Kambodży.

Operacja Khe Sanh 21.01-7.03
Amerykańska piechota morska w I Strefie Taktycznej (ICTZ), na południe od strefy zdemilitaryzowanej (DMZ) stopniowo rozciągała kontrolę nad obszarem 1600 mil kw. głównie wzdłuż skraju wybrzeża. Okazało się to jednak niewystarczające. Jeśli zamierzano utrzymać północne obszary Wietnamu Południowego, należało zablokować infiltrację Armii Północnowietnamskiej przez drogę nr 9 z Laosu.
Kluczowy obszar rozciągał się wokół wioski Khe Sanh - porośniętych dżunglą wzgórz w pobliżu granicy laotańskiej. Rozmieszczono tam oddziały Marines wspierane przez 175 mm działa z obsługą piechoty zlokalizowane w dwóch bazach ogniowych - obozie J.J.Caroll i Rockpile. Piechota morska częściowo przejęła bazę sił specjalnych na północny wschód od wsi Khe Sanh.
Zbudowana na niskiej wyżynie wokół pasa startowego baza bojowa Khe Sanh została szybko uznana przez obie strony za pozycję newralgiczną. Dla armii północnowietnamskiej zdobycie Khe Sanh oznaczałoby nie tylko zwycięstwo propagandowe, lecz także otwarcie prowadzącej na wybrzeże drogi nr 9. Marines traktowali ją jak skałę na drodze komunikacyjnej ekspansji. Baza ta miała pomóc utrzymać dotychczasowe zdobycze amerykańskie i była tajnym punktem wypadowym do rajdów oddziałów sił specjalnych na terytorium Laosu i Wietnamu Północnego. Dowództwo amerykańskie uważało, że jeśliby udało się wciągnąć armię północnowietnamską w regularną bitwę na terenie wybranym przez Amerykanów, można by ją zniszczyć w połączonym szturmie artyleryjskim i lotniczym. Aby te plany się jednak powiodły, Marines musieli zająć większe obszary niż wyżyna Khe Sanh - konieczne stało się rozszerzenie kontroli nad wzgórzami na zachód i północ od bazy. Najważniejsze było wzgórze 881 północne, 881 południowe i 861 (cyfry oznaczają wysokość w metrach), widoczne z wyżyny i górujące nad rzeką Rao Quan, skąd z płn.-zach. mógłby nadejść atak północnowietnamski. Gdyby komuniści zajęli te wzniesienia, znaleźliby się w idealnej pozycji do ostrzału Khe Sanh, uniemożliwiając tym samym dostarczenie posiłków i zaopatrzenie drogą powietrzną. Wiosną 1967 roku podczas walk o te wzgórza Marines udało się wedrzeć na nie wyprzedzając wojska północnowietnamskie. Khe Sanh wyglądała na bezpieczną.
Ponieważ wojska amerykańskie potrzebne były również na innym terenie, a bytności wojsk nieprzyjaciela nie stwierdzono, zmniejszono liczebność garnizonu, pozostawiając tylko liczbę żołnierzy w sile mniej więcej kompanii, na 881 południowym i 861. Mimo braku bytności nieprzyjaciela, Marines pracowali przy robotach fortyfikacyjnych: zbudowano bunkry i okopy, wzmocniono pozycje artyleryjskie i zmodernizowano pas startowy w Khe Sanh, aby mógł przyjmować samoloty transportowe. Jednak wywiad donosił o zwiększonej ruchliwości nieprzyjaciela, który koncentrować się zaczął za granicą z Laosem. Oznaczać to mogło tylko jedno - zamierzony atak na Khe Sanh. W styczniu 1968 garnizon otrzymał posiłki: trzy bataliony płk Dawida Lowndsa z 26 pułku piechoty morskiej. Zwiększono też liczbę patroli. Ustanowiono też dodatkowe placówki, które miały kontrolować dolinę rzeki Rao Quan. Przygotowywano się do oblężenia.
Amerykanie nie musieli długo czekać. 17 stycznia patrol odpowiadający za obronę wzgórza 881 południowego, wpadł w zasadzkę i został ostrzelany, a patrol który w dwa dni później udał się w to miejsce również został zaatakowany. Nieprzyjaciel wykorzystując mgły i monsunowe deszcze zajął 881 północne stwarzając zagrożenie dla pozostałych pozycji piechoty morskiej. Dowódca płk. Dabney zaatakował siły nieprzyjaciela trzema plutonami, jednak szybko zostały przygniecione ogniem; mimo to jeden z plutonów zdołał wedrzeć się na wzgórze. Mimo to walki trwały aż do wieczora. Gdy samoloty Marines zrzucały napalm i bomby na pozycje nieprzyjaciela, Dabney poprosił o posiłki. Zamiast tego otrzymał rozkaz wycofania się na wzgórze 881 południowe. Wyglądało to na decyzje co najmniej dziwną.
Jednak jak się później okazało płk. Lownds miał trochę szersze spojrzenie na sytuację, którego dostarczył mu dezerter z armii Wietnamu Północnego. Według jego informacji dwie dywizje Wietnamu Płn. właśnie szykowały atak na właściwą bazę Khe Sanh, a atak na wzgórza był tylko manewrem mającym za zadanie odwrócenie uwagi od sedna operacji. Oczywiście Lownds mógł podejrzewać, że celowo zostaje wprowadzony w błąd, jednak nie miał czasu zweryfikować tych informacji. Wszelkie wątpliwości rozwiały się jednak w nocy 21 stycznia. Tuż po północy około 300 Wietnamczyków zaatakowało wzgórze 861, przechodząc przez obronę Marines i zajmując lądowisko dla śmigłowców. Ludzie z Kompanii K szybko przeszli do kontrataku, aby odzyskać utracone pozycje, jednak kontratak stracił na znaczeniu, gdy nagle setki rakiet, i pocisków wszelkiego rodzaju zwaliło się na bazę bojową. Jeden z pocisków spadł na skład amunicji wzniecając olbrzymią eksplozję 1500 bomb, pocisków, granatów i nabojów. Śmigłowce stojące na pasie zostały zmiecione z powierzchni, poległo lub zostało rannych mnóstwo żołnierzy a wszędzie zapanował niebywały chaos. Pomniejsze wybuchy trwały jeszcze przez dwie doby.
Lownds znalazł się w sytuacji podbramkowej, gdyż przyszły również informacje, że nieprzyjaciel zaatakował również wioskę Khe Sanh, od południa. Amerykanie byli odcięci. Wojska północnowietnamskie zwarły siły i przystąpili do oblężenia, które miało trwać przez 77 dni. Pamiętać należy o tym, że w tym czasie trwała ogólnokrajowa ofensywa Tet, która miała wzniecić powstanie w całym kraju. Oblężeni nie mogli więc liczyć na szybkie wsparcie czy odsiecz.
"Oblężenie" - może być tutaj nawet niezbyt właściwym słowem, Amerykanie bowiem nie stracili możliwości dostawania zaopatrzenia i cały czas utrzymywali najważniejsze pozycje na wzgórzach na zachodzie i północy. Co więcej, było przez cały czas prowadzone regularne patrolowanie terenów poza obwodem obrony, dlatego oblężenie polegało głównie na nękającym ostrzale prowadzonym przez Wietnamczyków. Skutki tego bombardowania powinny być zastraszające - na bazę spadało średnio 2500 pocisków tygodniowo - na obszar dł. 1800 na 900 m. To, ze Amerykanie masowo nie ginęli od tej lawiny pocisków zawdzięczali siedzeniu w głębokich schronach i bunkrach. Wypracowano pewną taktykę: wraz z poranną mgłą rozprowadzano zaopatrzenie, gdy mgła opadła wchodzono do schronów, natomiast wieczorem wychodzono na patrole. Nie było to życie komfortowe, ale pozwalało przetrwać.

Mimo rozbieżności zdań o cel ataku na bazę Khe Sanh, nasuwa się pytanie, dlaczego Wietnamczycy mając na okolicznych wzgórzach 20 000 żołnierzy, nie przypuścili generalnego szturmu, którego Amerykanie się spodziewali. Odpowiedź stoi po właściwej reakcji wojsk amerykańskich. Prezydent Johnson za wszelką cenę starał się nie dopuścić aby Khe Sanh stało się drugim Dien Bien Phu. Cały czas działało zaopatrzenie: wywożono rannych i dostarczano nowych żołnierzy, mimo ostrzału wietnamskiego. Samolot musiał lądować zostać wyładowany i wystartować w ciągu 3!! MINUT. Cudów odwagi dokonywały załogi helikopterów dostarczających zaopatrzenie. Gdy wzrastała liczba ofiar wymyślono nowe techniki, z których najbardziej skuteczna okazała się "Super Gaggle" z wykorzystaniem lotnictwa do osłony lądującego zaopatrzenia.
Oblężenie kosztowało Amerykanów przynajmniej 205 zabitych i 852 rannych. Na miejscu starcia naliczono ponad 1600 ciał wroga. Liczba ta nie obejmuje ofiar nalotów którą szacuje się na ok. 10 000. Wojska północnowietnamskie poniosły tak olbrzymie straty, że skłoniło to USA do uznania Khe Sanh za jedno z większych zwycięstw wojny wietnamskiej.

Operacja TET 30.01-24.02.1968
W lipcu 1967 roku rząd północnowietnamski zwołał konferencję na wysokim szczeblu, poświęconą wojnie na Południu. Sytuacja nie wyglądała dla komunistów najlepiej, głównie z powodu amerykańskiego zaangażowania militarnego, w wyniku którego w ciągu dwóch lat wyraźnie osłabła infiltracja żołnierzy północnowietnamskich, a także wzrosły straty w ich szeregach. Jednak po bliższej analizie wyłoniły się dwa obszary potencjalnej słabości: z jednej strony nie udało się już dłużej ukrywać braku skuteczności większości oddziałów armii południowowietnamskiej osłanianych ogniem armii amerykańskiej; z drugiej zaś, opinia publiczna w USA przestała popierać tę wojnę.
Dwa te czynniki wystarczyły Północy do rozpoczęcia planów głównego ataku, który miał nadwyrężyć armię południowowietnamską, sprowokować zbrojne powstanie na Południu, poważnie osłabić prestiż USA, tak żeby zniknęły resztki poparcia dla wojny. Chociaż Wietnamczycy północni szukali również zwycięstwa militarnego, nie ulega wątpliwości, że cele ofensywy TET, były przede wszystkim polityczne.
Przygotowania do ataku rozpoczęto natychmiast. Przez Szlak Ho Szi Mina przerzucano żołnierzy i zaopatrzenie, w stan pogotowia postawiono również oddziały Wietkongu na Południu. Jednocześnie prowadzono operacje mające na celu odwrócenie uwagi Amerykanów od dużych miast i małych miasteczek - przyszłych głównych celów - poprzez stworzenie zagrożenia wokół oddalonych placówek takich jak Khe Sanh. Do okpienia Amerykanów używano też kanałów dyplomatycznych, udając gotowość do negocjacji pokojowych. Wreszcie wybór "Tet" - czyli wietnamskiego Nowego Roku - okazał się celowy: żołnierze południowowietnamscy powinni być w tym czasie na urlopach i przepustkach, gdyż tradycyjnie w tym okresie obowiązywało zawieszenie broni. Tak więc termin ten gwarantował całkowite zaskoczenie.
Operacja zaczęła się jednak o jeden dzień za wcześnie z powodu pomyłki Wietkongu, który rozpoczął ataki przedwcześnie na Ban Me, Pleiku i Kontum. Jednak stosunkowa łatwość z jaką odparto ataki, wielu utwierdziła w przekonaniu, że to wszystko na co stać komunistów. Gen. Westmoreland postawił siły amerykańskie w stan gotowości i radził prezydentowi Thieu, aby zrobił to samo z armią Wietnamu Południowego. Jednak niewielu spodziewało się tak wielkiego ataku jaki nastąpił 31 stycznia.
Wojska sprzymierzone zostały zaskoczone zuchwałością i rozmiarem ataków: 1 lutego nastąpiło uderzenie na Sajgon, 36 z 44 stolic prowincji, 5 z 6 miast autonomicznych i wiele innych miejscowości na Południu. W sumie komuniści zaangażowali 84 000 żołnierzy - armii regularnej i partyzantów Wietkongu.
Wszelka wiara społeczeństwa amerykańskiego w zapewnienia gen. Westmorelanda, że Amerykanie wojnę tę wygrywają, gwałtownie się załamała. Jak to możliwe, że wygrywamy tę wojnę a przeciwnik uderza na Sajgon? Prezydent Johnson nie miał gotowej odpowiedzi na to pytanie, a napływające wstrząsające zdjęcia egzekucji ulicznych podejrzanych o współpracę z Wietkongiem, czy amerykańskich śmigłowców rąbiących rakietami w dzielnice mieszkalne - powiększały spadek zaufania społeczeństwa dla administracji.
W rzeczywistości reakcja USA na TET była szybka i skuteczna. Sajgon znalazł się w rękach rządowych 5 lutego, po wcześniejszym oczyszczeniu go z elementów prowokacyjnych. Wyjątkiem było Hue, trzecie co do wielkości miasto południowowietnamskie. Toczące się tam walki były wyjątkowo zacięte i trwały aż do końca lutego, ale jak wszędzie również zakończyły się zwycięstwem sprzymierzonych.