Skończyła się zimna wojna. Uformował się obraz nowej rzeczywistości - opartej nie na ideologii, a na korzyści. Afryka znalazła się na celowniku prywatnych armii opłacanych przez biznesowe giganty. Trudno jest znaleźć w Afryce kraje, w których w tej czy innej formie nie pojawili się żołnierze najemni. Wynajmowani przez prezydentów młodych państw, a także ich zaciekłych wrogów, którym władza została sprzątnięta sprzed nosa, watażków zbuntowanych prowincji, a nawet powiatowych naczelników, zastępowali armie narodowe, których podnosząca się z epoki niewolnictwa i kolonializmu Afryka jeszcze nie miała.

Cudzoziemscy żołnierze werbowani w Paryżu, Brukseli, Londynie, Madrycie i Johannesburgu mieli rozstrzygać podstawowe problemy kontynentu. Szkolić wojska, dowodzić nimi w bitwach, zapewniać bezpieczeństwo kopalniom, hutom i plantacjom, będącym często jedynym źródłem dochodów afrykańskich państw. Do werbunku najemnych żołnierzy zachęcały afrykańskie państwa także ich byłe kolonialne metropolie. "Psy wojny" stawały się - często nieświadomie - instrumentem neokolonialnych porządków. Obalając niewygodne reżimy, tłumiąc rebelie lub je wspierając, wyświadczali przysługi francuskim, belgijskim, brytyjskim, amerykańskim, południowoafrykańskim służbom specjalnym, usiłującym utrzymać dla swoich rządów panowanie nad Afryką. Najemnikami chętnie wysługiwali się afrykańscy dyktatorzy, nieufni wobec własnych generałów, w których widzieli potencjalnych zamachowców.
Biali straceńcy, którzy zaciągali się na służbę u afrykańskich prezydentów i buntowników, wcale nie byli doskonałymi żołnierzami. Przeciwnie, większość z nich niczym nie wyróżniała się w swoich armiach. Dlatego też po wojnie byli zwalniani z wojska w pierwszej kolejności. Za opłatą mogli zrobić wszystko - obalić rząd, stłumić powstanie, wyrżnąć w pień znienawidzonego wroga. Najemnicy. Bohaterowie niezliczonych książek i filmów, istnieli naprawdę i naprawdę wstrząsali posadami świata. Jak powstała ich legenda? Gdzie dziś wałęsają się psy wojny?

Ludzi gotowych za pieniądze walczyć w cudzych sporach nie brakowało nigdy. W niepamiętnych czasach najemników używali egipscy faraonowie, perscy władcy i rzymscy imperatorzy, później - średniowieczni królowie i książęta. Armie kondotierów pojawiały się praktycznie wszędzie, gdzie czerwień wsiąkała w ziemię. W imieniu swoich sponsorów tłukły wrogów i podbijały kolejne twierdze. Były zupełnie naturalnym elementem niemal każdego pola walki. W epoce znacznie nam bliższej, podczas zimnej wojny, konflikty wybuchały z wyjątkową częstotliwością, zwłaszcza w Afryce. Zapach krwi przyciągał watahy psów wojny, które szybko zyskały złą sławę. W oczach opinii publicznej zaczęli jawić się jako pozbawieni zasad awanturnicy, gotowi mordować w imię każdego, kto może wystarczająco dużo zapłacić. Czy słusznie?

Wielka wpadka

- Nie żal mi ich. Są żołnierzami, wiedzieli, na co się decydują. Zrobiłbym to ponownie - powiedział John Banks, brytyjski najemnik, komentując wyrok śmierci dla czterech mężczyzn, których wcześniej sam zwerbował do wykonania niebezpiecznej misji w Angoli. Owi żołnierze - trzech Brytyjczyków i Amerykanin - zostali wynajęci do walki przeciwko lewicowej MPLA, najpotężniejszej z trzech angolskich partyzantek toczących bój o władzę w dawnej portugalskiej kolonii. Schwytani przez marksistowskich rebeliantów w 1976 roku, odpowiedzieli za dokonywanie egzekucji na cywilach i swoich kolegach po fachu. - Afryka czuje, że najemnicy są zagrożeniem dla jej ludzi, jej dzieci i bezpieczeństwa. Szerzą strach, przynoszą Angoli wstyd i nienawiść - argumentował sędzia Ludowego Trybunału Rewolucyjnego. Jeden ze skazanych, Amerykanin Daniel Gerhard, trafił do Afryki zaledwie parę dni wcześniej. Angaż dostał, gdy Banks przeczytał jego ogłoszenie z magazynu "Soldier of Fortune": Szukam pracy jako najemnik na pełen etat lub kontrakt. Najlepiej w Ameryce Południowej albo Centralnej, ale może być gdziekolwiek, jeśli zapłacisz za transport. Wyrok śmierci dla psów wojny odbił się szerokim echem w światowych mediach i zwrócił uwagę na zagadnienie kondotierów. Brytyjski premier apelował do Angolczyków o zaniechanie egzekucji, podczas gdy aktywiści potępiali "płatnych morderców". W tym czasie pechowa czwórka była jednak zaledwie drobną cząstką najemników, zazwyczaj Europejczyków, którzy wojowali w Trzecim Świecie.

Zew

Druga wojna światowa była wojną totalną, prowadzoną wszelkimi sposobami, do ostatniego żołnierza. Miliony mężczyzn i kobiet musiało przyzwyczaić się – i wielu przyzwyczaiło - do mundurów, broni, walki i zabijania. A potem wojna się skończyła, armie skurczyły, armaty zamilkły. Dla niektórych ta cisza była nie do zniesienia. Tymczasem daleko poza Europą kolonialne imperia rozpadały się niczym domki z kart. Powstawały nowe państwa, by po chwili pogrążyć się w konfliktach. Z dżungli, bagien, pustyni i górskich przełęczy wyłaniały się kolejne partyzantki, a oblężone rządy zaciekle broniły swych warowni. I jedni, i drudzy mieli wiele zapału, wielkie plany i często sporo pieniędzy z handlu bogactwami naturalnymi. Zazwyczaj brakowało im czego innego - doświadczonych wojowników, którzy pokazaliby, jak skuteczniej się bić. Weterani z Europy dosłyszeli odległe huki dział z Afryki i Azji. Tęskniący za prochem, nierzadko bezrobotni lub niezadowoleni wysokością płac w regularnych armiach i służbach bezpieczeństwa, potraktowali odgłosy walki jak wezwanie. I ofertę pracy.

Jednak najemnicy nie powstawali jedynie w spragnionych bitewnego hałasu umysłach. Zimna wojna podzieliła świat na połowę - między Wschód i Zachód. Stratedzy największych potęg oznaczali na mapach punkty, w których warto zdobyć lub zachować wpływy, bo ropa, bo gaz, bo złoto i diamenty. Jak to zrobić? Najprościej - wysłać wojsko i ciężkim butem złamać niepokorne kraje. Ale czasem tak się nie da. A to już własna armia tłucze się w innym miejscu i do domu wraca zbyt dużo blaszanych trumien ze szczątkami młodego pokolenia; a to publika mogłaby uznać taką interwencję za niemoralną i słupki popularności poleciałaby w dół. Może więc zatrudnić ludzi, którzy nie będą nosić narodowej flagi na ramieniu, ale za odpowiednią sumę podejmą się ryzykownej misji? Jeśli zostaną pojmani, zawsze można się ich wyprzeć i określić samozwańczymi Rambo. Jeśli zginą - no cóż, zapłaczą za nimi co najwyżej najbliżsi. Francuzi uważali to za bardzo dobry pomysł. Mieli nawet swojego specjalistę w tym zakresie - Boba Denarda. Ten były francuski żołnierz zaczął karierę najemnika w 1961 roku, kiedy to trafił do dzisiejszej DR Konga, by wesprzeć separatystów z prowincji Katanga. Był to obszar znany z ogromnych złóż minerałów, a Paryżowi zależało, by władał nim przychylny Francji Moise Czombe. Denard szybko wykazał się jako doskonały dowódca. Przez kolejne trzy dekady wziął udział w ponad 20 wojnach i zamachach stanu, m.in. w Iranie, Jemenie, Zimbabwe, Gabonie i Nigerii. Oficjalnie - na własną rękę, ale zawsze zgodnie z interesem Pałacu Elizejskiego. Wielu ekspertów uważa go za wysłannika Jacquesa Foccarta, enigmatycznego doradcy ds. Afryki prezydentów Francji. - Miał znacznie większe znaczenie niż przyznawano w tamtym czasie. Denard był zbrojnym agentem francuskich służb specjalnych, zwłaszcza w szczycie zimnej wojny. Stał się swego rodzaju "państwowym najemnikiem" - tłumaczył Antoine Glaser, francuski dziennikarz i znawca Afryki. Sam Bob Denard dorobił się 1800-akrowego majątku na Komorach, gdzie żył dostatnio do swojej śmierci w wieku 78 lat.

Chleb powszedni

Konflikt w Kongu, podczas którego tak wsławił się Francuz, był żywicielem tysięcy "żołnierzy fortuny". Domagająca się niepodległości Katanga miała wystarczająco dużo gotówki i przyjaciół na Zachodzie, by przyciągnąć uzbrojonych ochotników. Prezentowali oni pełne spektrum motywacji, którymi kierować może się człowiek dobrowolnie przelewający krew na obcej wojnie. Jedni pragnęli pieniędzy, kolejni byli idealistami wierzącymi w naprawianie świata z karabinem w ręku. Nie brakowało ludzi żądnych przygód i socjopatów chcących bezkarnie zabijać. Niektórzy byli wszystkim po trochu, a jeszcze inni mieli bardzo osobiste pobudki. Rafał Gan-Ganowicz, najbardziej znany z polskich najemników, w wieku kilkunastu lat działał w antykomunistycznej konspiracji, przez co w 1950 roku musiał uciekać z kraju. Nigdy nie pogodził się z tym, że bolszewicy ukradli mu Polskę. Na emigracji szkolił się w żołnierskim rzemiośle, by pewnego dnia móc wyrównać rachunki. Kongo było miejscem, gdzie Zachód czołowo zderzał się z komunistami zabezpieczającymi swoje interesy. Ganowicz wyruszył na pojedynek. - Mao Tse Tung powiedział, że milion ukłuć szpilką może i słonia powalić - mówił. - Ja sobie wziąłem to do serca i spędziłem życie na kłuciu moją prywatną szpileczką sowieckiego słonia. Ten słoń sczezł - wyjaśnia. Ludzie tacy jak Ganowicz, Denard czy dowodzący oddziałem 300 najemników Irlandczyk Mike Hoare wywarli bardzo duży wpływ na przebieg kongijskich bitew, tłumiąc m.in. powstanie wrogich Czombe Simbów. Gdy w Kongu się uspokoiło, psy wojny rozbiegły się w różnych kierunkach. Armaty waliły w wielu miejscach - Jemen, Biafra, Angola, Seszele. Wzywały swoich przyjaciół do krain ogarniętych anarchią.

Nowe Eldorado

Koniec lat 80. zakończył dobrą passę tradycyjnych, samodzielnych "żołnierzy fortuny". Chociaż niektórych z nich otaczała aura romantycznego heroizmu, opinia publiczna i większość rządów Trzeciego Świata były im przeciwne. Część krajów, w tym RPA - jeden z największych dostawców "spluw do wynajęcia” - wprowadziła ustawy zakazujące swoim obywatelom parania się prowadzeniem wojen za pieniądze. Również ONZ wystosował rezolucję przeciwko "żołnierzom fortuny”. Najemników-awanturników zaczęło ubywać, aż właściwie całkowicie zniknęli z politycznej sceny. Ostatnie głośne nazwisko - Simon Mann - tylko dzięki naciskom brytyjskich dyplomatów uniknął ponad trzydziestu lat odsiadki za próbę przeprowadzenia zamachu stanu w Gwinei Równikowej w 2004 roku (czytaj więcej). Tamtejszy dyktator, Teodoro Obiang Nguema, ułaskawił go "ze względów humanitarnych". Współtowarzysze Manna w tej nieudanej eskapadzie nadal gniją w afrykańskich celach. Dawnych kondotierów zastąpiły dziś tak zwane prywatne firmy wojskowe (z ang. PMCS). Są to potężne korporacje zatrudniające tysiące doskonale wyszkolonych pracowników, często dawnych komandosów elitarnych jednostek. Z ich usług otwarcie korzystają zachodnie rządy, zlecając im m.in. szkolenie nowych służb porządkowych w Iraku i Afganistanie. Najemników nie szuka się już w gazetowych ogłoszeniach ani zadymionych spelunach, a w katalogach międzynarodowych koncernów.

Czas na profesjonalizm

Czasy "psów wojny" z książek Forsytha dawno już minęły. Dziś, aby zwerbować najemnych żołnierzy, nie trzeba dawać ogłoszeń do brukowych gazet ani rozpuszczać wieści po wtajemniczonych hotelikach i barach. Nikt nie skorzysta z tak werbowanej najemniczej armii. Werbunkiem najemników zajmują się dziś wyspecjalizowane, zawodowe prywatne agencje ochroniarskie, posiadające oficjalne biura w wieżowcach w londyńskim City, na Manhattanie, Bahama czy wyspie Man. Aby nawiązać kontakt, wystarczy odnaleźć adres poczty elektronicznej w kolorowym folderze, jaki można dostać praktycznie na każdych międzynarodowych targach czy wystawie broni i sprzętu wojskowego. "To najemnicy nowego gatunku. Zawodowi, doświadczeni wojskowi, a nie włóczęgi, zabójcy do wynajęcia czy poszukiwacze przygód. Zresztą żołnierze są w agencjach ochroniarskich jedynie robotnikami. Ich szefami są dyrektorzy firm, przystojni mężczyźni w eleganckich garniturach, spotykający się na kolacjach i przyjęciach z senatorami, ministrami, posłami - twierdzi Patrick Smith. - Wielkie prywatne agencje ochroniarskie wyparły z najemniczego rynku starych weteranów, skrzykujących swoich towarzyszy broni na nowe wyprawy. Kiedyś oficjalne władze zatrudniały najemnych żołnierzy po kryjomu. Dziś agencje ochroniarskie działają legalnie, współpraca z nimi nie jest niczym wstydliwym. Tym bardziej że wiele z nich działa we współpracy z rządami ich państw, będąc dodatkowym instrumentem polityki zagranicznej".


Jak na przykład założona i kierowana przez byłych generałów i urzędników z Pentagonu Military Professional Resources Incorporated z Wirginii, która za namową Białego Domu podpisała lukratywny kontrakt na szkolenie i zaopatrzenie armii chorwackiej i bośniackiej. Albo londyńska Sandline International, która w porozumieniu z rządem brytyjskim dostarczyła najemników, którzy obalili juntę rządzącą w Sierra Leone i przywrócili do władzy legalnego prezydenta Ahmeda Tejana Kabbaha. Brytyjski ambasador we Freetown Peter Penfold osobiście gorąco namawiał Kabbaha, by ten zwrócił się o pomoc do Sandline. A kiedy w Londynie wybuchł skandal z powodu konszachtów brytyjskiego rządu z najemnikami, premier Tony Blair uciął dyskusję: "Odnoszę wrażenie, że cała afera wokół tej sprawy jest mocno przesadzona. Nie zapominajmy, na litość boską, że naszym celem było obalenie bezprawnego wojskowego reżimu i przywrócenie do władzy demokratycznie wybranego prezydenta". Albo południowoafrykańska firma Executives Outcomes, która zawierając kontrakty z zachodnimi koncernami naftowymi i górniczymi na ochronę kopalń i osiedli górników doprowadziła do przerwania wojen w Angoli i Sierra Leone. "Wiele czynników złożyło się na powstanie prywatnych firm ochroniarskich, które wyeliminowały z rynku starych kondotierów - mówi Patrick Smith. - Przede wszystkim afrykańskie państwa stworzyły wreszcie własne armie, wykształciły za granicą swoich oficerów. Garstka przypadkowych najemników nie wystarcza już, by wygrać wojnę. Poza tym skończyła się zimna wojna i mocarstwa przestały traktować Afrykę jak pole gry o wpływy. Starzy kondotierzy byli często wynajmowani do >>brudnej roboty<<, której rządy wolały się nie podejmować. Wraz z końcem zimnej wojny skończyły się też zlecenia na >>brudną robotę<<. Kondotierzy przestali być potrzebni. Wyeliminował ich dodatkowo także postęp techniczny. Różnica między Denardem a nowoczesnymi najemnikami jest taka sama jak między komputerem osobistym najnowszej generacji a starą maszyną do pisania. Na obydwu przecież można napisać artykuł".

"Wojny się skomercjalizowały, a komercja zmilitaryzowała - śmieje się Smith. - Tacy ludzie jak Tony Buckingham, właściciel Sandline International, odkryli żyłę złota. Nie tylko każe sobie płacić gotówką za usługi ochroniarskie dla rządów i koncernów, ale dodatkowo wymusza koncesje górnicze dla związanych ze sobą firm".

autor: Michał Staniul