Amerykanie są jak dzieci w parku rozrywki, jeżeli chodzi o politykę
zagraniczną. Bezideowość, przeginanie z jednej strony w drugą, unikanie
konfliktów za wszelką cenę lub ich prowokowanie to dziwna sztuka dyplomatyczna
usmenów. Nie dziwmy się; Amerykanie są politycznymi imbecylami, którzy mają
problem w rozróżnieniu Korei północnej od południowej, mimo że jedną wyzwalali
od komunizmu. W Europie wiedzą tylko gdzie jest Paryż, Polska zaś kojarzy im się
"polskimi" obozami koncentracyjnymi . Generalnie są to ludzie bez historii z
wielkimi kompleksami rasistowskimi, którzy chcą tworzyć porządek świata.
Oprócz CIA, FBI i innych agend, Amerykanie tworzą do tego narzędzia nacisku, tak
bardzo nie odstające od dobrej faszystowskiej czy komunistycznej szkoły.
Przynajmniej to im wychodzi, biorąc pod uwagę, że jednym z głównych celów jest
nachalne promowania demokracji i praw człowieka, oczywiście w wydaniu
amerykańskim. Absolwenci fundowanej przez Departament Obrony USA Szkoły Ameryk
uczyli się jak torturować, zastraszać, porywać, podkładać bomby i obalać rządy.
Po ukończeniu kursów wracali do swoich krajów, by gnębić własnych rodaków.
Często zgodnie z interesem zmiennego jak prezydenci Wujka Sama.
Środek nocy, San Salvador, 16 listopada 1989 roku. Tylne drzwi jednego z domów w
stolicy Salwadoru z hukiem wylatują z framug. Do budynku wbiega 26 mężczyzn w
wojskowych mundurach. Siłą wywlekają z łóżek sześciu jezuickich księży, ich
gosposię oraz jej nastoletnią córkę. Szarpanie, obelgi, bicie. Krzyki. W końcu
strzały. Prosto w głowę. Wśród ofiar są rektor i wicerektor wpływowego
Uniwersytetu Środkowoamerykańskiego. Uczelnia krytykowała brutalny salwadorski
reżim i amerykańską politykę zagraniczną. Waszyngton przekazywał rządowi
Salwadoru 500 milionów dolarów w pomocy militarnej rocznie. Wkrótce okaże się,
że 19 z żołnierzy, którzy brali udział w masakrze, zostało wyszkolonych w Szkole
Ameryk (School of the Americas, SOA). To wojskowa akademia położona w Fort
Benning w stanie Georgia w USA. Tysiące Amerykanów są w szoku, że w ich
ojczyźnie i za ich pieniądze trenuje się ludzi, którzy później dokonują tak
okrutnych zbrodni. Aktywiści rozpoczynają walkę o zlikwidowanie "Szkoły
Morderców". Na jaw wychodzi coraz więcej szokujących faktów. W 1996 roku
Pentagon jest zmuszony opublikować siedem podręczników w języku hiszpańskim, z
których uczyli się adepci SOA. Niektóre fragmenty opisują, jak szantażować,
torturować, pozbywać się świadków i dokonywać egzekucji. Na przełomie wieków
Departament Obrony decyduje się zamknąć placówkę… na miesiąc. Potem znów ją
otwiera, pod inną nazwą i z teoretycznie zmodyfikowanym programem. Przeciwnicy
dawnej Szkoły Ameryk uważają jednak, że tak naprawdę nic się w niej nie
zmieniło.

Lekcje zadawania bólu
Zakończyła się właśnie druga wojna światowa. Amerykanie, wietrząc zagrożenie ze
strony rosnącego w siłę ZSRR, szukają sposobu na zabezpieczenie swojej strefy
wpływów w Ameryce Łacińskiej. Jednym z pomysłów jest wyszkolenie żołnierzy i
policjantów służących w sojuszniczych państwach. Potrzebni są ludzie, którzy
będą potrafili skutecznie zatrzymać "czerwoną zarazę". W 1946 roku w uległej
Panamie amerykańskie wojsko zakłada Szkołę Ameryk. W placówce tej jankescy i
latynoscy instruktorzy prowadzą wykłady z technik wywiadowczych i
antyterrorystycznych, wojny psychologicznej, dowodzenia i obsługi broni.
Departament Stanu chlubi się, że program zawiera także zajęcia z zakresu praw
człowieka. Szkoła ma pomóc w promowaniu demokratycznych, "amerykańskich"
wartości na całym kontynencie. Instytucja rozrasta się. W 1984 roku zostaje
przeniesiona do Fort Benning w Georgii. Latynoskie rządy chętnie wysyłają swoich
mundurowych na szkolenia sponsorowane przez Amerykanów. Trafiają na nie
szeregowi i oficerowie z dziewiętnastu krajów, od Argentyny po Gwatemalę.
Pozornie jest to normalna, profesjonalna akademia wojskowa, którą w ciągu
następnych kilku dekad ukończy ponad 60 tysięcy osób. Ale pozory często mylą.
- Siedziałem obok majora Victora Thiessa, który opracował i prowadził cały
382-godzinny kurs - opowiadał po latach emerytowany major Joseph A. Blair, który
pracował dla CIA, a w latach 80. wykładał w SOA. - Uczył głównie na podstawie
podręczników, które opisywały techniki, jakie stosowaliśmy pozyskując informacje
wywiadowcze w Wietnamie. Były to morderstwa, zabójstwa, tortury, wymuszenia i
pozorowane pojmania - kontynuował.
- Zgarniali ludzi z ulicy [miasta Panama - red.] i przyprowadzali do bazy. Potem
eksperci pokazywali nam na nich, jak wyciągać zeznania poprzez tortury - mówi
twórcom filmu dokumentalnego "Inside the School of Assasins" jeden z absolwentów
szkoły.- Bardzo dobrze pamiętam amerykańskich lekarzy w zielonych kitlach,
którzy uczyli nas o zakończeniach nerwowych. Wyjaśniali gdzie uderzać, a gdzie
nie. Tak, żeby nie zabić - kontynuuje.
- Przez całe trzy lata spędzone w szkole ani razu nie słyszałem o tak szumnych
celach jak promowanie wolności, demokracji czy ludzkiej godności - wspominał
major Blair. - Gdy tam byłem, jeden z generałów Augusto Pinocheta prowadził
cztery godziny zajęć z zakresu praw człowieka. Dla 50 czy 60 latynoskich
oficerów to było kpiną, że ktoś z Chile prawi im kazanie o tym, jak powinni o
nie dbać w swoich krajach - ironizował zaciekły dziś krytyk akademii. Reżim
Pinocheta należał do najbrutalniejszych na całym kontynencie. Co czwarty z
oficerów jego bezpieki szkolił się w SOA.
Szkoła przewrotów
Chilijscy specjaliści od tortur nie są jedynymi niechlubnymi pozycjami na
długiej liście absolwentów Szkoły Ameryk. Znajduje się tam także dziesięciu
dyktatorów, którzy przejęli władzę po zamachach stanu. Najbardziej znani to
Manuel Noriega z Panamy, Hugo Banzer z Boliwii, Leopoldo Galtieri z Argentyny i
Efrain Rios Montt z Gwatemali. Każdy z nich zostawił krwawe ślady w historii
Ameryki Łacińskiej. Ich rządy były okresami niewyjaśnionych zniknięć, jawnych
masakr i cichych modlitw o przetrwanie. Przez sale wykładowe SOA przeszli
również dowódcy szwadronów śmierci. Uczyli się tam szefowie gwatemalskiego
wywiadu wojskowego D-2, honduraskiego Batalionu 3-16, Grupo Colina z Peru i
Roberto D'Aubuisson, lider komand z Salwadoru. Ten ostatni uważany jest za
współodpowiedzialnego za śmierć 75 tysięcy ludzi. Był wśród nich arcybiskup
Oscar Romero, słynny obrońca praw człowieka nominowany do pokojowej nagrody
Nobla. W 1993 roku ONZ opublikowało raport o zbrodniach popełnionych w trakcie
wojny domowej przez salwadorskich żołnierzy. Dwie-trzecie z oskarżonych
wojskowych ukończyło treningi w Szkole Ameryk. Uczęszczało do niej m.in. 10 z 12
dowódców Batalionu Atlacatl, który w 1981 roku zmasakrował 900 cywilów w wiosce
Mazote. Ta sama jednostka zabiła osiem lat później jezuickich księży. -
Uczyliśmy się od was - mówi amerykańskiemu reporterowi w filmie dokumentalnym "Hidden
in Plan Sight" były członek szwadronu śmierci z Salwadoru. - Uczyliśmy się od
was metod takich jak parzenie pach palnikiem i strzelanie w genitalia - opisuje.
Krytycy instytucji zaznaczają, że ofiarą jej adeptów padali zazwyczaj ci,
których śmierć była korzystna dla Waszyngtonu. Ginęli więc komuniści, lewicowi
intelektualiści i studenci, związkowcy i chłopi sympatyzujący z marksistowskimi
partyzantami. SOA często określano "przedłużeniem amerykańskiej polityki
zagranicznej". Były panamski prezydent Jorge Illueca używał mocniejszych słów.-
To było największe źródło destabilizacji w Ameryce Łacińskiej - mawiał
wielokrotnie.
Zamknąć to!
Po masakrze w San Salwadorze o. Roy Bourgeois zakłada organizację School of the
Americas Watch, która zajmuje się dokumentacją zbrodni popełnionych przez
absolwentów szkoły. Aktywiści dopasowują nazwiska oskarżonych o bestialstwo
mundurowych z opublikowanymi listami wykładowców i uczniów placówki. Nawet dla
przyzwyczajonych do "brudnej gry" amerykańskich polityków pokrywają się one zbyt
często. W 1999 roku Kongres USA głosuje nad złożonym przez Josepha Kennedy’ego
wnioskiem o całkowite zamknięcie SOA. - Jeśli przyjrzymy się programowi tej
szkoły, zobaczymy, że uczy ona zagranicznych dowódców jak niszczyć ich własne
narody - argumentuje kongresman. Przeciwnicy akademii przegrywają dziesięcioma
głosami. Ale w powietrzu unosi się już nieprzyjemny odór. - Niektórzy z waszych
szefów powiedzieli nam, że nie mogą popierać nic, co ma "Szkołę Ameryk" w
nazwie. Nasza propozycja bierze to pod uwagę. Zmienia nazwę - informuje
Departament Obrony pułkownik Mark Morgan, jeden z szefów uczelni. W grudniu 2000
roku Szkoła Ameryk przestaje istnieć. Miesiąc później w Fort Benning otwarty
zostaje Instytut Współpracy w Zakresie Bezpieczeństwa na Zachodniej Półkuli
(WHISC). Według oficjalnych komunikatów nowa instytucja ma zerwać z poprzednimi
metodami treningowymi i "położyć większy nacisk na nauczanie prawa
humanitarnego, praw człowieka i utrwalanie demokratycznych wartości". Ale
skandale się nie kończą. W Kolumbii, która wysyła najwięcej żołnierzy do WHISC,
trwa wiele procesów absolwentów placówki. Kolumbijscy wojskowy oskarżani są o
mordowanie cywilów i formowanie szwadronów śmierci. W 2007 roku dwóch
instruktorów z instytutu słyszy zarzuty o zapewnianie ochrony i werbowanie ludzi
dla Diego Montoyi, lidera kartelu Norte del Valle. W Meksyku komandosi
wyszkoleni w USA zakładają Las Zetas, okrutną bojówkę, która wkrótce staje się
jedną z najpotężniejszych organizacji przemytniczych.
- Ta szkoła promuje przedawnioną doktrynę bezpieczeństwa narodowego - mówi w
rozmowie z "Real News" członek SOA Watch Pablo Ruiz, chilijski aktywista
torturowany przez esbeków Pinocheta. - Uczy, bezpośrednio lub pośrednio, widzieć
studentów, robotników i chłopów jako potencjalnych wrogów, z którymi walczy się
w obrębie własnych granic. To dlatego w Ameryce Łacińskiej siły zbrojne tak
często uciskają demonstrantów - analizuje.
- Jeśli czegoś nauczysz się w szkole, zapamiętasz to na całe życie - stwierdził
major Blair. - Nic nie wskazuje na to, że armia amerykańska powie: "to, co
pokazaliśmy wam dziesięć lat temu, nie jest już dobre. Przestańcie to robić".
Uczniowie "Szkoły Morderców" pojawiają się także podczas poważnych politycznych
burz. W 2002 roku antyamerykański prezydent Wenezueli, Hugo Chavez, traci na
moment władzę po zamachu stanu przeprowadzonym przez generałów Velasco i Povedę.
Obaj to stali bywalcy w Fort Benning. Kilka lat później Manuel Zelaya, lider
Hondurasu, mocno zbliża się do lewicowego, wrogiego USA bloku państw
latynoskich. W czerwcu 2009 roku zostaje obalony przez absolwenta dawnej SOA,
generała Velasqueza. - Celem tej szkoły jest właśnie zmuszanie innych państw do
podporządkowywania się interesom USA - zauważył Pablo Ruiz. - Jeśli któryś rząd
zbytnio się oddali, na przykład reformując neoliberalną gospodarkę jak Chavez,
przeprowadzą przewrót wojskowy - dodał. Od 2004 roku z wysyłania żołnierzy na
trening do WHISC rezygnują Wenezuela, Argentyna, Urugwaj, Kostaryka i Boliwia.

Walka o twarz
Co roku przed Fortem Benning zbiera się kilkanaście tysięcy osób. Domagają się
zamknięcia owianej złą sławą akademii.
- Protestujemy, ponieważ czujemy się odpowiedzialni za to, że na naszym
podwórku, za pieniądze z naszych podatków, szkoli się morderców - wyjaśnia przed
kamerami Roy Bourgeois, szef SOA Watch. - Robi się to w naszym imieniu -
zaznacza.
Roczny budżet WHISC wynosi około 4,5 miliona dolarów. W 2008 roku aktywiści
odnoszą duży sukces. Pod ich naciskiem kongres nakazuje Pentagonowi wypuścić
listę szkolących się w placówce wojskowych i policjantów. Podczas drugiej
kadencji George’a W. Busha takie dokumenty były utajnione. Obrońcy szkoły
argumentują, że USA nie może odpowiadać za to, co robią latynoscy mundurowi po
powrocie do swoich krajów. Warto jednak przypomnieć sobie słowa prezydenta
Busha, wypowiedziane w dniu, gdy pierwsze amerykańskie bomby spadły na
Afganistan: Jeśli jakiś rząd sponsoruje banitów i morderców niewinnych, sam
staje się banitą i mordercą. I będzie szedł tą samotną ścieżką ku swojej zgubie.
Nie zawsze trzeba pociągnąć za spust, by dzielić winę.
