Prof. Norman Davies: Pamięć przeszłości można fałszować, i to
nie tylko w państwie totalitarnym, jakim był ZSRR. W Polsce dzieje się
to na naszych oczach. Jeszcze nie napisano solidnej, wszechstronnej,
obiektywnej historii "Solidarności", a już jedna grupa polityczna
zabrała się za jej zmienianie, przykrawanie do własnych potrzeb. Na
oczach zdumionych świadków tamtych zdarzeń już nie tylko pojedyncze
osoby, ale całe grupy polityczne są wywabiane z kart historii.
Coś podobnego zdarzyło się z obrazem II wojny. Uczestniczące w niej
państwa wykreowały na własny użytek osobne, zmistyfikowane wizje
wielkiego konfliktu. Społeczeństwa i historycy je zaakceptowali.
Mitologie II wojny, zwłaszcza w Europie, w 70 lat po jej zakończeniu
nadal są silniejsze od rzetelnej wiedzy.
Historię zawsze w znacznym stopniu pisali zwycięzcy.
Tak było w dawnych czasach, ale nowoczesna historiografia wypracowała
spójne opisy właściwie wszystkich konfliktów w dziejach. Z upływem czasu
poważni badacze na całym świecie dochodzili do konsensusu. Nie znam
odpowiedzialnego historyka, który by np. twierdził, że I wojna nie
zaczęła się w 1914 r. Tymczasem początek II wojny jest niewyraźny,
rozmyty, postrzegany odmiennie. To złudzenie, że za jej początek wszyscy
uznają 1 września 1939 r.
W historiografii sowieckiej i rosyjskiej dominuje mitologia Wielkiej
Wojny Ojczyźnianej i celowo usuwa się w cień pierwsze lata wojny.
Oczywiście po to, by stworzyć wrażenie, że ZSRR był wyłącznie ofiarą
ataku hitlerowskich Niemiec i nie miał nic wspólnego z wcześniejszymi
aktami agresji. Dla Rosjan wojna zaczęła się w czerwcu 1941 r.
Dla Amerykanów - też w 1941 r., ale w grudniu, bo wtedy USA zaatakowane
przez Japonię weszły do walki. Oczywiście każdy amerykański historyk
wie, co się stało w 1939 r., ale o tych wydarzeniach pisze się za
oceanem jako o preludium do wojny.
Jest i inna optyka. Dla tych, dla których głównym tematem wojny jest
Holocaust, wojna zaczyna się w 1941 r., kiedy rusza hitlerowska machina
przemysłowego zabijania Żydów. Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, jest
tylko wstępem.
Obraz wojny, jaki pan rysuje, jest wyjątkowo ponury. II wojna w
Europie to zmagania III Rzeszy z ZSRR, przy których demokracje od
początku do końca miały niewiele do powiedzenia. To rozgrywka między
dwoma totalitarnymi gangsterami, przy których demokracje uwijają się w
roli kelnera podającego kanapki, czyli pomoc materialną, temu z
gangsterów, który jest mniejszym złem, i dopiero na końcu skutecznie
przyłączają się do finałowej walki.
To był konflikt w trójkącie, ale rzeczywiście najważniejsze były zmagania
Niemiec Hitlera z ZSRR. Wojnę z III Rzeszą wygrał ZSRR. Decydujące
zwycięstwa sowieckie, pod Stalingradem i pod Kurskiem, Armia Czerwona
odniosła, gdy nieliczne wojska aliantów biły się na frontach
peryferyjnych, bez znaczenia dla losów wojny, a Londyn i Waszyngton
zaabsorbowane były przede wszystkim zdobyciem strategicznej kontroli nad
szlakami komunikacyjnymi na Atlantyku. Wystarczy uświadomić sobie, że do
Afryki Hitler posłał kilkanaście dywizji, a na front wschodni -
kilkaset. O tym zachodnia historiografia nie chce pisać, woli zajmować
się starciami na froncie zachodnim.
Czy gdyby alianci nie dokonali inwazji we Francji i nie utworzyli
drugiego frontu, Stalin też wygrałby z Hitlerem?
Uważam, że wygrałby i Europa stałaby się jednym wielkim ZSRR. Ale
mistyfikowanie na Zachodzie obrazu wojny polega nie tylko na
niedocenianiu ogromnego wkładu ZSRR w zwycięstwo. Churchill, gdy wybrał
współpracę ze Stalinem, powiedział publicznie, że musiał siąść przy
stole z diabłem, by załatwić sprawę z Hitlerem. Dla niego było to zło
konieczne.
Amerykanie nie rozumieli, że to jest współpraca z diabłem. Oni są
bardziej moralizatorscy niż Anglicy i dlatego musieli wierzyć, że
wszystko jest w porządku. Społeczeństwo, armia, politycy karmieni byli
propagandą pokazującą ZSRR jako demokrację walczącą ramię w ramię z
Ameryką we wspólnej sprawie. I niemal wszyscy taki obraz sowieckiej
Rosji i wujaszka Joe, szczerego demokraty, akceptowali. I tak zostało do
dzisiaj.
Nie można myśleć i pisać o Stalinie, naszym sojuszniku, jako o wielkim
zbrodniarzu - bez plamienia naszej własnej pamięci o wojnie, naszego
wspaniałego, okupionego krwią zwycięstwa. Gdyby zacząć myśleć o tej
wojnie uczciwie, trzeba by przewartościować także swój w niej udział.
Łatwiej było okłamywać samych siebie, że nie było Gułagu i straszliwego
stalinowskiego terroru. Ta potrzeba była tak silna, że nawet w latach
zimnej wojny, kiedy ZSRR był wręcz demonizowany w zachodniej
propagandzie, nikt nie powiedział złego słowa o sowieckich zbrodniach w
czasie wojny. Jaki był skutek ujawnienia przez Sołżenicyna w latach 70.
rozmiarów komunistycznej opresji? Na Zachodzie wszyscy milcząco
zakładali, że Gułag działał w latach 30., potem zniknął i wznowił
działalność tuż po wojnie. Poznałem to na własnej skórze. Historycy z
Oksfordu, moi koledzy, mówią bez zastrzeżeń o sowieckim terrorze, ale
nie w debacie o II wojnie. O wojnie debatuje się w innym wymiarze,
wiedza o stalinizmie nagle znika. Nie wolno obrzucać błotem naszego
wspaniałego zwycięstwa. A to zwycięstwo nie było ani wspaniałe, ani do
końca nasze.
Trudno przecenić znaczenie amerykańskich dostaw broni i wyposażenia
do ZSRR.
Rozmiary tej pomocy były niewątpliwie ogromne, ale większość tego
materiału napłynęła do ZSRR, gdy losy wojny były już rozstrzygnięte.
Zresztą bez amerykańskich czołgów i samolotów Armia Czerwona dałaby
sobie świetnie radę. Kluczowe znaczenie miały dostawy ciężarówek,
benzyny, żywności. Tego Rosjanie nie mieli. Armia Czerwona i tak
pobiłaby Niemców, ale dzięki amerykańskim ciężarówkom i dżipom mogła to
zrobić w błyskawicznym, oszałamiającym tempie. Przecież Bagration,
operacja zajęcia Białorusi, to w kategoriach wojskowych nie był
zwycięski marsz, ale wręcz bieg.
Po tym gdy Armia Czerwona pobiła niemieckie dywizje pancerne pod
Kurskiem, Niemcy nie byli w stanie przeprowadzić żadnej strategicznej
ofensywy. Ale żeby tę przewagę skonsumować, potrzebna była mobilność
Rosjan. I ją właśnie ofiarowali Amerykanie. Dzięki ich dostawom Stalin
zyskał co najmniej pół roku i strategiczną swobodę działania. Mógł sobie
pozwolić na zatrzymanie swoich dywizji pod opanowaną przez powstańców
Warszawą i na zajęcie sporej części Bałkanów.
Czy Amerykanie zdawali sobie z tego sprawę?
Było im to obojętne. Warunek mieli tylko jeden - by Hitler nie wygrał na
froncie wschodnim. Ten front nie miał dla nich znaczenia politycznego,
wyłącznie wojskowe.
Roosevelt nigdy nie zamierzał postawić warunków politycznych w
zamian za dostawy?
Amerykanie dali Rosjanom wszystko na gębę, dosłownie bez jednego papierka
i bez kontroli użycia tej pomocy. Nie wiadomo, czy gdyby alianci
postawili jakieś warunki polityczne, coś istotnego by od Stalina
uzyskali.
Ale argument mieli, i to być może poważniejszy od pomocy materialnej.
Stalin bardzo liczył na Zachód w sprawie organizacji reparacji wojennych
z Niemiec. Wiedział, że po I wojnie Niemcy skutecznie uchyliły się od
spłaty reparacji, a planował powojenną rekonstrukcję ZSRR za pieniądze
wyciśnięte od Niemców. Do tego potrzebna mu była dobra współpraca z
Amerykanami. Ale oni nawet nie próbowali rozmawiać z nim po męsku.
Dlaczego?
Bo Amerykanie mieli słabszą pozycję wojskową niż Rosjanie, toczyli
przecież dwie wojny - z Hitlerem i Japonią. I mimo ich oficjalnych
deklaracji wcale nie jest pewne, że wojna w Europie była dla nich
ważniejsza. Nie chcieli ryzykować awantury ze Stalinem.
Czy rzetelna monografia II wojny to tylko kwestia właściwej
interpretacji dostępnej dziś wiedzy szczegółowej? Czy w dziejach II
wojny są jeszcze obszary ważne, a całkiem nieznane?
Do dziś wiemy bardzo mało o jednym z kluczowych momentów wojny - rozgrywce
między Berlinem i Moskwą jesienią 1940 r. Po błyskawicznym zwycięstwie
nad Francją Hitler miał w ręku bardzo mocne karty. Jedynym jego
przeciwnikiem na Zachodzie pozostała Wielka Brytania, militarnie bardzo
słaba, odgrodzona kanałem, który co prawda utrudniał inwazję na Wyspy,
ale w równie wielkim stopniu utrudniał też ewentualną brytyjską inwazję
na kontynent. I Hitler podjął wtedy, jak się wydaje, próbę
ustabilizowania sytuacji w zdominowanej przez III Rzeszę Europie.
Zasugerował Stalinowi skierowanie sowieckiej ekspansji na południe, w
stronę ciepłych mórz. Stalin jednak domagał się, by niemieckie wojska
wyszły z Finlandii, chciał prawa do zagarnięcia Rumunii i faktycznego
podporządkowania sobie Turcji. Do dziś nie wiemy, jak Stalin oceniał
wówczas sytuację, jakie rozważał opcje, co ostatecznie zamierzał
osiągnąć. Historycy zgodnie przyjmują, że po upadku Francji bał się
Hitlera. Zapewne tak, były powody, by się bać. Nie wiemy, czy Stalin
miał jasną wizję sytuacji i grał na chłodno wedle założonego planu, czy
też wpadł w nerwicę i decyzje podejmował bez przemyślenia ich
konsekwencji. Ja nie wykluczam żadnej z tych możliwości.
Ta niewiedza rozciąga się aż po czerwiec 1941 r. Ciągle nie ma
przekonującego wyjaśnienia, dlaczego Armia Czerwona była zupełnie
nieprzygotowana do wojny z III Rzeszą.
To prawda. Nie wiemy, dlaczego sowieckie armie zostały przesunięte
daleko na zachód, tuż nad nową granicę niemiecko-sowiecką uzgodnioną w
pakcie Ribbentrop-Mołotow. Tym samym musiały porzucić silne umocnienia
od lat przygotowywane na przedwojennej granicy sowiecko-polskiej.
Dramatycznie wydłużyły się wskutek tego sowieckie linie zaopatrzeniowe,
sowieckie lotnictwo skoncentrowane tuż pod nosem Niemców było wystawione
na nagłe uderzenie. To bardzo dziwna sprawa, bo ulokowanie wszystkich
samolotów blisko linii granicznej urągało wszelkim zasadom obrony. I
rzeczywiście w pierwszych dniach niemieckiej operacji "Barbarossa"
sowieckie lotnictwo, znacznie liczniejsze przecież od niemieckiego,
zostało praktycznie przez Luftwaffe unicestwione. Co dziwniejsze,
wiadomo, że krótko przed atakiem niemieckim dowódcy sowieccy niższego
szczebla prosili zwierzchników o wycofanie lotnictwa w głąb kraju, o
odsunięcie wojsk od granicy. Góra nie wyraziła zgody.
Tajemnicy dopełnia incydent z nocy 21/22 czerwca. Niemiecka machina
wojenna jest gotowa, wydano już rozkazy do uderzenia o świcie. O
pierwszej w nocy, na trzy godziny przed atakiem, niemiecki żołnierz
komunista dezerteruje, przepływa przez Bug do Sowietów i ostrzega, że
Wehrmacht za chwilę uderzy. Dowódca sowiecki z tak ważną informacją
dzwoni na Kreml. A Stalin zamiast polecić przesłuchanie zbiega, a potem
dostarczenie go do Moskwy, zamiast wydać rozkazy gotowości bojowej,
rozkazuje go rozstrzelać. Rozumiem, że mógł nie uwierzyć w taką
informację. Ale dlaczego od razu rozstrzelać? To wygląda na usunięcie
niewygodnego świadka, ale świadka - czego? Być może naiwności
politycznej Stalina, być może jego niezdecydowania. Kolejne pytanie bez
odpowiedzi.
Nie wiem, dlaczego Stalin podstawił Armię Czerwoną pod niemiecki cios.
Mam tylko nadzieję, że dobrze opisałem dzisiejszy stan wiedzy w tej
kwestii.
Co pan sądzi o koncepcji, że w 1941 r. Stalin szykował się do
uderzenia na III Rzeszę, ale Hitler zdążył go ubiec?
Ten pomysł spopularyzował w swojej książce były sowiecki oficer służb
specjalnych Wiktor Suworow. Żadne znane historykom dokumenty takiego
biegu wydarzeń jednak nie potwierdzają. Przysłuchiwałem się kiedyś
dyskusji na ten temat dwóch byłych oficerów KGB, jednego z Moskwy,
drugiego z Izraela. Izraelczyk nie popierał Suworowa, Moskal - tak.
Żaden nie przedstawił rozstrzygających argumentów. Sytuacja między
Berlinem i Moskwą w pierwszej połowie 1941 r. przypominała gabinet
krzywych luster. Niemcy dawali do zrozumienia, że muszą dokonać inwazji
na Anglię, że to jest ich absolutny strategiczny priorytet, i dlatego na
granicy niemiecko-sowieckiej rozlokują masy wojska, by zakamuflować
przed Brytyjczykami swe prawdziwe plany. Z drugiej strony sowiecka armia
też została skoncentrowana na ówczesnej granicy z III Rzeszą. Hitler o
tym wiedział. Niemieckie samoloty zwiadowcze latały wówczas bezkarnie
nad ZSRR i führer z pewnością został poinformowany, że nagła sowiecka
ofensywa jest możliwa. Być może obaj dyktatorzy rozważali uderzenie, być
może obaj czuli się zagrożeni, być może Stalin hamletyzował i nie wydał
rozkazu do planowanego wcześniej ataku, być może Hitler go uprzedził.
Przy dzisiejszym stanie wiedzy tego nie rozstrzygniemy. Jeśli
wyjaśnienie tej tajemnicy w ogóle gdzieś istnieje, to pewnie w archiwach
rosyjskich.
A czy archiwa brytyjskie i amerykańskie skrywają jeszcze
wyjaśnienia istotnych tajemnic II wojny?
Nie wykluczam tego. Bardzo słabo zbadana jest sprawa przepływu informacji
podczas wojny. A jest to istotny aspekt ważnych decyzji podejmowanych
przez aliantów zachodnich i przez Stalina. Polacy zżymają się często na
decyzje i w ogóle na styl polityki prezydenta Roosevelta wobec Europy
Środkowej i Polski w szczególności. Oczywiście, Amerykanie nie zajmowali
się frontem wschodnim, byli szczęśliwi, że Sowieci walczą tam i
zwyciężają. Z tego powodu byli skłonni do akceptowania sowieckich
postulatów - skoro wykonujecie za nas krwawą robotę, to coś się wam za
to od nas należy.
Ale podejrzewam, że wiele korzystnych dla Kremla decyzji Białego Domu
zostało podjętych nie na zasadzie braku zainteresowania, lecz wskutek
przyjęcia za swoje sowieckich informacji. Jestem przekonany, że wywiad
amerykański przyjmował bezkrytycznie zmanipulowane informacje
wywiadowcze od Rosjan, podobnie jak i spreparowane informacje o sytuacji
w ZSRR i na froncie wschodnim. Inna sprawa to działalność sowieckich
agentów wpływu w amerykańskiej administracji. Wiemy, że człowiekiem
Kremla był m.in. Harry Hopkins, najbliższy i najbardziej zaufany doradca
prezydenta Roosevelta, ale z pewnością można by takich postaci odkryć
więcej. Warto byłoby przeszukać archiwa pod kątem wyjaśnienia rozmiarów
i skutków tej infiltracji, warto byłoby wrócić do sprawy Venony,
dekryptażu przez brytyjski wywiad po wojnie sowieckich tajnych depeszy
nadawanych w czasie wojny. Przepływ i kontrolowanie informacji to ciągle
jeszcze ugór w badaniach II wojny.
Zawsze trzeba się liczyć z wypłynięciem materiałów zmieniających obraz
przeszłości. W 1994 r. historycy przypadkowo odkryli zachowaną w
archiwach zachodnich partii komunistycznych notatkę spisaną 19 sierpnia
1939 r. przez jednego z zagranicznych członków Kominternu podczas
przemówienia Stalina do sowieckiego politbiura. Stalin wyjaśniał swoje
motywy i plany polityczne. Zapowiedział rychłe zniszczenie Polski i
przyłączenie ukraińskiej Galicji, w dalszym zaś planie taką grę, by
maksymalnie przedłużyć konflikt Niemiec z Francją i Wielką Brytanią.
Można się było tego domyślić, obserwując zwroty sowieckiej polityki.
Ta notatka pokazuje, że władca sowieckiej Rosji nie był w przededniu
wybuchu wojny biernym, niewinnym obserwatorem reagującym jedynie na
zmieniającą się sytuację polityczną - jak usiłowano go często
przedstawiać - lecz politykiem zdecydowanym na udział w wielkiej
europejskiej wojnie, która miała przekreślić granice na Starym
Kontynencie. Tyle tylko, że uderzyć zamierzał po trzech, czterech latach
konfliktu na Zachodzie, gdy Niemcy, Francja i Anglia wyczerpią swe siły.
Stalin uważał, że nadchodząca wojna niemiecko-francuska w sensie
militarnym będzie z grubsza powtórką statycznych zmagań na froncie
zachodnim w I wojnie.
Które z ważnych polskich spraw w czasie II wojny uważa pan za ciągle
nie wyjaśnione?
Jest jeszcze trochę takich kwestii. Choćby sprawa wschodniej
granicy. Prawie każdy polski historyk twierdził, że podczas konferencji
w Teheranie Churchill i Roosevelt zgodzili się na przesunięcie polskiej
granicy wschodniej na linię Curzona. Czyli, w domyśle, przyszłą granicę
wschodnią Polski przyklepano w Teheranie. Tymczasem Churchill powiedział
- to wiemy z brytyjskich stenogramów rozmów zapisanych w języku
angielskim - że linia Curzona może być the basis of discussion . Czyli,
że zaczynamy rozmowy o granicy, wychodząc od linii Curzona. To zupełnie
coś innego niż zgoda na tę linię.
Churchill po powrocie do Londynu polecił urzędnikom opracować różne
warianty przyszłej granicy polsko-sowieckiej. I oni przygotowali cztery
różne propozycje. W każdym wariancie Lwów był po stronie polskiej. W
oczach Churchilla zatem sprawa Lwowa nie tylko nie była przesądzona na
niekorzyść Polski, ale powinna być rozstrzygnięta po jej myśli.
Drugiego dnia konferencji w Teheranie Roosevelt bez wiedzy Churchilla
poszedł prywatnie na spotkanie ze Stalinem i powiedział mu, że nie
będzie problemów wokół granicy polsko-sowieckiej. Mówiąc wprost, dał
Stalinowi zielone światło do załatwienia sprawy po jego myśli. Do dziś
nie jest dla mnie jasne, jakie były okoliczności zignorowania przez
Stalina stanowiska Churchilla w tak ważnej sprawie. Czy Stalin w ogóle
zrozumiał jego wywody? Tu istotne byłoby ustalenie, jakich słów i
sformułowań użył podczas tej rozmowy tłumacz Churchilla, czy dokładnie
przekazał on niuanse wypowiedzi brytyjskiego premiera. Jeden z
brytyjskich tłumaczy na konferencji w Teheranie - Hugh Longie - jeszcze
żyje. Mimo bardzo podeszłego wieku i kłopotów ze zdrowiem zachował
jasność umysłu i dobrą pamięć. Skontaktowałem się z nim w tej sprawie.
Niestety, to nie on tłumaczył rozmowę Churchilla o polskiej granicy.
Może coś wyjaśniłoby porównanie tekstów stenogramów angielskiego i
rosyjskiego?
Ten przykład dobrze pokazuje, jak bardzo historyk pracujący nad syntezą
uzależniony jest od osiągnięć kolegów zajmujących się badaniami
szczegółowymi. Z jednej strony dzięki mrówczej pracy specjalistów w
ogóle można pisać syntezy, z drugiej jednak - nie sposób zbadać samemu
problemów, którymi się nie zajęli.
IPN rozpoczął śledztwo w sprawie śmierci gen. Władysława
Sikorskiego. Czy tym razem uda się tę sprawę wyjaśnić?
Nie sądzę.
Czy podziela pan pogląd, że brytyjskie władze, odmawiając
odtajnienia archiwaliów dotyczących katastrofy w Gibraltarze, skrywają
jakieś niewygodne dla siebie rewelacje?
Niestety, to normalne, że dokumenty brytyjskiego wywiadu są
utajnione przez 100 lat. Polacy nie są tu w żaden sposób dyskryminowani.
Jestem zresztą przekonany, że w brytyjskich archiwach nie ma żadnych
rewelacji. Na początku lat 70. niemiecki dramaturg Rolf Hochhuth napisał
scenariusz sztuki teatralnej "Żołnierze", w której sprawcą śmierci
Sikorskiego jest Churchill. Rząd Harolda Wilsona przestraszył się, że w
archiwach są jakieś groźne informacje, i powołał wtedy komisję, która
miała ocenić utajnione dokumenty. Władze potraktowały tę sprawę bardzo
poważnie. Lewicowy rząd Wilsona zaprosił do komisji prawicowego
historyka Davida Irvinga, by oddalić ewentualne zarzuty o stronniczość
jej wniosków.
Członkowie komisji na podstawie niejawnych dokumentów zgodnie doszli do
konkluzji, że był to wypadek.
Ale wątpliwości pozostały. Prawdę mówiąc, i dla mnie w tej sprawie jest
parę niejasnych wątków. Np. nie daje mi spokoju pytanie, co wtedy robił
w Gibraltarze Kim Philby, sowiecki szpieg uplasowany bardzo wysoko w
strukturach brytyjskiego wywiadu. Philby uchodził za wybitnego
specjalistę w sprawach hiszpańskich. Sowieckie służby specjalne
przygotowywały go do wejścia w świat brytyjskiego wywiadu, wysyłając w
latach 30. do gen. Franco. Philby dostał od Franco jakiś medal, w
Londynie nosił go publicznie i uchodził za osobę o delikatnych
sympatiach profaszystowskich. Brytyjski wywiad sam się do niego zgłosił
z propozycją współpracy. Słowem, była to idealna intryga sowieckich
służb specjalnych. W czasie wojny Philby często wykonywał dla
brytyjskiego wywiadu, a zarazem oczywiście i dla wywiadu sowieckiego,
rozmaite misje w Hiszpanii, swoje biuro miał jednak w Gibraltarze. W
zasadzie więc jego obecność tam podczas pobytu Sikorskiego nie musiała
być niczym innym, jak tylko przypadkiem, ale...
Podczas każdej nieomal wojny bywają sytuacje, które mogą radykalnie
odmienić jej losy. Osobliwością II wojny jest fakt, że jej losy zależały
niejednokrotnie od decyzji małych, peryferyjnych, niewiele znaczących
graczy. Takim podrzędnym graczem, któremu historia dała do ręki wielkie
karty, był hiszpański generalissimus Franco. Po upadku Francji Hitler
naciskał nań, by wpuścił do siebie Wehrmacht, pozwolił na atakowanie
Gibraltaru z terenu Hiszpanii i dopuścił do założenia baz dla U-bootów.
Franco, który Hitlerowi zawdzięczał bardzo dużo, odmówił.
To był racjonalny i wcale niegłupi caudillo , grał bardzo
sprytnie, ostrożnie i dalekowzrocznie. Po ukazaniu się angielskiej
wersji mojej książki dostałem wiele listów z Hiszpanii z protestami, że
moje uwagi o Franco są nie na miejscu, ale uważam, że Europa zawdzięcza
mu w istocie bardzo dużo. Gdyby Niemcy zdobyli Gibraltar i mieli w
tamtym rejonie bazy okrętów podwodnych, alianci nie mogliby wykonać
swojej pierwszej wielkiej operacji desantowej - inwazji w Afryce
Północnej. Tym samym lądowanie na Sycylii, we Włoszech i w Normandii
odwlekłoby się o wiele miesięcy, być może o dużo więcej niż rok. Stalin
zyskałby mnóstwo czasu na zajęcie całych Niemiec, Austrii, Danii, a
niewykluczone, że także Włoch i Francji.
Drugim takim malutkim graczem, który trzymał w ręku losy Europy, a
może i świata, była Finlandia. Gdyby w czasie wojny zimowej 1939-40
Finowie nie poprosili Kremla o pokój na sowieckich warunkach, lecz bili
się do końca...
...to najprawdopodobniej Finlandia znikłaby z mapy Europy i raczej
wątpliwe, by w 1945 r. na nią powróciła.
Zapewne. Ale jest dość prawdopodobne, że Wielka Brytania i Francja
zrealizowałyby swoje plany czynnej pomocy dla Finlandii. Być może mimo
wszelkich problemów logistycznych przez Norwegię dotarłaby do Finlandii
polska Brygada Podhalańska, być może posiłkowe jednostki alianckie. A
być może Brytyjczycy zdążyliby zrealizować operację "Pike" -
bombardowania lotnicze sowieckich pól naftowych w Baku. Przygotowania do
nalotów były już zaawansowane. Czynna akcja zbrojna Wielkiej Brytanii i
Francji przeciw ZSRR najpewniej pchnęłaby Stalina w ramiona Hitlera.
Michael R.D. Foot, w czasach wojny oficer Special Operations Executive,
dowództwa brytyjskich sił specjalnych, po wojnie zaś historyk SOE, dziś
już bardzo wiekowy pan, po dziewięćdziesiątce, ale ciągle w bardzo
dobrej formie, opowiadał mi, że wiosną 1940 r. trafił na lotnisko RAF-u
pod Londynem i zobaczył mnóstwo brytyjskich samolotów bojowych ze
znakami fińskiego lotnictwa wojskowego na skrzydłach. W tej niedoszłej
operacji lotniczej czuć rękę Churchilla. On uwielbiał takie akcje na
peryferiach zasadniczego teatru wojny. Przecież lądowanie na tureckim
Gallipoli podczas I wojny to był jego pomysł, i to on wspierał
antybolszewicką interwencję brytyjsko-amerykańską na północy Rosji, w
rejonie Archangielska i Murmańska, w roku 1919 i 1920. Gdyby brytyjskie
eskadry, nawet z fikcyjnym oznakowaniem, zaczęły na początku 1941 r.
bombardować Leningrad i Baku, Stalin musiałby mocnej związać się z
Hitlerem. Niewykluczone, że przyjąłby niemiecką pomoc lotniczą, którą
oferował mu Hitler dla ochrony pól naftowych w Baku. Strach myśleć o
losach wojny, gdyby doszło do zawarcia formalnego sojuszu
sowiecko-hitlerowskiego. W tym, niestety dość prawdopodobnym,
scenariuszu jest jeszcze jeden bardzo niepokojący czynnik. Amerykanie
tradycyjnie, od początku swej historii, byli podejrzliwi wobec
imperializmu brytyjskiego. I choć zakrawa to na groteskę, bywało, że
Roosevelt jako amerykański demokrata traktował Churchilla jako
niepoprawnego imperialistę, czyli przeciwnika politycznego. Podejrzewał
go o najgorsze, a do Stalina odnosił się z sympatią jako do szczerego
demokraty. Lotnicze ekspedycje Churchilla do Finlandii i zwłaszcza na
Baku byłyby fatalnie odebrane w Ameryce. Każda taka akcja musiałaby
spotkać się w Stanach z potępieniem Kongresu, a wtedy Roosevelt miałby
wielkie kłopoty z przeforsowaniem pomocy gospodarczej i wojskowej dla
Londynu. Przecież na początku wojny Roosevelt zorganizował pomoc dla
Wielkiej Brytanii w tajemnicy przed Kongresem. To bardzo ciekawa
kwestia, co by było, gdyby w czasie japońskiego ataku na Pearl Harbor
Ameryka była bardzo krytycznie nastawiona wobec Wielkiej Brytanii.
Całkiem możliwe, że walczyłaby z Japonią, ale nie zaangażowałaby się w
wojnę w Europie.
Na szczęście Churchill nie zdążył zrealizować tych swoich księżycowych
planów wobec ZSRR i doprowadził do zwycięstwa w Europie.
Doprowadził do zwycięstwa?
Uważam, że to wola Churchilla odmieniła bieg wojny. Ani
Francja, ani Wielka Brytania, ani jej imperium, ani Polska nie były do
niej przygotowane. Mimo to Churchill wybrał wojnę. Po klęsce Francji
Wyspy były bezbronne, pozbawione armii lądowej, sprzęt wojskowy pozostał
na plażach Dunkierki. Bardzo silne było wówczas w społeczeństwie
brytyjskim przekonanie, że mamy marynarkę, jesteśmy więc bezpieczni za
kanałem i nie powinniśmy dalej angażować się w wojnę na kontynencie. A
Hitler po pobiciu Francji nie marzył przecież o niczym innym, jak o
rozejmie z Londynem, nawet z gwarancjami dla integralności brytyjskiego
imperium. Wielkość Churchilla polegała na tym, że nie tylko parł do
wojny z Hitlerem, ale w krytycznych momentach potrafił przekonać do niej
społeczeństwo i brytyjską klasę polityczną. Churchill był wielkim
oratorem. Moja matka, która zupełnie nie interesowała się polityką,
podczas wojny potrafiła recytować z pamięci całe jego przemówienia. A
przecież, chłodno patrząc, trwanie Wielkiej Brytanii w wojnie było
szalenie ryzykowne. Na pewno żadna odpowiedzialna firma asekuracyjna
takiej polityki by nie ubezpieczyła.
Wojna na froncie wschodnim, decydującym, była walką ilości z
jakością. Wehrmacht górował nad Armią Czerwoną wyszkoleniem, miał lepsze
czołgi, pantery i tygrysy, miał lepsze działa, karabiny maszynowe i
karabiny szturmowe piechoty. Ale Stalin miał wszystkiego więcej...
Nie zgadzam się z taką wizją frontu wschodniego. Rosjanie produkowali
najlepsze czołgi tej wojny, T-34...
...które w pojedynku jeden na jeden przegrywały z tygrysami.
No i co z tego? One były zaprojektowane do polowania stadami, jak wilki w
stepie. Były proste, uniwersalne, stosunkowo niezawodne i w stadzie
potrafiły zniszczyć każdy czołg wroga. Sowiecka artyleria była bardzo
groźna, zresztą Rosja miała długą tradycję świetnej artylerii. Może
pepesza nie była szczytem technicznego wyrafinowania, ale była tania,
niezawodna i dość skuteczna w walce. Latem 1941 r. sowieccy dowódcy,
skrępowani w decyzjach przez komisarzy politycznych, zachowywali się jak
amatorzy. Ale wystarczyły dwa lata wojny, by w Armii Czerwonej pojawili
się wielcy dowódcy. Marszałek Żukow był wybitnym talentem wojskowym,
inni niewiele mu ustępowali. Mój teść opowiadał mi, jak w lesie pod
Porąbką po raz pierwszy zobaczył Armię Czerwoną. To był styczeń 1945 r.
W pierwszej linii przesuwała się piechota, świetnie uzbrojona, w białych
kombinezonach, na nartach. Za nią szła druga fala, horda obdartych
dzikusów z Azji, w rozpadających się mundurach, z workami na plecach,
łapiących wszystko, co nadawało się do jedzenia. A za nimi pędziła
trzecia fala: enkawudziści w eleganckich kożuszkach, na amerykańskich
dżipach, strzelający do każdego sowieckiego żołnierza, który został w
tyle.
Armia Czerwona świadomie, umiejętnie łączyła ilość z jakością, tam rzecz
jasna, gdzie była w stanie jakość osiągnąć, np. w lotnictwie taktycznym,
w wojskach pancernych. A gdy jakość nie wystarczała, to oczywiście bez
mrugnięcia okiem poświęcano życie setek tysięcy żołnierzy.
Wojna pokazała, że żołnierz państwa totalitarnego, zniewolony,
poddany terrorowi swoich, walczy na froncie zewnętrznym nie gorzej, a
może i lepiej od żołnierza państwa demokratycznego, człowieka wolnego,
rozumiejącego, o jakie wartości się bije. Mocno to niepokojące.
To nie takie proste. Armia Czerwona wydała milionowe, największe w
historii, rzesze dezerterów. W początkowym okresie wojny sowieccy
żołnierze masowo oddawali się do niewoli, Niemcy w krótkim czasie wzięli
5 mln jeńców. Z drugiej strony czerwonoarmiści bili się z niesamowitą
pogardą dla śmierci. Z opisów niemieckich wiadomo, że desperacja
"Iwanów" była przerażająca, umierali masowo, ale następne szeregi szły i
szły, i szły. Oczywiście, jest dobre pytanie, czy nie szli do przodu,
gdzie mogli dostać w pierś niemiecką kulę, bo zostając w tyle, na pewno
dostaliby w plecy kulę oddziału zaporowego NKWD.
Nie jestem psychologiem, ale zastanawiam się, czy sowiecki niewolnik,
wyrwany z kołchozu, z fabryki, z codziennego strachu, w pewnym sensie
nie czuł się wolny, ryzykując śmierć, nawet umierając z bronią w ręku.
To był jedyny moment, gdy mógł się czuć wolny. Więc szedł do przodu i
krzyczał: "za Rodinu, za Stalinu, uraaa!".
Żołnierze niemieccy bili się zaciekle, do końca, nawet w okrążeniu,
wtedy, gdy już nie mieli żadnych szans.
Oni byli w takiej samej sytuacji, co czerwonoarmiści. Niemcy wiedzieli, że
nie mogą uciekać do wroga. ZSRR nie podpisał konwencji genewskiej, Armia
Czerwona z definicji nie brała jeńców. A w Wehrmachcie była surowa,
straszliwa dyscyplina. SS rozstrzelało setki tysięcy dezerterów, w
większości bez sądu. Szansą na przeżycie było ryzykowanie życia w walce.
Gospodarki największych z walczących państw wykazały się niesamowitą
zdolnością do mobilizacji, podnoszenia wydajności, innowacyjności. I to
niezależnie od systemu gospodarczego i ideologii. Jak to wytłumaczyć?
Przed wojną w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Wielkiej Brytanii
była wielka depresja gospodarcza. Miliony bezrobotnych latami
bezskutecznie marzyły o pracy, jakiejkolwiek pracy. To tylko moje
przypuszczenie, ale wydaje mi się, że wojenna koniunktura gospodarcza i
mobilizacja trafiła wtedy na wyjątkowo podatny grunt, jak nigdy
wcześniej w historii. Pracownicy dokonywali nadludzkich wysiłków i byli
z tego powodu szczęśliwi. W ZSRR było inaczej. Wojna po prostu
zmobilizowała społeczeństwo w stopniu, którego wcześniej nikt, ze
Stalinem włącznie, nie był w stanie przewidzieć. Ewakuacja przemysłu z
europejskiej części ZSRR na Ural i na Syberię była osiągnięciem wręcz
niewyobrażalnym. Fabryki przeniesione w sierpniu 1941 r. z Ukrainy do
Magnitogorska już w grudniu wypuszczały pierwsze, w pełni sprawne
czołgi!
W Niemczech produkcja rosła do ostatnich miesięcy wojny,
konstruktorzy tworzyli nowe, przełomowe bronie. Działo się tak mimo
braku surowców, mimo alianckich bombardowań... Czy wojenny przymus
wydobywa z gospodarki więcej niż wolnorynkowa konkurencja?
To ważne pytanie: czy dyktatura jest w większym stopniu zdolna do
prowadzenia wojny niż demokracja? Podejrzewam, że tak. Wysiłek niemiecki
i sowiecki, ofiarność społeczeństw i żołnierzy były chyba nową jakością
w historii świata.
Ale co tu mówić o wojnie. Nawet budowa autostrad lepiej wychodzi władzy
nieco autorytarnej niż w pełni demokratycznej.
Rozstrzygnięcie II wojny można postrzegać jako pochwałę wojskowej i
politycznej bezwzględności, wręcz brutalności, w demokratycznym
wykonaniu. Alianci bombardowali na niebywałą skalę ludność niemieckich
miast. Opór Japonii złamano użyciem bomby atomowej. Stosunkowo
umiarkowane potraktowanie Niemiec po I wojnie skończyło się recydywą
globalnego konfliktu. Demokratyzację Niemiec i Japonii i ponad pół wieku
spokoju w Europie po II wojnie zawdzięczamy zmuszeniu tych państw do
bezwzględnej kapitulacji, upokorzeniu ich, a potem, oczywiście, pomocy
ekonomicznej.
To była wojna totalna, walka wojskowa, gospodarcza,
propagandowa. Każdy rozumiał, że po doświadczeniu I wojny i Wersalu
teraz kompromisów nie będzie, że ta wojna jest wojną do końca. Dla mnie
zadziwiające jest, że to Amerykanie zdecydowali się użyć bomby atomowej.
Prędzej już spodziewałbym się tego po Churchillu. Inna sprawa, że bombę
rzucono na Japonię. To jednak nie to samo, co na Niemcy, zatem na
Europę. Wojna w Europie skończyła się jednak, zanim bomba była gotowa.
Azjatów łatwiej było unicestwić?
Powiedzmy wprost: rasizm amerykański był w tamtych czasach oficjalny.
Przecież Murzyni walczyli u nich w odrębnych oddziałach. W Wielkiej
Brytanii był ogromny konflikt z armią amerykańską. Władze brytyjskie nie
pozwalały na odrębne traktowanie białych i czarnych żołnierzy
amerykańskich przez ich oficerów, ale armia amerykańska w tej sprawie
nie chciała iść na żadne kompromisy. Zatem na Japonię rzucić bombę było
psychologicznie łatwiej niż na Europę. Ale myślę, że w pewnej sytuacji
Roosevelt zdecydowałby się rzucić ją i na Niemcy.
W jakiej?
Na przykład, gdyby Niemcy skutecznie bronili się przed Armią Czerwoną,
gdyby na frontach europejskich doszło do pata. Amerykanie nie byli
skorzy do tracenia swoich żołnierzy w walkach o Berlin. Wtedy możliwe,
że rzuciliby bombę na Niemcy, by skończyć wojnę w Europie i wreszcie móc
zabrać się za Japonię.
Skutkiem tej wojny były ogromne przymusowe przesunięcia ludności
cywilnej. Dziś powiedzielibyśmy - czystki etniczne. Czy mimo wpisanego w
nie okrucieństwa, mimo jednoznacznie negatywnej dziś oceny moralnej tych
przesiedleń, nie doprowadziły one do politycznej stabilizacji Europy?
Patrzę na to z osobistego punktu widzenia. Rodzina mojej żony straciła
wszystko we Lwowie, została zmuszona do wyjazdu z jedną walizką. Nie
potrafię dostrzec pozytywnych aspektów politycznych masowych wysiedleń.
To nie była w żadnej mierze sprawiedliwość, to była brutalna decyzja
wojenna. Wojna jest okrutna nie tylko podczas działań militarnych, także
w swych późniejszych konsekwencjach. Dla mnie ciekawe jest, że Churchill
i Roosevelt bez mrugnięcia okiem brali udział w zmienianiu granic
Polski, współdecydowali o wysiedleniu na zachód milionów Niemców.
Przecież świetnie wiedzieli, jaki będzie ludzki koszt ich decyzji.
Czas wojny symbolicznie zamykał proces norymberski. Niezależnie od
winy hitlerowskich podsądnych, często niewiele miał wspólnego ze
standardami prawa międzynarodowego.
Ze strony sowieckiej w Norymberdze pokazał się Wyszyński, prokurator
od sowieckich przedwojennych procesów pokazowych. Oczywiście, powinien
się był przed tym trybunałem pojawić, ale na ławie oskarżonych. W sumie
to nie był sąd międzynarodowy, lecz sąd zwycięzców nad tymi, którzy
przegrali. Słusznie potępił III Rzeszę, ale wszelkimi sposobami unikał
refleksji o sprzecznych z prawem działaniach wojennych aliantów.
Norymberski finał był taki, jak zwycięstwo w tej wojnie. Moralnie
niejednoznaczny, a po latach zupełnie zmistyfikowany.