Wojny są zawsze kwestią polityki i polityków. Jacy politycy,
takie też wojny i ich konsekwencje. II wojna światowa jest świadectwem
pacyfistycznej, naiwnej, prostolinijnej postawy Franklina Roosevelta, dla
którego wojna jawiła się jedynie w postaci szalonych Japończyków, którzy
wyrządzili niesamowitą ujmę na honorze Stanów Zjednoczonych. Wszystko zostało
podporządkowane jednemu celowi - zakończyć wojnę za wszelką cenę. Cenę tej
krótkowzrocznej polityki USA płacą po dziś dzień. Jeżeli zaś chodzi o
Churchilla, sprawa wojny jest mniej honorowa, i ogniskuje się na
współzawodnictwie Wielkiej Brytanii
i Niemiec w pierwszeństwie na kontynencie. Wszystko inne zostało podporządkowane
temu celowi. Gdzieś w tle tego współzawodnictwa, czy też dzięki niemu pojawił
się Związek Radziecki, niedawny sojusznik Hitlera. Rosyjskie zwycięstwo nad
faszyzmem zostało podbudowane kolosalną pomocą wojskową Aliantów Zachodnich, jak
też ich pacyfistyczną i egoistyczną polityką. W jednym czasie, w jednym
zdarzeniu, drogim wszystkim Polakom, te trzy polityki zjednoczyły się, aby
zabić, zdradzić i zniweczyć Powstanie Warszawskie. Powstanie, które obok Katynia
na zawsze pozostanie osądem naszych tzw.
sojuszników zachodnich. O tych dniach, w sposób kompetentny, opowiada
profesor Norman Davies.
Czego istotnego o powstaniu do dzisiaj nie wiemy?
- Historycy ciągle nie znają wszystkich kluczowych zespołów archiwalnych.
Przede wszystkim w Rosji. Nikt nie miał dostępu do papierów Stalina. Te
dokumenty mają ogromne znaczenie, bo przecież Stalin otrzymywał tony raportów,
musiał wiele rozmawiać o Polsce i powstaniu z Berią. Nie wiemy do dziś na
przykład, dlaczego Stalin zatrzymał sowiecką ofensywę pod Warszawą. Wiemy, że
tak zrobił. Domyślamy się, dlaczego, ale są to tylko domysły. Próbowałem zbadać
w Moskwie zbiory archiwalne, w których znajdują się dokumenty dotyczące
powstania. Od rosyjskich archiwistów dostawałem bardzo ciekawe zespoły akt NKWD,
ale dostawałem je "po uważaniu". Nie dali mi żadnego dokumentu z okresu między 1
sierpnia 1944 a 2 października 1944 roku. No, to była czysta kpina, bo przecież
nie ukrywałem, że tematem moich badań jest Powstanie Warszawskie. W Rosji nigdy
nie można mieć pewności, czy papiery najważniejsze i najciekawsze nie pozostaną
w ukryciu.
Czy ten problem dotyczy także archiwów na Zachodzie?
- Oczywiście! Do dziś utajnione są archiwa brytyjskiego wywiadu MI-6. A
jego raporty niewątpliwie odegrały istotną rolę w kształtowaniu polityki
brytyjskiej wobec Polaków. Ale MI-6 nie ma zamiaru ujawniać wojennych akt i ich
wiedza o powstaniu, podobnie zresztą jak i o śmierci gen. Sikorskiego, pewnie
jeszcze długo pozostanie niedostępna. Bez tych niedostępnych archiwów nie można
wyjaśnić pewnych epizodów z historii powstania. Jednym z nich jest rola odegrana
przez Józefa Retingera. Był on sekretarzem gen. Sikorskiego, ale także postacią
o niebywale rozległych i tajemniczych powiązaniach.
Niewątpliwie był londyńską szarą eminencją, miał dostęp praktycznie do każdego
gabinetu na Wyspach. I on krótko przed powstaniem poleciał do Polski. Proszę
pana, ten facet miał tyle lat co ja, gdy skoczył ze spadochronem nad okupowaną
Polską! W konspiracji miał jakieś rozmowy, konsultacje, ale dokładnie nie
wiadomo, co robił. Czy zbierał tylko informacje, czy miał do przekazania jakieś
rozkazy, jakieś posłania, sugestie? Czy miał przekonać polskie podziemie do
zaniechania powstania, czy do współpracy z komunistami? Nie wiadomo, co to za
misja, nie wiadomo, kto go wysłał. Rozmawiałem z Janem Pomianem, autorem
biografii Retingera, i on uważał, że Retinger po prostu chciał polecieć do
Polski i poleciał. No, to jest niewiarygodne. To tak, jakby można było sobie
kupić bilet lotniczy Londyn - Generalne Gubernatorstwo. Bez pozwolenia i
poparcia MI-6 nigdzie by nie poleciał.
Człowiek brytyjskiego wywiadu?
- Tego nie wiemy. Ale być może był człowiekiem zaufanym nie tylko gen.
Sikorskiego, ale i najwyższych kręgów brytyjskich? Wiemy, że przed powstaniem, w
czasie pobytu w Warszawie, Retinger został otruty. Nie wiadomo przez kogo, nie
wiadomo dlaczego. Są podejrzenia, że został otruty przez AK. Jest nawet pewna
dama, która twierdzi, że wsypała mu truciznę z rozkazu zwierzchników z Armii
Krajowej. Ale rozmawiałem też w Londynie z koleżanką tej pani, która twierdzi,
że ona jest mitomanką i że to wszystko nieprawda. Faktem jest jednak, że podczas
konspiracyjnego pobytu w Generalnym Gubernatorstwie
Retinger został sparaliżowany. Konsultowałem się w Polsce z profesorem
toksykologii i on prawdopodobieństwo otrucia potwierdził. Zaraz po wybuchu
powstania, 2 sierpnia, sparaliżowanego Retingera ewakuował z Polski brytyjski
samolot, który przyleciał po części rakiet V-2 zdobyte przez wywiad AK. W
Londynie czekał na niego luksusowy apartament, a w apartamencie brytyjski
minister spraw zagranicznych Anthony Eden. Tak się nie wita zwykłych turystów,
przynajmniej w Wielkiej Brytanii. Retinger był kimś bardzo ważnym, jego misja
miała - albo w swoich założeniach powinna mieć - istotne znaczenie w grze
politycznej poprzedzającej wybuch powstania - ale bez niedostępnych dziś
dokumentów brytyjskich nie sposób tego wyjaśnić.
A w archiwach polskich czają się jeszcze jakieś niespodzianki?
-
Chyba nie. Polscy historycy bardzo gruntownie zbadali wiedzę o samym
powstaniu. To wielka zaleta historiografii polskiej, ale z drugiej strony widzę
też w tym jej istotną słabość. Skoncentrowano się za bardzo na sytuacji w
Warszawie, w AK, w rządzie RP w Londynie, a nie na szerszym kontekście
politycznym, wojskowym i historycznym. Dlatego zdecydowałem się pokazać
powstanie w dłuższej narracji, od początku wojny światowej właściwie do dnia
dzisiejszego. Dwa duże rozdziały z ośmiu poświęciłem losom powstańców już po
wojnie. Dopiero taka opowieść pozwala moim zdaniem oddać w pełni sens walki i
ofiary sprzed 60 lat.
Co uważa Pan za największą słabość powstania?
-
Fatalne przygotowanie polityczne. Przecież wszyscy - Amerykanie,
Brytyjczycy, Polacy - na początku 1944 roku wiedzieli, że sowiecki front w ciągu
paru miesięcy wejdzie w serce sojuszniczego kraju. I nikt nic nie zrobił, by ten
moment porządnie przygotować politycznie.
Konferencja Wielkiej Trójki w Teheranie w pewnym stopniu przesądziła losy
Polski.
- Zgoda, ale tylko w planie generalnym. Stalin upewnił się, że dostanie
polskie ziemie wschodnie, że będzie miał poważne wpływy w powojennej Polsce, ale
nie rozstrzygano tam żadnych kwestii szczegółowych, zwłaszcza dotyczących
wkraczania Armii Czerwonej na polskie ziemie. A sytuacja była bardzo trudna. Po
ujawnieniu sprawy katyńskiej wybuchł jawny konflikt między Polakami a Sowietami.
Skończyło się jeszcze w 1943 roku na zerwaniu przez Kreml stosunków
dyplomatycznych. To z jednej strony dawało Stalinowi niebezpiecznie szerokie
pole manewru, bo jego wojska wkraczały na terytorium sojusznika jego
koalicjantów, ale nie jego bezpośredniego sojusznika. Z drugiej strony rząd RP w
Londynie stracił możliwość w miarę samodzielnego negocjowania z Kremlem. W 1944
roku już tylko mocarstwa zachodnie były w stanie targować się ze Stalinem o
przyszłość Polski.
Po zwycięstwie pod Stalingradem, po drugim wielkim zwycięstwie na łuku
Kurskim, po wygranej batalii dyplomatycznej w Teheranie Stalin w końcu i tak
zrobiłby w naszej sprawie, co chciał.
- Nieprawda, niekoniecznie. Jeszcze na krótko przed wybuchem powstania
Zachód miał w ręku trzy ważne karty przetargowe. Po pierwsze, Armia Czerwona
miała amerykańskie samochody i amerykańską benzynę, strzelała amerykańską
amunicją. Sowieccy żołnierze maszerowali w amerykańskich butach i żywili się "swiną
tuszonką", konserwami, które na wieczkach miały wytłoczone "Luncheon meat", bo
też były amerykańskie. Sowieci jeszcze pod Kurskiem używali amerykańskich
czołgów M-3 "General Lee" i amerykańskich myśliwców P-39 Aircobra, choć ten
sprzęt akurat miał mniejsze znaczenie, gdyż sami produkowali świetne czołgi
średnie i samoloty myśliwskie. Ogromne dostawy wojenne, bez których sowiecka
machina wojenna by ledwo ruszyła, szły od północy, przez Murmańsk, i od
południa, od Zatoki Perskiej. Mój polski teść opowiadał mi, jak to enkawudziści
elegancko wozili się amerykańskimi dżipami. Amerykański ambasador w Moskwie,
dość krytyczny i przytomny dyplomata Averell Harrimann zauważył wtedy, że nie
trzeba wikłać się w konflikty ze Stalinem, wystarczyłoby dać mu do zrozumienia:
wy dostajecie tak wiele od nas, a my tu chcielibyśmy paru rzeczy od was -
usiądźmy i porozmawiajmy. Drugą kartą przetargową była Organizacja Narodów
Zjednoczonych. W czasie Powstania Warszawskiego przygotowywano w Ameryce Kartę
Narodów Zjednoczonych i Rosjanie intensywnie współpracowali z Amerykanami w tych
negocjacjach. Angażowali się w nie nawet bardziej niż Brytyjczycy, których
Waszyngton nie dość, że uważał za niepoprawnych imperialistów, to jeszcze za
imperialistów tracących wpływy. Kreml zabiegał wtedy bardzo o przyznanie mu w
powojennym ładzie światowym znaczącego miejsca. Cóż było prostszego niż
powiedzieć: "Chcecie mieć miejsce w Radzie Bezpieczeństwa, prawo weta? OK, tylko
przy okazji załatwmy drobiazg. Otóż nasi polscy przyjaciele prędzej czy później
zrobią w Warszawie powstanie. Ustalmy, jak im pomożemy". Kartą trzecią były
powojenne reparacje z Niemiec. Rosjanie bez przerwy dawali do zrozumienia, że
chcą odzyskać od Niemców koszty tej wojny.
Wszyscy chcieli.
- Nie, Zachód był wtedy nieprzychylny odszkodowaniom, gdyż po I wojnie
światowej program reparacji skończył się fiaskiem i stał się w pewnym stopniu
zarzewiem kolejnej wojny. Rosjanie, którzy w I wojnie takich doświadczeń nie
mieli, chcieli odszkodowań za wszelką cenę. I w końcu się im udało. A co stało
na przeszkodzie, by zgodę na reparacje połączyć z wynegocjowaniem wspólnej
polityki wobec Polski? Zachód miał w ręku mocne karty, ale nie użył ich.
Dlaczego?
-
Od 1942 aż do połowy roku 1944. Zachód miał kompleks, że nie wypełnia swych
zobowiązań wobec Rosji. Armia Czerwona wykrwawia się pod Stalingradem, w
Leningradzie, pod Kurskiem, a my ciągle nie otwieramy obiecanego drugiego frontu
w Europie.
W 1943 roku podjęto przecież próbę, był desant pod Dieppe
- To był tylko rekonesans. Krwawy, tragiczny dla uczestników, ale bez
większego znaczenia strategicznego. To nawet nie mogła być poważna wymówka wobec
Stalina.
Ale z tym kompleksem niedotrzymanej obietnicy u cynicznych polityków to Pan
przesadza.
- Nie, nie, Roosevelt i Churchill czuli się wobec Stalina winni i
występowali wobec niego z wyraźnie słabszych pozycji - przede wszystkim w
Teheranie.
Wojska sprzymierzonych wylądowały w Normandii dwa miesiące przed wybuchem
powstania!
- Churchill i Roosevelt odzyskali pewność siebie dopiero wtedy, gdy
Amerykanie przebili front niemiecki z przyczółków w Normandii i zyskali szerokie
pole operacyjne. A to nastąpiło31 lipca, dosłownie w przeddzień powstania w Warszawie. Dziś wiemy, że wcześniej
operacja lądowania w Normandii była strasznie ryzykowna. Niewątpliwie zachodni
przywódcy skoncentrowani byli w czerwcu i lipcu na walkach w Normandii i nie
mieli zbyt wiele czasu dla kwestii przyszłego powstania w Warszawie.Kłopoty w
Normandii to nie wszystko. Przecież alianci ciągle liczyli na pomoc militarną
Stalina w wypadku poważniejszego kryzysu na drugim, zachodnim froncie. I w
pewnym sensie niebezzasadnie. W końcu Stalin zgodził się zgrać wielką ofensywę
Armii Czerwonej z lądowaniem w Normandii, a w styczniu 1945 roku, gdy niemiecka
kontrofensywa w Ardenach wstrząsnęła zachodnim frontem, zgodził się przyspieszyć
ofensywę na froncie sowieckim.Do ostatnich dni wojny światowej Zachód lękał się
urażenia Stalina, bo rozgniewany Wujaszek Joe, jak go nazywano, nie pomoże nam,
gdy będziemy w potrzebie. Szczególnie niechętną postawę wobec powstania
prezentowało brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych. Pracowało tam mnóstwo
wpływowych ludzi, którzy byli zdecydowanie prosowieccy. Część miała lewicowe
sympatie, w tamtym czasie w brytyjskich elitach nierzadkie, część była po prostu
sowieckimi agentami. W zeszłym roku dowiedzieliśmy się na przykład, że
Christopher Hill, kluczowa figura, urzędnik od spraw sowieckich, był tajnym
członkiem brytyjskiej partii komunistycznej. W 1944 roku przez jego biurko
przechodziły wszystkie papiery dotyczące Powstania Warszawskiego mające choćby
luźny związek ze sprawami sowieckimi. Sowieccy agenci uplasowani byli na
kluczowych stanowiskach w brytyjskich instytucjach: Donald MacLean w ambasadzie
Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie, Kim Philby i John Cairncross w MI-6. Mieli
dostęp do dokumentów wiążących się z powstaniem. W samym Foreign Office prócz
Hilla mogli działać inni agenci sowieckiego wywiadu, choć nie wszystkich udało
się do dziś zidentyfikować. Możemy się domyślać z wielką dozą
prawdopodobieństwa, że Kreml miał wgląd w wiele dokumentów dotyczących
powstania.
Czy sowieccy agenci w ministerstwie spraw zagranicznych byli w stanie
przeforsować wrogą interesom polskim i powstaniu politykę rządu brytyjskiego?
- Oni nie działali tak otwarcie. Nie było przecież tak, że Foreign Office
wpadł w pełni w ręce sowieckich agentów - przeciwnie, większość urzędników była
raczej prawicowa, imperialna. Ale ludzie Moskwy wcale nie musieli forsować
żadnej aktywnej polityki, by osiągnąć swe cele. Wystarczyło nic nie robić,
zwlekać, zadawać głupie pytania, dyskretnie siać wątpliwości co do dobrej woli
Polaków. Oto przykład: na tydzień przed powstaniem ambasador Raczyński idzie do
ministra Edena i zawiadamia go, że według wiarygodnych informacji z kraju
Sowieci likwidują polskie podziemie, mordują członków niekomunistycznej
konspiracji. Raczyński oburza się, że Brytyjczycy zachęcają Polaków do
kooperacji z Sowietami, a ci ich mordują. Eden na to, że musi to sprawdzić. Całe
to sprawdzanie trwało dwa miesiące. Dopiero 27 września Eden, przyparty do muru
pytaniami posłów, publicznie wyjaśnia Izbie Gmin, że zarzuty o jakoby nagannym
zachowaniu się Sowietów w Polsce są nieprawdziwe, bo sam ambasador ZSRR w
Londynie zapewnił go, że nie ma mowy o prześladowaniu polskiej konspiracji.
Zatem przez dwa miesiące jego ministerstwo nie zrobiło nic, by cokolwiek
wyjaśnić. I tyle. A w tym czasie Sowieci stali bezczynnie nad
Wisłą, masowo aresztowali akowców na zajętych terenach i odmawiali zgody na loty
samolotów z zaopatrzeniem dla powstania.
Czy minister Eden był prosowiecki?
-
Nie. Najwyżej w tym sensie, że prosowietyzm był modny, a on nie chciał być
niemodny. Był słabym człowiekiem, bez kręgosłupa. W 1944 roku miał ciężką
nerwicę, na parę miesięcy przed powstaniem musiał z tego powodu wziąć urlop.
Churchill bardzo nisko cenił Edena, ale musiał go trzymać w koalicyjnym rządzie.
Czasami zresztą słaby minister był dla niego wygodny. Eden w najmniejszym
stopniu nie był godnym partnerem twardej, brutalnej wręcz dyplomacji sowieckiej.
Najlepszy przykład: krótko po upadku powstania zaciągnął premiera Mikołajczyka
do Moskwy na rokowania, nie ujawniając przed nim, że w
Teheranie alianci wyrazili zgodę na linię Curzona jako wschodnią granicę Polski.
Tam, w Moskwie, Eden nie wiadomo na jakiej podstawie roił sobie, że można
wynegocjować pozostawienie Lwowa po stronie polskiej. Gdy Sowieci przywołali go
do porządku, wieczorem, w ambasadzie brytyjskiej, po kolei zaczepiał swoich
podwładnych, i żałośnie dopytywał się, czy jeśli ustąpi Stalinowi w sprawie
Lwowa, to przejdzie do historii jako ugodowiec. No zero, zupełne zero.
Wielkim kłopotem dla rządu RP w Londynie była postawa brytyjskiej prasy,
która w sprawie powstania praktycznie jednym głosem prezentowała racje
sowieckie. Skąd to się brało?
-
W środowisku dziennikarskim też byli ludzie Moskwy, ideowi sympatycy i
zwyczajni agenci. Powszechna była sympatia dla Rosji jako sojusznika, dla jej
wysiłku wojennego i ponoszonych ofiar. Nawet prawica brytyjska popierała
Stalina. Ale ważniejszy był inny problem - brak wiarygodnych informacji. W ZSRR
działali brytyjscy korespondenci wojenni. Korespondenci frontowi otrzymywali
informacje od sowieckich oficerów politycznych. W dodatku ich raporty szły do
Moskwy, tam były cenzurowane i dopiero po dwóch, trzech dniach docierały do
Londynu. Korespondenci bardziej byli tubą Sowietów niż niezależnym kanałem
informacyjnym. W tej sytuacji, jeśli rząd polski twierdził coś sprzecznego z
oficjalną linią sowiecką, w większym lub mniejszym stopniu podtrzymywaną przez
brytyjskich dziennikarzy, wierzono raczej Stalinowi niż Polakom. Jednym z
nielicznych wyjątków w chórze prosowieckich klakierów był George Orwell, który
na łamach "Tribune" ostro krytykował brak niezależnej myśli wśród dziennikarzy.
Dlaczego rząd brytyjski nie wysłał do Polski swojej konspiracyjnej misji
wojskowej? Misja przy Komendzie Głównej AK byłaby najlepszym źródłem wiedzy o
polskim podziemiu, o okupacji, także o Niemcach i polityce sowieckiej.
-
To porażka polskiego rządu, podziemia i w ogóle sprawy polskiej, i jeden z
fundamentów niepowodzenia powstania. Rząd RP doskonale zdawał sobie sprawę z
wagi takiej misji i od dawna o jej wysłanie zabiegał. Gdy nieformalne sugestie
nie przynosiły rezultatów, 22 lutego 1944 roku Mikołajczyk formalnie, w liście,
poprosił Churchilla, by w ramach sojuszu wysłano taką ekipę do Polski. Przecież
rozbudowane brytyjskie misje wojskowe przy kierownictwach ruchów podziemnych
były w Jugosławii, Grecji, Albanii, właściwie wszędzie - tylko nie u
największego, najwierniejszego sojusznika, u Polaków. To była klęska
Polski i klęska zachodniej koalicji, która pozbawiona była oczu i uszu w
newralgicznym punkcie Europy. Churchill polecił wysłać misję.
Ale nie poleciała.
- Znowu mieliśmy do czynienia ze zwłoką ze strony ministerstwa, na czele
którego stał Eden. O swoim poleceniu przypomniał sobie Churchill dopiero na
początku września, gdy powstanie trwało już ponad miesiąc. Zapytał, co się stało
z misją do AK, i usłyszał, że nie poleciała. Walnął pięścią w stół, zażądał
wyjaśnień i wysłania jej do Polski. Natychmiast. A wie pan, kiedy poleciała?
Pod koniec roku.
- Dokładnie na Boże Narodzenie.
Czy brytyjskiemu premierowi wtedy już też zależało na pogrążeniu polskiego
sojusznika?
- Nie. Churchill był za młodu bardzo dzielnym żołnierzem. Jego udział w kampanii
w Sudanie w końcu XIX wieku to piękna, bohaterska karta. Jako żołnierz bardzo
wysoko cenił żołnierza polskiego. Wielokrotnie powtarzał, że mamy dług
wdzięczności wobec tych dzielnych Polaków. Z całej galerii pierwszoplanowych
postaci koalicji moim zdaniem to on był Polsce najżyczliwszy. Ale już grubo
przed Powstaniem Warszawskim jego polityczna siła osłabła. Wielka Brytania, jak
zresztą wszyscy alianci, była uzależniona finansowo, zbrojeniowo, wojskowo od
Stanów Zjednoczonych. Ameryka stała się w tym czasie supermocarstwem i Churchill
nie był już wtedy w stanie przeforsować swoich koncepcji, jeśli Roosevelt był
innego zdania. W czasie powstania Churchill kilkakrotnie prosił go o wspólny
front wobec Rosji, czasem prosił bardzo ostro, ale amerykański prezydent
odmawiał.
Amerykanie także nie mieli misji wojskowej przy dowództwie AK.
- Z grubsza z tych samych powodów co Brytyjczycy - żeby nie drażnić
kochanego Wujaszka Joe. To też się zresztą fatalnie odbiło na przebiegu
powstania. Po miesiącu, 2 września, AK walczy dzielnie i ma jeszcze przed sobą
miesiąc walk. Churchill jest wściekły z powodu pozostawienia powstańców samym
sobie i pisze do Roosevelta list, w którym zdecydowanie żąda, by obaj wreszcie
stworzyli wspólny protest wobec Stalina i jego niechęci pomocy dla Warszawy. A
Roosevelt odpisuje, że już nie możemy Polakom pomóc, bo Armia Krajowa wyszła z
Warszawy i pomagać tam nie ma komu. To była fałszywa informacja,
podsunięta prawdopodobnie przez Sowietów. W rzeczywistości powstańcy wyszli ze
Starego Miasta, a pozostałe dzielnice trzymały się twardo. Taka dezinformacja
byłaby niemożliwa, gdyby na miejscu była misja aliancka.
Skąd u Roosevelta taka wroga obojętność wobec sprawy polskiej?
-
Roosevelt nie czuł spraw europejskich, nie rozumiał prawdziwej natury
konfliktu w Europie. On wiedział, że wróg to Niemcy. A skoro Stalin bił się z
nimi, to znaczy, że jest dobrym człowiekiem. Taki styl myślenia dominował w
politycznym otoczeniu prezydenta.
No i jeszcze sowieccy agenci.
-
Właściwie domyślamy się, że byli, ale trzeba pamiętać, że niemało ważnych
urzędników przyjmowało sowiecką propagandę za dobrą monetę. Sytuacja w
Waszyngtonie pod tym względem przypominała stosunki brytyjskie. Ale tym bardziej
polscy politycy i wojskowi powinni byli odpowiednio wcześniej zmusić przywódców
aliantów do oficjalnego opowiedzenia się w sprawie powstania i form pomocy dla
Warszawy. Tymczasem zamiast postawienia kwestii na ostrzu noża były w gruncie
rzeczy tylko jakieś takie kuluarowe pogwarki, z których nie wynikało nawet, czy
alianci popierają ideę powstania, o niesieniu pomocy nie mówiąc. Na nieszczęście
historia jakby sprzysięgła się, żeby powstanie się nie udało. Dwa wydarzenia
utrudniły uratowanie Warszawy. Pierwszym była śmierć gen. Sikorskiego. Polski
premier miał wielką rangę w obozie sojuszniczym. Cenił go i szanował zwłaszcza
Churchill. Jego następca, Mikołajczyk, to mały człowiek, nieznany na arenie
międzynarodowej. Dla mnie wstrząsająca jest jego rozmowa z Rooseveltem o
wschodnich granicach. Roosevelt mówi: Stalin jest moim przyjacielem, ten
Churchill tego nie rozumie, ale ja zapewniam, że on jest bardzo przyjacielski.
Niech pan leci do Moskwy i wszystko pan
dobrze załatwi. Polska wyjdzie z tej wojny nieuszczuplona. No i co ten biedny
parweniusz Mikołajczyk z jakiegoś PSL ma zrobić, jeśli wielki prezydent Ameryki
mówi mu, że będzie dobrze? Bierze to za dobrą monetę.
Sikorski poradziłby sobie z Rooseveltem lepiej?
- To jest gdybologia. Historyk zajmuje się tym, co się zdarzyło, a nie
gdybaniem. Ale jedno jest właściwie pewne: z koordynacją polityczną i wojskową
przed powstaniem gen. Sikorski radziłby sobie lepiej od Mikołajczyka. On jako
premier trzymał w ręku sprawy polityczne, jako Naczelny Wódz - sprawy wojskowe.
Po jego śmierci polityką zawiadywał Mikołajczyk, wojskiem dowodził zaś gen.
Sosnkowski. I rzecz charakterystyczna: dwaj wybitni wojskowi, generałowie
Sosnkowski i Anders, byli przeciwnikami powstania. Tylko że nie oni byli rządem.
To cywil Mikołajczyk miał prawo podjąć decyzję o rozpoczęciu walk w
Warszawie. Jest tu jeszcze jedno ciekawe pytanie - czy Stalin, mając do
czynienia z Sikorskim, zachowałby się inaczej. Sądzę, że w sprawach
zasadniczych, czyli twardej linii wobec Polski, linii Curzona, komitetu
lubelskiego, działań NKWD za frontem, nic by się nie zmieniło. Ale kwestią
otwartą pozostaje, czy Sikorski zdołałby jednak z pomocą Churchilla zmontować
wspólny front i przeciwstawić się Stalinowi. Nie w sensie awantury, lecz w
sensie zmuszenia go do rozmów serio. Stalin, jak mówiłem, miał wiele do
stracenia, a był politykiem niesłychanie przebiegłym i cierpliwym. Był niestety
o wiele inteligentniejszy od
przywódców zachodnich. Być może zdecydowałby się załatwić sprawę tak, jak
załatwił z Czechami, odwlekając moment konfrontacji o parę lat, dopuszczając
nawet powrót rządu z Londynu do kraju. Można sobie wyobrazić, że w takim
wariancie Rokossowski wydarłby ogarnięte powstaniem miasto z cęgów niemieckich.
Co nie przeszkodziłoby Stalinowi w przechwyceniu pełni władzy i w stalinizacji
Polski, ale już po wojnie.
A to drugie fatalne wydarzenie?
-
Ta nieszczęsna sprawa granic. W Teheranie Churchill i jeszcze bardziej
Roosevelt dali Stalinowi do zrozumienia, że kwestia granicy na linii Curzona
jest już załatwiona. Wprowadzili go w błąd, i nie tylko jego. Wprowadzili w błąd
rząd RP i nawet ministerstwa brytyjskie, bo trzymali swoje rozmowy ze Stalinem w
tajemnicy. Przez następne dziewięć miesięcy próbowali oni namówić premiera
Mikołajczyka do przyjęcia innej koncepcji - kompromisu. Urzędnicy brytyjscy w
1944 roku opracowali aż cztery projekty granicy polsko-sowieckiej. Roosevelt
zapewnił polskiego premiera, że co najmniej Lwów, a może i coś więcej,
zostanie po polskiej stronie. Naturalnie efekt takiej nieszczerości był
katastrofalny. Stalin łaskawie przyjął Mikołajczyka, gdy ten przyjechał do
Moskwy na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku, ale na pewno nie w celu dalszych
targów granicznych. Musiał się czuć obrażony, kiedy w trakcie spotkania 3
sierpnia ten - z jego punktu widzenia - kliencik zachodnich mocarstw próbował
otworzyć już dawno zamknięte kwestie. Musiał również podejrzewać złą wolę
partnerów zachodnich. Czy on, wielki Stalin, ma pomagać powstańcom polskim,
jeśli patroni Polaków (i jednocześnie koalicjanci z Teheranu) nie dotrzymują
słowa? Widać,
że podejrzliwy sowiecki wódz nie został dobrze poinformowany o różnych aspektach
sytuacji w Polsce. A niefortunny przetarg o sprawy granicy mógł tylko pobudzić
jego niepewność. Rząd RP w Londynie kiepsko politycznie przygotowywał powstanie,
ale przecież nie ułatwiali mu też tego alianci. Zatajono przed Mikołajczykiem
kwestię tajnej umowy ze Stalinem w Teheranie, nie było też zdecydowanych
sygnałów: nie walczcie! I Rosjanie, i Brytyjczycy, i Amerykanie przyjęli jako
oczywistą normę, że w czasie wojny każda ze stron koalicji zrobi wszystko, by
zniszczyć wroga. Walczyć muszą Francuzi, Grecy, Jugosłowianie, Polacy, każdy
powinien mieć swój udział w zwycięstwie. Polacy czuli się zmuszeni do czynu, bo
inaczej będą uważani za niepoważnych. Parę tygodni przed powstaniem rząd RP
dostał od Amerykanów dla Armii Krajowej 10 mln dolarów w złocie, sumę wówczas
bajońską. W języku polityki był to wyraźny sygnał, że AK ma walczyć. Co gorsza w
brytyjskim rządzie na tle akcji powstańczej Polaków powstał rozłam. I to nie
tylko między premierem Churchillem i Foreign Office, ale i między ministerstwem
a Kierownictwem Operacji Specjalnych SOE. Kiedy w końcu lipca ambasador
Raczyński podał oficjalne informacje, że powstanie w Warszawie wybuchnie,
natomiast wybór terminu jest w rękach Armii Krajowej, nasze ministerstwo spraw
zagranicznych natychmiast odpowiedziało, że nie będzie żadnej pomocy. Ani
zrzutów, ani bombardowań, ani polskiej brygady spadochronowej. Natomiast SOE
odpowiada pozytywnie: w porządku, zrobimy, co możemy. I to było wiarygodne, bo
przecież było tajemnicą poliszynela, że SOE jest oczkiem w głowie Churchilla, a
jego szef gen. Gubbins ma nieograniczony dostęp do premiera. Eden takiego
dostępu nie miał.
Ale SOE nie było przygotowane do niesienia pomocy?
-
Tu wina nie leżała tylko po stronie Brytyjczyków. Rozmowy z Polakami w
Londynie na temat zadań podziemia, planowania operacyjnego prowadził brytyjski
oficer płk Wilkinson. Kilka lat temu wyszły u nas jego pamiętniki. I jest tam
gorzki akapit, że planowanie wojskowe z Polakami miało charakter fantazyjny.
Przecież przewiezienie w powietrzu brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego,
która liczyła sporo chłopaków, przez pół Europy i desantowanie jej nad Warszawą
wymagało długich przygotowań. Nie zrobiono nic. Polacy przede wszystkim nie
mieli samolotów, którymi mogliby wysłać spadochroniarzy.
Samoloty mieli wyłącznie alianci. Całe mnóstwo. Amerykanie produkowali je
jak wykałaczki.
- I co z tego, skoro Polacy i ich sprawy spadali w 1944 roku coraz niżej na
liście alianckich priorytetów? Trzeba było sobie te samoloty wcześniej zdobyć.
Nie mówię już o tym, że gdy w czerwcu Brytyjczycy przygotowywali wielką operację
desantową na zachodnim froncie, poprosili o przekazanie polskiej brygady
spadochronowej spod komendy polskiej pod brytyjską. I gorący orędownik
powstania, zastępca szefa Sztabu Naczelnego Wodza gen. Tatar się zgodził.
Argumentował, że skoro teraz Brytyjczycy potrzebują naszej brygady, to trzeba im
okazać dobrą wolę, bo później oni okażą ją nam. To błąd. Gdy tylko
brytyjscy dowódcy dostali tę brygadę do dyspozycji, było jasne, że zrobią
wszystko, by ją po swojemu wykorzystać, a nie rzucać na Warszawę. Argument braku
samolotów do akcji nad Polską był w tej sytuacji bardzo poręczny.
Skąd brał się ten niepoprawny optymizm polskich przywódców w Londynie, to
branie wszystkiego za dobrą monetę, liczenie, że jakoś to będzie?
- Z jednej strony rząd RP po ujawnieniu zbrodni katyńskiej i zerwaniu
stosunków dyplomatycznych był na strasznie słabej pozycji wobec Sowietów. Na
domiar złego był rozdzierany konfliktami wewnętrznymi. Zapewne właśnie stąd
brała się skłonność do ucieczki od jedynej konstruktywnej drogi - organizowania
współpracy w kwestii polskiej wszystkich, włącznie z Rosją, sojuszników.
Współpracy wymagającej ze strony polskiej i nacisków, i ustępstw. A poza tym
nikomu nie przyszło do głowy, że Rosjanie nie pomogą powstańcom. Takiego obrotu
sprawy nie przewidywała ani ekipa Mikołajczyka, ani Brytyjczycy, ani
Amerykanie. Wiadomo było, że każde z mocarstw ma jakieś szczególne prawa w
swojej strefie wpływów, ale odmowa udzielenia pomocy walczącemu na wyciągnięcie
ręki sojusznikowi wydawała się niemożliwością. Muszę też powiedzieć, że przed
powstaniem był nie tylko nieuzasadniony optymizm, ale i zwykła manipulacja.
Generał Tatar, który z okupowanego kraju przyleciał do Londynu dopiero w
kwietniu, był przeciwnikiem politycznym gen. Sosnkowskiego. Gen. Sosnkowski
niechętnie patrzył na przygotowania do powstania, więc gen. Tatar odwrotnie, za
wszelką cenę chciał je przeforsować. Kluczowym momentem według mnie było
spotkanie Mikołajczyka i Tatara w Waszyngtonie z szefami połączonych sztabów
brytyjskiego i amerykańskiego, czymś w rodzaju alianckiej najwyższej rady
wojskowej. Sojusznicy nie zlekceważyli Polaków, Mikołajczyk z Tatarem spędzili
na rozmowach z gospodarzami wiele godzin. W końcu padło ze strony jednego z
brytyjskich generałów kluczowe pytanie: no dobrze, ale jakie są wasze stosunki z
Sowietami? Gen. Tatar wyjaśnił, że poprawne. Co prawda od czasu do czasu są
jakieś trudności, ale nasi partyzanci współpracują z sowieckimi wojskami. Moim
zdaniem to
było nieuczciwe; on dobrze wiedział, że stosunki są albo złe, albo wręcz
fatalne.
Uważa Pan zatem, że to sami Polacy zgotowali sobie w przeddzień wybuchu
porażkę powstania?
- Tak nie można powiedzieć. Na pewno nie można obciążać tym zarzutem
przywódców powstania, gen. Bora-Komorowskiego i płk. Montera-Chruściela. Oni nie
mieli pojęcia, jakie są międzynarodowe stosunki rządu. Wiedzieli tylko, że
premier poleci do Moskwy, żeby wszystko załatwić ze Stalinem. Oni zresztą nie
mieli tu nic do gadania. Byli zawodowymi wojskowymi, ich zadaniem było wykonać
rozkaz rządu. Rozkaz ten wykonali najlepiej jak potrafili, nie oszczędzając
siebie ani nawet rodzin. Gen. Bór-Komorowski zatrzymał przecież w Warszawie
swoją ciężarną żonę i malutkiego synka, by nie było wrażenia, że
wykorzystuje swoją pozycję wojskową do prywatnych celów. Rozmawiałem z jego
synem Adamem, który zrelacjonował mi zapiski żony generała. Gen Bór-Komorowski,
wydając rozkaz do walki, był przekonany, że najdalej po tygodniu wyląduje w
sowieckim więzieniu. Nie miał złudzeń, ale rozkaz rządu wykonał z godnością, do
końca. Zastrzeżenia można mieć natomiast do postawy gen. Sosnkowskiego. Był
jednym z nielicznych, którzy przewidzieli katastrofę. Ale skoro nie zgadzał się
z decyzją o rozpoczęciu powstania, powinien był z hukiem podać się do dymisji.
Ale nie, dalej ciągnął swoje polityczne rozgrywki, a w
kluczowym okresie, dwa tygodnie przed rozpoczęciem walk, wyleciał do Włoch.
Wrócił już w czasie powstania i zaczął rozrabiać. Awanturował się, dlaczego
Brytyjczycy nie pomagają. To było niepoważne i szkodliwe.
Raczej przeciwnie, ktoś wreszcie stanowczo domagał się realnej pomocy dla
Warszawy!
- Nawet miał rację, ale efekty tego były szkodliwe. No, proszę sobie
wyobrazić, przychodzi polski generał i zaczyna krzyczeć, że my, Polacy,
uratowaliśmy was w Bitwie o Anglię, a wy teraz nic nie robicie! To budziło
niechęć. W efekcie adresaci tych pretensji raczej starali się odsunąć od spraw
polskich, niż angażować w organizowanie pomocy. Nieumiejętność Polaków była
jednak tylko częścią wielkiej klęski zachodniej koalicji w sprawie powstania. I
to nie najważniejszą. Już po wszelkich polskich zaniedbaniach, po wybuchu walk,
można było dla powstańców zrobić bardzo wiele. Kto wie, być może uratować ich.
Wina za to, że nawet nie podjęto choćby energicznej próby, spada na sojuszników,
na Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. To chcę podkreślić z całą mocą, tym
bardziej że w polskiej historiografii dominuje wątek obciążania Polaków winami
za porażkę powstania. Owszem, rząd londyński miał w tym swój udział, ale
głównymi winowajcami byli zachodni sojusznicy. Koalicja miała formę
hierarchiczną. Wielka Trójka podjęła decyzje. Churchill i Roosevelt mieli szansę
wpłynąć na Stalina, Mikołajczyk sam - nie bardzo.
Chyba jednak Stalin też był odpowiedzialny?
- To zależy, czy w sprawie powstania traktuje się go jako sojusznika
Zachodu, czy jako przeciwnika. Jeśli jako przeciwnika, to o zaniedbaniach i
błędach możemy mówić w odniesieniu do Polaków i ich zachodnich sojuszników.
A Pan jak sytuuje Sowietów w tej kwestii?
- W różnym czasie - różnie. Nie ma wątpliwości, że wiosną 1944 roku Stalin
postrzega Polskę jako swój łup, i to łup podwójny. Po pierwsze, chce odebrać jej
kresy wschodnie, po drugie podporządkować ją politycznie, najlepiej zainstalować
jakąś formę władzy komunistycznej. Ale gdy Armia Czerwona pędzi przez Białoruś
na zachód, Stalin zapewne nawet nie zastanawia się nad sprawą powstania w
Warszawie. Wywiad sowiecki błędnie informował Moskwę, że AK to w polskiej
konspiracji margines.
Skąd takie założenie? Przecież sowieckie radiostacje wzywają mieszkańców
Warszawy do powstania już od zimy 1941 roku!
- To była rytualna propaganda. Każdy opór na tyłach frontu sowiecko-niemieckiego
był w interesie Kremla.
Wezwania do powstania nasilają się w sowieckich radiostacjach w miarę
zbliżania się Armii Czerwonej do Warszawy.
- Nie akceptuję wizji wydarzeń, jaka jest bliska wielu Polakom. Wedle niej
wezwania do powstania i następnie zatrzymanie Armii Czerwonej tuż przed Warszawą
jest kolejnym ciągiem starannie, na zimno zaplanowanych zbrodniczych ruchów
Stalina: wymordowanie KPP, pakt Ribbentrop - Mołotow, 17 września 1939, wywózki
na wschód, zbrodnia katyńska i w końcu wciągnięcie londyńskiego podziemia w
pułapkę, jaką było powstanie. Taka teoria zakłada, że Stalin był nieskończonym
geniuszem, że przewidywał w szczegółach rzeczywistość na wiele ruchów naprzód. A
tak naprawdę borykał się z tymi samymi
ograniczeniami co inni politycy. Powstania w Warszawie moim zdaniem długo,
jeszcze kilka dni po wybuchu, nie traktował serio. To miał być parodniowy epizod
bez większego znaczenia.
Dlaczego?
- Bo przetrwanie powstania dłużej niż trzy, cztery dni wedle ówczesnej
wiedzy było niemożliwe. Regularna, potężna armia niemiecka powinna zgnieść
niedozbrojoną ruchawkę w parę dni.
A doświadczenie Stalingradu?
- Tam walczyły dwie regularne armie. Sowieci mieli artylerię, czołgi,
lotnictwo, do obrońców docierało zaopatrzenie i posiłki. Powstanie na tyłach
frontu nie mogło tak walczyć. Podobnie zresztą oceniali swe możliwości dowódcy
powstania jeszcze przed wybuchem walk - na sześć, siedem dni. Odrzucam zatem
pogląd, że Stalin świadomie pchał kierownictwo AK w powstańczą pułapkę.
Generalny plan Stawki sowieckiego dowództwa był taki, że I Front Białoruski
marszałka Rokossowskiego w finalnym akordzie wielkiej ofensywy 1944 roku zajmuje
Warszawę. Dopiero w ostatnich dniach lipca musiało pojawić się na
Kremlu pytanie, co czeka Rokossowskiego w Warszawie. I otóż uważam, że Stalin
nie mógł mieć klarownego obrazu. W Moskwie przekopałem się trochę przez
dokumenty NKWD z okresu przed 1 sierpnia. I była to bardzo pouczająca lektura.
Raporty generała NKWD Iwana Sierowa ze świeżo zajętego przez Sowietów Wilna są
najzwyczajniej bałamutne, fikcji i fantazji jest w nich tyle co faktów. Sierow
na przykład pisze o gen. Wilku-Krzyżanowskim, dowódcy operacji wyzwolenia Wilna,
że przyleciał tam z Warszawy. Brzmi to tak, jakby w Londynie kupił sobie bilet i
na lotnisku w Warszawie wsiadł do samolotu Lufthansy lecącego na Litwę. Później,
gdy już sowieckie oddziały stały nad Wisłą, główny oficer polityczny frontu
białoruskiego gen. Telegin płonącą Warszawę miał na wyciągnięcie ręki, miał
czas, a raporty polityczne pisał takie, jakby nie miał pojęcia, co się tam
dzieje. Możliwe, że raporty pisano pod oczekiwania góry, żeby nie podpaść, ale i
to nie zmienia faktu, że Stalin dostawał masę informacji mających dość luźny
związek z rzeczywistością. A czytał przecież tylko część raportów, najwyżej parę
procent z tej góry papieru. Wydaje mi się, że Stalin działał nie według
szczegółowego, opracowanego wcześniej scenariusza,
lecz raczej w warunkach wielkiej niepewności, niedoinformowania. Na wojnie to
raczej reguła niż wyjątek. Wojna to skrajna niepewność i nieuchronne popełnianie
błędów. Na wojnie wygrywa nie ten, kto ma bezbłędny plan, ale ten, kto szybko
dostosuje się do zmian.
Pańska teza o niedoinformowaniu Stalina stoi w sprzeczności ze skutecznym
rozpracowaniem polskiego podziemia wszędzie tam, gdzie pojawiało się NKWD.
- Ależ skąd! Podziemie akowskie było w części wcześniej rozpracowane przez
partyzantkę sowiecką i AL. NKWD nikomu nie wierzyło, łapali i zamykali
wszystkich wcześniej rozpracowanych, ale i niepewnych, podejrzanych. To w
połączeniu z brutalnością i okrucieństwem przesłuchań dawało wysoką skuteczność.
Ale zdobyć informacje w Warszawie było już trudniej. Tam nie było sowieckich
partyzantów.
Byli pepeerowcy, alowcy.
- Każda pliszka swój ogonek chwali. Przecież oni nie meldowali Moskwie, że
są izolowaną grupką bez wpływów, przeciwnie, rozdymali swoje możliwości. Gdy
jednostki Rokossowskiego zbliżały się do Bugu, trzy sowieckie jednostki
wywiadowcze raportowały, że w polskim podziemiu największe wpływy ma Polska
Partia Robotnicza i jej siła zbrojna Gwardia Ludowa. Sowieci nie byli głupi, ich
analitycy na takie radosne doniesienia brali zapewne poprawki, ale to nie
zmienia faktu, że aż do pierwszych dni walk Stalin nie mógł być pewien, co w tej
Warszawie się dzieje. Druga zasadnicza niepewność dotyczyła postawy
Zachodu. Najpierw była to niepewność fundamentalna: czy Zachód powstanie
popiera, czy nie. Powściągliwość oficjalnych reakcji aliantów niczego przecież
nie przesądzała. Potem, jak sądzę, Stalin musiał nabrać podejrzeń, że za
wszystkim stoją Brytyjczycy. Skoro powstanie powinno upaść w ciągu paru dni, a
trwa 10, 15 i dłużej, to znaczy, że Brytyjczycy musieli nafaszerować Warszawę
bronią i specjalistami. No bo bez tego Niemcy musieliby już dawno powstańców
zmiażdżyć. W tej sytuacji Stalin prawdopodobnie postanowił grać na zwłokę,
czekać, aż położenie wyklaruje się, zachowując przy tym możliwość
realizacji wszystkich opcji militarnych i politycznych. Nie ma dowodów na
istnienie wcześniejszego, makiawelicznego planu.
Nie było wyolbrzymiania skutków porażki pod Radzyminem, by usprawiedliwić
pozostawienie Warszawy samej sobie?
- Klęska pod Radzyminem to nie była lipa. Cztery dywizje pancerne SS, które
Niemcy zdołali skoncentrować i 2 sierpnia rzucili do walki, reprezentowały
potężną siłę. Ale porażka pod Warszawą była jednak porażką tymczasową. Dziś
wiemy, że już nazajutrz Rokossowski z Żukowem, dwaj najlepsi sowieccy stratedzy,
którzy jak już wstawali znad map sztabowych, to po to, by zwyciężać, zasiedli
nad planem dalszej ofensywy. I już 8 sierpnia plan taki był gotowy. Przewidywał,
że w ciągu dwóch tygodni ruszy sowiecka kontrofensywa, Warszawa będzie wolna
najdalej na tydzień przed końcem sierpnia, a po jej
wyzwoleniu ofensywa płynnie ruszy dalej na zachód, na Berlin. To wskazuje, na
jakie siły mogli liczyć Rokossowski i Żukow.
Stalin ofensywę tę zatrzymał.
- Nie znamy dokumentów, jak i kiedy się to stało, ale tak było. Można
kalkulować, że stało się to 13 sierpnia.
Czyli czekał, aż Niemcy utopią londyńską Warszawę w morzu krwi?
- Niezupełnie. Wykrwawianie prolondyńskich elit było mu na rękę, ale nie
uważam, by w sierpniu upadek powstania był jego jedynym celem. Stalin, ciągle w
warunkach wielorakiej niepewności, czekał na wyklarowanie się sytuacji. Potępił
dowódców powstania, zostawił Warszawę zdaną na swój los i wyruszył na Bałkany.
To nie znaczy, że on nie zakładał zmiany swojego stanowiska. Nie, on powstanie
pozostawił Hitlerowi. Przecież decyzja o ofensywie na Bałkany oznaczała
przesunięcie strategicznych rezerw spod Warszawy na południe. W podjęciu tej
decyzji przez Stalina Warszawa nie musiała być
elementem decydującym, a być może nawet istotnym. Na początku sierpnia
Rokossowski stał 700 km od Berlina. Alianci uwikłani byli jeszcze w bitwę
normandzką, do Berlina mieli 2 tys. km. Stalin miał czas. Mógł za radą swojego
marszałka uderzyć prosto na Berlin, pozostawiając przyszłość Bałkanów niepewnym
rozstrzygnięciom, być może przy dyplomatycznym stole, mógł też uderzyć na
południe, zagarnąć miękkie podbrzusze Europy i jeszcze zdążyć wziąć Berlin.
Wybrał tę drugą opcję. Co więcej, ofensywa na południe nie oznaczała rezygnacji
z zajęcia Warszawy nagłym, lokalnym uderzeniem. Na to Stalin zawsze miał dosyć
rezerw. Akurat pod koniec sierpnia wysłał ogromne wojska na Słowację, aby tam
pomagać powstańcom. Wsparcie powstania w Warszawie nie wymagało użycia
gigantycznych sił. Przecież niesłychanie słabi, nieprzygotowani, pozbawieni
wsparcia broni ciężkiej i lotnictwa berlingowcy jednak się przez Wisłę
przeprawili i do powstańców dotarli.
Na co więc czekał? Czego nie był pewien?
- Nie mógł być pewien, czy sprzymierzeni nagle nie zagrają którąś ze
strategicznych kart, które mieli w ręku. Można się tylko domyślać, ale wydaje mi
się, że czekał na jakąś koalicyjną inicjatywę, która nigdy nie przyszła.
Doprowadzenie do klęski powstania nie było warte spełnienia żadnej z tak
poważnych gróźb, o jakich mówiłem wcześniej. Ale był też możliwy do realizacji
scenariusz z punktu widzenia Stalina pozytywny. Oto przyparci do muru Polacy
godzą się, za cenę pomocy, na ustępstwa, na daleko idącą rekonstrukcję rządu,
może coś jeszcze. A wtedy dlaczego by Warszawy nie uratować? Przecież w czerwcu
i w lipcu, tuż przed powstaniem, sowiecki ambasador w Londynie prowadził rozmowy
z byłym polskim ministrem Stanisławem Grabskim. Kreml sondował, czy możliwa jest
normalizacja stosunków, ze wznowieniem stosunków dyplomatycznych włącznie. Ale
te rozmowy były tajne właśnie po to, by Stalin mógł zachować swobodę manewru.
Stalin nigdy nie dostał od Zachodu korzystnej propozycji, nigdy Zachód nie
zagroził mu serio poważnymi retorsjami. Nie wiem, czy to, co sprzymierzeni mogli
uzyskać od Stalina dla Polaków, uratowałoby Warszawę. Ale wiem, że ten cholerny
Zachód nawet nie kiwnął
palcem. Nawet nie przymusił Kremla do zgody na lądowanie samolotów ze zrzutami.
Tylko raz na 63 dni walk
18 września ? większa flota powietrzna mogła latać nad Warszawą?
- Niech pan zauważy, że żadne z trzech powstań w okupowanej Europie roku
1944 nie wybuchło porządnie przygotowane politycznie i militarnie. Słowacy
zaczęli trochę na wariata, bez przygotowań, bez porozumienia z Sowietami, którzy
byli kilkaset kilometrów na wschód, w dodatku oddzieleni potężnym łańcuchem
górskim - notabene powstanie słowackie nie udało się. Na Zachodzie Amerykanie w
ogóle nie mieli najmniejszego zamiaru wyzwalać Paryża. Paryż to była kwestia
drugoplanowa, coś dla wojsk tyłowych, do zajęcia parę tygodni później. Front
miał toczyć się prosto na Niemcy. Oba te powstania zostały
wsparte, bo sojusznicze armie, mimo braku porządnego planowania politycznego i
wojskowego, zmieniły swoje cele. Sowieci ruszyli na Słowację, kosztem
straszliwych ofiar forsowali Przełęcz Dukielską. Amerykanie, zgrzytając zębami,
zmienili jednak marszrutę swoich dywizji bardziej na południe. W obu wypadkach
powstańców można było wesprzeć, bo wesprzeć ich chciano. Pod Warszawą Stalin
ruszyć się specjalnie nie chciał, a Zachód, choć mógł, nie zrobił nic, by
zechciał.
Czy w ogóle można było powstania uniknąć?
- Nie, chyba nie. Przywódcy podziemia przez ostatnie dwa tygodnie lipca
rozważali kwestię powstania, także kwestię skutków rezygnacji z walki. Zgodnie
doszli do wniosku, że jeśli Armia Krajowa nie wyjdzie na ulice, będą się dziać
straszne rzeczy.
Jakie?
- Argumentem pierwszym była obawa, że Niemcy zamienią Warszawę w fortecę i
w zaciekłych walkach frontowych stolica zamieni się w kupę gruzów, zginą
dziesiątki tysięcy ludzi. Tak jak stało się w Mińsku na Białorusi.
Słaby argument. Jeśliby Rosjanie weszli do Warszawy i wsparli powstańców,
czekałaby nas w stolicy powtórka Stalingradu.
- Nie, bo istotna była sytuacja w szerszej skali. Sowieci mieli już
przyczółki na lewym brzegu i pozbawienie Niemców ważnego węzła komunikacyjnego w
centrum tej strefy znacznie zwiększało szanse szybkiego zajęcia centralnego
sektora frontu przez Armię Czerwoną. Ale był i drugi argument: jeśli nie AK, to
sami warszawiacy ruszą na okupanta. Atmosfera w mieście była straszliwie
podminowana, wystarczył pretekst albo nieodpowiedzialne wystąpienie konspiracji
komunistycznej, by doszło do spontanicznego, niekontrolowanego wybuchu i
nieuchronnej rzezi mieszkańców. Chyba każdy odpowiedzialny dowódca, wiedząc
tyle, ile wiedział gen. Bór-Komorowski, i mając takie rozkazy, jakie on otrzymał
z Londynu, zdecydowałby się na walkę.
Które z błędów dowodzenia kosztowały powstanie najwięcej?
- Powtarzam, na wojnie każdy popełnia błędy, jednak na błędach się uczy.
Błędem było wysyłanie powstańców do frontalnych ataków, jak żołnierzy regularnej
armii. Wstrząsnął mną opis nieudanego, frontalnego szturmu na siedzibę policji
niemieckiej na Szucha w pierwszych chwilach powstania. Brał w nim udział
15-letni syn przedwojennego polskiego premiera. Stał na pozycji, na której stać
mu kazano, i było jasne, że tam zginie. Kolega namawiał go, by się wycofał, ale
on odpowiedział: dostałem rozkaz, który musi mieć uzasadnienie. I zginął. A jego
kolega wycofał się i przeżył. Taki frontalny atak na lotnisko na Okęciu
skończył się prawdziwą rzezią powstańców. Dopiero później akowcy nauczyli się
technik walki w ruinach. I po sześciu tygodniach historia powtórzyła się: kiedy
berlingowcy przekraczają Wisłę, robią te same błędy, a powstańcy krzyczą do
nich, że nie wolno biegać po ulicy i szturmować wprost umocnionych pozycji, bo
to pewna śmierć.
Dzięki czemu powstanie trwało osiem razy dłużej niż wedle zawodowych
wojskowych mogło trwać?
- Po pierwsze, dzięki niesłychanemu bohaterstwu, poświęceniu, dyscyplinie i
wyszkoleniu prostych żołnierzy. Wyszkoleniu, które rosło wraz z upływem czasu.
Powstańcy walczyli z o niebo lepiej wyposażonym wrogiem jak równy z równym. W
walkach - nie w rzeziach i egzekucjach - zginęło mniej więcej tyle samo
powstańców co Niemców. Co więcej, akowcy zabili dwa razy więcej Niemców, niż
ranili. W normalnych walkach zawsze było na odwrót. To najlepiej świadczy o
determinacji i wyszkoleniu. Okazało się również, wbrew analizie specjalistów, że
ten ocean gruzów, pustych podwórek, piwnic i małych uliczek jest
idealnym terenem dla walki partyzanckiej. Niemcy, używając ciężkiej artylerii i
lotnictwa, tylko utrudnili sobie działania.
Bardzo dobrze sprawdzili się dowódcy, zwłaszcza niższych i średnich szczebli.
Dowództwo powstania chyba raczej nie zabłysło, ale też i nie popełniało rażących
błędów. Ostatni powód to wiadomość dla Polaków nieprzyjemna: do stłumienia
powstania Niemcy często używali jednostek kiepskiej jakości, pułków policyjnych,
tyłowych czy azjatyckich, przymusowo wcielonych do armii - po prostu hołoty.
Jednostki Dirlewangera i Kamińskiego, zamiast atakować nieprzygotowanych
powstańców, mordowały dziesiątki tysięcy bezbronnych cywilów na Ochocie i Woli.
Dowództwo 9. Armii Wehrmachtu z pogardą odnosiło się do oddziałów von dem Bacha,
wiele razy odmawiało oddania mu swoich jednostek. Gdyby do Warszawy weszły w
pierwszych dniach sierpnia liniowe dywizje Wehrmachtu, byłoby dużo gorzej.
Ale we wrześniu, gdy do walki weszły formacje Wehrmachtu, wcale nie szło im
z powstańcami dobrze?
- Bo wtedy powstańcy, mimo zmęczenia, braku wyposażenia, byli
doświadczonymi wygami w walce w ruinach.
Jak długo mogli jeszcze walczyć?
- Jeśli miałoby to sens, sądzę, że jeszcze co najmniej tydzień, dwa, a może
i trzy. W Śródmieściu można było się jeszcze twardo bronić. Zwracam uwagę, że
wbrew powszechnemu w Polsce mniemaniu powstanie nie trwało 63 dni, lecz trzy dni
dłużej. Przecież tak naprawdę skończyło się, gdy ostatni powstańcy złożyli broń
i wymaszerowali z Warszawy, sam rozejm i podpisanie układu o zaprzestaniu walki
nie zamieniły automatycznie Warszawy powstańczej w Warszawę okupowaną.

Kiedy padł ostatni strzał?
- Żebym to ja wiedział! Bardzo chciałem ustalić, kto strzelił ostatni raz,
bo to byłaby świetna puenta książki, ale okazało się to niemożliwe.
Jakie były polityczne i społeczne konsekwencje powstania?
- Nie ma dwóch zdań, że porażka powstania otworzyła szerzej bramy dla
instalowania w Polsce reżimu komunistycznego. Polska i tak wpadłaby do
stalinowskiego worka, Stalin nigdy by z niej nie zrezygnował, ale po powstaniu
miał łatwiej. Jednym z kłopotów Sowietów w Polsce był brak komunistów i
komunistycznej inteligencji wymordowanej w 1937-38 roku. Wymordowanie przez
Niemców polskich Żydów, żydowskiej inteligencji, bardzo licznej, często
dominującej w wielu zawodach, a potem wymordowanie przez nich w Warszawie części
inteligencji polskiej i niejako wy-pchnięcie wielkiej części tych, co przeżyli -
poprzez obozy w Niemczech później wyzwalane przez aliantów - na Zachód pozbawiło
Polski kwiatu niezależnej, krytycznej warstwy oświeconej. To było ogromne
ułatwienie przy instalowaniu nowej, nielubianej władzy.
Taka powtórka bitwy pod Białą Górą?
- Ciekawe porównanie. W 1620 roku Czesi stracili pod Białą Górą kwiat swej
szlachty, co otwarło drogę do germanizacji elit i kraju. Przegrana powstania
otwarła drogę do stalinizacji Polski. Ciekawe jest i to, że skutki tej klęski
odczuto o wiele szybciej niż skutki Białej Góry. Ale powstaniu Polacy wiele też
zawdzięczają. Jego etos, jego mitologia podtrzymywały społeczeństwo w trudnych
chwilach. Jestem przekonany, że w 1956 roku Sowieci wahali się z interwencją,
pamiętając o szkole, jaką powstańcy dali Niemcom. A z drugiej strony krwawa
lekcja powstania przydała Polakom, na parę pokoleń, przynajmniej do niedawna,
zbiorowej rozwagi i powściągliwości. Dla mnie „Solidarność” jest wprost
dzieckiem Powstania Warszawskiego, i to niejako podwójnie: jako owoc umacnianego
powstańczą tradycją pragnienia zrzucenia obcych okowów i zarazem jako ruch
okazujący zaskakujące w tak przełomowych momentach dziejów umiarkowanie,
niewątpliwie także wywodzące się z pamięci powstańczego doświadczenia. A dziś
tradycja powstania jest, być może, jednym z nielicznych zworników spajających
głęboko podzielone polskie społeczeństwo. Proszę zauważyć, że bohaterstwa
powstańców i powstańczej tradycji nie kwestionuje dziś w Polsce nikt.